Burza
mózgów
Cicho
weszłam do pokoju Josha po tym jak dwukrotnie nie odpowiedział na
pukanie do drzwi. Stał nieruchomo odwrócony do mnie plecami i
wpatrywał się w szybę. Widziałam jego napiętą poranioną twarz
w odbiciu.
-
Dziękuję, że mnie osłoniłeś przed książkami. - zaczęłam
-
Oni go wypuszczą. - powiedział twardo.
-
Nie wiesz tego. - zaprzeczyłam
Jego
ręka wystrzeliła w ścianę. Opierał się o nią płaską dłonią.
-
Zrobili to samo z o wiele groźniejszym człowiekiem. Czemu z nim
mieliby postąpić inaczej.
-
Bo być może jest w stanie skontaktować się z Elverem. A oni chyba
chcą go dopaść.
Josh
głośno prychnął.
-
Gdyby spóźnili się chociaż o sekundę to już by nie żył.
Zginąłby. Morderca własnego brata. - Odszedł od okna ciężko
dysząc i oparł się o ciemną, niską komodę. - Zabrakło sekundy
– krzyknął i przewrócił mebel na podłogę. Idealnie poskładane
koszulki, bluzy, kamizelki i inne ubrania wypadły na zewnątrz
całkowicie się mieszając.
Już
szedł do szafy by zrobić to samo, ale złapałam go za ramię i
odwróciłam do siebie. Położyłam mu dłonie na policzkach i
szepnęłam.
-
Ray by tego nie chciał. Jestem tego pewna. Jeśli Travis jest winny
to na pewno spotka go gorsza kara niż śmierć.
Wpatrywał
się we mnie swoimi niebieskimi oczami tak jasnymi, że omal szarymi.
-
Nie możesz tak twierdzić. Nic nie wiesz o systemach jakie
obowiązują w świecie nadnaturalnym.
Opuściłam
ręce kiedy wyczułam, że trochę się uspokoił.
-
Nieco o tym czytałam. - Wzruszyłam ramionami. - Nie czyni mnie to
ekspertem, ale on może nam się przydać. Żywy. - powiedziałam
głośno.
-
Przypominasz Raya w tak wielu sprawach. - westchnął – Zupełnie
jakby stał obok i kazał ci to wszystko mówić. - Pomyślałam, że
praktycznie mogłoby to być możliwe, ale nic nie powiedziałam. - A
to nie dobrze, bo często jak czegoś mi zabraniał to źle to się
kończyło. Nie mówię tutaj o naszych braterskich relacjach. On po
prostu często miał racje.
-
To chyba dobrze. - zdziwiłam się.
-
Nie, bo ja go nigdy nie słuchałem. - Odgarnął blond włosy z
czoła i leniwie opadł na podłogę. By nie stać jak słup,
przysiadłam się obok. - Travis ma rację. Zawsze niepotrzebnie go
narażałem, a teraz to on nie żyje.
-
On cię prowokował. Chciał byś tak myślał i nawet jeśli tamten
dzień był zaplanowany zupełnie inaczej to nie zapominaj, że Ray
poszedł do tego lasu z własnej woli. To nie do ciebie się
skierowałam o pomoc. Uwierz, że wtedy tego nie chciałam. Byłeś
ostatnią osobą, do której chciałam się zwrócić.
-
Gdybym wiedział, że to chodzi o Matta na pewno bym tam nie
przyszedł. - odparł
-
Ale przyszedłeś. Sama wysyłałam ci wiadomość.
-
„217”. - wtrącił – To taki system cyfr jakim się
kierowaliśmy. Dwójka to znak, że chodzi o wilkołaki. Jedynka
oznacza nagły wypadek, a siódemka można powiedzieć, że to cyfra
oznaczająca „nie przyjmuję odmowy”. W rzeczywistości nigdy jej
nie brakowało. Zawsze jak była jakaś akcja to chodziliśmy razem.
Byliśmy dobrą drużyną. Teraz bez niego czuję się jak bez ręki.
Wiedziałam,
że to boli. Sama straciłam matkę. Różnica była taka, że on
widział śmierć każdej osoby, na której mu zależało i nigdy nie
mógł nic z tym zrobić. Ja tylko dostałam wiadomość, że moja
matka miała wypadek. Potem widziałam ją leżącą w szpitalu
otoczoną lekarzami, podłączoną do respiratora.
Spojrzałam
na Josha. Siedział obok z głową opartą o ścianę. Oczy miał
zamknięte, a usta wygięte w lekkim grymasie. Słyszałam jego
rytmiczny oddech. Rany na twarzy już się zagoiły. Teraz otaczała
je tylko zaschnięta krew. Jednak miejsce gdzie Travis go ugryzł
nadal krwawiło.
-
Powinieneś to opatrzyć. - stwierdziłam – Jesteś tak blady
jakbyś miał się zaraz wykrwawić.
-
Nie tak łatwo mnie zabić. Nie teraz. Czarne dusze z piekła jeszcze
muszą na mnie poczekać. - zaśmiał się i wstał z gracją.
Wyszedł
do łazienki. Słyszałam jak ściąga z siebie koszulkę. Potem
dźwięk lecącej wody. Wstałam i podeszłam do porozrzucanych ubrań.
Chociaż pomogę mu je poskładać. Przy okazji będę mogła
obejrzeć w czym chodzi. Zawsze nosił ciemne rzeczy, ale jego styl
musiał być przemyślany. Przynajmniej tak mi się wydawało. Nigdy
nie widziałam go w przypadkowych ciuchach, które zupełnie do
siebie nie pasowały. Wszystko leżało na nim jak druga skóra.
Mogłabym się założyć, że nie znalazłabym skarpetek z dziurą w
miejscu gdzie powinien być palec lub poprzecieranych na pięcie.
Josh
szybko wrócił. Zmienił spodnie, na bardzo podobne do poprzednich.
Mimo, że był wysoki to nogawki i tak nachodziły na pięty,
zasłaniając połowę stopy. Ciekawe czy kupuje je na zamówienie.
Pamiętam, że Matthew zawsze miał problem by spodnie nie były na
niego za krótkie. Nie lubił kiedy miał odsłonięte kostki, a
ponieważ nie należał do niskich to nowa para spodni była u niego
czymś niezwykłym.
-
Co robisz? - spytał wyrywając mnie z zamyślenia.
-
To co widać.
-
Grzebiesz w moich rzeczach? - zaśmiał się.
-
Skoro tak to nazywasz. - Nie czułam zażenowania. Nawet nie wiem czy
powinnam. Ogólnie nie należałam do dziewczyn, które uwielbiają
kupować sobie nowe rzeczy i nie przeżyją jeśli nie wyjdą na
zakupy przynajmniej raz w tygodniu, ale zawsze fascynowały mnie
męskie T-shirty. Były lepsze i miały ciekawsze nadruki niż
damskie. Dlatego często zabierałam Mattowi jego. W końcu sam mi
kupił parę sztuk, które używałam jako piżamy.
-
Lepiej tego nie rób. - Jego głos był poważny. Zatrzymałam rękę
w połowie ruchu nagle przestraszona. - Potem nie będę wiedział
gdzie co leży. - zaśmiał się
-
Masz je poukładane wedle koloru? Niech zgadnę. Po prawej stronie
czarne, po lewej czarne, a niżej te mniej czarne.
-
Myślisz, że to takie zabawne. - Wyrwał mi koszulkę. Nie był
zdenerwowany. - Mówię serio. Mam tutaj swój własny układ. Dzięki
czemu nie zastanawiam się godzinami w co się ubrać. - Wykrzywiłam
brwi, nie wierząc w jego słowa. Jaki facet ma system układania
ubrań? - Jeśli zajrzysz do swoich szafek też będziesz miała
swój. - kontynuował. - To taki czar rzucony przez Towena. Dziwne,
że jeszcze same nie zaczęły się składać. Może dlatego, że
jest dziś wykończony. Nie zdziwiło cię to, że nie ma w tym domu
pralki? Każde ubranie wrzucone do kosza – Wskazał na wiklinowy
pojemnik w rogu. - Następnego dnia jest już czyste i wyprasowane na
swoim miejscu.
-
Nie widziałam wszystkich pokoi w tym domu. Nie jestem aż taka
wścibska, a mama nigdy nie miała czasu by pokazać mi dom w całości.
Przez
chwilę oglądał odebrany mi T-shirt, zupełnie mnie nie słuchając.
Kiedy już się zastanowił, odrzucił go na podłogę i założył
szarą koszulkę leżącą obok. Spojrzał na siebie i dopiero kiedy
w całości się zadowolił usiadł obok mnie.
-
Jak myślisz ile to potrwa? - spytałam. - Te rozmowy czy co oni tam
robią.
-
Nie wiem. Nie interesuje mnie to. Nie mam zamiaru schodzić na dół.
-
Dlaczego?
-
Jestem zmęczony i nie mam ochoty widzieć się z Trevorem.
Uważnie
mu się przyglądałam.
-
W takim razie ja też nie idę. - zawtórowałam – I tak nie
byłabym im wstanie wszystkiego wyjaśnić.
-
Kłamie. Jak tylko wyjdziesz z jego pokoju, ulotni się do miasta.
Aż
podskoczyłam gdy usłyszałam znajomy głos. Przed nami
zmaterializował się Ray. Josh go nie widzia, ale zauważył moją
reakcję.
-
Co jest? - spytał
-
Nie mów mu o mnie. - uprzedził Ray
-
Nie nic. - szybko zaprzeczyłam
Spojrzał
na mnie tak jakby miał zaraz się roześmiać. Odwróciłam wzrok i
spojrzałam na Raya.
-
Mam dla ciebie informacje. Musimy porozmawiać.
-
Idę do łazienki. Zaraz wracam. - rzuciłam
Szybkim
krokiem wyszłam do pomieszczenia obok i odkręciłam wodę w kranie.
-
Nie możesz go spuszczać z oka. Dzisiaj wilkołaki mają swój
„zjazd” - Zrobił znak cudzysłów w powietrzu. – To jest dobra
okazja na zdobycie jakiś informacji i Josh o tym wie.
-
Jak sobie to wyobrażasz? - szepnęłam – Mam za nim chodzić jak
pies za kością?
-
Wymyśl coś. - wzruszył ramionami. - Pogadamy jutro. Ja właśnie
tam chcę się udać. W przeciwieństwie do Josha, mnie nie zauważą.
-
To dlaczego się tutaj zjawiłeś?
-
Bo wiedziałem, że on nie będzie chciał przepuścić takiej okazji,
a ty miałaś go pilnować. - Wskazał palcem przez ramię w stronę
drzwi.
-
W porządku, ale następnym, razem nie pojawiaj się tak nagle. Ja
też muszę ci coś powiedzieć.
-
Jutro. - wyszeptał i zniknął
Czułam
się trochę jakby to wszystko mi się przewidziało. Przynajmniej
miałam pewność, że Ray o czymś wie. Być może zna drogę do
Matta. Istnieje szansa, że nawet go widział. Chciałam żeby już
tu wrócił i wszystko mi powiedział.
Zakręciłam
wodę i wróciłam do pokoju. Światło było przygaszone dzięki
włącznikowi lampek na pokrętkę, który ustawia natężenie
światła. Tak to był fajny bajer. Josh leżał w łóżku. Nie był
przykryty kołdrą, ale powieki miał zamknięte. Sprytny ruch.
Myślał, że tak po prostu wyjdę kiedy zobaczę, że śpi. Zapewne
bym tak zrobiła gdyby nie Ray.
Nie
chciałam tutaj siedzieć jak jakaś niańka, więc się wymknęłam
tak jakby tego chciał. Ruszyłam w stronę swojego pokoju. Nawet
otworzyłam i zamknęłam swoje drzwi. Potem po cichu wróciłam pod
pokój Josha. Być może to było głupie, ale zamierzałam tu
przesiedzieć całą noc jeśli by trzeba było. Przed chwilą
stoczył walkę z potężnym przeciwnikiem. Nie było mowy żeby
teraz wychodził prosto w środek stada wilkołaków. Obiecałam
Rayowi, że go dopilnuje i choć było to dla mnie dziwne zamierzałam
dotrzymać słowa, nie zważając na środki.
Powoli
usiadłam na drewnianej podłodze i czekałam. Nie trwało to długo.
Po dziesięciu minutach słyszałam, że krząta się po pokoju, choć
muszę przyznać, że robił to bardzo cicho. Po kolejnych minutach
wyszedł z pokoju cały obładowany bronią. Nie ukrywał zaskoczenia
kiedy zobaczył, że stoję tuż przed nim.
-
Zwariowałaś? - spytał – Rozumiem, że jestem boski, ale
przesiadywanie przed moim pokojem to już lekka przesada.
-
Ja zwariowałam? To ty masz nie po kolei w głowie. Myślałam, że
sobie odpuścisz poszukiwania. Mógłbyś jeszcze zaczekać choć
jeden dzień bez wychodzenia z domu? - spytałam ostro
-
Skąd wiedziałaś, że będę wychodził? Nie mów mi, że czatujesz
tutaj każdej nocy, bo uznam cię za świra.
Na
moment zbił mnie z tropu.
-
Miałam wizje. Wtedy w szklarni. - To było dobre kłamstwo. Nie mógł
nie uwierzyć.
Wypuścił
powietrze i oparł się o framugę, nagle zmęczony.
-
Muszę tam iść. Na pewno znajdę jakiś trop. Chcesz odnaleźć
przyjaciela to mnie puść.
Wiem,
że mówi to z grzeczności bo bez problemu by mnie wyminął.
Musiałam mu jakoś wytłumaczyć, że nie ma takiej potrzeby. Nie
miałam jednak żadnych przekonujących argumentów. Musiałam liczyć
na jego naiwność.
-
Czy zaufasz mi na tyle jeśli powiem ci, że jutro będę wiedziała
o wszystkim co się tam wydarzy.
-
Oczywiście, że nie. Wizje nie pokazują tego co chcesz zobaczyć.
-
Nie o tym teraz mówię.
Spojrzał
na mnie zdumiony.
-
Albo mnie puścisz, albo sam przejdę. - Nie ustępował.
-
Proszę cię żebyś nie szedł.
-
Nie możesz robić do mnie maślanych oczek i liczyć, że zmienię
swoje plany tylko dlatego, że raz ci się to udało. - zdenerwował
się.
Wpadłam
na inny pomysł.
-
W takim razie idę z tobą.
-
Nie. - odpowiedział twardo i mnie minął.
-
Skoro ja nie mogę cię zatrzymać to tym bardziej ty nie zatrzymasz
mnie.
Nie
byłam pewna swoich słów, ale ruszyłam za nim szybkim krokiem.
Kiedy nie zaprotestował po raz kolejny, zaczęłam lekko panikować.
Zwolniłam trochę i sięgnęłam posążek stojący na jednym z
wysokich stolików. W przeciwieństwie do parteru na pierwszym
piętrze było ich więcej. Kiedy dalej szedł przed siebie
zamachnęłam się mocno celując w głowę. Odwrócił się i
chwycił moją rękę. Posążek wypadł mi z dłoni. Złapał mnie i
przycisnął do ściany. Nie mocno, ale gwałtownie.
-
Niezły chwyt, Blake. Nie zapominaj jednak, że mam wyczulony słuch
i jeszcze lepszy refleks. - powiedział szeptem do ucha.
Jego
twarz była napięta ale uśmiechnięta. Oczy uważnie obserwowały
każdy ruch mojej twarzy. Po brwi, przez oczy, aż do ust, na których
się zatrzymały. Jedną ręką trzymał na moim nadgarstku, a drugą
uniemożliwiał ucieczkę. Zmarszczył brwi jakby nad czymś głęboko
się zastanawiał.
-
Muszę tam iść. - powiedział gardłowo.
Zaprzeczyłam
ruchem głowy. Jego dłonie dotknęły moich policzków. Skierował
moje oczy na wprost swoich.
-
Ty uparta babo. Na tym spotkaniu będzie prawie każdy wilkołak
zamieszkujący lub przebywający na terenie Jacksonville. To impreza,
której nie ominą.
-
Oni nie, ale ty tak. Ledwo trzymasz się na nogach. Chyba dość
wrażeń jak na jeden dzień.
Prychnął
i oparł czoło o ścianę, obok mojej twarzy. Czułam jego gładkie
włosy na swojej szyi. Miałam ochotę ich dotknąć. Poczuć jakie
są w dotyku. Skręcone przy końcówkach i złote niczym lwia
grzywa.
-
Nie mogę cię rozgryźć. - zaśmiał się. - Chcesz odzyskać
przyjaciela, ale nie pozwalasz mi iść w miejsce gdzie mógłbym
odnaleźć jakieś trop.
-
Tak, bo w ten sposób mógłbyś zginąć. A ja nie pozwolę żebyś
się narażał dla mojego przyjaciela. - Podkreśliłam ostatnie
słowa - Ponieważ już zdążyłam się przekonać jak porywczy i
impulsywny jesteś, wolę żebyś nie pakował się w sam środek
wilczego stada.
Odsunął
się od ściany i roześmiał.
-
Bawi mnie twoja troska. Wiedz, że jestem już dużym chłopcem.
Radzę sobie i bez twojej nadopiekuńczości.
Zupełnie
jakbym usłyszała siebie. W podobny sposób zwracałam się do
Matta, zawsze kiedy próbował od czegoś mnie odciągnąć.
Zazwyczaj mu się to udawało. Jego argumenty często mnie
przekonywały. Szanował jednak moją decyzje jeśli mimo jego
namawiania odmawiałam. Ja tym razem nie mogłam tak postąpić. Za
wszelką cenę musiałam go zatrzymać. Nie chodziło tu tylko o
słowo dane Rayowi. Tak naprawdę bałam się o Josha. Może to
dlatego, że widziałam jego śmierć we śnie. To przerażało mnie
jeszcze bardziej. Czułam się za niego odpowiedzialna. To uczucie
było mi tak nieznane, że zupełnie nie miałam pojęcia jak sobie z
nim poradzić.
Musiałam
trochę nagiąć prawdę.
-
Widziałam twoją śmierć. - powiedziałam głośno
Przestał
dreptać i na mnie spojrzał. Jego twarz z początku poważna po
chwili się rozluźniła i ponownie się uśmiechnął.
-
To nic nowego. Można powiedzieć, że śmierć to moja przyrodnia
siostra. Towarzyszy mi na każdym kroku.
-
Nie rozumiesz? - wkurzyłam się - Widziałam jak miecz przeszywa
cię na wylot. Poległeś w walce. Jeśli tam pójdziesz to może się
spełnić.
-
Wiem. To się mogło stać już wcześniej. Za każdym razem kiedy
wychodzę na zewnątrz z zamiarem zabicia kogoś mam świadomość
tego, że sam mogę polec. Nie boję się śmierci. Nie byłbym tak
dobry gdybym się bał.
-
Czyli nie szanujesz życia? - oburzyłam się.
-
Przyniosło mi tylko cierpienie. Jeśli jest przewidziane, że
niedługo się zakończy to dumny jestem z tego, że właśnie w
walce.
-
Jesteś głupcem. - wysyczałam – Ja też. Tak się przestraszyłam
gdy obudziłam się mając w głowie ten obraz. Bałam się jak
jeszcze nigdy wcześniej. Najwyraźniej niepotrzebnie skoro ty tak
lekko to przyjmujesz.
-
Zaraz, czyli...
-
Wiesz co, jak chcesz. - przerwałam mu. - Idź tam na pewną śmierć.
Być może to ja zawiodę, ale trudno. - Odwróciłam się i poszłam
w stronę pokoju. - Powiem mu, że nie dałam rady. On najlepiej wie
jak trudny ma charakter jego towarzysz–idiota. - mówiłam sama do
siebie przeklinając.
Usłyszałam
pośpieszne kroki za mną. Pociągnął mnie za ramię, kiedy stałam
już przy drzwiach.
-
Czego chcesz? - krzyknęłam
Miałam
już dosyć. Chciałam żeby to wszystko było już za mną.
-
Dzisiaj rano, kiedy do mnie przyszłaś. To właśnie moją śmierć
widziałaś.
Pokiwałam
głową choć wcale nie zadał pytania. Przyłożyłam rękę do
czoła. Było gorące. Przejechałam dłonią po twarzy. Była mokra.
Nawet nie wiedziałam, że z oczu zaczęły lecieć mi łzy.
-
Dlaczego? - zapytał – Dlaczego tak bardzo się tym przejęłaś?
Zaskoczyło
mnie jego pytanie. Właściwie to sama nie znałam na nie dokładnej
odpowiedzi . Nie miałam pojęcia dlaczego moje serce zaczęło
szybciej bić, a ciało drżało.
-
Bałam się. - wyszeptałam. - Widziałam już śmierć Raya. Nie
chcę być świadkiem kolejnej. Być może to nie prawda, ale czuję
się już częścią waszego świata. Jest do bani. Nie ma chwili
odpoczynku, ale mimo tego umarłabym gdybym to wszystko teraz
straciła. Ciebie, Towena albo Matta. Jesteście dla mnie teraz
jedyną rodziną. Może to głupie skoro znam to wszystko dopiero od
tygodnia, ale to prawda.
Wydawał
się rozczarowany. Puścił moje ramię i odsunął się ode mnie.
Nie sądzę by te słowa mogły go zranić, ale tak właśnie
wyglądał. Jakby opuściło go życie. Przygarbiony i przygnębiony.
-
Nie pójdę tam. - odparł. - Skoro tak się boisz o swoją rodzinę.
Nic
więcej nie powiedział, ale nie musiał. Jego słowa ociekały
ukrytą wrogością. Wrócił do pokoju. Zastanawiałam się czy
jednak nie sprawdzić czy nie wyjdzie z domu, ale stwierdziłam, że
nawet jeśli tak by się stało to nie mam już siły by go
zatrzymać.
Położyłam
się na łóżku. Nie miałam ochoty zasypić. Nie chciałam
kolejnych przerażających obrazów. Głowa jeszcze bolała mnie od
poprzednich. Po prostu leżałam otoczona przez wszechogarniającą
ciszę.
***
Głośne
pukanie wyrwało mnie z drzemki. Spojrzałam za okno. Bezchmurne
nocne niebo posypane białymi gwiazdami rozświetlało przedmieścia.
Było kilka minut po północy. Wstałam z łóżka. Czułam ogromne
zmęczenie, ale nie chciałam zasnąć. To sprawiało, że miałam
straszny humor.
Otworzyłam
drzwi. Na korytarzu stał jasnowłosy mężczyzna. Był wyprostowany
i poważny. Przebrał się od momentu kiedy widziałam go w
bibliotece. Teraz miał na sobie grafitowy sweter i ciemne spodnie.
-
Nicole Blake. Wcześniej się nie przedstawiłem. Trevor Norhard. -
ukłonił się lekko – Chciałbym z wami porozmawiać. Możemy
pójść do biura? Wszyscy już tam czekają.
Nie
musiał się przedstawiać. Wiedziałam jak się nazywa, ale miło z
jego strony, że to zrobił.
Pokiwałam
głową i ruszyłam za nim. Przez całą drogę milczał. Nie miałam
ochoty na żadne rozmowy, ale z drugiej strony chciałam dowiedzieć
się na czym stoimy. O czym oni wiedzą? Jakie są ich plany? Czy
odnaleźli Matta? Szkoda tylko, że nie ma tutaj Raya. Nie musiałabym
mu niczego powtarzać.
Gabinet
Towena był niewielkim pomieszczeniem. Nie większym od mojego
starego pokoju. Jedno biurko z licznymi książkami, dwie skórzane
kanapy i telewizor. Białe ściany i ciemna podłoga. Rzadko tutaj
przychodziłam. Jak byłam mniejsza wolałam unikać takich miejsc.
Zresztą to prywatne pomieszczenie i znajdowało się na piętrze,
które nie było przeze mnie często odwiedzane. Wyjątkiem były noce, które
tutaj spędzałam. Wtedy szłam prosto do swojego pokoju.
Trevor
miał racje. Towen i Josh już siedzieli w środku. O coś się
kłócili, ale umilkli jak tylko weszliśmy. Towen lekko się
uśmiechnął na mój widok. Josh natomiast starał się unikać
mojego wzroku. Wybrałam więc miejsce obok czarodzieja. Trevor
usiadł obok Josha i od razu zaczął rozmowę.
-
Myślę, że każdy z nas wie po co tu jesteśmy. Towen zwrócił się
do mnie o pomoc w odnalezieniu Matta. Zgodziłem się po starej
znajomości. Jednak w drodze tutaj jak i po moim przybyciu. - zerknął
na Josha z ukosa. - Wypłynęły nowe fakty, które mówią nam, że
będziemy potrzebować pomocy. Wiemy już, że za tym wszystkim stoi
nie jaki Elver da Vistern. Myślałem, że uwolniliśmy się od niego
lata temu.
-
Chciałeś powiedzieć jego. - wtrącił Josh beznamiętnym tonem.
Wpatrywał się w okno i wydawał się nie zainteresowany. Kiedy nikt
nie zrozumiał o co mu chodzi dokończył. - Uwolniliśmy jego, a nie
od niego.
Trevor
westchnął i zmęczony pokiwał głową.
-
Nie o to w tym wszystkim chodzi. Sądziliśmy, że Elver zapłacił
za dar, który otrzymał. Najwyraźniej jest silniejszy.
-
Nie rozumiem. Jaki dar? - zapytałam
-
Ona nie zna historii. - wyjaśnił Towen. - Jej matka nigdy jej w to
nie wprowadzała.
-
Rozumiem. Ale o szkole wie? - zapytał Trevor. Po znaczącym
spojrzeniu wszystkich zaczął wszystko opowiadać. - Każdy z
Zmiennokształtnych kiedy kończy trzy lata przechodzi magiczny
rytuał, który pozwala stwierdzić czy dozna on kiedyś przemiany.
Jeśli tak ma się stać po pięciu latach zostaje zesłany do szkoły
na cztery lata. Uczy się tam między innymi sztuk walki, jak sobie
radzić z emocjami, no i zdobywa informacje o samej przemianie. W
skrócie taka specjalna szkoła dla Bakenaków. Elver jako dziecko
nie był dobrym uczniem. Uważał, że to wszystko stek kłamstw.
Wierzył, że sam sobie poradzi. Co gorsze, wmawiał to innym
rówieśnikom. Niejednokrotnie próbował uciec. Rada zdecydowała
zesłać go do czarodzieja na prywatne lekcje by przeszedł przemianę
w odosobnieniu. Nikt nie wiedział ile będzie to trwało. Jak
zapewne wiesz musi to się wydarzyć przed dwudziestym rokiem życia.
To masa czasu. Jednak nie mieli innego wyjścia. Na początku
wydawało się, że to dobra decyzja. Elver zaczął się uczyć i
znacznie się uspokoił. Była to jednak przykrywka. Miał w tym inny
cel. Nikt nic nie podejrzewał kiedy zaczął interesować się
czarami. Tu był nasz i ich błąd. Nocami przesiadywał przy
książkach i w końcu odnalazł to czego pragnął.
-
Co? - wtrąciłam zainteresowana
-
Elver zawsze pragnął władzy i potęgi. Odnalazł niebezpieczne
zaklęcie łączące istotę nadnaturalną z jej śmiertelną bronią.
Szanse przeżycia czegoś takiego są praktycznie zerowe.
-
Jak to? Czyli połączył swoje ciało ze złotem? - Było to dla
mnie niejasne.
-
Czar polegał na magicznym złączeniu. - wyjaśnił Towen. -
Połączył się z czymś co mogło go zabić. Nie zginął tylko
dlatego, że uczynił to przed przemianą.
-
Miał wtedy szesnaście lat. Znalezienie czarodzieja, który mu
pomógł nie było trudne. Przekupił go pieniędzmi. Oczywiście nie
zapłacił. Zabił go jak tylko doznał przemiany. To był początek
setki trupów jakie za sobą zostawił. - dokończył Trevor.
-
To oznacza, że złoto nie może go zabić? - spytałam bo nie byłam
pewna.
-
Gdyby tak nie było już dawno by nie żył. - rzucił Josh. Tak
długo się nie odzywał, że wszyscy na niego spojrzeli.
-
Ma racje. - zgodził się Trevor. - Elver jest ambitny i
niebezpieczny. Dlatego nie zdziwiło mnie kiedy się dowiedziałem,
że chce to samo zrobić ze swoim synem.
Zaparło
mi dech.
-
C -c-c-c-c-o? - wyjąkałam
-
Porwał Matta by uczynić go takim samym jak on. Myślał, że jego
syn już dawno doznał przemiany, ale kiedy się dowiedział o tym,
że Matthew szuka pomocy u wilkołaków był pewien, że tak nie
jest. Uznał to jako szansę.
-
Ale to oznacza, że już dawno mógł to zrobić. Miał cały
tydzień.
Nikt
się nie odzywał. Wszyscy spuścili głowy i patrzyli w podłogę,
tylko Josh nie odrywał ode mnie wzroku. Widziałam u niego coś w
rodzaju współczucia.
Wezbrał
we mnie gniew. Wstałam z kanapy.
-
Cały tydzień! - krzyknęłam – Przez siedem dni siedzieliśmy
bezczynnie. - Ukryłam twarz w dłoniach i próbowałam pozbierać
myśli. - Boże! On może już nie żyć. Sami powiedzieliście, że
szanse są niewielkie.
-
Jesteśmy przekonani, że jeszcze żyje. - uspokajał mnie Towen.
Oparł rękę na moim ramieniu i poprosił bym usiadła z powrotem.
Zrezygnowana opadłam na siedzenie. - Uważamy, że zobaczyłabyś
śmierć Matta w wizji. Jesteś z nim mocno związana psychicznie.
-
Ani razu mi się nie śnił. - powiedziałam od razu.
To
mnie przerażało. Skoro nie widziałam jego przyszłości może to
oznaczać, że już nie żył. Szybko odsunęłam od siebie taką
możliwość. Dziwiło mnie tylko to, że oni wiedzą, że Matt jest
synem Elvera. Myślałam, że tylko Josh o tym wie.
-
To co robimy? - spytałam
Trevor
nabrał powietrza i przemówił.
-
Wyjaśniłem Radzie Zmiennokształtnych całą sytuacje. Problem
polega na tym, że oni mi nie wierzą.
-
Przecież masz wysoką pozycje w całym tym politycznym bałaganie. -
stwierdził kąśliwie Josh.
-
Tak. - potwierdził – Ale powrót Elvera jest dla nich czymś
strasznym i nie przyjmują tego do wiadomości dopóki nie będą
mieli twardych dowodów. Dlatego nie możemy na nich liczyć.
-
I dobrze. Zanim podjęliby jakąś konkretną decyzję świat
zdążyłby się pogrążyć w chaosie pięć razy. - prychnął Josh
-
Może masz racje, ale w Radzie zasiadają najlepsi z nas i nie
powinniśmy ich obrażać. To ludzie, którzy przeżyli gorsze piekło
niż my wszyscy razem wzięci. - Przerwał na chwilę jakby czekał
na jakieś wybuchy sprzeczności – Dlatego postanowiłem zająć
się tym osobiście. Napisałem do najlepszych ze znanych mi
wojowników, którzy nie mają nic wspólnego z Radą. Jak na razie
swoje przybycie potwierdziło troje z nich.
-
Cała armia. - rzucił Josh
-
Nie potrzebuje setek nieudaczników. Zamiast tego wolę piątkę, ale
doświadczonych. Ty też się do nich zaliczasz.
Zauważyłam
przebłysk radości w oczach Josha, który szybko zniknął za
kurtyną sarkazmu i cynizmu.
-
To chyba najmilsze słowa jakie od ciebie słyszałem.
-
No dobrze, ale co wtedy? - przeszkodziłam – Nadal nie wiemy gdzie
jest Elver, prawda?
-
Nicole ma racje. - przyznał Towen. - Moja magia jest bezsilna.
Używałem wszystkich środków. Zupełnie jakby rozpłynęli się w
powietrzu.
Trevor
przetarł twarz dłonią.
-
Może trzeba poszerzyć poszukiwania. Potrzebujesz map o mniejszej
skali. - zaproponował
-
Na takich też próbowałem. - westchnął – Chyba, że...Nie, to
nie możliwe.
-
Co? - powiedzieliśmy wszyscy troje.
Towen
wyglądał tak jakby kłócił się sam ze sobą. Jego oczy nerwowo
poruszały się w prawo i lewo, jakby czytał coś bardzo szybko.
Zmarszczył brwi i stwierdził.
-
Chyba, że są w innym wymiarze.
Wstał
z kanapy i podszedł do biurka, nerwowo przeszukując znajdujące się
na nim papiery.
-
Ale jak miałby się tam dostać? Musiałby mieć przy sobie jakiegoś
potężnego czarownika.
-
Może mi ktoś wytłumaczyć o jakie wymiary chodzi? - Czułam się
dziwnie, że tylko ja nie wiedziałam o co chodzi.
Towen
nie przerywając poszukiwań zaczął szybko tłumaczyć.
-
Istnieje nieskończona ilość wymiarów. Znane nam jest tylko
siedem, między którymi możemy się przemieszczać. To wymaga
jednak potężnego zaklęcia otwierającego bramę. Niewielu z
czarowników jest wstanie ją stworzyć. Większość z tych co
próbowali zginęła w trakcie. Sam osobiście odwiedziłem tylko
trzy.
-
Tak jakby inne światy? - To była kolejna nowość. Teraz
wszechświat wydawał mi się jeszcze większy.
Towen
potwierdził kiwając głową. W końcu wyciągnął wielki kremowy
płat pergaminu. Zrzucił wszystko inne z biurka i rozłożył
kartkę. Wszyscy wstaliśmy by uważniej się przyjrzeć. Zajmował
prawie cały blat i był tak cienki, że widziało się ciemny kolor
biurka. Znajdowały się na nim punkty otoczone mniejszymi kropkami
oraz linie proste, które łączyły większe skupiska, trochę
przypominających galaktyki obrazów.
-
Mogłabyś dać mi dłoń? - zapytał Towen
Zrobiłam
o co poprosił. Delikatnie chwycił moją rękę. Następnie
wyciągnął niewielki scyzoryk i lekko nakłuł jeden z moich
palców. Poczułam ostrą końcówkę noża. Czerwona plama krwi
zapełniła ranę. Obrócił moją dłoń, tak, że krople ściekły
na mapę. Potem puścił mnie i zamknął oczy. Był tak spokojny, że
przez chwilę myślałam, że zasnął na stojąco. Nagle pergamin
zaczął lekko się jarzyć, jakby pod nim znajdowała się żarówka,
która go oświetlała. Stróżka krwi zaczęła się przemieszczać.
Krążyła po mapie niczym opiłki metalu za magnesem. Zatrzymała
się na najmniejszym ze skupisk kropek i znikła. Towen otworzył
oczy.
-
Gretilis. Są w Gretilis.
-
Gretilis? - powtórzyłam
-
Najmniejszy z wymiarów. Nie jest mały tylko najmniejszy. -
stwierdził od razu. - Żeby ustalić dokładniejsze położenie
potrzebowałbym mapy. Nie mam jej w bibliotece, ale wiem gdzie można
ją znaleźć.
-
To już coś. - odetchnęłam
-
Powiedz gdzie jest. Od razu tam pójdziemy. - ożywił się Josh.
-
Ja pójdę. - powiedział Trevor – Wy powinniście odpocząć.
-
Nie jestem zmęczony. - wykłócał się Josh
Chciałam
poprzeć Trevora, ale nie odezwałam się. Wiem, że i tak by mnie
nie posłuchał.
-
Idę sam. - powiedział ostrym tonem. - Ty zostajesz. Koniec
dyskusji.
-
Wręcz przeciwnie. To początek. - zdenerwował się Josh– Robicie
wszystko za naszymi plecami. Chcę wiedzieć na czym stoję.
-
Jutro przybędą posiłki. - zignorował go Trevor. - Przyniosę
mapę. Będziesz w stanie stworzyć bramę, która przeniesie nas do
Gretilis?
Josh
uderzył pięścią w stół. Aż podskoczyłam, zaskoczona jego
wybuchem.
-
Nie udawaj, że mnie tu nie ma. - wrzasnął
-
Idź do swojego pokoju. - powiedział spokojnie
Josh
stracił kontrolę. Zacisnął dłonie przy dekolcie swetra Trevora i
przycisnął go do ściany. Jego oczy szeroko się otworzyły
pogrążone w gniewie.
-
Nie odsuniesz mnie od Elvera. Nie tym razem – wysyczał – Jestem
gotowy by się z nim zmierzyć, a ty mnie nie powstrzymasz. To moja
twarz będzie ostatnią jaką zobaczy przed śmiercią.
-
Zemsta nie da ci satysfakcji. - powiedział spokojnie. Wydawał się
nie przejęty sytuacją w jakiej się znalazł.
-
Mylisz się. Tylko ona trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Odebrał
mi wszystko. Koniec z tym. - Nie był już zdenerwowany. Mówił
opanowanym tonem, który był jeszcze gorszy od gniewu. Słyszałam
ukryty w nim jad. Gdyby jego słowa mogły przyjąć rzeczywistą
postać, wyglądałyby jak grzechotnik szykujący się do ataku.
Trevor
złapał go za głowę i przyciągnął do siebie bliżej tak, że
ich czoła prawie się stykały.
-
Jeśli tego najbardziej pragniesz to mogę ci zagwarantować, że
będziesz świadkiem jego śmierci. Ale teraz idź do łóżka. Jeśli
jutro mamy wyruszyć na poszukiwania diabła musisz być wypoczęty.
Po
tych słowach puścił go i wyszedł spod jego śmiertelnych objęć.
Josh odsunął się i niezbyt zadowolony wyszedł z biura.
-
Gdzie mam się udać? - spytał Trevor jak gdyby nigdy nic.
Towen
podniósł z ziemi mapę Jacksonville i wskazał palcem miejsce. Po
tym jak Trevor wyszedł obierając nowy kierunek zostałam z Towenem
sama. Spojrzał na mnie jakby na coś czekał.
-
Czy to prawda, że Ray zawsze osłaniał Josha w walce?
Nie
wiem dlaczego o to spytałam. Po prostu chciałam wiedzieć.
-
Oczywiście. - odpowiedział od razu – Byli zespołem. Musieli dbać
o siebie nawzajem.
-
Nie o to mi chodzi. Travis mówił, że Ray zawsze miał większe
obrażenia bo walczył na dwóch frontach, przez co wszyscy uważali
go za gorszego wojownika.
Towen
przesunął ręką nad podłogą. Sterta papierów, które wcześniej
zrzucił uniosła się i z powrotem wróciła na swoje miejsce.
-
Travis jest lekko szalony. Czasami nie myśli o tym co mówi. Zawsze
był...zazdrosny.
-
Zazdrosny?
-
Ray spędzał z Joshem więcej czasu niż z bratem. Podziwiał go.
Dlatego też zawsze chciał go na siłę chronić. Nie było to aż
tak konieczne. Josh jest znakomitym wojownikiem. Jednym z najlepszych
w jego wieku. Nie cofa się przed zagrożeniem dlatego jest tak
śmiercionośny. Ray był bardziej ostrożny. Trzy razy się
zastanowił zanim cokolwiek postanowił. Można powiedzieć, że
martwił się za ich dwóch.
-
Więc?
-
Każdy z nich był w czymś dobry. Josh idealnie walczył z
przeciwnikiem kiedy stał z nim twarzą w twarz. Ray natomiast miał
lepszą przewagę kiedy strzelał z łuku albo rzucał nożami. W tym
był niezastąpiony. Miał cel jak mało kto. Precyzyjny i dokładny.
Josh za to jest mistrzem taktyki. Potrafi wszystkiego użyć jako
broni. Jak prawdziwy wojownik. Jego poczynania są spontaniczne i
instynktowne. Działa pod wpływem chwili. Ray wolał wszystko
przemyśleć dlatego wrogowie zyskiwali przewagę kiedy czymś go
zaskoczyli. Wytrącili z ręki miecz albo ją uszkodzili. Dlatego też
częściej obnosił obrażenia. Nie potrafił szybko myśleć, co
jest niezbędne. Właściwie to bałbym się go samego puścić w wir
walki.
-
Czyli było zupełnie odwrotnie?
Już
nic nie rozumiałam.
-
Ciężko to wytłumaczyć. Razem tworzyli zgrany zespół. Doskonale
się uzupełniali. Nie wiem czy teraz po śmierci Raya znajdzie się
ktoś kto da radę pohamować Josha. - Spojrzał na mnie i lekko się
uśmiechnął. Kiedy nie zareagowałam powiedział. - Też powinnaś
się przespać. Jutro może nas czekać ciężki dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz