wtorek, 15 kwietnia 2014

Rozdział 27

Złe nowiny

- Towen nas zabije. - powiedziałam patrząc na zdemolowaną kuchnię.
Razem z Elyanem postanowiliśmy upiec ciastka, ale bądźmy szczerzy – żadne z nas nie miało pojęcia o gotowaniu, ani pieczeniu. Dodawaliśmy przypadkowe składniki w ogóle ich nie odmierzając. Kiedy przypadkiem wysypał na mnie mąkę nie pozostawałam dłużna. Bitwa na jedzenie jest świetną zabawą do czasu aż się skończy i trzeba posprzątać. Cała kuchnia była przykryta cienką warstwą białego proszku. Co jakiś czas doprawiona kleksem z czekolady lub dżemu. Zresztą my wcale nie wyglądaliśmy lepiej. Elyan miał całą twarz umazaną śliwkowymi powidłami i polewą waniliową. Ja natomiast miałam włosy białe od mąki oraz koszulkę pobrudzoną przez jajko.  
- Od czego jest system samo-sprzątający. - stwierdził Elyan.
Roześmiałam się i jeszcze prysnęłam w niego polewą. Tym razem na koszulkę.
- Zdaje się, że zawarliśmy rozejm. - przypomniał mi wesoło.
- Przecież system samo-sprzątający wypierze ci koszulkę. - przekomarzałam się próbując naśladować jego ton.
- Ale czy uda mu się umyć ci włosy? - zapytał
Były tylko w mące to żaden problem je spłukać. Jednak to nie o to mu chodziło. Nie zauważyłam kiedy zamachnął się rękoma i rozgniótł jedno z jajek tuż nad moją głową. Poczułam gęsty płyn spływający obok mojego policzka powoli zakrywający włosy. Przez moment zrobiłam obrażoną i zdziwioną minę, a potem wybuchłam śmiechem. 
- Dobra chyba naprawdę muszę się umyć. - stwierdziłam kiedy opanowałam atak śmiechu.
- Jak dla mnie teraz wyglądasz dużo lepiej. - roześmiał się. 
Wzięłam ścierki leżące na kuchennym blacie. Jedną podałam rozpromienionemu Elyanowi, a drugą zaczęłam oczyszczać siebie. 
- Nicole! - dobiegł do mnie piskliwy dźwięk gdzieś z korytarza.
Kiedy się odwracałam zostałam zmiażdżona przez pędzącą Kelly. Zacisnęła ramiona wokół moich mocno ściskając mnie całą. 
- Tak się cieszę, że już wyzdrowiałaś.
- Nie do końca. - wydyszałam czując nagły ból w klatce piersiowej.
- Przepraszam – powiedziała raptownie się odsuwając. 
- Teraz i ty jesteś brudna. - stwierdziłam wskazując na przód jej bluzy. Na środku miała rozsmarowane lepiące się białko i trochę żółtka.
- Co tutaj się stało? - spytał Towen wchodząc do kuchni.
Zrobiłam skruszoną minę i spojrzałam błagalnie na Elyana by to ten coś wymyślił.
- Mała rewolucja. - wyjaśnił bez poczucia winy, jak zawsze.
- Widzę. - powiedział Towen, wodząc wzrokiem po brudnym pomieszczeniu. - Sprzątanie tego byłoby zabawnym widokiem, ale niestety nie mamy na to czasu.
Podniósł dłonie do góry i kilka razy nimi zamachnął. Pomieszczenie wypełnił czerwony blask. Musiałam zmrużyć oczy przed oślepiającym światłem. Kiedy zniknął kuchnia była już czysta. Jedynym śladem na to, że cokolwiek było tutaj robione były kolorowe ciastka w piekarniku.
- Dlaczego nie mamy czasu? - powiedziała Kelly zupełnie nie przejęta magiczną sztuczką.
- Za chwilę ma przybyć Salvari. Ma nam do przekazania bardzo ważne wieści.
- Czy to odnośnie tego rannego chłopca? - spytałam wycierając obślizgłe jajko z moich włosów.
- Nie wiem. Powiedziała tylko, że to pilne.
- Świetnie! - Elyan zaklaskał w dłonie – Możecie ją poczęstować naszymi ciastkami.
- Nie chcemy jej zabić. - skomentował Josh, który właśnie wszedł do kuchni. Szybko odwróciłam wzrok bojąc się jego taksującego wyrazu twarzy.
- Poznałeś kiedyś Nocnego Elfa, który miał napis na nagrobku. „Zabita przez czekoladowe ciasteczka. Niech Bóg świeci nad jej duszą”? - zaśmiał się mijając go w przejściu. 
- Zaczekaj! - krzyknął za nim Towen. - Jestem pewien, że chciałbyś z nią porozmawiać.
- Ja? - oparł się niedbale o framugę. - Mógłbym się z nią przespać. - powiedział uśmiechając się szyderczo.
Nastała krótka chwila ciszy. Wszyscy troje nagle na niego spojrzeliśmy. Kelly z obrzydzeniem, ja z rozdziawionymi ustami, a Towen z czymś w rodzaju przerażenia i nagłym atakiem słabości. Tylko Josh był niezainteresowany. Jego uwagę przykuło coś po drugiej stronie kuchni. 
- Żartuję. - zaśmiał się. - Chociaż to mogłaby być niezapomniana noc. Ona może mieć ponad tysiąc lat. Musi mieć niezłe doświadczenie. - myślał na głos.
- Nie chcę przerywać tych rozmarzonych rozmyśleń, ale nie jestem pewien czy piekarnik powinien tak dymić.- odparł Josh 
- Nasze ciastka! - krzyknęłam, zrywając się by odratować to co z nich zostało.
Kiedy otworzyłam piekarnik, wyleciał z niego czarny dym. Zaczęłam kaszleć kiedy wypełnił moje płuca. Wypieki okazały się spalone z wierzchu, ale środek dało się uratować, jeśli się trochę poskrobało. Z rezygnacją odstawiłam tackę na blat. 
- To chyba tyle jeśli chodzi o rewolucję. - skomentowałam.
Nie słysząc sarkastycznych uwag, ani wybuchów śmiechu odwróciłam się w stronę framugi. Wszyscy zdążyli opuścić kuchnię. Został tylko Josh opierający się o barek i uważnie mnie obserwujący. 
- Jeśli się nie boisz możesz spróbować. Nie są taki złe. - powiedziałam oddzielając przypaloną skórkę od jednej bezkształtnej masy, która miała być okrągłym ciastkiem.
- Nie boje się ciastek. - prychnął
- Domyślam się. - odpowiedziałam nie patrząc w jego stronę.
Nastała cisza. Myślałam, że może też sobie poszedł, ale kiedy ponownie się odwróciłam on nadal stał na swoim miejscu. Przegryzając wytwór naszej wspólnej pracy spytałam.
- Coś nie tak?
- Zależy o co pytasz.
- O ciebie. Wyglądasz jak zdjęty z krzyża.
Nie wiem czy to porównanie było odpowiednie, ale naprawdę nie wyglądał za dobrze. Zgarbiona i skulona sylwetka, sińce pod przymkniętymi oczami i oklapnięte, rozczochrane włosy.
- To nie ja przechodziłem przez piekło w ciągu ostatnich dwóch nocy.
- Jesteś pewien? - zaśmiałam się – Jestem pewna, że wyglądam lepiej.
Jego wzrok powędrował wyżej. Domyśliłam się na co patrzył. Najwyraźniej nie udało mi się całkowicie zetrzeć jajka z włosów. Dziwne było jednak to, że tego nie skomentował. Żadnej kąśliwej uwagi?
- Chciałbym z tobą porozmawiać. - powiedział odwracając twarz w innym kierunku.
- To rozmawiaj.
Wzięłam jeszcze kilka ciastek i zaczęłam przy nich majstrować. Palce miałam pokryte czarną sadzą, ale głód był silniejszy przez co byłam silnie zmotywowana by dostać się do nieprzypalonego wnętrza.
- Mogłabyś przestać? - powiedział ostro
Zamarłam w połowie ruchu.
- W porządku. - odstawiłam wypieki na tackę. - Ale w takim razie musisz się streszczać bo jestem strasznie głodna.
- Może po prostu przyjdę później. - wysyczał pod nosem i ruszył w stronę wyjścia.
- Dobra panie obrażalski. - westchnęłam – Pozwól tylko jakoś mi się oporządzić, dobra? Jeśli nie masz nic przeciwko, to byłabym wdzięczna za jakąś kanapkę bo naprawdę mój brzuch długo tak nie wytrzyma. Wracam za chwilę.
Minęłam go i pobiegłam do swojego pokoju. Oby tylko zrobił mi coś do jedzenia. Nie wiem czy byłabym w stanie się skoncentrować na jego słowach, przy tak silnym głodzie.

* * *

Czysta, ciepła woda, szampon i czyste ubrania były niczym błogosławieństwo. Brudną i przepoconą piżamę wrzuciłam do kosza stojącego w rogu. Tak jak przewidziałam od razu zniknęła, by za kilka minut znaleźć się z powrotem w szafie. Wyszorowana i odświeżona wyskoczyłam z łazienki. Nie spodziewałam się w pokoju nikogo. Myślałam, że Josh zaczeka w kuchni. Postanowił jednak przyjść na górę. Najwyraźniej kąpiel zajęła mi więcej czasu niż wynosiła jego cierpliwość. Siedział na łóżku trzymając na kolanach talerz ze stosem kanapek. Jedną z nich właśnie kończył.
- Jeszcze trochę i nic by dla ciebie nie zostało. - powiedział podając mi tacę.
Bez zastanowienia wzięłam pierwszą lepszą kanapkę. Byłam taka głodna, że mogłaby być nawet z wątróbką, a ja i tak bym ją zjadła. Mimo wszystko ucieszyłam się, że tak nie było. Z tego co zdążyłam rozpoznać była ze zwyczajną szynką, serem i odrobiną majonezu pomieszanego z ketchupem. 
- A więc co takiego chciałeś mi powiedzieć? - spytałam z pełną buzią.
- Chciałem przeprosić. - wydukał
Połknęłam ostatni kawałek i powstrzymałam odruch by sięgnąć po kolejną porcję.
- Nie twierdze tutaj, że to co powiedziałem było nie prawdą. Po prostu przepraszam. Nie spodziewałem się, że prawda może okazać się taka szokująca.
- Nie była. Zdenerwowało mnie to, że musiałeś ją wyznać. Z jednej strony to doceniam bo każdy z was próbuje mnie od czegoś odseparować, ale mimo wszystko kiedy ktoś mówi ci, że trzeba zabić twojego najlepszego przyjaciela, cóż....Powiedzmy, że nie jest to łatwe.
- Ale trzeba to zrobić.
- Przestań już. - jęknęłam.
Nie chciałam po raz kolejny tego wszystkiego wysłuchiwać.
- Nie rozumiesz. - pokręcił przecząco głową – Żadne z was nie rozumie.
- Matthew nie jest przeklęty, zaczarowany ani otumaniony przez Elvera. On jest sobą. Może nie do końca w dobrej formie, ale sobą.
- Nie będzie kiedy się przemieni.
- Teraz nagle wszyscy wierzycie, że do tego dojdzie. - westchnęłam i złapałam kolejną kanapkę. Głód zwyciężył.
- Ja to wiem. Nie potrzebuję wierzyć w to co nieuniknione.
- Niby skąd ta pewność?
- Taki był plan
- Jaki plan?
- Elvera. - Kiedy nic nie odpowiedziałam, dokończył. – Już wcześniej wam mówiłem, że coś jest nie tak. Cała ta wyprawa przyszła nam zbyt łatwo. Pomyśl. Zero strażników, sam Elver. Do tego tak po prostu pozwolił nam odejść. Kiedy z nim walczyłem, prawie w ogóle nie atakował. Odparowywał ciosy, nawet wtedy gdy za bardzo się odsłaniałem. Na początku myślałem, że jest już za stary na porządną walkę, ale to był Elver. Niepokonany Bakenak. Mógł się zmienić i dosłownie mnie zmiażdżyć. Nie zrobił tego. A dlaczego? Bo wiedział, że jeśli zabierzemy Matta ze sobą skończy się to dla nas gorzej niż gdyby to on nas zabił. Po co miał się przemęczać, skoro jego syn zrobi wszystko za niego? 
- To bez sensu. - przerwałam mu. W głowie jednak zapaliła się czerwona, awaryjna lampka. To by wyjaśniało, że bez walki oddał Elyanowi kamień. Powiedział, że i tak go odbierze, ale czy to oznaczało, że wszyscy zginiemy i to z ręki Matta? Na pewno nie. - Nie wierzę w to.
- Znowu mieszasz w to wiarę?
- Nie pozwolę zabić Matta. - powiedziałam stanowczo - Nie, dopóki jest szansa na jego uratowanie. Rozumiesz?
- Tu chodzi o nasze życie. Nie tylko twoje, moje, ale wszystkich istot nadnaturalnych. 
- Sytuacja sprzed lat się nie powtórzy. - zapewniłam – Teraz wiemy co może się stać i zareagujemy zanim będzie za późno.
Podniósł ręce do góry jakby szukał odpowiedzi gdzieś na suficie. Z rezygnacją westchnął i machnął niechętnie dłonią.
- Chodźmy już lepiej na dół. - zaproponowałam – Skoro ma przyjść Salvari, to lepiej nie każmy jej czekać.
- Wcześniej nie spotkałem żadnego elfa. - powiedział kiedy wyszliśmy na korytarz – Nawet nie wiedziałem, że jeszcze żyją. - zaśmiał się.
- Boisz się Nocnych Elfów? - zapytałam choć właściwie to znałam odpowiedź.
- Nie wierzę w te bajki wmawiane niegrzecznym dzieciom. - prychnął – Elf to elf. Nie ważne czy nocny, czy poranny.
- Poranny? - skrzywiłam się
- No właśnie.
Skręciliśmy w stronę biblioteki. Byliśmy pierwsi. Elyan chyba nie zamierzał przyjść, więc zostaje jeszcze Kelly. Zapewne będzie wypytywać o chłopca. Sama byłam ciekawa co się z nim stało. Przez całe te koszmary zupełnie o nim zapomniałam.
- Jeśli Nocne Elfy potrafią kontrolować zwierzęta, leczyć je i w ogóle, myślisz, że pomoże nam z Mattem? 
- Jak już mówiłem, nie wierzę w takie umiejętności.
- Ale jeśli tak jest? - spekulowałam
Usiadł na jednej z sof i spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem. Mieszaniną współczucia i jakby pogardy lub zażenowania. Czasami nie mogłam rozgryźć mimiki jego twarzy.
- Wiem, że łapiesz się każdej szansy, ale nie łudź się daremnie. Jeśli nie będziesz miała nadziei, oszczędzisz sobie rozczarowań.
Genialne podejście, skomentowałam w myślach. Może on tak potrafił, ale ja nie. Skoczyłabym w ogień gdyby to pomogło Mattowi. Nawet jeśli byłby tylko jeden procent pewności, że to cokolwiek da. Nie zamierzałam czekać bezczynnie. Zaczęłam podejrzewać, że tak naprawdę Josh nie chcę żebym uratowała Matta. Dlatego tak bardzo zniechęca mnie do wszystkiego. 
Drzwi biblioteki otworzyły się i do środka powoli wszedł Towen u boku z Salvari. Skierowałam swoją uwagę na jej strój. Ubrana w czarną, gotycką suknie prezentowała się niczym upiorna wersja Kopciuszka na balu. Jasne włosy, upięte w luźnego koka opadały falami na ledwo osłonięte materiałem plecy i ramiona. Ponownie kiedy zatrzymałam wzrok na jej twarzy, wydała mi się znajoma. Ostre rysy twarzy i niewielkie oczy.
Towen podprowadził gościa do jednej z długich kanap, zachęcając by usiadła. Rozłożysta suknia zajęła co najmniej jedną trzecia miejsca.
- Pilnie chciałaś się z nami zobaczyć. Słuchamy więc. - zaczął
- Niestety nie przynoszę dobrych wieści. - spojrzała na mnie. Zamilkła na moment. Czułam na sobie ciężar jej spojrzenia mimo, że sama patrzyłam niewinnie w podłogę. - Obawiam się, że....
Rozległ się głośny huk. Drzwi biblioteki momentalnie się otworzyły, a do środka wbiegła zdyszana Kelly. 
- Przepraszam za spóźnienie. - powiedziała między jednym oddechem, a drugim. 
- Co za taktowne przerwanie tejże wielce interesująco się zapowiadającej wypowiedzi. - skomentował Josh. Mimo swych słów wydawał się jakiś nieobecny. Bawił się czymś niewielkim w swoich dłoniach. Siedział za daleko bym mogła zobaczyć co to jest.
- Co z chłopcem? - zignorowała go Kelly. - Czy wszystko z nim w porządku?
- Możesz proszę usiąść? - zaproponował Towen
Nie otrzymawszy odpowiedzi potulnie usiadła obok mnie.
- Ominęłam coś? - spytała szeptem
- Salvari dopiero przyszła. - oznajmiłam
- To dobrze. - ucieszyła się
- Chłopiec, którego przyprowadziliście został zwerbowany razem ze swoim stadem przez Elvera.
Wszyscy nagle podnieśliśmy głowy, czekając na dalsze nowiny
- Zanim umarł, zdążył mi przekazać kilka ważnych informacji.
- Jak to umarł? - spytała przerażona Kelly. - Miała mu pani pomóc.
- To nie była zwyczajna choroba tylko coś w rodzaju klątwy. - wyjaśniła – W tak krótkim czasie jaki mu pozostał nie dało się nic zrobić. Być może gdyby trafił do mnie kilka dni wcześniej wtedy istniałaby szansa na jego ocalenie. Jednak nie o tym chciałam wam powiedzieć. Chciał się ze mną skontaktować tylko i wyłącznie by mnie ostrzec. Nas. Nie oczekiwał pomocy.
- Elver mu to zrobił? - spytała gniewnym tonem Kelly
Salvari mimowolnie pokiwała głową.
- To była kara za sprzeciwienie się.
- Skoro dotarł do Jacksonville to Elver musi być gdzieś blisko. - stwierdził Towen
- Jest w Jennings State Forest
Przeszedł mnie dreszcz, na sam dźwięk tej nazwy. Liczyłam, że już nigdy się z nią nie spotkam. Z ukosa spojrzałam na Josha. Wydawał się nie przejęty. Jego uwagę przykuwał tajemniczy przedmiot w dłoniach. Myślałam, że będzie się wyrywał by powiedzieć coś w stylu „A nie mówiłem”.
- Ale co tam robi? Planuje ukraść Księgę Życia? - spytała Kelly
- Podobno zbiera siły. Wilkołaki przybywają z każdego zakątka kraju i być może nawet spoza jego granic. Niektórzy ze strachu przed tym co może im się stać jeśli zignorują wezwanie lub tacy, którzy szykują się do walki. Elver obiecał im śmierć całej rasy Bakenaków. Zafascynował ich swoją wizją wojny. Obawiam się, że jeśli wilkołaki mu się nie postawią, a są zbyt przerażeni o życie własnych rodzin by to zrobić, to czeka nas konfrontacja.
- Dlaczego nie ma żadnego odzewu z jego strony? Elver lubi przedstawienia. Każdy Bakenak powinien już wiedzieć o tym co się wydarzy. Coś tutaj jest nie w porządku. - powiedział Towen
- Też mnie to zdziwiło. - zgodziła się – Być może tym razem chce działać po cichu. Nie wiem. W każdym razie czułam się zobowiązana by przekazać wam tą wiadomość. To nie moja wojna, ale możecie być pewni, że nie pozostaniecie sami. Elver i dla Nocnych Elfów jest utrapieniem. 
- Przecież lubicie wynaturzenia. - skomentował Josh
Krzywo się do niego uśmiechnęła.
- Bakenaki same w sobie są wynaturzeniem. Gdyby świat pozostał taki jaki był żadne z was by nie istniało. Przeżyłam nie jednego szaleńca o zbliżonych poglądach. Działania takich jak Elver są niczym plaga i bywają nie do powstrzymania. Jako osoby, które doświadczyły jego żądzy mordu pierwsi powinniście stanąć do walki by go unicestwić.
- Bo pani tak twierdzi? Mamy zebrać armię na podstawie oświadczeń jakiegoś chorego dziecka? Chyba nie tylko dla mnie wydaje się to bezrozumne. - skomentował Josh 
- Nie należy ignorować ostrzeżeń. - stwierdził Towen
Josh wzruszył ramionami. Wstał i swobodnym krokiem podszedł do okna.
- Co planujesz? - spytała gotowa do boju Kelly
- Powinniśmy wysłać chociaż zwiad by to sprawdzić. - zaproponował Towen – Jeśli to prawda i Elver ukrywa się z wilkołakami w lesie trzeba będzie ruszyć do ataku. Oczywiście sam nie mogę podjąć takiej decyzji. Muszę najpierw skontaktować się z Radą i przedstawić im całą sytuację.
- Olać Radę. - rzuciła Kelly – Musimy działać! Zanim ktokolwiek z tych pedantycznych urzędasów coś postanowi my już dawno zdążymy zrobić swoje.
- W pięć osób? - zaśmiał się – Kelly, mówimy tutaj być może o setkach przeciwników. Poza tym skoro niektórzy z nich wcale nie chcą walczyć nie możemy tak po prostu wydać na nich wyrok.
- Towen ma rację. - zgodziłam się – Powinniśmy działać po cichu. Dotrzeć do grupki wilkołaków, które wcale nie popierają Elvera.
- A do tego potrzeba wyszkolonych ludzi. - Towen zmierzył Kelly, która dzisiaj odgrywała rolę w gorącej wodzie kąpanej wojowniczki, która nie zastanawia się nad czynami, tylko po prostu działa.
- Jestem bardzo dobrze wyszkolona.
- Wiem, ale to nie wymaga precyzji, ani siły, a raczej sprytnej strategi, dobrej taktyki, której nie będą się spodziewać. Myślę, że te pedantyczne urzędasy, jak ich określiłaś są w tych sprawach wyśmienici. 
- Trevor jest wybitnym strategiem. - mruknęła.
- Jakbyś nie zdążyła zauważyć Trevor zabrał swoje szlachetne cztery litery z Florydy. - syknął Josh, nadal zajęty przedmiotem w dłoniach. Zaczęło mnie to irytować. Byłam tak ciekawa co siedzi w jego głowie, że z trudem powstrzymałam się by o wszystko go nie wypytać. Byłam przekonana, że on ma swój własny plan. Nie angażował się w tą konwersacje chyba, że mógł rzucić jakąś kąśliwą uwagę. 
- Jestem pewna, że nie opuścił miasta. Jak już ci mówiłam, nie zostawiłby mnie.
Josh przewrócił oczami i wydukał pod nosem coś na temat uporu kobiet.
- W porządku spróbuję się z nim skontaktować. - ustąpił Towen – Poznamy jego opinię, a potem zawiadomimy Radę. 
- Decyzja należy do was. - powiedziała Salvari – Gdybyście potrzebowali pomocy...
- Pomogłaś mówiąc nam o tym. Jesteśmy wdzięczni. - podkreślił Towen
Po tych słowach uśmiechnęła się smutno i wstała z kanapy.
- Właściwie to ja mam jeszcze jedno pytanie. - wtrąciłam zanim zdążyła się odwrócić. - Mogłybyśmy porozmawiać?
Wymieniła szybkie spojrzenie z Towenem. Ten tylko wzruszył ramionami. Komunikacja między nimi była dość nietypowa. Zupełnie jakby byli od siebie zależni. Albo tylko mi się wydawało.
- W porządku. Zostawmy je same. - powiedział Towen wskazując Kelly i Joshowi wyjście.
Kiedy wszyscy opuścili pomieszczenie Nocna Elfka z powrotem opadła na swoje miejsce.
- W czym problem?
- Chciałam cię o coś zapytać. Chodzi o mojego przyjaciela Matta.
- Syna Elvera? - Zrobiłam zaskoczoną minę. - Towen mi mówił.
- Tak o niego. Jest nieprzytomny od kilku dni. Pomyślałam, że mogłabyś mu pomóc. 
- Znam jego sytuacje. Towen już kierował się do mnie z tą sprawą. Nie zrozum mnie źle, ale Nocne Elfy nie ingerują w etapy przemiany Bakenaków. To coś z czym oni sami muszą się uporać.
- Ale my nawet nie wiemy czy on się przemieni. Nikt nie daje mu choćby cienia szansy na przeżycie. Wszyscy chcą go zabić. Różnica polega tylko na tym kiedy. Przed, czy po tym jak się przemieni. Mam wrażenie, że on jeszcze żyje tylko ze względu na mnie. 
- Nie wiem czy tak faktycznie jest, ale możesz być pewna, że nie zabiją go dopóki nie będą mieli pewności, że jest niebezpieczny. Nikt nie wie co Elver mu zrobił. Wyrządził mu krzywdę stąd to dziwne zachowanie i śpiączka. Musisz czekać. 
- Nie mam ochoty już więcej czekać! - podniosłam ton – Stanie na niepewnym gruncie jest męczące. Zwłaszcza przez tak długi okres.
Przez cały czas wpatrywałam się w drewnianą podłogę. Oczy mi się zamykały mimo dwudniowego snu. Czułam zmęczenie, ale nie fizyczne. Było tak jakby ktoś zabrał moją wewnętrzną baterie. Kiedy uniosłam głowę by na nią spojrzeć, jej oczy uważnie się we mnie wpatrywały. 
- Przykro mi, ale nie mogę ci pomóc. - powiedziała.
Następnie opuściła pomieszczenie, rozglądając się przy każdym kroku jakby kogoś szukała. Byłam rozczarowana. Naprawdę wierzyłam, że Salvari okaże się szansą dla Matta. W końcu była Elfem. Potrafiła robić różne, dziwne rzeczy. Choćby zwykła diagnoza nie powinna stanowić dla niej problemu. Być może zwyczajnie nie chciała mi pomóc. Tak jak każdy. Teoretycznie robili wszystko co w ich mocy, ale praktyka jak zawsze była inna. Może Josh miał racje. Nie należy się łudzić. Musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. Zrobić coś sama. Spojrzałam na wysokie regały tuż przede mną. Od czegoś trzeba zacząć. Westchnęłam i powolnym krokiem ruszyłam na spotkanie z setkami lektur o Zmiennokształtnych. W którejś z nich musiała ukrywać się odpowiedź.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Rozdział 26

Wzajemna pomoc

 Kiedy ponownie otworzyłam oczy zdałam sobie sprawę, że leżę. W dodatku nie sama. Moje ręce zaciśnięte były wokół czyjejś klatki piersiowej, nogi splątane z jego. Próbowałam sobie cokolwiek przypomnieć. Szczegóły powracały w niejasnych kawałkach. Panika, ból, śmiech. To wszystko było naprawdę, czy tylko mi się śniło? Pamiętałam Elyana. Nie wypuszczałam go z objęć, ale jak potem przeniosłam się do łóżka? 
- Poranne przemyślenia? - spytał.
Odsunęłam się od niego. Teraz czułam się niezręcznie. Uwolniłam jego koszulkę. Była podarta w miejscu gdzie trzymałam palce.
- Przepraszam. - powiedziałam cicho.
Oczy miał zamknięte, ale po moich słowach je otworzył i dziwnie na mnie spojrzał.
- Za co?
- Za wszystko. To co się stało. Ja niewiele pamiętam, ale wiem, że to było straszne. Ja.... Przy tobie czułam się inaczej. Bezpiecznie.
- Wiem. Czułem wszystko to co ty.
Odgarnęłam stargane włosy do tyłu.
- O czym ty mówisz? - On to powiedział czy tylko mi się przesłyszało? 
Uniósł się na łokciach, a jego twarz się skrzywiła. Jedną ręką sięgnął do karku i starał się go rozmasować. 
- Wisisz mi karnet do spa. - powiedział – A tak poza tym to nie miałem co narzekać. Miło, że ktoś czuł się przy mnie bezpiecznie. Za często mi się to nie zdarza.
- Nie rozumiesz....
Wtedy przypomniałam sobie Josha. Krzyczałam na niego. Zraniłam go, wiem. Widziałam wyraz jego twarzy. Wewnętrzny ból, rozczarowanie, złość. To wszystko było na niej wypisane.
- Jak ja mu spojrzę w oczy?
- Komu?
Ups! Powiedziałam to na głos?
- Joshowi. Strasznie wczoraj się na niego wydzierałam. W ogóle to było wczoraj?
- Byłaś nieprzytomna przez dwa dni. Wczoraj wieczorem się obudziłaś. Jeśli obchodzi cię moje zdanie to raczej on jest osobą, która powinna mieć ten problem. 
- Nie chciałam go zranić. - powiedziałam – Te wszystkie koszmary, one namieszały mi w głowie.
Podniosłam się do pozycji siedzącej i poczułam ściskający ból brzucha. Musiałam się skulić by go wytrzymać.
- Przyniosę ci coś do jedzenia. - powiedział – W końcu nic nie jadłaś od tamtego dnia.
- Poczekaj. - Złapałam go za rękę gdy wstawał z łóżka i szybko puściłam kiedy się zatrzymał. - Musisz mi powiedzieć co się stało. Nic nie pamiętam.
- Powinnaś coś zjeść. - upierał się.
- Wytrzymam. Chcę wiedzieć. To dla mnie ważne.
Westchnął i z powrotem usiadł na łóżko.
- Wybiegłaś z domu. Przez pierwszą godzinę nikt się nie przejmował. Chcieli dać ci trochę prywatności. Miałem sprawę na mieście, więc powiedziałem, że dam im znać kiedy cię zobaczę. Wiem, że Josh potem też cie szukał. Widziałem cię w barze. Nie wyglądałaś za dobrze. 
Zaczęłam wszystko sobie przypominać. Rzeczywiście. Byłam w zatłoczonym klubie. A potem... Przyszedł ten koleś. Zobaczyłam jego zabójczy uśmiech.
- Wampir. - powiedziałam
- Nie wiedziałem, że jest z tobą. - stwierdził – Nie wydawałaś się jakoś specjalnie nim zainteresowana. Myślałem, że przyszedł sam.
- Odwróciłam się od niego żeby sobie poszedł. Zaraz... To ty byłeś tym gościem w rogu. Zaatakowałeś jakiegoś faceta. Co tam robiłeś?
- To nie jest teraz istotne. - Przetarł oczy dłonią. Niby zwyczajny gest, ale coś było z nim nie w porządku, coś poszło inaczej niż planował. Nie wiem dlaczego tak pomyślałam. Dziwne przeczucie, czy za bujna wyobraźnia?
- Hej. - zaczęłam. Ponownie złapałam go za dłoń, ale tym razem nie było to instynktowne. Chciałam to zrobić. - Możesz mi powiedzieć. - zapewniłam.
Zaśmiał się do siebie niezbyt zadowolony.
- Mówisz zupełnie tak jak twoja matka.
- Czy to był komplement? - zaśmiałam się
- Była straszna. - powiedział – Nie dało się niczego przed nią ukryć.
- Jeśli chcesz przez to powiedzieć, że była uparta i dociekliwa to mogę cię zapewnić, że odziedziczyłam to po niej.
- Potrzebowałem od niego trochę informacji. - wyjaśnił – I niezbyt mi się spodobało to co mi przekazał. Tyle musi ci na razie wystarczyć. Czy mogłabyś uśpić swój upór i mi zaufać?
- Mniej więcej tak samo powiedział Matt w dzień przed swoją wędrówką do lasu i nie skończyło się to dla niego za dobrze.
- Ale ja nie jestem niedoświadczonym idiotą wchodzącym do gniazda wilkołaków bez żadnego zabezpieczenia. - oburzył się.
- Nie byłabym tego taka pewna. - podniosłam brew.
- Chcesz wiedzieć co było dalej? - zmienił temat. Pokiwałam głową, więc kontynuował opowieść. - A więc, niedługo po tym jak wyszedłem poczułem straszny ucisk w klatce piersiowej. Twój strach. 
- Jak to mój strach? - zdziwiłam się
- Tak jest skonstruowana więź między nami. Ty zabierasz mój ból fizyczny, a ja twój psychiczny. 
- Trochę to wszystko dziwne i zawiłe.
- Nie tylko dla ciebie. Tak skomplikowanego zaklęcia nie widziałem jeszcze nigdy. W każdym razie, strach, który czułem nie był zwyczajny. Był jakby...mocniejszy. Domyśliłem się, że coś jest nie tak. Jak już ci kiedyś mówiłem więź jest słabsza kiedy jesteśmy bliżej. Dlatego zdziwiłem się, że odczuwam twoje emocje. Wróciłem by cię poszukać. W międzyczasie zadzwoniłem do Towena. Znalazłem was na rogu jednej z ulic. 
- Zaatakował mnie. - powiedziałam kiedy wszystko zaczęło się układać niczym puzzle z wspomnień. Wiedziałam już wszystko. - To ty mnie uratowałeś.
Pokiwał głową mimo, że wcale nie pytałam. 
- Ale nie mogłem cię uleczyć. Nie mogłem skorzystać z magii. Byłaś już wystarczająco osłabiona. Nie chciałem ci dokładać dodatkowego bólu. Byłem bezsilny do momentu aż przybył Towen. Uzdrowił cię, ale ugryzienie wampira to nie tylko ból fizyczny. Zazwyczaj potem przez jakiś czas jest się prześladowanym przez swojego napastnika. Stąd te koszmary. Wiem, że nie było łatwo. Czułem to co ty. Nie spałem bo odczuwałem twój strach. Dopiero dzisiaj udało mi się zasnąć. Wnioskuje więc, że koszmary ustały. 
Może to samolubne z mojej strony, ale cieszyłam się, że nie byłam sama. Ktoś jeszcze wiedział jaki horror przeżywałam. Powinnam raczej mu współczuć i może gdzieś głęboko faktycznie tak było. Ale prawda była taka, że mi ulżyło. Ulżyło, że obłęd nie pojawił się bez powodu. Wszystko było realne. No w pewnym sensie.
- Dlatego nie sądzę, że to ty powinnaś przepraszać Josha. Przeżyłaś koszmar bo on nie potrafi trzymać języka za zębami.
To nie prawda. Cierpiałam bo z własnej głupoty szwendałam się po mieście chcąc uciec. Nigdy tak nie robiłam. Nie ignorowałam problemów udając, że ich nie ma. Zawsze stawiałam im czoła.
- Ale czy ma rację? - spytałam – Nie ma nadziei dla Matta?
- Nie skreślałbym go od razu. On jest silny. Już dawno powinien nie żyć. Nie przemienił się jeszcze. Dawno przekroczył termin. Powinien umrzeć z wyczerpania, ale on żyje. Śpi, ale żyje. Zupełnie jakby na coś czekał. Jestem pewien, że się obudzi i przemiana nastąpi. Wątpię jednak by ją przeżył. Nawet jeśli przezwycięży ból fizyczny, może mu się nie udać kontrolować samego siebie. Nie uczył się tego. Jeśli się zmieni nie będzie już Mattem tylko dzikim zwierzęciem o nadzwyczajnej sile i wtedy... Będą musieli go zabić i żadne prośby nie pomogą. Takie jest prawo.
Wiedziałam. Ktoś już mi o tym mówił. I znałam też powód dlaczego tak robiono. Mimo wszystko nie mogłabym patrzeć na śmierć przyjaciela, nawet jeśli byłby dziką bestią. To byłaby tylko zewnętrzna powłoka, za którą kryje się prawdziwy człowiek.
- Zawsze jest nadzieja. - powiedziałam, ale moje słowa nie były pewne. To tylko zapewnienia, że będzie dobrze. Dopóki on żyje nie będę myśleć, że cokolwiek może pójść nie tak. Wiedziałam, że to wyparcie prawdy. Oszukiwanie samej siebie, ale tak było łatwiej. Łatwiejsze niż zmierzenie się z rzeczywistością. 
- Zawsze jest nadzieja. - zawtórował Elyan. - Ale nie ma śniadania, które już dawno powinnaś zjeść.
Spojrzałam na siebie. Byłam ubrana w jakąś piżamę. Nie znałam jej. Nie była moja. Stwierdziłam jednak, że zakrywa wystarczająco dużo by...
- Idę z tobą. Nie mam zamiaru spędzić, ani sekundy więcej w tym łóżku. 
Uśmiechnął się i podał mi rękę. Kiedy już pomógł mi wstać od niechcenia go odepchnęłam.
- Nie jestem, aż taka słaba. Już nie. - zapewniłam. 
- Wiem. Gdybyś dobrze wycelowała kołek mogłabyś zabić tamtego wampira.
Ciekawe czy naprawdę tak uważał, czy tylko starał się być miły. Chyba był szczery. Zawsze taki był. Nie starał się jakoś specjalnie wlepiać w łaski ludzi. Nie dbał o to co o nim myślą. Dowodem na to była jego historia, której jeszcze do końca nie poznałam. Obiecałam sobie, że kiedyś wypytam go o wszystko. Nawet jeśli nie będzie chciał odpowiedzieć. Nie będę naciskać. Chciałam być dla niego przyjaciółką taką, jakim on dla mnie przyjacielem. Jeśli kiedyś cokolwiek łączyło go z moją matką to było to ulotne. Ze mną będzie inaczej. Będzie mógł na mnie liczyć, nawet jeśli jest osobą, która nie przyznaje się do tego, że potrzebuje pomocy . Zaczęłam się zastanawiać, czy uważam tak przez zaklęcie jakim nas złączono, czy tak naprawdę tego chcę.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Rozdział 25

Obłęd

 Ciemność wydawała się nie mieć końca. Nie czułam nic poza silnym bólem karku, pleców i przerażającym zimnem. Chciałam się poruszyć. Wykonać jakikolwiek ruch, ale wydawało się, że moje ciało już dłużej do mnie nie należy. Nie reagowało na żadne polecenia. 
Nagle z nicości zaczęły dochodzić głosy. Na początku odległe i nierozpoznawalne przeobraziły się w wyraźne groźby i warknięcia.
- To wszystko przez ciebie – zdaje się, że to był Elyan – Poco żeś cokolwiek mówił? Wiesz jak ona przejmuje się tym jak mu tam...
- Mattem – powiedział Towen. To na pewno był on. Jego spokojnego tonu nie dało się nie odróżnić.
- Właśnie.
- Powiedziałem prawdę. - warknął Josh, ale jego złość zdawała się być jakaś bez emocjonalna. Jakby nie wkładał nic w swoje słowa.
- I w tym problem.
- Przestańcie oboje. - skarcił ich Towen – Ona potrzebuje odpoczynku. Miała sporo szczęścia. Dobrze, że ja znalazłeś.
A więc, któryś z nich mnie uratował. Ja żyłam. Tylko dlaczego nie mogłam się poruszyć. Dlaczego tylko umysł był sprawny? Czyżbym była sparaliżowana? Nie. Nie mogłam być. Musiałam być zdrowa. Musiałam!
- Widzieliście to! - powiedział Josh – Poruszyła się.
- Będzie z nią dobrze. Jest słaba. Straciła sporo krwi. Zdołałem zasklepić złamane żebra, ale przed nią ciężka noc.
Potem już nic nie słyszałam. Nie wiedziałam czy opuścili pomieszczenie. Nawet nie wiedziałam czy jestem w pomieszczeniu. Chciałam się obudzić. Przekonać ich, że dobrze się czuję. Chociaż właściwie tego też nie byłam pewna.
 Otaczająca mnie ciemność zaczęła gęstnieć i ciemnieć. Wydawało się to niemożliwe. Jak czerń może stać się ciemniejsza niż jest. Nie mogłam nabrać powietrza. Zupełnie jakbym się czymś dławiła. Czarny płyn zaczął wypełniać moje płuca. Próbowałam odkaszlnąć, wyrwać się z tego, ale nic nie pomagało. Byłam unieruchomiona i tonęłam.

***

- Nicole. - cichy głos wyrwał mnie z pustki.
Otworzyłam oczy i go zobaczyłam. Matta. Mojego Matta. Siedział obok mnie. Był cały i zdrowy. Wykąpany w świeżych ciuchach. Nie miał już sińców pod oczami i chyba nawet trochę przytył.
- Matt. - natychmiast uniosłam się na łokciach i przytuliłam przyjaciela. - Tak się o ciebie bałam.
- Cicho. - uspokajał mnie, mocno mnie obejmując i krążąc dłońmi po moich plecach. 
- Jak długo byłam nieprzytomna? - powiedziałam przez łzy. Po raz pierwszy od tygodni były to łzy radości.
Nie odpowiedział. Jego dłonie bezwładnie opadły na kołdrę tuż za mną. Odepchnęłam go na moment. Miał zamknięte oczy, a jego skóra nagle zbladła. Zaczęłam nim potrząsać by się obudził, ale nie doczekałam się żadnej reakcji. 
Wyskoczyłam z łóżka by lecieć po pomoc. Kiedy byłam przy drzwiach usłyszałam głośny krzyk za moimi plecami. Matt leżał na podłodze i wrzeszczał. Jego twarz skrzywiona w grymasie bólu była odwrócona w moją stronę. Ręce wygięły się w nienaturalny sposób. Towarzyszący temu głośny trzask kości sprawił, że przeszedł mnie dreszcz. Miotał się po panelach jak opętany. Ciało wpadło w jakiś dziwny atak drgawek. Potem nagle wszystko ustało. Jednak nie na długo. Matthew wstał. Bardzo powoli. Kiedy już myślałam, że wszystko z nim w porządku ten znowu zaczął szaleć. Jego klatka piersiowa uniosła się do góry, zniekształcając żebra. Złapał się za brzuch i upadł na łóżko. Przeturlał się po materacu i z powrotem opadł na posadzkę zabierając za sobą całą kołdrę. Podeszłam bliżej by zobaczyć co się stało. Nie poruszał się. Nie widziałam czy nawet jeszcze tam jest. Chciałam odsunąć pościel, ale coś z niej wyskoczyło. Nie zdążyłam się temu przyjrzeć bo od razu mnie zaatakowało. Złapało mnie za ramię i przerzuciło na drugi koniec pokoju. Na moment obraz się zakołysał. Odzyskałam ostrość widzenia akurat gdy bestia rzuciła mi się do gardła. Nie poczułam jednak bólu. Wszystko zaczęło znikać tak szybko jak się wydarzyło. Znów pochłonęła mnie ciemność.

* * *

Koszmary zdawały się nie mieć końca. Nadchodziły jeden za drugim. Za każdym razem kiedy byłam pewna, że już nie śpię działo się coś strasznego. Zawsze wszystko zaczynało się tak samo. Otwierałam oczy, a przy moim łóżku znajdował się Matt. Mówił do mnie, pocieszał, próbował przytulić, a kiedy mu na to pozwalałam umierał w moich ramionach lub zamieniał się w bezkształtną bestię, która rzucała mi się do gardła. Czasami widywałam też Josha. Stał nade mną i się uśmiechał. Kiedy pojawiała się iskra nadziei, że jest tutaj naprawdę on zaczynał mnie dusić obrażając przy tym. Narzekając na to jaka jestem słaba i bezużyteczna. Raz zarzucił mi śmierć Raya. Oskarżył, że to przeze mnie zginął jego przyjaciel. Pod koniec każdego z koszmarów pojawiał się głos. Męski, głośny śmiech. Pełen pogardy i nienawiści. Towarzyszył mi cały czas, aż do momentu ponownego przebudzenia, które nigdy tak naprawdę nim nie było. 
Zaczęłam się bać, że to się nie skończy, że już nigdy nie znajdę się w realnym świecie. Wariowałam. Chciałam by otaczała mnie ciemność bo ona nie przynosiła nic złego. Była spokojem między kolejnymi horrorami.

* * *

 Otworzyłam oczy cała zdyszana. Było mi gorąco i zimno jednocześnie. Znajdowałam się w jakimś pomieszczeniu, nieprzypominającym poprzednie, w których się budziłam. To nie był mój pokój chociaż bardzo go przypominał. To samo ustawienie mebli, tylko inny odcień. Bardziej ciemny. W ogóle było ciemno. Zasłony były zasłonięte, więc nie wiedziałam, która jest godzina. Byłam sama. Przynajmniej tak mi się zdawało dopóki coś w rogu się nie poruszyło i wyszło z cienia. To był Josh. Natychmiast podniosłam się do pozycji siedzącej i odsunęłam od niego na łóżku najdalej jak mogłam. To był tylko sen. Nie mogłam sobie pozwolić na chwilę radości bo on coś mi zrobi. Zaatakuje mnie, wmawiałam sobie.
Zauważył moją reakcję i przystanął.
- Nicole to ja. Josh. Nic ci nie zrobię. - głos należał do niego, ale to nie dawało mi pewności, że to jest rzeczywistość.
- Odejdź. - poprosiłam. Mój głos był cichy i piskliwy.
- Nie bój się to już koniec.
Patrzyłam się na niego. Wydawał się taki spokojny podczas gdy moje serce biło mocno i szybko jakby chciało się ze mnie wydostać. Tak bardzo chciałam wierzyć, że już się obudziłam, ale nie mogłam. Nie mogłam po raz kolejny się nabrać.
Kiedy chciał mnie objąć, wyskoczyłam z łóżka i krzyknęłam.
- Nie dotykaj mnie.
W mojej głowie znów pojawił się śmiech. Wypełnił pokój jakby wydobywał się z ukrytych głośników. Był wszędzie, z każdej strony. Zatkałam uszy by go nie słyszeć, ale to nie pomagało.
- Nie, nie, nie. Błagam niech to się skończy. - wrzasnęłam.
Chciał do mnie podejść. Widziałam ukryty ból wypisany na jego twarzy, ale on nie był prawdziwy.
- To tylko sen. - powtarzałam te słowa jak mantrę. Nie wiedziałam czy tylko w mojej głowie czy na głos.
- To nie sen. - powiedział spokojnym tonem. - Już się obudziłaś.
- Kłamiesz! - wrzasnęłam – Dlaczego mi to robisz? Proszę! Daj mi spokój.
Bolało mnie gardło od krzyku, głowa pulsowała jak szalona i jeszcze ostry ból w klatce piersiowej. Wcześniej go nie czułam. Wszystko się skumulowało. Poczułam się jeszcze gorzej. Zakręciło mi się w głowie. Tego było za wiele.
Drzwi nagle się otworzyły. Cofnęłam się pod ścianę w obawie, że coś mi się stanie. To był Elyan. Przynajmniej tak mi się zdawało bo zobaczyłam białą łunę włosów. Wszystko było rozmazane. Dopiero po chwili zrozumiałam, że to od łez.
- Co jej zrobiłeś? - spytał groźnym tonem. Teraz już wiedziałam, że to on.
- Obudziła się i zaczęła szaleć.
- To przez ugryzienie. - powiedział ktoś inny, chyba Towen.
Schowałam twarz w dłoniach. Niech oni już znikną. Niech nie męczą mnie wszyscy naraz.
- Nicole. - ktoś powiedział cicho. - Nicole, spójrz na mnie.
Podniosłam wzrok mimo woli.
- To ja Elyan. Jestem tutaj, prawdziwy. - Stał przede mną z wyciągniętymi dłońmi. 
- Nie – zaprzeczyłam – To nie ty. Proszę zostaw mnie. Nie chcę. - płakałam.
- Nicole. - tym razem odezwał się Josh.
- Zostaw mnie. - krzyknęłam – Nie pozwolę ci mnie skrzywdzić. Nie nabierzesz mnie.
Widziałam osłupienie na jego twarzy. Cofnął się kilka kroków.
- Wyjdź stąd. - nakazał Elyan nadal patrząc prosto na mnie.
- Nie będziesz mi rozkazywał.
- Twoja obecność tylko pogarsza sytuację.
Nie wiem co wydarzyło się przez następne kilka minut. Ponownie schowałam twarz w dłoniach modląc się, że kiedy znowu je otworze ich tam nie będzie. Kiedy nastała cisza zdobyłam się na odwagę by zerknąć jeszcze raz. W pokoju został tylko Elyan. Stał w tym samym miejscu co przedtem.
- Nic ci nie zrobię. Już nie śnisz, Nicole. - przekonywał. 
Wyprostowałam się. Byłam zdezorientowana. Bałam się tego co mogło się wydarzyć gdybym mu uwierzyła. Z drugiej strony co jeśli miał rację? Nikt nigdy nie znikał wcześniej. Wszyscy próbowali się do mnie zbliżyć za wszelka cenę. Teraz Josh zniknął. Został tylko Elyan, którego nie widziałam w snach. 
Wyciągnęłam dłoń w jego kierunku, ale natychmiast ją cofnęłam kiedy ponownie pojawił się natarczywy śmiech. Przytknęłam dłonie do uszu.
- Niech to zniknie. - powiedziałam – Pomóż mi. - wydyszałam
Już nie zwracał uwagi na to czy ucieknę. W sekundę pokonał dzielącą nas odległość i mocno objął. Czułam go. Czułam jego szczupłe ramiona zaciskające się po moich obu stronach, słyszałam jego oddech, słyszałam słowa, które wymawiał. Był prawdziwy. Błagam. Podniosłam wzrok by na niego spojrzeć. Był normalny. Nie zbladł nagle, nie zmienił się w bestię. Był sobą. Objęłam go, tak jakby zależało od tego moje życie. Nie chciałam go puścić i znowu pojawić się koszmarze. Jego ręka powędrowała do mojej głowy. Lekko przejechała po włosach. Łzy spływały po moich policzkach niczym górskie strumyki. Nie mogłam ich zatrzymać i nie chciałam.
- Proszę... Nie pozwól mi zasnąć. - błagałam
- Będzie dobrze. - szepnął tak, że ledwo go usłyszałam – Już nic ci nie grozi.
Poczułam się bezpiecznie. Liczył się tylko on. Cały świat zniknął, a razem z nim przerażający śmiech. W końcu nadszedł spokój. Już nie bałam się zamknąć oczu lub utrzymywać ich otwartych. Zacisnęłam dłonie na jego koszulce tak by nikomu nie udało się wyrwać mnie z jego objęć. On był prawdziwy i tylko to miało znaczenie. Jeśli miałam zniknąć w otchłani koszmaru, zabiorę go ze sobą.

czwartek, 27 marca 2014

Rozdział 24

Czy to już koniec?

 Głośna muzyka drażniła moje uszy. To zdecydowanie nie były moje klimaty. Silne basy wdzierały się w moje już nadwyrężone bębenki. Jednak po godzinie przestałam zwracać na to uwagę. Po tym jak cały wieczór bez celu pałętałam się po mieście gdy zrobiło się chłodniej, a moje nogi odmawiały mi posłuszeństwa wstąpiłam do pierwszego lepszego baru, który był otwarty. Na nieszczęście była to bardziej dyskoteka. Tłumy ludzi wiły się niczym węże na parkiecie. Skąpo ubrane panie i napastujący je faceci. Ja natomiast zajęłam miejsce przy barze i piłam. Było to zachowanie tak do mnie nie podobne, że gdyby nie zmęczenie fizyczne i psychiczne na pewno miałabym teraz wyrzuty sumienia lub wrzeszczała sama na siebie. Wcześniej rzadko chodziłam na imprezy. Matt wolał trzymać mnie od takich miejsc z daleka. Gdy tak teraz o tym myślę to był dla mnie bardziej niczym nadgorliwy ojciec, którego nigdy nie miałam, a nie przyjaciel z tej samej szkoły, z którym spędziło się połowę dzieciństwa. 
- Jeszcze jeden? - spytał barman spoglądając na pustą szklankę stojącą tuż przede mną.
Kiwnęłam głową by ponownie ją zapełnił. Dopiero po chwili zorientowałam się, że mogę nie mieć jak za to zapłacić. Zaczęłam szukać jakiś świstków po kieszeniach tak by tego nie zauważył. Dwa pięćdziesiąt. Raczej nie wystarczy. Skrzywiłam się lekko i z powrotem przywołałam uśmiech by nie nabrał podejrzeń. Przy odrobinie szczęścia uda mi się wymknąć kiedy będzie obsługiwał kogoś innego.
- Pozwól, że ja zapłacę. - powiedział ktoś obok mnie. Odwróciłam głowę. Wysoki mężczyzna o jasnej karnacji, ciemnych, nastroszonych włosach i zielonych oczach wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Nie widziałem cię tu wcześniej. - stwierdził ignorując moje spojrzenie mówiące „Spadaj”.
- Może przychodziłam kiedy ciebie nie było. - syknęłam.
- Mało prawdopodobne.- Usiadł na stołek obok. - Spędzam tu naprawdę dużo czasu. 
- Najwyraźniej za dużo. - mruknęłam pod nosem licząc, że moje słowa zostaną zagłuszone przez muzykę.
- To dobre miejsce by się zabawić po ciężkim dniu. - wyjaśnił.
Kto jak kto, ale on nie wyglądał na zapracowanego. Zero odznak jakiegokolwiek zmęczenia. Zgrabnie zaczesane włosy, lekko zwilżone, nieskazitelna cera, niemal przezroczysta no i prosta postawa. Zupełnie jakby dopiero co opuścił spa.
- A więc co tu robisz? - spytał – Leczysz smutki?
- Odseparowuje się od natrętnych i zadufanych mężczyzn. - przywołałam fałszywy uśmiech, modląc się w duchu by już sobie poszedł. Nie miałam ochoty na jakiekolwiek konwersacje. 
- W klubie, w którym jest ich pełno? To trochę nierealne. - Obojętnie wzruszyłam ramionami. - Zwłaszcza, że chodzi o kogoś tak pięknego jak ty. 
Omal nie parsknęłam śmiechem. To było kiepskie posunięcie. Nie potrzebowałam przyglądania się w lustrze by wiedzieć, że wyglądam jak wrak człowieka. Nie przespane noce i męczące dni odcisnęły na mnie swoje piętno. Zdecydowanie nie wyglądałam przyzwoicie, a co dopiero pięknie. 
Okręciłam się na stołku dając cichy znak, że nie mam ochoty na jego towarzystwo. Skupiłam wzrok na kimś siedzącym przy stoliku w rogu. Robiłam wszystko byle tylko go nie słuchać. Wiedziałam, że coś do mnie mówił, ale bariera głośnej muzyki zagłuszała jego słowa. Mężczyzna w rogu nagle się wyprostował. Po chwili naprzeciw niego usiadła inna postać w grubej bluzie z kapturem nasuniętym na głowę. Zaczęli rozmawiać, ale nie trwało to długo. Nowo przybyły nagle się zdenerwował i chwycił tego drugiego za koszule przygwożdżając do ściany. Tamten zaczął się wyrywać i panicznie machać rękami. Najwyraźniej podziałało bo napastnik rzucił go z powrotem na siedzenie przewracając krzesła. Kiedy odwrócił się w stronę wyjścia zobaczyłam łunę białych włosów i coś błyszczącego na jego szyi. W pośpiechu wyszedł z baru, a ja straciłam obiekt swoich zainteresowań. Uznałam, że to dobry moment by opuścić to miejsce. Z powrotem odwróciłam się do mężczyzny siedzącego obok mnie. 
- Bardzo miło, że zaszczyciłeś mnie swoją osobą. - odrzekłam – Skoro nalegasz zapłacić za mojego drinka nic nie stoi na przeszkodzie. Ja wychodzę.
Widząc jego osłupienie, aż uśmiechnęłam się w środku. Pomachałam jeszcze na odchodne i zostawiłam go samego. Kręciło mi się w głowie kiedy przepychałam się między ludźmi. Tutaj było zdecydowanie za gorąco. Musiałam wyjść na powietrze. Nie wiedziałam ile dokładnie wypiłam, ale mój organizm nie był przyzwyczajony do alkoholu więc, nawet najmniejsza ilość mogła zwalić mnie z nóg lub przyprawić o ból głowy. 
Na szczęście chłodne powietrze na zewnątrz trochę mnie ocuciło. Nadal miałam wahania co do tego czy mój obraz przypadkiem się nie przekrzywił, ale przynajmniej mogłam w spokoju myśleć. Rozejrzałam się dookoła. Niezupełnie pamiętałam drogę powrotną. Tak to jest kiedy chodzi się na oślep. Mieszkałam tutaj od dziecka, mimo to nie znałam wszystkich zakamarków Jacksonville. A już na pewno ulic z nocnymi klubami. Ruszyłam więc w prawo licząc, że to odpowiedni kierunek. Było już późno. Ciemne niebo pokryte gwiazdami wisiało nad moją głową. Temperatura też znacznie się obniżyła, a ja nie miałam na sobie nic więcej poza cienką koszulką i krótkimi spodenkami. Wypite wcześniej drinki najwyraźniej nie pomogły przezwyciężyć temperatury. Objęłam się ramionami i szybkim krokiem ruszyłam przed siebie. Musiałam dotrzeć do jakiejś głównej ulicy. Stamtąd nie powinnam mieć większych problemów by ustalić swoje położenie i wrócić do domu. 
Spacer powinien mnie ocucić, ale z każdym krokiem było coraz gorzej. Obraz mi się zamazywał, a nogi były jak z waty. Czułam, że wypity alkohol dopiero teraz wypływa na wierzch. Skupiłam się na betonowych płytkach chodnika. One jedne pozostawały w ostrości. Były moim stałym punktem. 
Nagle mocno w coś uderzyłam całym ciałem. Podniosłam głowę. To był on. Mężczyzna z baru, ale jego wyraz twarzy był inny. Zniknął miły uśmiech, a pojawiła się kamienna, zimna maska. 
- To niegrzeczne zostawiać kogoś w środku rozmowy. - skarcił mnie.
- Jakiej rozmowy. - przetarłam skronie – Chciałeś chyba powiedzieć niekończącego się monologu.
- Bardzo zabawne. - stwierdził.
- Posłuchaj mam dosyć na dzisiaj.
Chciałam go wyminąć, ale zastąpił mi drogę. 
- Tutaj masz racje. To już koniec na dzisiaj. Przynajmniej dla ciebie. - wyszczerzył zęby i wtedy je zobaczyłam. Długie, lśniące kły wystające z dziąseł. Wampir.
Zaczęłam się cofać, nerwowo rozglądając. Ulica była pusta. Nie miałam co liczyć na pomoc. Zresztą zwykły człowiek nic by nie poradził. Co najwyżej mógłby skończyć jeszcze gorzej niż ja. Nie dobrze. Było naprawdę źle. Mogłam odwrócić się i uciec, ale nie pokonałabym odległości większej niż kilka metrów. Wampiry były szybkie. Nie spotkałam jeszcze żadnego, ale oglądałam wystarczającą ilość filmów by to wiedzieć. Zresztą w podręcznikach Towena o istotach nadnaturalnych też była o tym wzmianka.
- Opuściła cię odwaga? - zaśmiał się. 
Nie do końca. Nie było szansy by udało mi się go pokonać, ale być może chociaż trochę spowolnić. Gdybym tylko znalazła cokolwiek z drewna. Nie byłam doskonałym wojownikiem, ale kilka dni treningu z Joshem zwiększyło moje umiejętności. Zwłaszcza jeśli chodzi o rzucanie do celu. Potrzebowałam jedynie broni. Jak na złość na tej ulicy nie było żadnych drzew, jedyną szansą był śmietnik. Nie byłam pewna, ale zdaje się że mijałam ciemny zakątek kilka metrów wcześniej. Istniała szansa, że będzie moim ocaleniem. Zamierzałam podjąć to ryzyko. Jeśli miałam dzisiaj umrzeć, to nie poddam się bez walki. Serce mi przyspieszyło na wieść o szansie na ratunek i byłam pewna, że on to usłyszał. Nie tracąc czasu ruszyłam biegiem. Usłyszałam za sobą głośny śmiech. Niech myśli, że nie zdołam przed nim uciec to być może zyskam w ten sposób więcej czasu. Po lewej stronie pojawiła się ciemna dziura. Natychmiast w nią skręciłam i...nic. Ślepy zaułek otoczony przez budynki z każdej strony. To był koniec. Odwróciłam się kiedy usłyszałam za sobą świst powietrza. Stał blisko. Za blisko. Znowu zaczęłam się cofać aż natknęłam się na betonową barierę nie do pokonania. 
- To już chyba koniec pościgu. - powiedział z udawanym smutkiem. - Jestem zawiedziony.
Rozejrzałam się ostatni raz i je ujrzałam. Połamane drzwi. One na pewno były drewniane i co najlepsze roztrzaskane. Ledwo się trzymały na zawiasach, a ich drobniejsze kawałki leżały na ziemi. Ostrożnym krokiem ruszyłam w ich stronę patrząc wprost na wampira. Kiedy zbliżył się dostatecznie blisko i szybko, udałam, że się przewracam. Jednocześnie plecami uderzyłam o zimną nawierzchnie i prawą ręką sięgnęłam po w miarę ostro zakończony odłamek. Kucnął przy mnie, przekrzywiając głowę i obserwując mnie głodnym wzrokiem od stóp do głowy. 
- Miło było cię poznać. - powiedział – Mówię szczerze. Mimo, że nie powiedziałaś zbyt wiele to po twoim zachowaniu domyśliłem się naprawdę wiele o twojej osobie.
Pochylił głowę zbliżając kły do mojej szyi. Kiedy już prawie jej dotknął użyłam całej swojej siły by wbić mu moją prowizoryczna broń w plecy. Gwałtownie się wygiął w drugą stronę z krzykiem dając mi wolne pole do ucieczki. Natychmiast wykorzystałam szansę. Ruszyłam biegiem używając każdej cząstki siły jaka mi pozostała. Usłyszałam stek przekleństw gdzieś daleko za mną. Modliłam się żeby zrezygnował z pościgu. Coś mi jednak mówiło, że to nie będzie takie łatwe. Biegłam mijając kolejne zakręty. Serce mocno tłukło się o moje żebra. Płuca domagały się większej ilości powietrza. Byłam szybka, sama się dziwiłam jak bardzo, ale to nie wystarczyło. Nie w ucieczce przed wampirem. Kiedy mijałam kolejny róg znalazłam się na jednej z głównych ulic. Tak chciałam by okazała się zatłoczona, by była moim ocaleniem. Okazała się pusta, zupełnie osamotniona jak ja. Nagle ziemia przede mną się skończyła. Nie, to ja leciałam. Wyleciałam wysoko, uderzając plecami o jeden z budynków. Z ogromną szybkością zaczęłam spadać. Widziałam zbliżającą się ziemię, ale ból nie nastąpił, nie w takiej postaci. Ktoś mocno mnie złapał za gardło i przygwoździł do ściany, uniemożliwiając oddychanie. 
- Ty suko! - wysyczał wampir.
Puścił moją szyję tylko po to by zatopić zęby w moim gardle. Usłyszałam głośny krzyk kogoś gdzieś daleko, albo to ja krzyczałam. Nie miałam pojęcia. Czułam ogromny ból i nagłe osłabienie. Jakby opuszczało mnie życie. Nie chciałam umierać. Nie w taki sposób. Przed oczami pojawiły mi się czarne plamy. Podjęłam ostatnią próbę ratunku. Zaczęłam mocno go uderzać w plecy, ale jak się domyślałam to było bezcelowe. Tutaj był mój koniec. Pomyślałam o Mattcie. O tym, że on tam leży i być może czeka na mnie. Być może byłam jego jedyną tarczą. Gdybym nie uciekła mogłabym zapobiec temu co oni chcą mu zrobić. Zawiodłam go. Schrzaniłam wszystko. Nastała ciemność. Usłyszałam nagły świst, krzyk, a potem głuchy odgłos i ponownie świst, ale nie czułam nic. Żadnego ciepła, ani zimna. Zupełna pustka. Czyżby tak wyglądała śmierć. Nie wiedziałam czy to omamy, ale wydawało mi się, że ktoś mnie woła. Ktoś krzyknął moje imię. Potem już tylko cichy szept, ale słowa po raz ostatni stały się wyraźne i należały do mężczyzny. „Przepraszam”. Potem nie było już nic.

niedziela, 23 marca 2014

Rozdział 23

Awantura

Jak tylko weszliśmy przez główne drzwi do holu, od razu wiedzieliśmy, że coś jest nie tak. Pomieszczenie było zdewastowane. Na schodach walały się odłamki glinianych wazonów i mis pochodzących z piętra wyżej. Jeden z obrazów wiszących po prawej stronie tuż przy wejściu do kuchni leżał na ziemi połamany. Ściana po przeciwnej stronie była popękana z wielkim wgnieceniem. Zauważyłam też zniszczone kafelki, niektóre pęknięte, których kawałki walały się luzem prawie wszędzie. Przy jednej z ocalałych poręczy schodów niezgrabnie oparty stał Elyan, czyszczący swoje paznokcie.
- Co tu się stało? - zapytał zszokowany Towen.
- Była niewielka różnica poglądów. - odpowiedział Elyan nie przerywając zabiegu pielęgnacyjnego. - Powiedzmy, że padały konkretne argumenty.
- Nie było mnie dłużej niż dwie godziny, a wy już zdążyliście zniszczyć dom? - powiedział zdenerwowany, a rzadko taki był. 
Elyan zrobił zgorszoną minę i wskazał na siebie dłonią z udawanym urażeniem.
- Ja nie miałem z tym nic wspólnego. Nie interesuje mnie ochrona Księgi.
- A więc co...
- Oni odeszli! - dobiegł do nas głośny krzyk. Josh, który wyglądał jakby dopiero co opuścił piekło, zbiegł wściekły po schodach. Włosy miał rozczochrane, koszulkę rozciętą na ramieniu i brzuchu. Nie widziałam żeby był ranny co oznaczało, że jeśli doszło do sprzeczki nie dawno nie używali złota. Jednak zaschnięta krew pokrywająca jego ubrania i skórę świadczyła o zażartej walce. - Trevor i jego głupia świta. Uciekli jak tchórze.
- O czym ty mówisz? - spytał Towen najwyraźniej już zmęczony wybrykami Josha.
- Pobiłeś się z Trevorem? - spytała zaskoczona i jednocześnie zła Kelly.
W drodze do domu zdążyła odzyskać przytomność. Tak jak przewidzieliśmy wcześniej nie była w dobrym humorze. Sam miał racje, że w porę się ulotnił. Miała ochotę rozerwać go na strzępy. Potem gdy Towen zbywał jej pytania odnośnie rannego chłopca przeniosła swoją gorycz na niego. W ten sposób nie odzywała się aż do teraz.
- Nie miałem wyboru. - wzruszył ramionami Josh. - I gdyby nie ten głupi debil – wskazał oskarżycielsko na Elyana, który już zdążył się znudzić całą tą sytuacją i ruszył na górę do swojego pokoju. - Powstrzymałbym ich przed opuszczeniem posesji.
Kelly właśnie miała zacząć się z nim kłócić, więc się wtrąciłam.
- Co takiego powiedziałeś, że chcieli wcześniej wyjechać?
Odwrócił głowę w moją stronę jakby dopiero teraz mnie zauważył.
- Dlaczego sądzisz, że coś powiedziałem?
- Nicole ma racje. - Kelly stanęła po mojej stronie – Nie wyjechaliby beze mnie.
- Tak trudno przyjąć do wiadomości, że ktoś nie potrafi z tobą wytrzymać? - odszczekał się. 
W tym momencie straciła całą swoją samokontrole. Wszystkie negatywne emocje, które starała się uciszyć wypłynęły na wierzch. Oczy jej się rozszerzyły, a z ust wyleciał stek obelg. 
- Tak, bo to ty zawsze byłeś, jesteś i będziesz zapatrzonym w siebie arogantem, który nie potrafi sprawić by ktokolwiek chciał spędzić z nim więcej czasu niż godzinę. Nikt nie ma ochoty marnować swojego czasu na kogoś tak podłego i samolubnego jak ty. Ja nigdy nie miałam problemu z dogadywaniem się z Trevorem. To ciebie odesłał tutaj. To na ciebie nie miał już siły. Był dla nas wszystkich taki dobry. Zlitował się nad sierotami, które zbyt wcześnie straciły rodziców. 
- Nie potrzebuję litości. - warknął Josh – Współczucia, miłosierdzia, łaski. To nie czyni mnie silniejszym. To osłabia. Będąc tutaj z Towenem doświadczyłem czegoś więcej niż tylko smutnych spojrzeń i delikatnych słów wymawianych każdego dnia. Wszystko byle nie sprawić mi bólu? Widziałem śmierć obojga moich rodziców! - zaczął krzyczeć – Nic nie mogło sprawić bym się rozsypał bo ja już byłem w kawałkach. Nie chciałem łagodności, żadne z nas nie chciało. To tylko pogarszało sprawę. Jak mieliśmy o tym zapomnieć skoro wszyscy nam to przypominali?
- Jesteś niewdzięcznym głupcem. - stwierdziła ostro i pobiegła na piętro.
Spojrzałam na niego oszołomiona. Wcześniej nie widziałam go tak zdenerwowanego. Nawet wtedy gdy walczył z Travisem, gdy widział śmierć Raya, gdy spojrzał pierwszy raz po latach na Elvera. Nawet w tamtych momentach nie był tak wzburzony jak teraz. Oddychał szybko, a jego ręce były zaciśnięte w pięści tak mocno, że spomiędzy palców zaczęła cieknąć krew. 
- Dlaczego to powiedziałeś? - spytałam starając się mówić jak najciszej, by nie dało się wyczuć jak bardzo byłam na niego zła.
- Co? Prawdę? - zaśmiał się – Każdy z nas powinien w końcu przejrzeć na oczy. Lepiej wcześniej niż później. Ciebie też to dotyczy. 
- O czym ty mówisz? - podniosłam ton o oktawę.
- Joseph. - powiedział twardym tonem Towen. Nigdy nie używał tego imienia.
- Przestań! - krzyknął w odpowiedzi – Wam wszystkim przydałby się zimny prysznic realności. - wyrzygiwał – Lepiej żeby usłyszała prawdę niż trzymała się zgubnej nadziei. Niedopuszczanie do siebie tego co nieuniknione nie wniesie niczego dobrego. Zaatakuje z podwójną siłą wtedy gdy wszystko się zrujnuje.
Miałam wrażenie, że słowa Josha wypływają z moich ust. Chciałam wiedzieć wszystko co przede mną ukrywają. Jednak teraz gdy patrzyłam na smutnego Towena i rozgoryczonego Josha nie byłam pewna czy chcę cokolwiek usłyszeć. Jednak zanim zdążyłam pomyśleć o ucieczce do pokoju...
- Musimy zabić Matta. - powiedział pewnym i twardym głosem
Cofnęłam się o krok. Wiedziałam, że on go nienawidzi, ale mógł chociaż nie okazywać tego przy mnie tak bardzo. Przez głowę przeszła mi myśl, że już to zrobił. Miał się nim opiekować. Nie, nie i jeszcze raz nie. On nie mógł go zabić. Szybko odepchnęłam od siebie taki przebieg wydarzeń. 
- On się zmieni i zabije nas wszystkich. - dokończył.
- Przecież... - zaczęłam ciężko dyszeć. - Mówiliście, że jego organizm jest za słaby by to przeżyć.
- Gdyby taki był już dawno zrobiłby nam przysługę i zdechł. 
Moja ręka sama wystrzeliła w stronę jego policzka. Na moment się zachwiał, a potem szybko na mnie spojrzał tępym wzrokiem. Dłoń mnie piekła od uderzenia. Widząc, że oboje się na mnie gapią zaskoczeni, odwróciłam się szybko i wybiegłam na dwór. Musiałam odetchnąć, uciec, zrobić cokolwiek byle tylko nie być blisko nich. Zaczęłam biec. Wpadłam na bramę. Silnym pchnięciem ją otworzyłam i wybiegłam na ulicę. Słyszałam za sobą głośny huk, ale nie miał on dla mnie znaczenia. Na dworze zaczęło się ściemniać. Latarnie przy drodze były pozapalane. Kontury zaczęły mi się zamazywać. Przetarłam oczy wściekła, że pozwoliłam by łzy napłynęły mi do oczu. Biegiem ruszyłam w stronę miasta po raz drugi dzisiaj.

czwartek, 20 marca 2014

Rozdział 22

Odsunięta od wszystkiego

Droga po zatłoczonych ulicach Jacksonville zajęła nam mniej więcej pół godziny. Przez ten czas chłopiec zdążył trzy razy odzyskać przytomność by potem ponownie zemdleć. Udało nam się jedynie dowiedzieć, że ma na imię Derek. Jednak powiedział to w takim zamroczeniu, że nie jestem pewna czy nie nawoływał wtedy kogoś innego.
 Barman, który jak nam powiedział nazywa się Sam, całą podróż spędził na marudzeniu, że to nie jest dobry pomysł. Gdy w końcu Kelly kazała mu się zamknąć, na moment mieliśmy ciszę. Potem ponownie ją przerwał, ale zmienił strategię. Zaczął przekonywać Kelly by tam nie szła. Wtrąciłam się wtedy i zaczęłam go popierać choć tylko w połowie. Nadal trzymałam się opcji, że mogę tam pójść sama. Kelly starała się nie słuchać lub tylko udawała, że to robi. Co jakiś czas zbywała nasze argumenty słabymi tekstami typu „To zbyt niebezpieczne” lub „Nie mogę tak ryzykować”. Uparcie trzymała przy swoim. 
 Teraz jednak kiedy samochód stał na poboczu i każde z nas patrzyło się za okno, wyczuwałam u niej lekkie powątpiewanie. Przed nami stał niewielki dom, wyróżniający się swoim ciemnym, zabrudzonym odcieniem od pozostałych budynków. Popękany, brukowany chodnik prowadził do mosiężnych drzwi, z obu stron otoczonych szybami zaklejonymi gazetami i obklejonymi czymś co z daleka przypominało czarny smar. Nie byłam pewna czy to miejsce mieszkalne czy raczej opuszczony sklep. Spojrzałam na kierowce. Sam wpatrywał się w to samo miejsce co my z przerażeniem. Nie było opcji żeby się pomylił. 
Długi okres bezdźwięczności przerwało westchnięcie Kelly.
- Nie mamy co tracić czasu. Idziemy.
Chwyciła za klamkę by otworzyć drzwi. W tym momencie ręka Sama wystrzeliła do góry i mocnym uderzeniem rozbiła głowę Kelly o szybę, zostawiając na niej sieć żyłek przecinających szkło i trochę krwi. Hinduska bezwładnie opadła na siedzenie.
- Co to było? - warknęłam
- Nie ma opcji bym ją tam puścił. - pokręcił głową. - Nawet jeśli miałaby mnie za to zabić.
- Znacie się? - rozświetliło mi się w głowie
- Nie. - powiedział jak dla mnie za szybko
- To skąd ta nagła troska? - skrzywiłam się
- Ciebie nie będę powstrzymywał. Nie jesteś Zmiennokształtną. Jeśli chcesz pomóc młodemu wilkowi lepiej się pospiesz.
To nie było miłe z jego strony. Ignorując jego słowa wyskoczyłam z samochodu i niepewnym krokiem ruszyłam w stronę domu. Zanim zapukałam do drzwi spróbowałam dojrzeć coś przez okna. Były tak brudne, że nie zobaczyłam zupełnie nic. Stuknęłam kostkami w wejście tak, że samo się uchyliło. Obejrzałam się do Sama. Uważnie mnie obserwował. Widząc moje wahanie tylko wzruszył ramionami i ponaglił skinieniem głowy. Wzięłam głęboki wdech i przekroczyłam próg.
 W środku panował półmrok. Dzięki dziennemu światłu, które jednak przebijało się przez zapuszczone szyby, dostrzegłam dość duże pomieszczenie zagracone różnymi przedmiotami. Nie myliłam się co do stwierdzenia, że kiedyś był to sklep. Wskazywały na to półki na ścianach z dziwnymi słoikami, moździerzami, fiolkami, dzbankami i innymi naczyniami, z zawartością o której wolałabym nie wiedzieć. Wąski korytarz z czerwonym zakurzonym dywanem kończył się na ciemnej ladzie. Tuż za nią były kolejne drzwi. 
- Jest tutaj ktoś? - spytałam normalnym tonem. Za cichy mógłby wskazywać na złodzieja z kolei za głośny na nieproszonego gościa, którym nie chciałabym zostać.
Jedyną odpowiedzią była cisza. Dokładnie się w nią wsłuchiwałam by nie przeoczyć przypadkiem jakiejś odpowiedzi, szurania lub stukania, które mogłoby wskazywać o czyjejś obecności.
Poczekałam jeszcze przez kilka minut co chwilę nawołując jednak nikt się nie zjawił. Wróciłam do samochodu. Wszyscy byli w tych samych pozycjach, w których ich zostawiłam. Uchyliłam drzwi i wskoczyłam do środka. Widząc pytające spojrzenie barmana, odpowiedziałam.
- Nikogo nie ma. Jesteś pewien, że to tutaj?
- Chyba widać. - Wskazał na budynek, obrażony. - To co robimy? 
- My? - zdziwiłam się
- No tak. - powiedział przekonany - Ona zabije nas oboje jeśli się dowie, że nic nie zdziałaliśmy. - Machnął od niechcenia na Kelly. 
Tu miał racje. Na niego na pewno byłaby bardziej zdenerwowana, ale i ja mogłabym ujść z tego z jednym wrogiem więcej. Kelly wydawała się miłą osobą, ale widziałam wyraz jej twarzy i pełne wściekłości oczy wtedy w barze. Cicha woda brzegi rwie - jak mówią.
- Zawieź nas do domu. Wiesz gdzie mieszka Towen Route?
- Pewnie. To jedyny czarodziej w Jacksonville. - Ponownie urażony ton cokolwiek by się nie powiedziało.
- Jestem pewna, że postara się pomóc Derekowi.
Nie odpowiedział tylko wcisnął pedał gazu. Samochód ujechał kilka metrów do przodu. Następnie coś chrząknęło w silniku i pojazd raptownie się zatrzymał. Sam przeklął pod nosem i uderzył pięścią w kierownice.
- Pieprzony samochód!
- Co jest? - spytałam
Wyskoczył z samochodu i z trzaskiem zatrzasnął za sobą drzwiczki. Podszedł do przodu i otworzył maskę. Pokazały się smugi szarego dymu. Wysiadłam za nim by zorientować się o co chodzi.
- Nie pojedzie dalej. - westchnął zrezygnowany. - Już dawno miałem go oddać do naprawy. Najwyraźniej w końcu zbuntował się na dobre.
- Świetnie - skomentowałam
- To nie moja wina! - bronił się – Ciesz się, że w ogóle was tu przywiozłem.
- Zdaje się nie miałeś wyboru o ile dobrze pamiętam.
Sam zrobił się purpurowy na twarzy. Wyminął mnie okrężnym ruchem i ruszył przed siebie. Chyba zamierzał zostawić mnie samą sobie. Tak myślałam dopóki nagle się nie zatrzymał. Przez chwile stał nieruchomo po czym zrobił kilka kroków do tyłu. Wyjrzałam zza jego pleców by zobaczyć na co patrzy. Ludzie mijali nas co chwilę jednak jedna z par wyglądała charakterystycznie.
Czarnowłosy, zielonooki mężczyzna o hebanowej karnacji ubrany w elegancki strój. Towen. Co on do cholery tu robił? Miał opiekować się Mattem. Chciałam podbiec do niego i urządzić mu awanturę. Powstrzymywał mnie tylko widok wysokiej blondynki idącej ku jego boku. Wyglądała ... dziwnie. Z daleka było widać, że jej uroda nie należy do przeciętnych. Wysoka, szczupła o delikatnej, bladej skórze. No i jeszcze długie, falowane blond włosy, które momentami wyglądały jak srebro. Jednak jej strój był inny niż dzisiejsza moda. Miała czarną suknie do samej ziemi, ściśniętą w talii koronkowym gorsetem. Zresztą cała była w koronce. Materiał sukni był nią pokryty, ale również skóra na ramionach i jak się domyśliłam również plecy. 
Oboje szli w naszą stronę, ale jeszcze nas nie zauważyli. Sam odwrócił się na pięcie i do mnie podbiegł.
- To Salvari. - wyszeptał lekko machając głową w ich stronę.
To była ta Nocna Elfka? Wychyliłam się by jeszcze raz na nią spojrzeć, ale barman przywrócił mnie do pionu.
- Nie patrz! - skarcił mnie – Jeszcze nas zobaczą.
- I tak to zrobią. Zamierzam do nich pójść.
Jego twarz nagle zbladła jakby opuściło go życie.
- Spokojnie. - uspokajałam go – Tam jest Towen. Nie pozwoli nas skrzywdzić.
- Chyba nie sądzisz, że da radę...
Nie wiem co dalej mówił gdyż już zdążyłam wybiec zza jego pleców by wyjść na spotkanie czarodziejowi i elfce. Towen pierwszy mnie dostrzegł. Nie ukrywał zaskoczenia na mój widok. O dziwo Salvari wcale nie zareagowała inaczej. Nagle się zatrzymała, a jej oczy się rozszerzyły. Widziałam w nich coś znajomego. Były lekko skośne i niewielkie o błękitnoszarej barwie. Jak na kogoś tak potężnego jak opisywali Kelly z Samem wyglądała dość niewinnie. A w tym momencie zdecydowanie była zbita z tropu. Zastanawiałam się tylko dlaczego mój widok wywołał u niej taką reakcję? 
- Witaj Towen! - uśmiechnęłam się
- Co tutaj robisz Nicole? - spytał trochę zachrypniętym głosem.
- Szukałam twojej towarzyszki.
Powoli wymienili spojrzenia. Coś ukrywali.
- Z jakiego powodu? - przemówiła Slavari – Przecież my się nie znamy.
- Nie znamy. - potwierdziłam
Zmarszczyła brwi i lekko przekrzywiła głowę niczym pies, który próbuje zrozumieć czego właściwie się od niego oczekuje.
- Nie jestem osobą, do której przychodzi się z błahostkami. Większość istot nadnaturalnych omija mnie szerokim łukiem.
- Najwyraźniej nie należę do tej większości.
- Jak widać.
- Nicole przestań proszę. - przerwał Towen. - W jakim celu tu jesteś?
Widziałam, że oboje strasznie są tego ciekawi. Podejrzewałam, że nawet trochę się lękali. Zapewne oczekiwali na inną odpowiedź i nie myliłam się bo gdy przedstawiłam im sytuacje Dereka i zaprowadziłam ich do samochodu jednocześnie wypuścili powietrze.
- Pomożesz mu? - spytałam
Podeszła do rannego chłopca i przyłożyła ręce do jego czoła, po czym szybko je cofnęła. 
- Zobaczę co da się zrobić.
Pstryknęła palcami i Derek dosłownie zniknął na naszych oczach. Salvari nie zwracając na nas więcej uwagi obróciła się i weszła do środka swojego domu. Jak tylko zamknęła za sobą drzwi, spytałam.
- Co ty robisz? Miałeś opiekować się Mattem. Dałeś słowo.
- Josh z nim jest. - oznajmił w przeciwieństwie do mnie opanowanym tonem
- Josh!? - Nie mogłam uwierzyć, że to powiedział - To jest ostatnia osoba, której powierzyłabym życie mojego przyjaciela. Dobrze o tym wiesz. 
- To nie tak... - zaczął
- Czyli Josh nie nienawidzi każdej komórki ciała Matta i nie zabiłby go przy najbliższej okazji, gdyby nie fakt, że Matt leży chory w łóżku i zabicie kogoś w takim stanie jest co najmniej ujmą na jego honorze wojownika jeśli jeszcze takowy posiada?
- Nie skrzywdzi Matta i to nie ze względu na honor, który jeśli mamy być szczerzy nie jest najlepszym przyjacielem Josha. Dałem mu zadanie i wykona je najlepiej jak potrafi.
- Nawet jakby oznaczałoby to usługiwanie i przynoszenie wilgotnych ręczników? - Tym razem się zaśmiałam. Chciałabym coś takiego zobaczyć. 
- To mogłoby go przerosnąć. - przyznał i też się rozpromienił. Spojrzał ponad moimi plecami. - Czy to jest Kelly?
Odwróciłam się. Sam gdzieś zniknął. Pomyślałam, że zapewne uciekł lub po prostu poszedł do domu. Mógłby to zrobić skoro jego samochód i tak był zepsuty. 
- Tak. - powiedziałam skruszonym tonem. - Nic jej nie jest to tylko ogłuszenie, ale powiedzmy, że nie będzie w najlepszym nastroju kiedy się obudzi.
- Rozumiem. Wiem, że czasami trudno ją do czegoś przekonać, ale żeby od razu przemoc? - uniósł brwi
- To było dla jej bezpieczeństwa. Chciała sama tam wejść. - Wskazałam na dom – Właściwie to nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Dlaczego jesteś tu z Salvari?
- Wspólne sprawy.
- Myślałam, że trzymasz ze Zmiennokształtnymi. Przecież to twoi podopieczni.
- Ja i Salvari nie jesteśmy wrogami. - stwierdził
- Ale ona potrafi...no wiesz zawładnąć zwierzętami – ściszyłam głos. Bardzo prawdopodobne, że elfy mają dobry słuch. - Nie uważasz, że to trochę przerażające?
Roześmiał się.
- Nocne Elfy rzadko korzystają z tego daru. To plotka by mogły żyć w odosobnieniu. Gdyby nie budziły respektu każdy wilkołak, Zmiennokształtny oraz inne istoty posiadające w sobie chociaż małą cząstkę zwierzęcego genu nawiedzali by ich z byle głupotą. 
- Mogliby zbić fortunę. - przyznałam
- Nocne elfy nie przykładają wartości do rzeczy materialnych.
- Stąd te otwarte drzwi i syf w mieszkaniu. - mruknęłam
Staliśmy tak na dworze jeszcze przez kilka minut rozmawiając o mało istotnych sprawach kiedy Salvari wyszła na zewnątrz i zawołała Towena. Tylko jego. Na szczęście wrócił szybko. Nie chciałam stać sama na dworze przy samochodzie z popękaną i zakrwawioną szybą tłumacząc się każdej osobie, która mnie mijała. Co innego jak było się w czyimś towarzystwie. Wtedy ludzie po prostu to ignorowali lub woleli nie zagłębiać się bardziej w tę sprawę. Jednak samotna dziewczyna w rozciągniętej bokserce, krótkich poszarpanych spodenkach, przetartych trampkach i rozczochranych włosach do tego z podkrążonymi ze zmęczenia oczami przykuwała ich uwagę. Niektórzy tylko patrzyli na mnie współczująco inni pytali czy wszystko w porządku. Może nie byłam najlepiej ubrana, ale przecież nie wyglądałam całkowicie jak bezdomna. Przyjście Towena uratowało mnie spod miażdżących spojrzeń. Nie lubiłam być obserwowana przez obcych, zwłaszcza takich co uważali mnie za sierotę.
 Oznajmił krótko „wracamy do domu” i zadzwonił po taksówkę. Próbowałam od niego wyciągnąć coś o rannym chłopcu, ale powiedział tylko, że nie powinnam się nim martwić. Nie wiedziałam czy oznacza to, że wszystko z nim w porządku, czy też umarł i teraz spoczywa w spokoju. Te słowa były dwuznaczne. Przynajmniej dla mnie. Nagły pośpiech Towena również wywoływał podejrzenia. Miałam wrażenie, że wszyscy próbują mnie od czegoś odsunąć. Każdy w inny sposób. Elyan powiedział, że sam wszystko załatwi jeśli chodzi o przerwanie łączącej nas więzi, Josh kazał mi się zająć Mattem, a teraz Towen nic mi nie mówił. To stawało się coraz bardziej irytujące.