Zaginięcie
Następnego
dnia obudziłam się późnym rankiem. W nocy dręczyły mnie dziwne
koszmary pełne dzikich zwierząt, ostrych pazurów, zębów i krwi.
Jak tylko wstałam z łóżka poczułam uciążliwy ból głowy.
Przez chwilę stałam w bezruchu pocierając skronie. Kiedy ustał
ruszyłam do łazienki. Szybko się umyłam i ubrałam. Zeszłam
schodami na dół. Chciałam wyjść do ogrodu, ale skierowałam się
w stronę kuchni kiedy usłyszałam dochodzące z niej głośne
krzyki. Rozpoznałam głos Josha i Raya. Stanęłam przy ścianie by
lepiej słyszeć.
-
Zupełnie straciłeś rozum? - krzyknął Ray – Mogłeś zginąć.
Co ty w ogóle wyprawiasz?
-
Uspokój się. - mruknął Josh. - To tylko draśnięcia nic mi nie
jest.
-
Pewnie. Dlaczego miałbym się martwić. Znikasz na cały dzień, a
potem wracasz do domu cały posiniaczony. Nie no to jest normalne. -
histeryzował Ray
-
Bo jest. - głos Josha wydawał się spokojny.
-
Tylko wtedy kiedy idziemy razem, a nie osobno.
Usłyszałam
ciche kroki, potem odgłos odsuwanego krzesła.
-
Dlaczego to dla ciebie taki problem? - opanował się Ray
-
On nie jest jednym z nas!
Atmosfera
stawała się napięta. Znowu szurnięcie krzesła i głośny trzask.
Chyba ktoś gwałtownie wstał od stołu.
-
Nie masz tej pewności. Jest szansa...
-
Nie ma takiej opcji. - krzyczał Josh. - On zupełnie się nie
nadaje. Ja nie będę mu pomagał. Jeśli Towen oczekuje,że będę
się opiekował tym szczylem to się myli.
-
Jeśli mu się sprzeciwisz nie będzie miał wyboru. Będzie musiał
cię wykluczyć. - głos Raya wydawał się przerażony.
-
On albo ja.
Nastała
krótka cisza, a potem odgłos zbliżających się kroków. Wyszłam
zza ściany i stanęłam w progu, udając, że dopiero co przyszłam.
-
Dzień dobry. - uśmiechnęłam się.
Josh
szedł w moją stronę. Wyminął mnie nawet nie trącając mnie
ramieniem. Jego twarz była napięta. Ray siedział przy stole ze
smutną miną. Naprzeciwko niego leżało przewrócone krzesło.
Podeszłam niepewnie i postawiłam je z powrotem, następnie na nim
usiadłam. Spojrzałam na Raya.
-
Co się stało? - spytałam
Westchnął
ciężko i odchylił się do tyłu.
-
Można powiedzieć, że przechodzimy trudny okres. Ostatnio ciągle
się kłócimy.
Zaczęłam
się zastanawiać czy oni przypadkiem nie są parą. Nie miałam nic
przeciwko temu, ale jego słowa dziwnie zabrzmiały.
-
Wy?
Ray
na mnie spojrzał. Jego usta wykrzywiły się w uśmiechu.
-
Jesteśmy jak bracia. - sprostował.Pokiwałam
głową. -
Nie mogę go zrozumieć. - wzruszył ramionami. - Jak spałaś? -
zmienił temat
-
Kiepsko. Miałam dziwne sny i trochę boli mnie głowa.
Jego
oczy na chwilę się rozszerzyły. Odchrząknął nerwowo.
-
Myślę, że powinnaś iść do Towena. On zna sposoby na takie
problemy.
Miał
racje. Przecież Towen był lekarzem. Uważam, że pomogłyby mi
zwykłe tabletki, ale nawet nie wiedziałam gdzie w tym domu znajdują
się leki. No i musiałam w końcu oddać mu pieniądze za taksówkę.
Wstałam
od stołu i położyłam dłoń na ręce Raya.
-
Jestem pewna, że się pogodzicie.
Odpowiedział
mi ponurym uśmiechem. Odwróciłam się i żwawym krokiem ruszyłam
w stronę biblioteki. Ku mojemu zdziwieniu drzwi były otwarte, jakby
ktoś przewidział, że chciałam tutaj wejść. Towena nie było w
środku. Było to dla mnie dziwne. Spojrzałam w stronę zamkniętych
drzwi po lewej stronie. Kusiły swoją tajemniczością. Rozejrzałam
się po pomieszczeniu by mieć pewność, że nikogo nie ma na tym
piętrze biblioteki. Wydawała się pusta. Powoli podeszłam do wrót.
Stanęłam tuż przed nimi. Jeszcze nigdy nie byłam tak blisko.
Zauważyłam, że one nie mają klamki ani nic co by mogło ją
przypominać. Lekko na nie naparłam. Nie drgnęły.
-
To specjalny zamek.
Głos
Towena mnie przeraził. Byłam pewna, że nikogo tutaj nie ma.
Odwróciłam się z uśmiechem by ukryć swoje zażenowanie.
-
Przepraszam. Nie powinnam. Ja tylko... - wskazałam palcem na drzwi.
- Zawsze byłam ciekawa co się za nimi kryje.
-
Kiedyś się dowiesz. Chciałaś ze mną porozmawiać.
Wskazał
ręką na jedną z sof. Podążyłam za jego gestem. Usiadłam
niepewnie na miękkim siedzisku. Zajął miejsce naprzeciwko na
podobnej kanapie, uważnie mi się przyglądając.
-
No więc. - zaczęłam. - Muszę ci oddać twoje pieniądze.
Wyciągnęłam
je z kieszeni i położyłam na stoliku obok.
-
Słyszałem, że boli cię głowa. - powiedział wprost. Nie
ukrywałam zaskoczenia. Skąd o tym wie? Powiedziałam to tylko
Rayowi i to kilka minut temu. -
Co ci się dzisiaj śniło?
Nie
rozumiałam co miało jedno do drugiego. Myślałam, że żartuje ale
jego twarz była poważna.
-
Nie pamiętam zbyt wiele ale..
-
Proszę spróbuj sobie przypomnieć najwięcej ile zdołasz. Pomogę
ci, ale musisz mi powiedzieć.
Tylko
bolała mnie głowa. Dlaczego aż tak się przejmował? Potrzebowałam
zwykłych tabletek nie rady psychologa. Siedząc tak przed nim
właśnie tak się czułam. Jakby ktoś zamknął mnie w pokoju bez
drzwi i okien , robiąc ze mnie niewyobrażalnie chorą osobę. Nie
skomentowałam tego jednak tylko zaczęłam opowiadać to co
zapamiętałam.
-
Byłam w jakimś lesie. Czegoś albo kogoś szukałam. Czułam
przerażenie, ale nie o swoje życie. Było ciemno. Wiem, że potem
pojawiły się zwierzęta. Dzikie zwierzęta.
-
Pamiętasz może jakiego gatunku.
Starałam
sobie przypomnieć obrazy. Wcześniej nie zwracałam uwagi na
szczegóły. Jednak kiedy się skoncentrowałam i zamknęłam oczy
wszystko zaczęło mi się przypominać.
-
Chyba to były wilki. Mnóstwo wilków. Goniły mnie. - otworzyłam
oczy. - Więcej nie pamiętam.
Towen
oparł łokcie na kolanach pochylając się do przodu. Przetarł
powieki, a potem skronie.
-
Muszę ci powiedzieć coś ważnego. - jego głos był przejęty. -
Od miesięcy przygotowywałem się do tej rozmowy, ale teraz nie mam
pojęcia od czego zacząć. Twoja matka powinna to zrobić. Uwierz
mi, że chciała.
Zaczął
mnie przerażać. Wyglądał teraz jak ojciec, który ma do
przekazania złe wieści własnej córce. Chyba nie to chciał mi
powiedzieć. Nie jestem jego córką.
-
Wiem, że słyszałaś kawałek mojej rozmowy z Matt-em. Obiecał ci,
że wyjaśni wszystko wciągu dwóch tygodni, ale to ja powinienem to
zrobić. Teraz. Lepiej żebyś dowiedziała się tego ode mnie niż
sama to odkryła.
-
Powiedz w końcu. - powiedziałam lekko zdenerwowana.
-
To nie będzie dla ciebie łatwe. - pokręcił głową. - Zawsze
myślałaś, że twoja matka przychodzi tutaj do pracy. W
rzeczywistości tak nie było. Prawda, opiekowała się roślinami,
ale robiła to dla siebie nie dla mnie. Ten cały ogród należy do
niej. Rzecz w tym, że twoja matka miała niezwykły dar, który ty
odziedziczyłaś wraz z jej śmiercią. Te sny nie są przypadkowe.
To wizje. To co widzisz podczas gdy śpisz może zdarzyć się
naprawdę.
Ukryłam
uśmiech w dłoniach.
-
Przepraszam. - wyszeptałam. - Chyba jednak za dużo wypiłeś
dzisiaj herbaty. - stwierdziłam chichocząc.
-
Nie wierzysz mi. - odparł ponuro.
-
Moja mama była zielarką, a nie jakąś jasnowidzką.
-
Słuchaj nie chodzi tutaj o ciebie tylko o Matta. On jest w
niebezpieczeństwie, a twoje sny to jedyna szansa na jego ratunek. -
westchnął smutnie.
Wstałam
oburzona.
-
Dobra dosyć tego. Wychodzę. Już mnie nie boli głowa.
-
Ale to jeszcze nie koniec.
-
Dla mnie tak.
Szybkim
krokiem ruszyłam w stronę wyjścia.
-
Jutro porozmawiamy. - krzyknął za mną – Dam ci czas na
przemyślenia.
Pomachałam
do niego nawet się nie odwracając. Chyba Matthew miał racje, że
nie powinnam się tutaj przeprowadzać. To naprawdę jakiś świr.
Najdziwniejsze, że wcześniej wydawał się całkiem normalny.
Musiałam
zadzwonić do Matta. Wykręciłam jego numer. Nie odbierał przez
dłuższy czas. W końcu usłyszałam jego cichy głos.
-
Tak?
-
Słuchaj muszę z tobą porozmawiać. Gdzie jesteś?
-
Yyy... W lesie.
-
W lesie? Gdzie dokładnie?
-
Może to przełożymy? - zapytał
Przez
chwile się zastanowiłam. Dwa tygodnie temu przeglądał ulotki
odnośnie lasów będących na obrzeżach Jacksonville. Jeden
szczególnie go zainteresował.
-
Jesteś w Jennings State
Forest? - zdenerwowałam się
-
Co? Skąd ty...? - był zdziwiony
Co
on do cholery tam robił?
-
Kiedy będziesz z powrotem w domu? To pilne. Nie chcę dzisiaj
zostawać u Towena na noc. On jest jakimś wariatem. Nie uwierzysz
co mi powiedział.
-
W porządku. Klucz jest nad framugą. Nie wiem, o której wrócę ale
nie czekaj na mnie.
Usłyszałam
chrzęst docierający z telefonu. Potem następny. Na chwilę nastała
cisza.
-
Halo? Matt? Jesteś tam?
-
O cholera!
Głośne
warknięcie potem głuchy krzyk Matta.
-
Matt! - wrzasnęłam do telefonu.
Nikt
się nie odzywał. Krzyknęłam jeszcze raz. Cichy szelest i trzask.
Spojrzałam na ekran telefonu. „Połączenie przerwane.”
Pobiegłam
w stronę korytarza. Zarzuciłam na siebie kurtkę i w pośpiechu
otworzyłam frontowe drzwi. Wpadłam na kogoś podczas przechodzenia.
To był Ray. Przytrzymał mnie ramionami kiedy zauważył, że się
wyrywam.
-
Hej! Uspokój się. Gdzie tak lecisz?
-
Puść mnie. Muszę... - właściwie nie wiedziałam co mam zrobić.
Nie miałam samochodu. Zresztą tamten las był ogromny. Nie było
najmniejszych szans bym go znalazła. Tylko, że on krzyczał.
Musiałam jakoś mu pomóc.
Z
moich oczu zaczęły spływać łzy. Ray je zauważył.
-
Co się stało? - spytał łagodnym tonem
-
Matt. Coś mu się stało. Zadzwoniłam do niego, ale potem on
krzyczał. - nie mogłam się skupić by jakoś mu to wytłumaczyć.
-
Mówił gdzie jest?
-
Nie, ale jestem pewna, że gdzieś w Jennings State Forest.
Poczułam
jak Ray się napina. Potrząsnął mną. Spojrzałam na jego twarz.
Była rozmazana przez napływające mi do oczu łzy.
-
Pojedziemy z Joshem go poszukać ty wróć do pokoju.
-
Chyba żartujesz. Josh go nienawidzi. Nie będzie chciał jechać.
Zresztą ja tutaj nie zostanę. Możesz sobie jechać sam, ale mnie
nie powstrzymasz. Jakoś tam dotrę. - Już nie byłam przerażona
tylko zła. Wytarłam rękawem twarz.
-
No dobra. Pojedziemy we dwójkę. Chodź.
Pociągnął
mnie za rękę. Pobiegłam za nim w stronę garaży. Jeden samochód
stał na zewnątrz. Nie rozpoznałam marki, ale było to sportowe
auto. Szybko wsiadł za kierownicę, a ja obok niego. Jak tylko się
upewnił, że zapięłam pasy, odpalił silnik i wrzucił bieg. Auto
ruszyło do przodu z zawrotną prędkością. Musiałam przytrzymać
się drzwiczek by w nie nie uderzyć podczas skrętów.
-
Droga zajmie nam jakieś piętnaście minut jeśli będziemy mieli
szczęście. - wyciągnął telefon z kieszeni i mi go podał. -
Napisz Joshowi SMS-a, z nazwą miejsca, a następnie liczbę „217”.
Bez
pytania zrobiłam to co kazał, nie zastanawiając się co to
właściwie znaczy.
-
Dzięki, że mi pomagasz. - powiedziałam cicho.
-
Powiedz co dokładnie usłyszałaś przez telefon. - powiedział
zdenerwowany tą sytuacją, nie zwracając uwagi na moje poprzednie
słowa.
Opowiedziałam
mu przebieg całej rozmowy, nie pominęłam nawet faktu dlaczego do
niego zadzwoniłam. Łzy znowu zaczęły napływać mi do oczu , ale
nie pozwoliłam by spłynęły mi po policzkach. Nie było czasu na
mazgajstwo.
Ray
nie wydawał się zdziwiony tym, że Towen uważa mnie za kogoś kto
widuje przyszłość w snach. Był skoncentrowany na drodze ale
wiedziałam, że mnie słucha.
Musieliśmy
przejechać przez całe miasto. Ray nie zwracał uwagi na czerwone
światła. Gdybym nie bała się tak o Matta w takiej sytuacji
trzęsłabym się ze strachu o własne życie. Słyszałam liczne
klaksony i psiki opon innych samochodów kiedy przejeżdżaliśmy
przez skrzyżowania. To wszystko wyglądało jak scena z filmu.
Kiedy
wyjechaliśmy z miasta i ruch uliczny się zmniejszył Ray
powiedział.
-
Śniłaś o wilkach. W lesie, do którego jedziemy roi się od nich.
Dlatego Matt tam poszedł.
-
Co? Nigdy nie słyszałam o wilkach na Florydzie. Zresztą dlaczego
chciałby patrzeć na wilki? Nigdy się nimi nie interesował. -
zamilkłam . - Zaraz, czyli wierzysz w to co mówi Towen?
-
Nie wierzę. Wiem, że to prawda. Znałem twoją matkę.
Otworzyłam
szerzej oczy. To nie mogła być prawda, że moje sny się
sprawdzają. To nie jest normalne. Nie chciałam teraz o tym myśleć.
Musieliśmy odnaleźć Matta. To było najważniejsze.
-
Skoro wiesz, że tutaj są wilki, to domyślasz się, w którym
miejscu może być Matt? - spytałam.
Ray
pokiwał głową.
Resztę
drogi spędziliśmy w ciszy. Nie chciałam o nic więcej pytać. Po
prostu zamknęłam oczy starając się nie zwariować.
Droga
minęła szybko. Myślę, że jechaliśmy mniej niż piętnaście
minut. Pierwsza wyskoczyłam z samochodu. Staliśmy na jakimś leśnym
parkingu. Z daleka słyszałam odgłos przejeżdżających samochodów
z głównej ulicy. Przede mną rozpościerały się wysokie liściaste
drzewa, a między nimi gęste krzewy. Powietrze było czyste i
orzeźwiające. Wydawało się tutaj tak spokojnie. Gdyby nie
okoliczności byłabym zachwycona, że tu jestem.
Obejrzałam
się do tyłu. Ray otwierał bagażnik. Podeszłam do niego bliżej i
aż odskoczyłam kiedy zobaczyłam jego zawartość. W środku pełno
było myśliwskich noży, tasaków, maczet i kilka łuków ze
strzałami. Zaczęłam się cofać. Właściwie to nie znałam Raya.
Wywiózł mnie do lasu, a ja nawet nie jestem pewna gdzie. Kiedy
zobaczył moją reakcje, westchnął i zaczął przypinać sobie
broń.
-
Wiedziałem, że tak zareagujesz dlatego nie chciałem żebyś
jechała. Nawet teraz wolałbym żebyś została w samochodzie.
-
Co to wszystko jest? - spytałam już bardziej spokojna
-
Chyba widać. Nie będę ci nic tłumaczył. Powiedzmy, że siedzę w
tym fachu nie od dziś.
Kiedy
już cały był obładowany zabawkami, zamknął bagażnik i ruszył
w stronę lasu. Podążyłam za nim.
-
Jesteś jakimś myśliwym czy co?
Prychnął
głośno.
-
To byłby niezły paradoks.
-
Dlaczego?
-
Sama się przekonasz.
Już
tak się nie bałam, ale byłam zaniepokojona jego tajemniczością.
Uspokajałam się faktem, że gdyby chciał mnie zabić nie
potrzebowałby tyle broni. Spokojnie pokonałby mnie bez niczego.
Kiedy
tak szedł przede mną wyglądał jak łowca z gier komputerowych, w
które grałam z Mattem. Siedzieliśmy wieczorami i zarywaliśmy noce
by przejść kolejne poziomy. Nie przepadałam za takim spędzaniem
czasu, ale chciałam chociaż po części zrozumieć świat, którym
zafascynowany był mój przyjaciel.
Wkroczyliśmy
w gęste zarośla. Już dawno zgubiłam drogę. Miałam nadzieje, że
Ray będzie wiedział jak wrócić. Ani razu się nie zatrzymywał.
Pewnie szedł przed siebie. Kiedy to zrobił omal na niego nie
wpadłam.
-
Jesteśmy blisko. - wyszeptał. - Widzisz ten dym?
Wskazał
palcem. Wyszłam zza jego pleców. Staliśmy na wzniesieniu mając
idealny widok na teren przed nami. W dole ujrzałam bardziej
zarośnięty teren i jedno miejsce, w którym drzewa się
przerzedzały. Właśnie stamtąd unosiła się szara smuga dymu.
-
Mieliśmy szukać wilków, a nie ludzi. - stwierdziłam ironicznie.
Ray
ukucnął. Zgarnął garstkę suchych liści. Przez chwile pocierał
o nie palce, a następnie wypuścił je z dłoni. Uniosły się na
moment, a następnie poleciały w stronę, z której przyszliśmy.
-
Dobry wiatr. Nie wyczują naszego zapachu.
-
Ludzie czy wilki? - już nie wiedziałam o czym mówi
Nie
odpowiedział. Zaczął schodzić bokiem wzdłuż zbocza.
-
Postaraj się być jak najciszej.
Pokiwałam
głową i ruszyłam za nim, uważnie patrząc gdzie stawiam stopy.
Ziemia była sucha, więc moje kroki były głośne w przeciwieństwie
do Raya. W ogóle go nie słyszałam. Gdybym nie widziała go przed
sobą pomyślałabym, że jestem sama.
Teren
zaczął się wyrównywać. Po około dziesięciu minutach powolnego
marszu ujrzałam kilka namiotów. Przypominały indiańskie tipi.
Wokół nich kręcili się różni ludzie. Głównie mężczyźni w
ubraniach o kolorze lasu. Po środku tliło się ognisko, którego
dym widzieliśmy wcześniej. Ukucnęliśmy w krzakach około
pięćdziesięciu metrów dalej. Ray obserwował teren. Nie odzywałam
się bojąc, że najcichszy dźwięk mógłby nas zdradzić.
Zwrócił
się do mnie szeptem.
-
Pójdziesz tam i zorientujesz czego chcą od Matta.
-
Co? - nie wierzyłam, że to powiedział. - Nie powinno być tak, że
to ty robisz za bohatera? Teraz stchórzyłeś?
Posłał
mi gniewne spojrzenie.
-
Ty będziesz z nimi rozmawiać odwracając ich uwagę. Jak już się
dowiesz gdzie jest Matt, być może nawet go zobaczyszm, ja wkroczę.
Kiedy wybuchnie zamieszanie uciekaj jak najszybciej potrafisz.
-
A co z Mattem?
-
Wątpię by dał radę uciec z tobą. Jeśli tak będzie to to zrobi,
a jeśli nie to ja się nim zajmę. Musisz mi zaufać.
Nabrałam
powietrza i odchrząknęłam.
-
W porządku.
Wyszłam
z zarośli pewnie idąc w stronę obozowiska. Brzuch miałam
zaciśnięty, a moje serce waliło jak młot. Słyszałam jego głośne
bicie. Kiedy przeszłam dziesięć metrów zorientowali się, że
nadchodzę. Zebrani na mnie spojrzeli. Jeden z mężczyzn wyszedł mi
naprzeciw. Był potężny. Miał ciemną karnacje, brunatne włosy i
głęboko osadzone, prawie czarne oczy.
-
Nie wolno tu przychodzić. Zawróć. - powiedział grubym głosem,
przyprawiając mnie o ciarki.
-
Macie mojego przyjaciela. Czego od niego chcecie? - krzyknęłam.
-
My od niego? To on przyszedł do nas. - zaśmiał się niewinnie
rozkładając ręce.
-
Wypuśćcie go.
-
Nie zatrzymujemy go na siłę. Sama zobacz. Matthew! Masz gościa.
Z
namiotu wypełzła wysoka postać. Wyglądał normalnie, poza
zaskoczonym wyrazem twarzy. Nie miał zadrapań ani siniaków. Jeśli
Ray to usłyszał zapewne teraz mnie przeklinał albo się śmiał.
Nie mogłam jednak się obejrzeć by się upewnić.
-
Nicole? Co ty tutaj robisz?
Podszedł
bliżej, tak że stał teraz równo z mężczyzną, który ze mną
rozmawiał.
-
Usłyszałam twój krzyk. Bałam się, że coś ci się stało.
-
Wracaj do domu. - rozkazał twardo. - Nic mi nie jest.
Nigdy
tak do mnie nie mówił. Coś musiało się stać.
-
Ale... - byłam zdezorientowana.
-
Daj spokój. - wrzasnął.
Cofnęłam
się o krok. O co on był taki zdenerwowany? Dlaczego tak się
zachowywał?
-
Zaraz, zaraz. - wtrącił się mężczyzna. - Skoro już się
pofatygowała by tutaj dotrzeć., powinna tutaj zostać. Może być
bardzo przydatna. Rozpacz jest bardzo bliska złości.
Matthew
zbielał na twarzy.
Ktoś za mną stanął ł i złapał mnie za ramiona. Chciałam się
wyrwać, ale mocno zacisnął dłonie.
-
Ona nic dla mnie nie znaczy. - zwrócił się Matt.
-
Myślę, że kłamiesz. Nawet jeśli nie, to tym bardziej jej życie
jest nic nie warte. Może czas by je skrócić.
Serce
podeszło mi do gardła. O czym oni mówili? Nie mogli mnie zabić.
Matthew nie mógł na to pozwolić. Kłamał. Nie mógł powiedzieć,
że mu na mnie nie zależy.
Usłyszałam
głośny ryk dochodzący znad przeciwka. Zwierzęcy ryk. Był tak
głośny, że musiałam zatkać uszy.
Z
lasu wybiegła jakaś czarna plama. Skoczyła na jednego z ludzi. To
była pantera. Większa niż widywałam w zoo. Rozszarpała ofiarę
na pół. Co tu się do diabła dzieje?
-
Zmiennokształtny – krzyknął mężczyzna za mną.
Wykorzystałam
ten moment by się wyrwać. Mocno uderzyłam łokciem do tyłu. Na
moment poluźnił uścisk. Wywinęłam się z jego objęć i
pobiegłam na ślepo.
-
Łapcie ją. - krzyknął ktoś za mną.
Usłyszałam
kroki, które szybko przeobraziły się w bieg. Przyspieszyłam.
Poczułam ból w nogach. Wiedziałam, że moja kondycja jest na
wyczerpaniu. Potykałam się o wyrastające korzenie. Gęste zarośla
utrudniały bieg. Cienkie gałęzie zaczepiały się o moje ciuchy.
Usłyszałam darty materiał bluzki. Liście zasłaniały mi drogę.
Nie miałam pojęcia, w którym kierunku zmierzam. Starałam się
poruszać w jedną stronę.
Nagle
las się przerzedził. Po prawej stronie miałam niewysoki klif, a po
lewej liściaste drzewa już bez krzaków. Ruszyłam dalej. Nie
trwało to długo. Poczułam jak ktoś, przygwoździł mnie swoim
ciałem powalając na ziemię. Był to masywny mężczyzna o długich
włosach. Złapał mnie za nadgarstki unieruchamiając.
-
Myślałaś, że nam uciekniesz? - wysyczał.
Jego
oczy miały złoty kolor. Wyglądały tak dziko. Wbiłam się w
ziemie by zachować dystans. Widząc to szeroko się uśmiechnął.
Krzyknęłam kiedy zorientowałam się, że jego twarz zbliża się
do mojej. Czułam jego oddech na swojej skórze.
Nagle
jego ciało wygięło się do tyłu. Ktoś sprawnym ruchem ściągnął
go ze mnie. Zobaczyłam przed sobą Josha. Był tak samo obładowany
bronią jak Ray z tym, że ubrany był bardziej „fachowo”. Miał
czarny strój, buty na wysokiej podeszwie i skórzane
spodnie dzięki którym na pewno nie zaczepiał się o gałęzie.
-
Wybacz stary, ale ona nie jest zainteresowana. - Podał mi rękę i
podniósł gdy tylko ją chwyciłam. - W porządku?
-
Tak.
Chciałam
mu się rzucić na szyję, ale on już ruszył w stronę gęstszego
lasu.
-
Oni zaraz tu będą. - ostrzegłam.
-
Myślisz, że ubrałem się tak dla szpanu. - odparł z ironią.
Z
zarośli wybiegło czterech mężczyzn. Na widok Josha zatrzymali się
z wrogimi wyrazami twarzy.
-
Bakenak. - powiedział jeden i splunął na ziemię. - Z
przyjemnością się tobą zajmę.
-
Stwierdziłbym to samo, ale to będzie mało oryginalne. - odparł
beznamiętnie Josh.
Cała
czwórka ruszyła na Josha. Ten sprawnym ruchem wyciągnął długi
sztylet, który miał zaczepiony na plecach. Złapał go oburącz i
mocno zamachnął kiedy jeden z nich zbliżył się za blisko. Ostrze
przecięło przeciwnika na pół. Zszokowana trójka ruszyła do
ataku. Wszyscy naraz rzucili się na Josha. Ich ruchy były tak
szybkie, że prawie ich nie rozróżniałam. Co jakiś czas widziałam
biały blask słońca odbijający się od szabli. Wrogowie wydawali
się nie mieć szans. Nie widziałam u nich żadnej broni. Atakowali
jedynie pięściami. Jeden z nich mocno uderzył Josha w głowę. Ten
na chwilę się zachwiał, ale szybkim ruchem wbił napastnikowi
ostrze w pierś aż po samą rękojeść. Wypuścił ją z dłoni.
Sięgnął po dwa noże i sprawnie rzucił nimi w pozostałą dwójkę
trafiając w okolice serca. Znieruchomieli i opadli na ziemię.
Ten
widok wprawił mnie w osłupienie. To wszystko naprawdę musiało się
dziać w jakiejś grze. Nie jest możliwe żeby we współczesnym
świecie ktoś tak walczył.
Josh
powyciągał swoją broń z martwych ciał i włożył ją z powrotem
na swoje miejsce. Wrócił do mnie.
-
Gdzie Ray? - spytał. Nie mogłam wydusić z siebie słowa. - Wiem,
że jestem onieśmielający, ale trochę nam się spieszy.
Jego
słowa mnie ocuciły. Moja postawa musiała mu dać wiele
satysfakcji.
-
Ostatnio widziałam go przed obozowiskiem. - Kiedy ruszył w tamtym
kierunku złapałam go za rękaw. - Zaczekaj. Nie idź tam. Był
atak. Nie wiem chyba pantery. To niebezpieczne.
Spojrzał
na mnie z uśmiechem.
-
Właśnie powaliłem czterech napastników i ty mi mówisz, że to
niebezpieczne. - prychnął
-
Tylko, że to byli ludzie, a nie dzikie zwierzęta. - oburzyłam się.
-
Kwestia do dyskusji.
Odwrócił
się i poszedł w stronę obozowiska. Ruszyłam za nim rozglądając
się wokół. Dotarliśmy tam po kilku minutach.
Namioty
były poprzewracane. Nadal toczyła się walka. Czarna pantera
atakowała ludzi i odskakiwała przed ciosami. Na moment na nas
spojrzała i głośno zaryczała, a potem znowu ruszyła do ataku.
Josh
się roześmiał i wyciągnął sztylet. Biegiem wbiegł w
zbiegowisko ludzi i stanął u boku zwierzaka. Ona go nie
zaatakowała, jakby byli po tej samej stronie. Nic nie rozumiałam.
Zauważyłam, że Matthew zniknął. Pomyślałam, że może Ray go
zabrał. Kazał mi uciekać. Może powinnam była wrócić do
samochodu, a nie tutaj. Problem w tym, że nie znałam drogi
powrotnej.
Na
miejsce przybiegła grupka ludzi. Mieli ze sobą złote noże.
Zauważyłam, że sprawnie podają je swoim sojusznikom. Czyli jednak
nie byli zupełnie bezbronni. Josh też to zauważył. Bez wahania
ruszył na mężczyznę, który nosił broń. Kiedy ten go zauważył
rzucił ją na ziemię trzymając w ręku jeden miecz. Zaczęli ze
sobą walczyć. Usłyszałam trzaski uderzającej o siebie stali. Tym
razem Josh walczył jedną ręką. Po chwili zauważyłam co robił
drugą. Trzymał w niej niewielki srebrny sztylet. W momencie kiedy
przeciwnik na sekundę się odsłonił, poruszył nadgarstkiem i broń
wyleciała mu z ręki wbijając się w nogę. Napastnik się zachwiał
i wtedy Josh przeszył go ostrzem, przebijając na wskroś. U
niego zdecydowanie technika górowała nad siłą.
Zauważyłam,
że niektórzy zaczęli się wycofywać do lasu po tym jak jeden z
nich krzyknął jakieś słowa w nieznanym mi języku. Rozpoznałam
mężczyznę, który wcześniej ze mną rozmawiał. Teraz stał z
boku i szeptał coś do ucha drugiemu. Kiedy skończyli rozległy się
kolejne komendy. Wszyscy zaczęli zmierzać w stronę lasu.
Pantera
pobiegła za nimi. Josh wycofywał się w drugim kierunku. Odwrócił
się w moją stronę. W tym momencie z zarośli wybiegł przywódca,
który wcześniej wydawał rozkazy.
-
Za tobą! - krzyknęłam.
Szybko
się odwrócił, ale napastnik wyskoczył do góry, zrobił salto i z
pół obrotu kopnął Josha w klatkę piersiową. Ten pod wpływem
ciosu poleciał na drugi koniec obozowiska i uderzył w drzewo. Nigdy
nie widziałam, żeby ktoś miał taką siłę.
Josh
nie mógł złapać tchu. Próbował się podnieść. Ręce mu się
trzęsły, kiedy się na nich oparł. Podparł się na swoim
najdłuższym ostrzu i powoli wstał. Przeciwnik już biegł w jego
stronę z wcześniej zabranym z ziemi złotym mieczem. Zaczęli się
pojedynkować. Josh ledwo trzymał się na nogach, ale sprawnie
odbijał ciosy. Wiedziałam, że długo tak nie wytrzyma. Musiałam
coś zrobić. Podeszłam do jednego z leżących ciał. Była to
jakaś kobieta. Miała przebitą szyję srebrnym sztyletem. Krwawa
plama zabrudziła ziemię dookoła niej. Wyciągnęłam ostrze i
odwróciłam wzrok.
Josh
leżał na ziemi. W ręce nie miał żadnej dłoni. Stojący przed
nim mężczyzna szeroko się uśmiechał. Zamachnął się, trzymając
w rękach miecz, szykując się do ostatecznego ciosu.
Pobiegłam
w ich stronę, ale stanęłam jak wryta kiedy czarna pantera
przebiegła tuż obok mnie. Była ogromna. Kłębem sięgała mi do
połowy ramienia. W momencie kiedy była tuż przed Joshem,
wyskoczyła w górę i wpadła na mężczyznę za nim. Razem upadli
na ziemię. Miecz, który wcześniej wycelowany był w Josha teraz
przebił brzuch zwierzęcia.
-
Nie! - wrzasnął Josh.
Pantera
głośno ryknęła. Wgryzła się w gardło mężczyzny, odrywając
mu głowę. Następnie chwiejnym krokiem odeszła na bok. Po kilku
krokach upadła na ziemię pomrukując. Między przednimi łapami
nadal miała wbite ostrze.
Josh
zerwał się na równe nogi i pobiegł w jej stronę. Zrobiłam to
samo. Nic nie rozumiałam z tego co się stało. Kiedy dotarłam na
miejsce Josh właśnie wyciągał sztylet.
-
Po cholerę to zrobiłeś idioto. - wrzasnął Josh.
Dopiero
po chwili zorientowałam się co tak naprawdę się stało. Czarna
pantera, która przed nami leżała zaczęła się zmieniać w
człowieka. Rozpoznałam go. To był Ray. Na brzuchu miał ogromną
plamę krwi.
-
O Boże. - wyszeptałam. - Jak to możliwe?
Josh
szybko rozciął koszulkę przyjaciela, odsłaniając ogromną ranę.
Potem ściągnął własną i zawinął ją wokół pasa. Ray kaszlał
i się trząsł.
-
Jesteś głupi. - warczał Josh. - Mogłeś pozwolić mi zginąć.
-
Nawet na łożu śmierci, nie oszczędzasz mi obelg. - wybełkotał
Ray, starając się uśmiechnąć. Przeniósł swój wzrok na mnie. -
Mówiłem, że to paradoks. Łowca, który jest zwierzęciem. Wybacz,
że cię zawiodłem.
Po
tych słowach zamknął oczy. Jego głowa opadła na bok.
-
Nie! - krzyknął Josh spanikowany. Potrząsał przyjacielem ale ten
nie reagował.
Podniósł
się z ziemi i rzucił złotym mieczem wbijając je w drzewo obok.
Następnie to samo zrobił z następnym, a potem kolejnym. Nerwowo
biegał po obozowisku krzycząc i rzucając bronią.
Opadłam
na kolana tuż obok ciała Raya. Dotknęłam jego policzka. Był
chłodny, a zarazem ciepły. Kiedy musnęłam go palcami poczułam
przeszywający mnie dreszcz. Zaczęłam płakać. Wiedziałam, że to
przeze mnie nie żyje. Czułam się okropnie. Poczucie winy rozrywało
mi skórę. Łzy wypływały z moich oczu strumieniami. Pochyliłam
się do przodu, przewracając na ziemię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz