poniedziałek, 27 stycznia 2014

Rozdział 9

Tygrys i pantera

Tej nocy koszmarne sny powróciły. Byłam w bibliotece. Nie uczestniczyłam w scenie, która miała miejsce. Po prostu ją obserwowałam. Widziałam Elvera, który stał przy Księdze Życia. Miał na sobie czarny, skórzany płaszcz sięgający łydek i obcisłe spodnie. Ciemne włosy wygolone po obu stronach głowy i krótkie na jej czubku, z tyłu były związane w liczne warkocze grubości palca.
- Zostaw ją! - ostro zagroził Josh, którego wcześniej nie zauważyłam.
Elver szeroko się uśmiechnął i rozłożył ręce.
- Josh Wayne. Przez lata myślałem w jaki sposób cię zabić. Cudem uniknąłeś śmierci kilka lat temu. Tym razem nie popełnię tego błędu. Widzisz, jednak teraz mam na głowie ważniejsze sprawy. Potrzebuje tej księgi.
Ujrzałam błysk w jego szalonych złotych oczach. Potem obraz się zmienił. Teraz miałam przed oczami toczącą się walkę między ojcem Matta a Joshem. Oboje trzymali w dłoniach złote, lekko zaokrąglone miecze. Zapadła ciemność, z której zaczęła się wyłaniać inna scena. Josh leżał na ziemi nieruchomo a nad nim stał zakrwawiony gepard, z dumą się w niego wpatrujący.
Zaczęłam krzyczeć, ale oni mnie nie słyszeli. W następnej chwili zwierzę pochyliło się i rozszarpało gardło przeciwnika. Wszędzie było pełno krwi, miałam nią pokryte dłonie i całe ciało. Widziałam czarne plamy. Wszystko się rozmazało i zniknęło.
Obudziłam się szybko dysząc. Złapałam się za głowę. Była cała mokra, tak samo jak włosy. Pościel i wszystkie poduszki leżały porozrzucane na ziemi.
To co widziałam nie mogło się wydarzyć. Josh nie mógł zginąć. Wyskoczyłam z łóżka i wybiegłam z pokoju. Musiałam go znaleźć. Zaczęłam walić pięściami w jego drzwi i krzyczeć. Szybko otworzył i spojrzał na mnie zaskoczony. Miał na sobie tylko spodnie od dresu. Nie zważając na rozczochrane włosy, spocone ciało i skąpą piżamę, rzuciłam mu się w ramiona jakbym chciała się upewnić, że naprawdę przede mną stoi. Nie mogłam się opanować.
- To się nie wydarzy. - zaczęłam się uspokajać.
Objął mnie ramionami.
Zaczęłam drżeć, ale nie z zimna tylko ze strachu. Jeszcze nigdy o kogoś tak się nie bałam. Nawet o Matta się nie martwiłam tak jak teraz o Josha. Może dlatego, że nie widziałam śmierci przyjaciela we śnie, wiedząc że to może się spełnić.
- Co się stało? - Odsunął mnie na moment i spojrzał w oczy.
- Miałam wizje. Elver..- mówiłam przez łzy. - Był u nas w bibliotece. Chciał zdobyć Księgę Życia. Potem... - Nie mogłam tego powiedzieć. Zaczęłam nerwowo kręcić głową. - Nie. To się nie wydarzy. 
Ukryłam twarz w dłoniach.
Przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił. Czułam ciepło jego ciała i unoszącą się klatkę piersiową. Jego dłonie kojąco wędrowały po moich plecach. Głowę miał opartą na mojej. Czołem oparłam się o jego obojczyk. Oddech zaczął mi się wyrównywać. Powtarzałam sobie w myślach, że to był tylko sen. To nie musi wcale być przyszłością.
- Jak dla mnie to mógłbym mieć taką pobudkę codziennie.
Zaśmiałam się.
- Która jest godzina? - spytałam. Już i tak było za późno by się nad tym zastanawiać, ale wolałam wiedzieć.
- Piąta rano. 
Cofnęłam się o krok.
- Serio? - Nie odpowiedział tylko wzruszył ramionami. - Przepraszam.
Teraz było mi głupio.
- W porządku. Tak mocno waliłaś w drzwi. Myślałem, że może się pali. - prychnął – A jak z...? - wskazał dłonią na moje biodro.
Podniosłam koszulkę. Miałam siniaka tak jak przewidziałam, ale był mniejszy niż myślałam. Tam gdzie Travis wbił się pazurami, były teraz cztery strupy. Zakryłam się z powrotem, nieco zawstydzona. Stałam przed nim w samej za dużej koszulce i majtkach. Wcześniej się tym nie przejmowałam, ale teraz miałam ochotę szybko się czymś zakryć.
Josh chyba to zauważył bo odwrócił wzrok i zmienił temat.
- Towen sprowadził jednego z Zmiennokształtnych by nam pomógł w odnalezieniu Matta. Dzisiaj ma przyjechać.
- Naprawdę? Kogo?
Usiadł na łóżku i złożył dłonie na kolanach.
- Trevora Norhorda.
Umiejscowiłam się obok, zakrywając koszulką czerwone majtki.
- Znasz go?
Pokiwał głową.
- Opiekował się mną po śmierci rodziców. Jest dobrym wojownikiem i jeszcze lepszym tropicielem. Powinien nam pomóc. Poza tym ma autorytet sięgający daleko poza ród Bakenaków.
Norhord. Kojarzyłam to nazwisko z Księgi Życia, ale nie pamiętam jakie zwierze było na ich pniu.
- Jakie..? - nie wiedziałam jak o to zapytać. - W co on się zmienia?
Josh się uśmiechnął
- Jest ibrysem. To taka śnieżna pantera.
- Nie jestem pewna czy zniesie Florydzki klimat. - zażartowałam
- Ja nie będę mu nosił wiader z zimną wodą. Tego może być pewien. - zaśmiał się. - Przemyślałem sobie to wszystko co mówiłaś. Chyba masz racje co do Matta. Nie powinienem go oceniać na podstawie jego ojca. Jestem gotowy by wam pomóc.
Ucieszyłam się, że to powiedział. Domyślałam się, że nie było to dla niego łatwe. Dlatego w podzięce szybko go uściskałam.
- Doceniam to. - powiedziałam kiedy już go puściłam.
Zaczęłam się cofać w stronę wyjścia.
- Chyba powinnam już iść. Ubrać się i w ogóle.
- Mnie to nie przeszkadza jeśli o to pytasz. 
Uśmiechnął się lubieżnie. Posłałam mu gniewne spojrzenie i opuściłam pokój.

* * *

 Kiedy już porządnie się wyszorowałam, uczesałam i ubrałam, postanowiłam wyjść na dwór. Prawie cały tydzień przesiedziałam w domu. Miałam ochotę się przewietrzyć. Ponieważ ogród dookoła domu był ogromny mogłam liczyć na odrobinę spokoju. Wąską, kamienną dróżką ruszyłam na przód mijając wysokie brzozy. Jak byłam mniejsza zawsze uważałam to za magiczną krainę. Było tu tyle rodzai roślin. Każda miała swoje miejsce. To wszystko było ściśle zaplanowane przez moją matkę. Nigdy szczególnie się tym nie interesowałam po prostu uwielbiałam się tutaj bawić razem z Mattem. Nie zwracałam uwagi na to ile pracy musiała w to włożyć. Minęły już trzy miesiące od jej śmierci. Przez ten czas nikt nie zajmował się ogrodem. Był strasznie zapuszczony. Krzaki nie były już równo poobcinane, kwiaty zakryte chwastami, a drzewka owocowe obładowane niezebranymi owocami. Kostka brukowa, po której szłam w niektórych miejscach pokryta była mchem. To straszne co czas zrobił z tym miejscem. Nawet fontanna, kiedyś pełna życia przez pływające w niej ryby teraz stała na środku ścieżki samotna. Woda w niej była spokojna, pozbawiona morskich stworzeń. Kiedyś przebywanie tutaj poprawiało mi humor. W tej chwili czułam jedynie przygnębienie. 
Nie znałam się na ogrodnictwie, ale chciałam jakoś przywrócić to miejsce do właściwego stanu. Ruszyłam w stronę drewnianej budki, w której mama trzymała narzędzia. Drzwiczki były zamknięte na kłódkę. Świetnie. Już sobie popracowałam. Po prawej stronie stała niewielka szklarnia. W niej mama uprawiała roślinny, które po wysuszeniu były świetne do herbaty. Liczyłam na to, że w środku może znajdę jakieś grabie, lub coś co może mi się przydać.
 Otworzyłam szklane wrota. Na szczęście nie były zamknięte na kłódkę tylko zwykłą metalową zasuwkę. Jak tylko weszłam do środka uderzyła mnie fala ciepła i mocnego kwiatowego zapachu. Trochę zakręciło mi się od tego w głowie. Na samym końcu ujrzałam łopatkę i jakieś dłuto. Jeśli coś wykombinuję to może uda mi się przynajmniej wyczyścić ścieżki z mchu. Postanowiłam wziąć niewielki szpikulec. Miałam pewność, że zmieści się w szpary między kamieniami. Obok leżała druciana gąbka. Mogłaby się przydać do wyczyszczenia fontanny. Postanowiłam ją również zabrać ze sobą. W drodze powrotnej zapach w szklarni zaczął się zmieniać. Z przyjemnego na ostry, drażniący nos od środka. Wydawało mi się, że temperatura też się podnosiła. Przed oczami widziałam mroczki. Czarne plamy zasłaniały mi ścieżkę do wyjścia. Przyspieszyłam krok. Szłam na oślep. O coś się potknęłam i upadłam na miękką ziemię. Oczy miałam otwarte, ale nie widziałam szklarni tylko czerń szybko zmieniającą się w biel, a potem znowu w czerń. Rozbolała mnie głowa od migających kolorów. Po chwili puste obrazy zostały zastąpione różnymi scenami, które mieszały się ze sobą przez co były jeszcze bardziej niewyraźne. Widziałam Elvera z Księgą Życia, Matta w jakiejś celi przykutego do ściany, geparda rozrywającego człowieka, las pełen ludzkich i wilczych ciał. Kolejne wizje za szybko się zmieniały bym mogła cokolwiek rozpoznać. Czułam jak coś napiera na moją głowę od wewnątrz, jakby miało ją rozsadzić. Nie spałam. Czułam wszystko. Mokrą ziemię pod sobą, ostry zapach kwiatów, gorąco, które stawało się nie do wytrzymania. Krzyknęłam. Nie mogłam wytrzymać. Wszystko się skumulowało i naparło na mnie. Nie mogłam oddychać. Starałam się złapać powietrze, ale szklarnia wydawała się go pozbawiona. 
Usłyszałam otwierające się drzwi. Poczułam przypływ chłodniejszego powietrza. Chciałam spojrzeć w tamtą stronę. Przesunęłam głowę, ale nic nie widziałam. Wizje nadal przeplatały mi się przed oczami. Zupełnie jakbym oślepła.
Ktoś wziął mnie na ręce. Czułam mocne ramiona pod kolanami i plecami. Myślałam, że jak opuszczę szklarnie to będzie mi lepiej, ale ulga nie nastąpiła. Zupełnie jakbym się nie przemieściła, ale ktoś kto mnie niósł, szedł. Czułam to. No chyba, że kręcił się w kółko, ale to by było idiotyczne.
Usłyszałam przejeżdżający samochód. To było potwierdzenie, że znajdowaliśmy się bliżej domu. Jednak nadal było mi gorąco i nic nie widziałam. Czyżby tak miało być już zawsze? 
Weszliśmy do środka. Było bardziej duszno i nie wiał już wiatr. Usłyszałam szybkie kroki znad przeciwka.
- Coś ty jej zrobił!
To był Josh. Jego głos był wyraźny i groźny. Więc kto mnie niósł? Sądząc po reakcji Josha to musiał być Travis. Chciałam mu powiedzieć, że wszystko jest w porządku ale nie mogłam ruszać ustami. Z gardła wyrwał mi się cichy pomruk.
- Nic! - krzyknął Travis. - Znalazłem ją taką w szklarni. Oczy miała otwarte. One poruszały się tak szybko. Jakby była opętana. - Ton jego głosu był dziwny, jakby przerażony. 
Potem znalazłam się w innych ramionach, bardziej delikatnych. Moje ciało bezwładnie kołysało się w rytm szybkich kroków. Położyli mnie na czymś miękkim.
- To nie będzie przyjemne. - Nie wiedziałam do kogo on mówił.
W następnym momencie poczułam nagłą falę chłodu. Zimno opanowało moje ciało. Na moment przyniosło ulgę, ale potem zaatakowało z podwójną siłą. Zupełnie jakby igły przebijały mi skórę. Gwałtownie zaczerpnęłam tchu. Otworzyłam oczy. Odzyskałam wzrok.
Widziałam Josha stojącego przede mną z wiadrem i nieco dalej Travisa z zaskoczoną miną. Znajdowaliśmy się w bibliotece.
- Co to było? - wykaszlałam.
Spojrzałam na siebie. Całe ubranie miałam przemoczone.
- Zależy o co pytasz. - stwierdził normalnym tonem Josh. - Przed chwilą oblałem cię zimną wodą żebyś odzyskała przytomność.
- Widzę. - wysyczałam
- Jeśli chodzi o to wcześniej. - kontynuował. - Naćpałaś się. - zaśmiał się
- O czym ty mówisz? - Byłam podirytowana. 
- W szklarni twoja mama hodowała malwy czarne. Dla ludzi nie mają większego znaczenia, ale na takich jak ty działają jak narkotyk lub rodzaj zapalnika. - Ta sytuacja go bawiła bo uśmiech nie schodził mu z twarzy. 
- Zapalnika? - Nadal nie wiedziałam o czym mówił
- Wywołują wizje. Za duża ich ilość powoduje nagły wzrost temperatury i odrętwienie. Kubeł z wodą to jeden ze sposobów by pomóc.
Zbliżył się tak, że jego usta znajdowały się przy moich uszach.
- Powinienem ci podziękować. Zawsze marzyłem żeby kogoś obudzić w ten sposób.
Walnęłam go ręką w ramie, żeby się odsunął.
- Nie ma za co. - burknęłam.
Wstałam i ruszyłam w stronę wyjścia.
- Poczekaj. - zatrzymał mnie Travis. - Chciałbym z tobą porozmawiać.
- Możesz sobie pomarzyć. - odpowiedział za mnie Josh. - Nie uważasz, że już wystarczająco się nagadałeś?
Travis odpowiedział mu zimnym spojrzeniem.
- Masz racje. - powiedział po chwili. - Nie powinienem już nic mówić. Sami sobie świetnie radzicie. Nie potrzebujecie niczyjej pomocy.
- Zaraz, zaraz. O czum ty mówisz? 
- W tym momencie o niczym. Manipulacja nigdy nie była twoją mocną stroną. - zakpił Josh, stając przy mnie.
- Być może, ale i tak każdy wie o co chodzi. Właściwie to ciebie powinienem ostrzec. - Dźgnął palcem Josha. - Elver po ciebie idzie. Dokończy dzieła. Cudem uniknąłeś śmierci tydzień temu. Tym razem zrobi to sam.  
Razem z Joshem nabraliśmy powietrza w tym samym momencie.  
- Nie patrzcie tak na mnie. - Zaśmiał się ponuro. - To Elver stoi za całą tą akcją. Pewnie zapytacie skąd to wiem. A to stąd, że sam mu cię wystawiłem. Chciałem byś w końcu zginął. Zamiast tego mój brat musiał interweniować. Wszystko było zaplanowane. Nagły odwrót wilkołaków. Miał pobiec za nimi, ale on zawrócił bo usłyszał waszą walkę. Zawsze nad tobą czuwał nawet w momencie, w którym mógł uratować twojego przyjaciela, czyli osobę, po którą tam przybył. - Spojrzał na mnie z wyższością.
- Wystawiłeś mnie na pojedynek. - warknął Josh.
Travis odchylił się do tyłu.
- W końcu miała być uczciwa walka. Jeden na jednego. Co się okazało? Że nie potrafisz wygrać kiedy jesteś sam. Jesteś zbyt słaby. Kogo teraz omamisz by stawał w twojej obronie? Ryzykował za ciebie. Ją? - Wskazał na mnie palcem – Naprawdę jesteś zdesperowany. Dlatego ją trenowałeś, prawda? Poświęciłaby się za ciebie. Jestem tego pewien. 
- Zabije cię! - krzyknął Josh
Nie wierzyłam w żadne słowo Travisa. Jednak reakcja Josha wydawała się dziwna.
- To przez ciebie Ray nie żyje. Zabiłeś własnego brata.
- Nie! - zaprzeczył Travis. - To ty go zniszczyłeś. Nawet jeśli przeżyłby tamten dzień to ile by jeszcze mu zostało? Ile miesięcy, może dni niekończącej się walki u twego boku. Wystarczyłaby jedna walka, w której traciłbyś przewagę, a rzuciłby wszystko by cię ratować. Czy ty zrobiłbyś to samo? Nie! To Ray zawsze wracał z obrażeniami i nie dlatego, że był słabszy jak wszyscy myśleli. On walczył na dwóch frontach. Powiedz mi czy chociaż jednego przeciwnika pokonałeś sam. 
Josh szedł w stronę Travisa. Stanęłam przed nim blokując mu drogę.
- Przestań. - powiedziałam cicho. - Wiesz, że to nie prawda. Sama widziałam jak pokonałeś tamtych ludzi w lesie. On cię prowokuje.
- Nawet teraz? - zakpił Travis – Może jeszcze poprosisz ją by to ona mnie uderzyła.
- Bądź ponad to. - mówiłam dalej.
- Przykro mi. - westchnął Josh. - Ale on ma racje.
Po tych słowach wyskoczył w górę ponad mną. Jeszce nigdy nie widziałam żeby ktoś tak wysoko skakał. Biegiem rzucił się na Travisa. Oboje upadli na podłogę. Josh zaczął z furią okładać Travisa po twarzy pięściami. Travisowi udało się go złapać za nadgarstek i wygiąć w drugą stronę. Usłyszałam chrzęst kości. Przez chwilę nieuwagi powalił go na ziemię. Sięgnął po jego koszulkę, podniósł go do góry i wyrzucił w jedną z półek. Posypały się książki całkowicie go zasłaniając. 
Travis spojrzał w moją stronę.
- Oto wielki wojownik. Najlepszy w szkole? Nie sądzę.
Stał tyłem do miejsca, w którym leżał Josh dlatego nie widział co tam się działo. Z książek wytoczył się ogromny tygrys. Nie przypominał normalnego tygrysa. Jego futro było bardziej złote w czarne pasy no i był zdecydowanie większy. Rozległ się głośny ryk.
Travis odwrócił się zaskoczony.
- To nie możliwe! - powiedział – Ty nigdy się nie zmieniasz.
O tym akurat nie wiedziałam. Co prawda Josh mówił mi o tym, że woli swoją ludzką postać. Teraz kiedy znałam historię jego ojca domyślałam się dlaczego.
- Skoro tak wolisz. - wzruszył ramionami Travis.
Upadł na kolana, a ręce oparł o podłogę. W kilka sekund jego ciało obrosło czarnym, błyszczącym futrem, zęby się wydłużyły, a z palców wyrosły pazury, te same, które widziałam poprzedniego wieczoru. 
Kiedy oboje już przybrali swoje zwierzęce postacie zaczęli głośno ryczeć. Miałam wrażenie, że ściany się trzęsą, a szkło w oknach zaraz pęknie. 
Wykorzystałam ten moment by stanąć między nimi z rozłożonym rękami.
- Proszę dajcie spokój.
Oczy tygrysa zrównały się z moimi. Gniew, który się w nich krył zniknął. Jednak to nie jego powinnam uspokajać. Poczułam mocne uderzenie w plecy. Upadłam na podłogę przy biurku. Kiedy się obejrzałam zobaczyłam Travisa biegnącego w stronę Josha.
Tygrys na chwilę na mnie spojrzał. Kiedy zobaczył, że nic mi nie jest, rzucił się do ataku. Oboje wyskoczyli w górę w tym samym momencie. Stali się jedną, ogromną kulką futra z błyszczącymi zębami. Tarzali się po podłodze co jakiś czas warcząc. Ich ciała były ze sobą złączone. Orali pazurami skórę i rozszarpywali ciało przeciwnika. Tym razem Josh okazał się silniejszy. Podczas gdy jego ludzka postać pozostawała smukła i wydawała się nie groźna to zwierzęca była potężna i niebezpieczna. Unosił Travisa wysoko nad ziemię i rzucał nim o ściany. Raz udało mu się zarzucić ciałem przeciwnika tak mocno, że wpadł na drugie piętro. Walka przeniosła się wyżej. Już ich nie widziałam, bo zasłaniały ich ściany książek. Za to doskonale słyszałam liczne huki, trzaski i pomruki. 
Musiałam jakoś zadziałać bo inaczej oboje się pozabijają. Zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu w celu odnalezienia czegoś co może pomóc. Biblioteka była zrujnowana. Wszystkie meble były poprzewracane, tylko dwa biurka jakoś ocalały. Wszędzie walały się księgi, a dywany były podarte i zabrudzone krwią. 
Nagle Josh wypadł z powrotem na parter przez jedną z półek sięgających sufitu, robiąc w niej ogromną dziurę. Regał się zachwiał. Wszystko co na nim stało zaczęło powoli spadać. Wyglądało to jak lawina książek.
Trzeba było uciekać. Pomogłam tygrysowi wstać i oboje ruszyliśmy biegiem w stronę drzwi. Szybko mnie wyprzedził i zastąpił drogę. Chciałam na niego krzyknąć, ale tuż przed nami upadł jeden z elementów regału, całkowicie odcinając nam przejście.
Oboje obróciliśmy się w tym samym momencie. Po drugiej stronie biblioteka była całkowicie zakryta książkami. Nie było widać ani skrawka podłogi. Drewniana półka po lewej jeszcze stała, ale niebezpiecznie się chwiała i w każdej chwili mogła runąć. Natomiast ta po prawej powoli opadała. Wszystko wyglądało jak w zwolnionym tempie. Musieliśmy gdzieś się ukryć, by uniknąć zmiażdżenia. Spojrzałam na tygrysa. Jego oczy były rozszerzone i wpatrywały się w półkę.
- Biurka! - krzyknęłam nagle.
Ocknął się i pobiegliśmy w głąb pomieszczenia starając się unikać ciężkich ksiąg lecących z góry. Kiedy już prawie dotarliśmy do drewnianego blatu, potknęłam się o skołtuniony dywan i upadłam na ziemię. Nie było czasu. Josh przygniótł mnie do podłogi swoim ciałem, osłaniając przed walącym się regałem. Leżałam na plecach więc doskonale widziałam lecącą w naszą stronę falę kolorowych okładek. Potem nastała ciemność. Czułam drżące kocie łapy po obu stronach mojego ciała. Otworzyłam oczy. Jego były zamknięte, a pysk mocno zaciśnięty. Domyślałam się jak musiał się czuć. Jakby zderzył się z jadącą ciężarówką albo jeszcze gorzej. Mimo tego stał wyprostowany. Ciężko dyszał. Jego ciało zaczęło się zmieniać. Futro całkowicie zniknęło, a zwierzęca głowa zamieniła się w dobrze mi znaną ludzką twarz. Już nie utrzymywał się na własnych siłach. Leżał na mnie, ale był świadomy. Czułam jego nierówny oddech. Po chwili uniósł się na trzęsących ramionach. Odkopał nas spod książkowej pokrywy i pomógł mi wstać za to sam opadł bez sił. 
Biblioteka wyglądała zupełnie inaczej. Nie było już ciemnej drewnianej podłogi, a witrażowe okna w niektórych miejscach były powybijane. Nie ostał się żaden regał. Najwyraźniej jeden pociągnął za sobą kolejne. 
Spojrzałam na Josha. Był cały podrapany i posiniaczony. Ubranie było w strzępkach. Koszulki był praktycznie pozbawiony. Jedno ramie miał mocno rozharatane, ale niektóre z ran już zaczęły się goić.
Z drugiego końca pomieszczenia dobiegły jakieś dźwięki. Spojrzałam w tamtą stronę. Po nierównej podłodze, krzywo biegła czarna pantera. Doskoczyła do Josha i zepchnęła go pod ścianę. Szybko zmienił się w człowieka i podniósł bezwładne ciało za gardło.
- Naprawie błąd jaki popełnił Elver i sam cię zabiję.
Musiałam działać. Nie było czasu by się zastanawiać. Szybko rozejrzałam się po pobojowisku. Dostrzegłam kawałek półki. Był połamany przez co ostry. Roztrzaskałam go na mniejsze kawałki. Chwyciłam ten, który najbardziej przypominał kołek. Dobiegłam do Travisa i wbiłam mu prowizoryczna broń w bark. Wygiął się do tyłu i ryknął z bólu. Poluźnił uścisk i Josh upadł na podłogę.
- Ty suko! - warknął
Wyrwał wystający kołek i odrzucił na podłogę. Odwrócił się do mnie. To koniec. Mój plan obejmował tylko tyle. Nie myślałam o dalszych krokach.
Zaczęłam się cofać. Ponieważ poruszałam się po nierównych książkach, szybko straciłam równowagę. Dopadł moje ramie, chroniąc przed upadkiem.
- Tobą też się zajmę. - Przyciągnął mnie do siebie. Jego twarz znajdowała się tuż przy mojej. Widziałam jego rozciętą brew i kapiącą z niej krew. - Będziesz idealnym materiałem na matkę. - Zmierzył mnie głodnym wzrokiem z góry do dołu.
Potem zrobił nagły obrót i kopnął zbliżającego się do nas Josha, z moim kołkiem w ręce. Nawet ja go nie zauważyłam, choć stałam do niego przodem. Z powrotem poleciał pod ścianę.
Travis podszedł do niego dumnym krokiem. Miał liczne rany i obtarcia, ale nie wydawał się taki wyczerpany. Ukucnął obok ledwo przytomnego Josha.
- Nie obwiniaj się. Nie możesz mnie pokonać. Zaraz odejdziesz z tego świata więc ci powiem . Tak na pocieszenie. Płynie we mnie krew Niezwyciężonych. - Oczy Josha szeroko się otworzyły.- To taki dar od Elvera. Nie mam takich zdolności jak on, ale przewyższam siłą zwykłych Zmiennokształtnych takich jak ty. - kontynuował.
Coś w Joshu się obudziło. Skoczył na równe nogi, powalając w ten sposób Travisa. Sięgnął po leżący drewniany kołek i mocno się zamachnął. Już widziałam przeszyte ciało Travisa. Tak się jednak nie stało. Drzwi biblioteki otworzyły się z hukiem. Dobiegająca z drugiej części połyskująca energia, w postaci czerwonego światła rozdzieliła Travisa i Josha, obojga przygniatając do podłogi. 
W wejściu stał Towen z wyprostowanymi rękoma. Jakiś wysoki mężczyzna wyminął go szybkim ruchem i skierował się w naszą stronę. Wyglądał na niecałe czterdzieści lat. Miał krótkie, prawie białe włosy, bladą cerę i głęboko osadzone szare oczy. Był ubrany w ciemne spodnie i srebrzysty, długi płaszcz, pod którym chyba nic więcej nie miał. Od razu skojarzyłam, że to musi być Trevor Norhard, o którym mówił mi Josh.
Stanął obok mnie i skinął głową. Następnie podszedł do miejsca, w którym leżeli chłopcy, nadaremnie próbując wstać.
- Josh. - przemówił Trevor – Wyjdź proszę.
Czerwone iskry opadły. Powoli się podniósł.
- Nic nie rozumiesz on...- zaczął Josh
- Wyjdź. - powtórzył ostro. - O wszystkim wiem. Zajmę się nim.
- Tak jak zająłeś się Elverem - zdenerwował się.
Wyminął go i szybkim krokiem podążył w stronę wyjścia.
- Nicole.- skierował się do mnie. - Mogłabyś pomóc mu doprowadzić się do ładu.? Jeszcze dziś chciałbym z wami porozmawiać.
Skuliłam się i ruszyłam w stronę wyjścia, zastanawiając się skąd zna moje imię. Po drodze minęłam się z Towenem. Był smutny, ale na moment się uśmiechnął kiedy nasze spojrzenia się spotkały. Zatrzymałam się i odwróciłam w jego stronę.
- Przepraszam, za zrujnowanie biblioteki.
- Nie ty powinnaś przepraszać.
Skinęłam i wyszłam z biblioteki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz