środa, 5 lutego 2014

Rozdział 10

Burza mózgów

Cicho weszłam do pokoju Josha po tym jak dwukrotnie nie odpowiedział na pukanie do drzwi. Stał nieruchomo odwrócony do mnie plecami i wpatrywał się w szybę. Widziałam jego napiętą poranioną twarz w odbiciu.
- Dziękuję, że mnie osłoniłeś przed książkami. - zaczęłam
- Oni go wypuszczą. - powiedział twardo.
- Nie wiesz tego. - zaprzeczyłam
Jego ręka wystrzeliła w ścianę. Opierał się o nią płaską dłonią.
- Zrobili to samo z o wiele groźniejszym człowiekiem. Czemu z nim mieliby postąpić inaczej.
- Bo być może jest w stanie skontaktować się z Elverem. A oni chyba chcą go dopaść.
Josh głośno prychnął.
- Gdyby spóźnili się chociaż o sekundę to już by nie żył. Zginąłby. Morderca własnego brata. - Odszedł od okna ciężko dysząc i oparł się o ciemną, niską komodę. - Zabrakło sekundy – krzyknął i przewrócił mebel na podłogę. Idealnie poskładane koszulki, bluzy, kamizelki i inne ubrania wypadły na zewnątrz całkowicie się mieszając. 
Już szedł do szafy by zrobić to samo, ale złapałam go za ramię i odwróciłam do siebie. Położyłam mu dłonie na policzkach i szepnęłam.
- Ray by tego nie chciał. Jestem tego pewna. Jeśli Travis jest winny to na pewno spotka go gorsza kara niż śmierć.
Wpatrywał się we mnie swoimi niebieskimi oczami tak jasnymi, że omal szarymi.
- Nie możesz tak twierdzić. Nic nie wiesz o systemach jakie obowiązują w świecie nadnaturalnym.
Opuściłam ręce kiedy wyczułam, że trochę się uspokoił.
- Nieco o tym czytałam. - Wzruszyłam ramionami. - Nie czyni mnie to ekspertem, ale on może nam się przydać. Żywy. - powiedziałam głośno. 
- Przypominasz Raya w tak wielu sprawach. - westchnął – Zupełnie jakby stał obok i kazał ci to wszystko mówić. - Pomyślałam, że praktycznie mogłoby to być możliwe, ale nic nie powiedziałam. - A to nie dobrze, bo często jak czegoś mi zabraniał to źle to się kończyło. Nie mówię tutaj o naszych braterskich relacjach. On po prostu często miał racje. 
- To chyba dobrze. - zdziwiłam się.
- Nie, bo ja go nigdy nie słuchałem. - Odgarnął blond włosy z czoła i leniwie opadł na podłogę. By nie stać jak słup, przysiadłam się obok. - Travis ma rację. Zawsze niepotrzebnie go narażałem, a teraz to on nie żyje. 
- On cię prowokował. Chciał byś tak myślał i nawet jeśli tamten dzień był zaplanowany zupełnie inaczej to nie zapominaj, że Ray poszedł do tego lasu z własnej woli. To nie do ciebie się skierowałam o pomoc. Uwierz, że wtedy tego nie chciałam. Byłeś ostatnią osobą, do której chciałam się zwrócić.
- Gdybym wiedział, że to chodzi o Matta na pewno bym tam nie przyszedł. - odparł
- Ale przyszedłeś. Sama wysyłałam ci wiadomość.
- „217”. - wtrącił – To taki system cyfr jakim się kierowaliśmy. Dwójka to znak, że chodzi o wilkołaki. Jedynka oznacza nagły wypadek, a siódemka można powiedzieć, że to cyfra oznaczająca „nie przyjmuję odmowy”. W rzeczywistości nigdy jej nie brakowało. Zawsze jak była jakaś akcja to chodziliśmy razem. Byliśmy dobrą drużyną. Teraz bez niego czuję się jak bez ręki. 
Wiedziałam, że to boli. Sama straciłam matkę. Różnica była taka, że on widział śmierć każdej osoby, na której mu zależało i nigdy nie mógł nic z tym zrobić. Ja tylko dostałam wiadomość, że moja matka miała wypadek. Potem widziałam ją leżącą w szpitalu otoczoną lekarzami, podłączoną do respiratora.
Spojrzałam na Josha. Siedział obok z głową opartą o ścianę. Oczy miał zamknięte, a usta wygięte w lekkim grymasie. Słyszałam jego rytmiczny oddech. Rany na twarzy już się zagoiły. Teraz otaczała je tylko zaschnięta krew. Jednak miejsce gdzie Travis go ugryzł nadal krwawiło. 
- Powinieneś to opatrzyć. - stwierdziłam – Jesteś tak blady jakbyś miał się zaraz wykrwawić.
- Nie tak łatwo mnie zabić. Nie teraz. Czarne dusze z piekła jeszcze muszą na mnie poczekać. - zaśmiał się i wstał z gracją.
Wyszedł do łazienki. Słyszałam jak ściąga z siebie koszulkę. Potem dźwięk lecącej wody. Wstałam i podeszłam do porozrzucanych ubrań. Chociaż pomogę mu je poskładać. Przy okazji będę mogła obejrzeć w czym chodzi. Zawsze nosił ciemne rzeczy, ale jego styl musiał być przemyślany. Przynajmniej tak mi się wydawało. Nigdy nie widziałam go w przypadkowych ciuchach, które zupełnie do siebie nie pasowały. Wszystko leżało na nim jak druga skóra. Mogłabym się założyć, że nie znalazłabym skarpetek z dziurą w miejscu gdzie powinien być palec lub poprzecieranych na pięcie. 
Josh szybko wrócił. Zmienił spodnie, na bardzo podobne do poprzednich. Mimo, że był wysoki to nogawki i tak nachodziły na pięty, zasłaniając połowę stopy. Ciekawe czy kupuje je na zamówienie. Pamiętam, że Matthew zawsze miał problem by spodnie nie były na niego za krótkie. Nie lubił kiedy miał odsłonięte kostki, a ponieważ nie należał do niskich to nowa para spodni była u niego czymś niezwykłym.
- Co robisz? - spytał wyrywając mnie z zamyślenia.
- To co widać.
- Grzebiesz w moich rzeczach? - zaśmiał się.
- Skoro tak to nazywasz. - Nie czułam zażenowania. Nawet nie wiem czy powinnam. Ogólnie nie należałam do dziewczyn, które uwielbiają kupować sobie nowe rzeczy i nie przeżyją jeśli nie wyjdą na zakupy przynajmniej raz w tygodniu, ale zawsze fascynowały mnie męskie T-shirty. Były lepsze i miały ciekawsze nadruki niż damskie. Dlatego często zabierałam Mattowi jego. W końcu sam mi kupił parę sztuk, które używałam jako piżamy. 
- Lepiej tego nie rób. - Jego głos był poważny. Zatrzymałam rękę w połowie ruchu nagle przestraszona. - Potem nie będę wiedział gdzie co leży. - zaśmiał się
- Masz je poukładane wedle koloru? Niech zgadnę. Po prawej stronie czarne, po lewej czarne, a niżej te mniej czarne. 
- Myślisz, że to takie zabawne. - Wyrwał mi koszulkę. Nie był zdenerwowany. - Mówię serio. Mam tutaj swój własny układ. Dzięki czemu nie zastanawiam się godzinami w co się ubrać. - Wykrzywiłam brwi, nie wierząc w jego słowa. Jaki facet ma system układania ubrań? - Jeśli zajrzysz do swoich szafek też będziesz miała swój. - kontynuował. - To taki czar rzucony przez Towena. Dziwne, że jeszcze same nie zaczęły się składać. Może dlatego, że jest dziś wykończony. Nie zdziwiło cię to, że nie ma w tym domu pralki? Każde ubranie wrzucone do kosza – Wskazał na wiklinowy pojemnik w rogu. - Następnego dnia jest już czyste i wyprasowane na swoim miejscu.
- Nie widziałam wszystkich pokoi w tym domu. Nie jestem aż taka wścibska, a mama nigdy nie miała czasu by pokazać mi dom w całości. 
Przez chwilę oglądał odebrany mi T-shirt, zupełnie mnie nie słuchając. Kiedy już się zastanowił, odrzucił go na podłogę i założył szarą koszulkę leżącą obok. Spojrzał na siebie i dopiero kiedy w całości się zadowolił usiadł obok mnie.
- Jak myślisz ile to potrwa? - spytałam. - Te rozmowy czy co oni tam robią.
- Nie wiem. Nie interesuje mnie to. Nie mam zamiaru schodzić na dół.
- Dlaczego?
- Jestem zmęczony i nie mam ochoty widzieć się z Trevorem.
Uważnie mu się przyglądałam.
- W takim razie ja też nie idę. - zawtórowałam – I tak nie byłabym im wstanie wszystkiego wyjaśnić.
- Kłamie. Jak tylko wyjdziesz z jego pokoju, ulotni się do miasta.
Aż podskoczyłam gdy usłyszałam znajomy głos. Przed nami zmaterializował się Ray. Josh go nie widzia, ale zauważył moją reakcję. 
- Co jest? - spytał
- Nie mów mu o mnie. - uprzedził Ray
- Nie nic. - szybko zaprzeczyłam
Spojrzał na mnie tak jakby miał zaraz się roześmiać. Odwróciłam wzrok i spojrzałam na Raya.
- Mam dla ciebie informacje. Musimy porozmawiać.
- Idę do łazienki. Zaraz wracam. - rzuciłam
Szybkim krokiem wyszłam do pomieszczenia obok i odkręciłam wodę w kranie.
- Nie możesz go spuszczać z oka. Dzisiaj wilkołaki mają swój „zjazd” - Zrobił znak cudzysłów w powietrzu. – To jest dobra okazja na zdobycie jakiś informacji i Josh o tym wie. 
- Jak sobie to wyobrażasz? - szepnęłam – Mam za nim chodzić jak pies za kością?
- Wymyśl coś. - wzruszył ramionami. - Pogadamy jutro. Ja właśnie tam chcę się udać. W przeciwieństwie do Josha, mnie nie zauważą.
- To dlaczego się tutaj zjawiłeś?
- Bo wiedziałem, że on nie będzie chciał przepuścić takiej okazji, a ty miałaś go pilnować. - Wskazał palcem przez ramię w stronę drzwi. 
- W porządku, ale następnym, razem nie pojawiaj się tak nagle. Ja też muszę ci coś powiedzieć.
- Jutro. - wyszeptał i zniknął
Czułam się trochę jakby to wszystko mi się przewidziało. Przynajmniej miałam pewność, że Ray o czymś wie. Być może zna drogę do Matta. Istnieje szansa, że nawet go widział. Chciałam żeby już tu wrócił i wszystko mi powiedział. 
Zakręciłam wodę i wróciłam do pokoju. Światło było przygaszone dzięki włącznikowi lampek na pokrętkę, który ustawia natężenie światła. Tak to był fajny bajer. Josh leżał w łóżku. Nie był przykryty kołdrą, ale powieki miał zamknięte. Sprytny ruch. Myślał, że tak po prostu wyjdę kiedy zobaczę, że śpi. Zapewne bym tak zrobiła gdyby nie Ray.
Nie chciałam tutaj siedzieć jak jakaś niańka, więc się wymknęłam tak jakby tego chciał. Ruszyłam w stronę swojego pokoju. Nawet otworzyłam i zamknęłam swoje drzwi. Potem po cichu wróciłam pod pokój Josha. Być może to było głupie, ale zamierzałam tu przesiedzieć całą noc jeśli by trzeba było. Przed chwilą stoczył walkę z potężnym przeciwnikiem. Nie było mowy żeby teraz wychodził prosto w środek stada wilkołaków. Obiecałam Rayowi, że go dopilnuje i choć było to dla mnie dziwne zamierzałam dotrzymać słowa, nie zważając na środki. 
Powoli usiadłam na drewnianej podłodze i czekałam. Nie trwało to długo. Po dziesięciu minutach słyszałam, że krząta się po pokoju, choć muszę przyznać, że robił to bardzo cicho. Po kolejnych minutach wyszedł z pokoju cały obładowany bronią. Nie ukrywał zaskoczenia kiedy zobaczył, że stoję tuż przed nim.
- Zwariowałaś? - spytał – Rozumiem, że jestem boski, ale przesiadywanie przed moim pokojem to już lekka przesada.
- Ja zwariowałam? To ty masz nie po kolei w głowie. Myślałam, że sobie odpuścisz poszukiwania. Mógłbyś jeszcze zaczekać choć jeden dzień bez wychodzenia z domu? - spytałam ostro
- Skąd wiedziałaś, że będę wychodził? Nie mów mi, że czatujesz tutaj każdej nocy, bo uznam cię za świra.
Na moment zbił mnie z tropu.
- Miałam wizje. Wtedy w szklarni. - To było dobre kłamstwo. Nie mógł nie uwierzyć.
Wypuścił powietrze i oparł się o framugę, nagle zmęczony.
- Muszę tam iść. Na pewno znajdę jakiś trop. Chcesz odnaleźć przyjaciela to mnie puść. 
Wiem, że mówi to z grzeczności bo bez problemu by mnie wyminął. Musiałam mu jakoś wytłumaczyć, że nie ma takiej potrzeby. Nie miałam jednak żadnych przekonujących argumentów. Musiałam liczyć na jego naiwność.
- Czy zaufasz mi na tyle jeśli powiem ci, że jutro będę wiedziała o wszystkim co się tam wydarzy.
- Oczywiście, że nie. Wizje nie pokazują tego co chcesz zobaczyć.
- Nie o tym teraz mówię.
Spojrzał na mnie zdumiony.
- Albo mnie puścisz, albo sam przejdę. - Nie ustępował. 
- Proszę cię żebyś nie szedł.
- Nie możesz robić do mnie maślanych oczek i liczyć, że zmienię swoje plany tylko dlatego, że raz ci się to udało. - zdenerwował się.
Wpadłam na inny pomysł.
- W takim razie idę z tobą.
- Nie. - odpowiedział twardo i mnie minął.
- Skoro ja nie mogę cię zatrzymać to tym bardziej ty nie zatrzymasz mnie.
Nie byłam pewna swoich słów, ale ruszyłam za nim szybkim krokiem. Kiedy nie zaprotestował po raz kolejny, zaczęłam lekko panikować. Zwolniłam trochę i sięgnęłam posążek stojący na jednym z wysokich stolików. W przeciwieństwie do parteru na pierwszym piętrze było ich więcej. Kiedy dalej szedł przed siebie zamachnęłam się mocno celując w głowę. Odwrócił się i chwycił moją rękę. Posążek wypadł mi z dłoni. Złapał mnie i przycisnął do ściany. Nie mocno, ale gwałtownie. 
- Niezły chwyt, Blake. Nie zapominaj jednak, że mam wyczulony słuch i jeszcze lepszy refleks. - powiedział szeptem do ucha.
Jego twarz była napięta ale uśmiechnięta. Oczy uważnie obserwowały każdy ruch mojej twarzy. Po brwi, przez oczy, aż do ust, na których się zatrzymały. Jedną ręką trzymał na moim nadgarstku, a drugą uniemożliwiał ucieczkę. Zmarszczył brwi jakby nad czymś głęboko się zastanawiał. 
- Muszę tam iść. - powiedział gardłowo.
Zaprzeczyłam ruchem głowy. Jego dłonie dotknęły moich policzków. Skierował moje oczy na wprost swoich.
- Ty uparta babo. Na tym spotkaniu będzie prawie każdy wilkołak zamieszkujący lub przebywający na terenie Jacksonville. To impreza, której nie ominą. 
- Oni nie, ale ty tak. Ledwo trzymasz się na nogach. Chyba dość wrażeń jak na jeden dzień.
Prychnął i oparł czoło o ścianę, obok mojej twarzy. Czułam jego gładkie włosy na swojej szyi. Miałam ochotę ich dotknąć. Poczuć jakie są w dotyku. Skręcone przy końcówkach i złote niczym lwia grzywa.
- Nie mogę cię rozgryźć. - zaśmiał się. - Chcesz odzyskać przyjaciela, ale nie pozwalasz mi iść w miejsce gdzie mógłbym odnaleźć jakieś trop.
- Tak, bo w ten sposób mógłbyś zginąć. A ja nie pozwolę żebyś się narażał dla mojego przyjaciela. - Podkreśliłam ostatnie słowa - Ponieważ już zdążyłam się przekonać jak porywczy i impulsywny jesteś, wolę żebyś nie pakował się w sam środek wilczego stada.
Odsunął się od ściany i roześmiał.
- Bawi mnie twoja troska. Wiedz, że jestem już dużym chłopcem. Radzę sobie i bez twojej nadopiekuńczości.
Zupełnie jakbym usłyszała siebie. W podobny sposób zwracałam się do Matta, zawsze kiedy próbował od czegoś mnie odciągnąć. Zazwyczaj mu się to udawało. Jego argumenty często mnie przekonywały. Szanował jednak moją decyzje jeśli mimo jego namawiania odmawiałam. Ja tym razem nie mogłam tak postąpić. Za wszelką cenę musiałam go zatrzymać. Nie chodziło tu tylko o słowo dane Rayowi. Tak naprawdę bałam się o Josha. Może to dlatego, że widziałam jego śmierć we śnie. To przerażało mnie jeszcze bardziej. Czułam się za niego odpowiedzialna. To uczucie było mi tak nieznane, że zupełnie nie miałam pojęcia jak sobie z nim poradzić.
Musiałam trochę nagiąć prawdę.
- Widziałam twoją śmierć. - powiedziałam głośno
Przestał dreptać i na mnie spojrzał. Jego twarz z początku poważna po chwili się rozluźniła i ponownie się uśmiechnął.
- To nic nowego. Można powiedzieć, że śmierć to moja przyrodnia siostra. Towarzyszy mi na każdym kroku.
- Nie rozumiesz? - wkurzyłam się - Widziałam jak miecz przeszywa cię na wylot. Poległeś w walce. Jeśli tam pójdziesz to może się spełnić.
- Wiem. To się mogło stać już wcześniej. Za każdym razem kiedy wychodzę na zewnątrz z zamiarem zabicia kogoś mam świadomość tego, że sam mogę polec. Nie boję się śmierci. Nie byłbym tak dobry gdybym się bał.
- Czyli nie szanujesz życia? - oburzyłam się.
- Przyniosło mi tylko cierpienie. Jeśli jest przewidziane, że niedługo się zakończy to dumny jestem z tego, że właśnie w walce.
- Jesteś głupcem. - wysyczałam – Ja też. Tak się przestraszyłam gdy obudziłam się mając w głowie ten obraz. Bałam się jak jeszcze nigdy wcześniej. Najwyraźniej niepotrzebnie skoro ty tak lekko to przyjmujesz.
- Zaraz, czyli...
- Wiesz co, jak chcesz. - przerwałam mu. - Idź tam na pewną śmierć. Być może to ja zawiodę, ale trudno. - Odwróciłam się i poszłam w stronę pokoju. - Powiem mu, że nie dałam rady. On najlepiej wie jak trudny ma charakter jego towarzysz–idiota. - mówiłam sama do siebie przeklinając.
Usłyszałam pośpieszne kroki za mną. Pociągnął mnie za ramię, kiedy stałam już przy drzwiach.
- Czego chcesz? - krzyknęłam
Miałam już dosyć. Chciałam żeby to wszystko było już za mną.
- Dzisiaj rano, kiedy do mnie przyszłaś. To właśnie moją śmierć widziałaś.
Pokiwałam głową choć wcale nie zadał pytania. Przyłożyłam rękę do czoła. Było gorące. Przejechałam dłonią po twarzy. Była mokra. Nawet nie wiedziałam, że z oczu zaczęły lecieć mi łzy.
- Dlaczego? - zapytał – Dlaczego tak bardzo się tym przejęłaś?
Zaskoczyło mnie jego pytanie. Właściwie to sama nie znałam na nie dokładnej odpowiedzi . Nie miałam pojęcia dlaczego moje serce zaczęło szybciej bić, a ciało drżało. 
- Bałam się. - wyszeptałam. - Widziałam już śmierć Raya. Nie chcę być świadkiem kolejnej. Być może to nie prawda, ale czuję się już częścią waszego świata. Jest do bani. Nie ma chwili odpoczynku, ale mimo tego umarłabym gdybym to wszystko teraz straciła. Ciebie, Towena albo Matta. Jesteście dla mnie teraz jedyną rodziną. Może to głupie skoro znam to wszystko dopiero od tygodnia, ale to prawda.
Wydawał się rozczarowany. Puścił moje ramię i odsunął się ode mnie. Nie sądzę by te słowa mogły go zranić, ale tak właśnie wyglądał. Jakby opuściło go życie. Przygarbiony i przygnębiony.
- Nie pójdę tam. - odparł. - Skoro tak się boisz o swoją rodzinę.
Nic więcej nie powiedział, ale nie musiał. Jego słowa ociekały ukrytą wrogością. Wrócił do pokoju. Zastanawiałam się czy jednak nie sprawdzić czy nie wyjdzie z domu, ale stwierdziłam, że nawet jeśli tak by się stało to nie mam już siły by go zatrzymać.
Położyłam się na łóżku. Nie miałam ochoty zasypić. Nie chciałam kolejnych przerażających obrazów. Głowa jeszcze bolała mnie od poprzednich. Po prostu leżałam otoczona przez wszechogarniającą ciszę.

***

 Głośne pukanie wyrwało mnie z drzemki. Spojrzałam za okno. Bezchmurne nocne niebo posypane białymi gwiazdami rozświetlało przedmieścia. Było kilka minut po północy. Wstałam z łóżka. Czułam ogromne zmęczenie, ale nie chciałam zasnąć. To sprawiało, że miałam straszny humor. 
Otworzyłam drzwi. Na korytarzu stał jasnowłosy mężczyzna. Był wyprostowany i poważny. Przebrał się od momentu kiedy widziałam go w bibliotece. Teraz miał na sobie grafitowy sweter i ciemne spodnie.
- Nicole Blake. Wcześniej się nie przedstawiłem. Trevor Norhard. - ukłonił się lekko – Chciałbym z wami porozmawiać. Możemy pójść do biura? Wszyscy już tam czekają.
Nie musiał się przedstawiać. Wiedziałam jak się nazywa, ale miło z jego strony, że to zrobił.
Pokiwałam głową i ruszyłam za nim. Przez całą drogę milczał. Nie miałam ochoty na żadne rozmowy, ale z drugiej strony chciałam dowiedzieć się na czym stoimy. O czym oni wiedzą? Jakie są ich plany? Czy odnaleźli Matta? Szkoda tylko, że nie ma tutaj Raya. Nie musiałabym mu niczego powtarzać.
 Gabinet Towena był niewielkim pomieszczeniem. Nie większym od mojego starego pokoju. Jedno biurko z licznymi książkami, dwie skórzane kanapy i telewizor. Białe ściany i ciemna podłoga. Rzadko tutaj przychodziłam. Jak byłam mniejsza wolałam unikać takich miejsc. Zresztą to prywatne pomieszczenie i znajdowało się na piętrze, które nie było przeze mnie często odwiedzane. Wyjątkiem były noce, które tutaj spędzałam. Wtedy szłam prosto do swojego pokoju. 
Trevor miał racje. Towen i Josh już siedzieli w środku. O coś się kłócili, ale umilkli jak tylko weszliśmy. Towen lekko się uśmiechnął na mój widok. Josh natomiast starał się unikać mojego wzroku. Wybrałam więc miejsce obok czarodzieja. Trevor usiadł obok Josha i od razu zaczął rozmowę.
- Myślę, że każdy z nas wie po co tu jesteśmy. Towen zwrócił się do mnie o pomoc w odnalezieniu Matta. Zgodziłem się po starej znajomości. Jednak w drodze tutaj jak i po moim przybyciu. - zerknął na Josha z ukosa. - Wypłynęły nowe fakty, które mówią nam, że będziemy potrzebować pomocy. Wiemy już, że za tym wszystkim stoi nie jaki Elver da Vistern. Myślałem, że uwolniliśmy się od niego lata temu.
- Chciałeś powiedzieć jego. - wtrącił Josh beznamiętnym tonem. Wpatrywał się w okno i wydawał się nie zainteresowany. Kiedy nikt nie zrozumiał o co mu chodzi dokończył. - Uwolniliśmy jego, a nie od niego. 
Trevor westchnął i zmęczony pokiwał głową.
- Nie o to w tym wszystkim chodzi. Sądziliśmy, że Elver zapłacił za dar, który otrzymał. Najwyraźniej jest silniejszy.
- Nie rozumiem. Jaki dar? - zapytałam
- Ona nie zna historii. - wyjaśnił Towen. - Jej matka nigdy jej w to nie wprowadzała.
- Rozumiem. Ale o szkole wie? - zapytał Trevor. Po znaczącym spojrzeniu wszystkich zaczął wszystko opowiadać. - Każdy z Zmiennokształtnych kiedy kończy trzy lata przechodzi magiczny rytuał, który pozwala stwierdzić czy dozna on kiedyś przemiany. Jeśli tak ma się stać po pięciu latach zostaje zesłany do szkoły na cztery lata. Uczy się tam między innymi sztuk walki, jak sobie radzić z emocjami, no i zdobywa informacje o samej przemianie. W skrócie taka specjalna szkoła dla Bakenaków. Elver jako dziecko nie był dobrym uczniem. Uważał, że to wszystko stek kłamstw. Wierzył, że sam sobie poradzi. Co gorsze, wmawiał to innym rówieśnikom. Niejednokrotnie próbował uciec. Rada zdecydowała zesłać go do czarodzieja na prywatne lekcje by przeszedł przemianę w odosobnieniu. Nikt nie wiedział ile będzie to trwało. Jak zapewne wiesz musi to się wydarzyć przed dwudziestym rokiem życia. To masa czasu. Jednak nie mieli innego wyjścia. Na początku wydawało się, że to dobra decyzja. Elver zaczął się uczyć i znacznie się uspokoił. Była to jednak przykrywka. Miał w tym inny cel. Nikt nic nie podejrzewał kiedy zaczął interesować się czarami. Tu był nasz i ich błąd. Nocami przesiadywał przy książkach i w końcu odnalazł to czego pragnął.
- Co? - wtrąciłam zainteresowana
- Elver zawsze pragnął władzy i potęgi. Odnalazł niebezpieczne zaklęcie łączące istotę nadnaturalną z jej śmiertelną bronią. Szanse przeżycia czegoś takiego są praktycznie zerowe.
- Jak to? Czyli połączył swoje ciało ze złotem? - Było to dla mnie niejasne.
- Czar polegał na magicznym złączeniu. - wyjaśnił Towen. - Połączył się z czymś co mogło go zabić. Nie zginął tylko dlatego, że uczynił to przed przemianą.
- Miał wtedy szesnaście lat. Znalezienie czarodzieja, który mu pomógł nie było trudne. Przekupił go pieniędzmi. Oczywiście nie zapłacił. Zabił go jak tylko doznał przemiany. To był początek setki trupów jakie za sobą zostawił. - dokończył Trevor.
- To oznacza, że złoto nie może go zabić? - spytałam bo nie byłam pewna.
- Gdyby tak nie było już dawno by nie żył. - rzucił Josh. Tak długo się nie odzywał, że wszyscy na niego spojrzeli.
- Ma racje. - zgodził się Trevor. - Elver jest ambitny i niebezpieczny. Dlatego nie zdziwiło mnie kiedy się dowiedziałem, że chce to samo zrobić ze swoim synem.
Zaparło mi dech.
- C -c-c-c-c-o? - wyjąkałam
- Porwał Matta by uczynić go takim samym jak on. Myślał, że jego syn już dawno doznał przemiany, ale kiedy się dowiedział o tym, że Matthew szuka pomocy u wilkołaków był pewien, że tak nie jest. Uznał to jako szansę.
- Ale to oznacza, że już dawno mógł to zrobić. Miał cały tydzień.
Nikt się nie odzywał. Wszyscy spuścili głowy i patrzyli w podłogę, tylko Josh nie odrywał ode mnie wzroku. Widziałam u niego coś w rodzaju współczucia.
Wezbrał we mnie gniew. Wstałam z kanapy.
- Cały tydzień! - krzyknęłam – Przez siedem dni siedzieliśmy bezczynnie. - Ukryłam twarz w dłoniach i próbowałam pozbierać myśli. - Boże! On może już nie żyć. Sami powiedzieliście, że szanse są niewielkie. 
- Jesteśmy przekonani, że jeszcze żyje. - uspokajał mnie Towen. Oparł rękę na moim ramieniu i poprosił bym usiadła z powrotem. Zrezygnowana opadłam na siedzenie. - Uważamy, że zobaczyłabyś śmierć Matta w wizji. Jesteś z nim mocno związana psychicznie.
- Ani razu mi się nie śnił. - powiedziałam od razu.
To mnie przerażało. Skoro nie widziałam jego przyszłości może to oznaczać, że już nie żył. Szybko odsunęłam od siebie taką możliwość. Dziwiło mnie tylko to, że oni wiedzą, że Matt jest synem Elvera. Myślałam, że tylko Josh o tym wie.
- To co robimy? - spytałam
Trevor nabrał powietrza i przemówił.
- Wyjaśniłem Radzie Zmiennokształtnych całą sytuacje. Problem polega na tym, że oni mi nie wierzą.
- Przecież masz wysoką pozycje w całym tym politycznym bałaganie. - stwierdził kąśliwie Josh.
- Tak. - potwierdził – Ale powrót Elvera jest dla nich czymś strasznym i nie przyjmują tego do wiadomości dopóki nie będą mieli twardych dowodów. Dlatego nie możemy na nich liczyć.
- I dobrze. Zanim podjęliby jakąś konkretną decyzję świat zdążyłby się pogrążyć w chaosie pięć razy. - prychnął Josh
- Może masz racje, ale w Radzie zasiadają najlepsi z nas i nie powinniśmy ich obrażać. To ludzie, którzy przeżyli gorsze piekło niż my wszyscy razem wzięci. - Przerwał na chwilę jakby czekał na jakieś wybuchy sprzeczności – Dlatego postanowiłem zająć się tym osobiście. Napisałem do najlepszych ze znanych mi wojowników, którzy nie mają nic wspólnego z Radą. Jak na razie swoje przybycie potwierdziło troje z nich. 
- Cała armia. - rzucił Josh
- Nie potrzebuje setek nieudaczników. Zamiast tego wolę piątkę, ale doświadczonych. Ty też się do nich zaliczasz. 
Zauważyłam przebłysk radości w oczach Josha, który szybko zniknął za kurtyną sarkazmu i cynizmu.
- To chyba najmilsze słowa jakie od ciebie słyszałem.
- No dobrze, ale co wtedy? - przeszkodziłam – Nadal nie wiemy gdzie jest Elver, prawda?
- Nicole ma racje. - przyznał Towen. - Moja magia jest bezsilna. Używałem wszystkich środków. Zupełnie jakby rozpłynęli się w powietrzu.
Trevor przetarł twarz dłonią.
- Może trzeba poszerzyć poszukiwania. Potrzebujesz map o mniejszej skali. - zaproponował
- Na takich też próbowałem. - westchnął – Chyba, że...Nie, to nie możliwe.
- Co? - powiedzieliśmy wszyscy troje.
Towen wyglądał tak jakby kłócił się sam ze sobą. Jego oczy nerwowo poruszały się w prawo i lewo, jakby czytał coś bardzo szybko. Zmarszczył brwi i stwierdził.
- Chyba, że są w innym wymiarze.
Wstał z kanapy i podszedł do biurka, nerwowo przeszukując znajdujące się na nim papiery.
- Ale jak miałby się tam dostać? Musiałby mieć przy sobie jakiegoś potężnego czarownika.
- Może mi ktoś wytłumaczyć o jakie wymiary chodzi? - Czułam się dziwnie, że tylko ja nie wiedziałam o co chodzi.
Towen nie przerywając poszukiwań zaczął szybko tłumaczyć.
- Istnieje nieskończona ilość wymiarów. Znane nam jest tylko siedem, między którymi możemy się przemieszczać. To wymaga jednak potężnego zaklęcia otwierającego bramę. Niewielu z czarowników jest wstanie ją stworzyć. Większość z tych co próbowali zginęła w trakcie. Sam osobiście odwiedziłem tylko trzy.
- Tak jakby inne światy? - To była kolejna nowość. Teraz wszechświat wydawał mi się jeszcze większy. 
Towen potwierdził kiwając głową. W końcu wyciągnął wielki kremowy płat pergaminu. Zrzucił wszystko inne z biurka i rozłożył kartkę. Wszyscy wstaliśmy by uważniej się przyjrzeć. Zajmował prawie cały blat i był tak cienki, że widziało się ciemny kolor biurka. Znajdowały się na nim punkty otoczone mniejszymi kropkami oraz linie proste, które łączyły większe skupiska, trochę przypominających galaktyki obrazów.
- Mogłabyś dać mi dłoń? - zapytał Towen
Zrobiłam o co poprosił. Delikatnie chwycił moją rękę. Następnie wyciągnął niewielki scyzoryk i lekko nakłuł jeden z moich palców. Poczułam ostrą końcówkę noża. Czerwona plama krwi zapełniła ranę. Obrócił moją dłoń, tak, że krople ściekły na mapę. Potem puścił mnie i zamknął oczy. Był tak spokojny, że przez chwilę myślałam, że zasnął na stojąco. Nagle pergamin zaczął lekko się jarzyć, jakby pod nim znajdowała się żarówka, która go oświetlała. Stróżka krwi zaczęła się przemieszczać. Krążyła po mapie niczym opiłki metalu za magnesem. Zatrzymała się na najmniejszym ze skupisk kropek i znikła. Towen otworzył oczy.
- Gretilis. Są w Gretilis.
- Gretilis? - powtórzyłam
- Najmniejszy z wymiarów. Nie jest mały tylko najmniejszy. - stwierdził od razu. - Żeby ustalić dokładniejsze położenie potrzebowałbym mapy. Nie mam jej w bibliotece, ale wiem gdzie można ją znaleźć.
- To już coś. - odetchnęłam
- Powiedz gdzie jest. Od razu tam pójdziemy. - ożywił się Josh.
- Ja pójdę. - powiedział Trevor – Wy powinniście odpocząć.
- Nie jestem zmęczony. - wykłócał się Josh
Chciałam poprzeć Trevora, ale nie odezwałam się. Wiem, że i tak by mnie nie posłuchał.
- Idę sam. - powiedział ostrym tonem. - Ty zostajesz. Koniec dyskusji.
- Wręcz przeciwnie. To początek. - zdenerwował się Josh– Robicie wszystko za naszymi plecami. Chcę wiedzieć na czym stoję. 
- Jutro przybędą posiłki. - zignorował go Trevor. - Przyniosę mapę. Będziesz w stanie stworzyć bramę, która przeniesie nas do Gretilis?
Josh uderzył pięścią w stół. Aż podskoczyłam, zaskoczona jego wybuchem.
- Nie udawaj, że mnie tu nie ma. - wrzasnął
- Idź do swojego pokoju. - powiedział spokojnie
Josh stracił kontrolę. Zacisnął dłonie przy dekolcie swetra Trevora i przycisnął go do ściany. Jego oczy szeroko się otworzyły pogrążone w gniewie.
- Nie odsuniesz mnie od Elvera. Nie tym razem – wysyczał – Jestem gotowy by się z nim zmierzyć, a ty mnie nie powstrzymasz. To moja twarz będzie ostatnią jaką zobaczy przed śmiercią. 
- Zemsta nie da ci satysfakcji. - powiedział spokojnie. Wydawał się nie przejęty sytuacją w jakiej się znalazł.
- Mylisz się. Tylko ona trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Odebrał mi wszystko. Koniec z tym. - Nie był już zdenerwowany. Mówił opanowanym tonem, który był jeszcze gorszy od gniewu. Słyszałam ukryty w nim jad. Gdyby jego słowa mogły przyjąć rzeczywistą postać, wyglądałyby jak grzechotnik szykujący się do ataku. 
Trevor złapał go za głowę i przyciągnął do siebie bliżej tak, że ich czoła prawie się stykały.
- Jeśli tego najbardziej pragniesz to mogę ci zagwarantować, że będziesz świadkiem jego śmierci. Ale teraz idź do łóżka. Jeśli jutro mamy wyruszyć na poszukiwania diabła musisz być wypoczęty.
Po tych słowach puścił go i wyszedł spod jego śmiertelnych objęć. Josh odsunął się i niezbyt zadowolony wyszedł z biura.
- Gdzie mam się udać? - spytał Trevor jak gdyby nigdy nic.
Towen podniósł z ziemi mapę Jacksonville i wskazał palcem miejsce. Po tym jak Trevor wyszedł obierając nowy kierunek zostałam z Towenem sama. Spojrzał na mnie jakby na coś czekał.
- Czy to prawda, że Ray zawsze osłaniał Josha w walce?
Nie wiem dlaczego o to spytałam. Po prostu chciałam wiedzieć.
- Oczywiście. - odpowiedział od razu – Byli zespołem. Musieli dbać o siebie nawzajem.
- Nie o to mi chodzi. Travis mówił, że Ray zawsze miał większe obrażenia bo walczył na dwóch frontach, przez co wszyscy uważali go za gorszego wojownika.
Towen przesunął ręką nad podłogą. Sterta papierów, które wcześniej zrzucił uniosła się i z powrotem wróciła na swoje miejsce.
- Travis jest lekko szalony. Czasami nie myśli o tym co mówi. Zawsze był...zazdrosny.
- Zazdrosny?
- Ray spędzał z Joshem więcej czasu niż z bratem. Podziwiał go. Dlatego też zawsze chciał go na siłę chronić. Nie było to aż tak konieczne. Josh jest znakomitym wojownikiem. Jednym z najlepszych w jego wieku. Nie cofa się przed zagrożeniem dlatego jest tak śmiercionośny. Ray był bardziej ostrożny. Trzy razy się zastanowił zanim cokolwiek postanowił. Można powiedzieć, że martwił się za ich dwóch.
- Więc?
- Każdy z nich był w czymś dobry. Josh idealnie walczył z przeciwnikiem kiedy stał z nim twarzą w twarz. Ray natomiast miał lepszą przewagę kiedy strzelał z łuku albo rzucał nożami. W tym był niezastąpiony. Miał cel jak mało kto. Precyzyjny i dokładny. Josh za to jest mistrzem taktyki. Potrafi wszystkiego użyć jako broni. Jak prawdziwy wojownik. Jego poczynania są spontaniczne i instynktowne. Działa pod wpływem chwili. Ray wolał wszystko przemyśleć dlatego wrogowie zyskiwali przewagę kiedy czymś go zaskoczyli. Wytrącili z ręki miecz albo ją uszkodzili. Dlatego też częściej obnosił obrażenia. Nie potrafił szybko myśleć, co jest niezbędne. Właściwie to bałbym się go samego puścić w wir walki.
- Czyli było zupełnie odwrotnie?
Już nic nie rozumiałam.
- Ciężko to wytłumaczyć. Razem tworzyli zgrany zespół. Doskonale się uzupełniali. Nie wiem czy teraz po śmierci Raya znajdzie się ktoś kto da radę pohamować Josha. - Spojrzał na mnie i lekko się uśmiechnął. Kiedy nie zareagowałam powiedział. - Też powinnaś się przespać. Jutro może nas czekać ciężki dzień.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz