poniedziałek, 20 stycznia 2014

Rozdział 3

Zaginięcie

Następnego dnia obudziłam się późnym rankiem. W nocy dręczyły mnie dziwne koszmary pełne dzikich zwierząt, ostrych pazurów, zębów i krwi. Jak tylko wstałam z łóżka poczułam uciążliwy ból głowy. Przez chwilę stałam w bezruchu pocierając skronie. Kiedy ustał ruszyłam do łazienki. Szybko się umyłam i ubrałam. Zeszłam schodami na dół. Chciałam wyjść do ogrodu, ale skierowałam się w stronę kuchni kiedy usłyszałam dochodzące z niej głośne krzyki. Rozpoznałam głos Josha i Raya. Stanęłam przy ścianie by lepiej słyszeć.
- Zupełnie straciłeś rozum? - krzyknął Ray – Mogłeś zginąć. Co ty w ogóle wyprawiasz?
- Uspokój się. - mruknął Josh. - To tylko draśnięcia nic mi nie jest.
- Pewnie. Dlaczego miałbym się martwić. Znikasz na cały dzień, a potem wracasz do domu cały posiniaczony. Nie no to jest normalne. - histeryzował Ray
- Bo jest. - głos Josha wydawał się spokojny.
- Tylko wtedy kiedy idziemy razem, a nie osobno. 
Usłyszałam ciche kroki, potem odgłos odsuwanego krzesła.
- Dlaczego to dla ciebie taki problem? - opanował się Ray
- On nie jest jednym z nas!
Atmosfera stawała się napięta. Znowu szurnięcie krzesła i głośny trzask. Chyba ktoś gwałtownie wstał od stołu.
- Nie masz tej pewności. Jest szansa...
- Nie ma takiej opcji. - krzyczał Josh. - On zupełnie się nie nadaje. Ja nie będę mu pomagał. Jeśli Towen oczekuje,że będę się opiekował tym szczylem to się myli.
- Jeśli mu się sprzeciwisz nie będzie miał wyboru. Będzie musiał cię wykluczyć. - głos Raya wydawał się przerażony.
- On albo ja.
Nastała krótka cisza, a potem odgłos zbliżających się kroków. Wyszłam zza ściany i stanęłam w progu, udając, że dopiero co przyszłam.
- Dzień dobry. - uśmiechnęłam się.
Josh szedł w moją stronę. Wyminął mnie nawet nie trącając mnie ramieniem. Jego twarz była napięta. Ray siedział przy stole ze smutną miną. Naprzeciwko niego leżało przewrócone krzesło. Podeszłam niepewnie i postawiłam je z powrotem, następnie na nim usiadłam. Spojrzałam na Raya.
- Co się stało? - spytałam
Westchnął ciężko i odchylił się do tyłu.
- Można powiedzieć, że przechodzimy trudny okres. Ostatnio ciągle się kłócimy.
Zaczęłam się zastanawiać czy oni przypadkiem nie są parą. Nie miałam nic przeciwko temu, ale jego słowa dziwnie zabrzmiały.
- Wy?
Ray na mnie spojrzał. Jego usta wykrzywiły się w uśmiechu.
- Jesteśmy jak bracia. - sprostował.Pokiwałam głową. - Nie mogę go zrozumieć. - wzruszył ramionami. - Jak spałaś? - zmienił temat
- Kiepsko. Miałam dziwne sny i trochę boli mnie głowa.
Jego oczy na chwilę się rozszerzyły. Odchrząknął nerwowo.
- Myślę, że powinnaś iść do Towena. On zna sposoby na takie problemy.
Miał racje. Przecież Towen był lekarzem. Uważam, że pomogłyby mi zwykłe tabletki, ale nawet nie wiedziałam gdzie w tym domu znajdują się leki. No i musiałam w końcu oddać mu pieniądze za taksówkę. 
Wstałam od stołu i położyłam dłoń na ręce Raya.
- Jestem pewna, że się pogodzicie.
Odpowiedział mi ponurym uśmiechem. Odwróciłam się i żwawym krokiem ruszyłam w stronę biblioteki. Ku mojemu zdziwieniu drzwi były otwarte, jakby ktoś przewidział, że chciałam tutaj wejść. Towena nie było w środku. Było to dla mnie dziwne. Spojrzałam w stronę zamkniętych drzwi po lewej stronie. Kusiły swoją tajemniczością. Rozejrzałam się po pomieszczeniu by mieć pewność, że nikogo nie ma na tym piętrze biblioteki. Wydawała się pusta. Powoli podeszłam do wrót. Stanęłam tuż przed nimi. Jeszcze nigdy nie byłam tak blisko. Zauważyłam, że one nie mają klamki ani nic co by mogło ją przypominać. Lekko na nie naparłam. Nie drgnęły.
- To specjalny zamek.
Głos Towena mnie przeraził. Byłam pewna, że nikogo tutaj nie ma. Odwróciłam się z uśmiechem by ukryć swoje zażenowanie.
- Przepraszam. Nie powinnam. Ja tylko... - wskazałam palcem na drzwi. - Zawsze byłam ciekawa co się za nimi kryje.
- Kiedyś się dowiesz. Chciałaś ze mną porozmawiać.
Wskazał ręką na jedną z sof. Podążyłam za jego gestem. Usiadłam niepewnie na miękkim siedzisku. Zajął miejsce naprzeciwko na podobnej kanapie, uważnie mi się przyglądając.
- No więc. - zaczęłam. - Muszę ci oddać twoje pieniądze.
Wyciągnęłam je z kieszeni i położyłam na stoliku obok.
- Słyszałem, że boli cię głowa. - powiedział wprost. Nie ukrywałam zaskoczenia. Skąd o tym wie? Powiedziałam to tylko Rayowi i to kilka minut temu. - Co ci się dzisiaj śniło? 
Nie rozumiałam co miało jedno do drugiego. Myślałam, że żartuje ale jego twarz była poważna.
- Nie pamiętam zbyt wiele ale..
- Proszę spróbuj sobie przypomnieć najwięcej ile zdołasz. Pomogę ci, ale musisz mi powiedzieć.
Tylko bolała mnie głowa. Dlaczego aż tak się przejmował? Potrzebowałam zwykłych tabletek nie rady psychologa. Siedząc tak przed nim właśnie tak się czułam. Jakby ktoś zamknął mnie w pokoju bez drzwi i okien , robiąc ze mnie niewyobrażalnie chorą osobę. Nie skomentowałam tego jednak tylko zaczęłam opowiadać to co zapamiętałam.
- Byłam w jakimś lesie. Czegoś albo kogoś szukałam. Czułam przerażenie, ale nie o swoje życie. Było ciemno. Wiem, że potem pojawiły się zwierzęta. Dzikie zwierzęta.
- Pamiętasz może jakiego gatunku.
Starałam sobie przypomnieć obrazy. Wcześniej nie zwracałam uwagi na szczegóły. Jednak kiedy się skoncentrowałam i zamknęłam oczy wszystko zaczęło mi się przypominać.
- Chyba to były wilki. Mnóstwo wilków. Goniły mnie. - otworzyłam oczy. - Więcej nie pamiętam.
Towen oparł łokcie na kolanach pochylając się do przodu. Przetarł powieki, a potem skronie. 
- Muszę ci powiedzieć coś ważnego. - jego głos był przejęty. - Od miesięcy przygotowywałem się do tej rozmowy, ale teraz nie mam pojęcia od czego zacząć. Twoja matka powinna to zrobić. Uwierz mi, że chciała.
Zaczął mnie przerażać. Wyglądał teraz jak ojciec, który ma do przekazania złe wieści własnej córce. Chyba nie to chciał mi powiedzieć. Nie jestem jego córką.
- Wiem, że słyszałaś kawałek mojej rozmowy z Matt-em. Obiecał ci, że wyjaśni wszystko wciągu dwóch tygodni, ale to ja powinienem to zrobić. Teraz. Lepiej żebyś dowiedziała się tego ode mnie niż sama to odkryła.
- Powiedz w końcu. - powiedziałam lekko zdenerwowana.
- To nie będzie dla ciebie łatwe. - pokręcił głową. - Zawsze myślałaś, że twoja matka przychodzi tutaj do pracy. W rzeczywistości tak nie było. Prawda, opiekowała się roślinami, ale robiła to dla siebie nie dla mnie. Ten cały ogród należy do niej. Rzecz w tym, że twoja matka miała niezwykły dar, który ty odziedziczyłaś wraz z jej śmiercią. Te sny nie są przypadkowe. To wizje. To co widzisz podczas gdy śpisz może zdarzyć się naprawdę. 
Ukryłam uśmiech w dłoniach.
- Przepraszam. - wyszeptałam. - Chyba jednak za dużo wypiłeś dzisiaj herbaty. - stwierdziłam chichocząc.
- Nie wierzysz mi. - odparł ponuro.
- Moja mama była zielarką, a nie jakąś jasnowidzką. 
- Słuchaj nie chodzi tutaj o ciebie tylko o Matta. On jest w niebezpieczeństwie, a twoje sny to jedyna szansa na jego ratunek. - westchnął smutnie.
Wstałam oburzona.
- Dobra dosyć tego. Wychodzę. Już mnie nie boli głowa.
- Ale to jeszcze nie koniec.
- Dla mnie tak.
Szybkim krokiem ruszyłam w stronę wyjścia.
- Jutro porozmawiamy. - krzyknął za mną – Dam ci czas na przemyślenia.
Pomachałam do niego nawet się nie odwracając. Chyba Matthew miał racje, że nie powinnam się tutaj przeprowadzać. To naprawdę jakiś świr. Najdziwniejsze, że wcześniej wydawał się całkiem normalny.
Musiałam zadzwonić do Matta. Wykręciłam jego numer. Nie odbierał przez dłuższy czas. W końcu usłyszałam jego cichy głos.
- Tak?
- Słuchaj muszę z tobą porozmawiać. Gdzie jesteś?
- Yyy... W lesie.
- W lesie? Gdzie dokładnie?
- Może to przełożymy? - zapytał
Przez chwile się zastanowiłam. Dwa tygodnie temu przeglądał ulotki odnośnie lasów będących na obrzeżach Jacksonville. Jeden szczególnie go zainteresował.
- Jesteś w Jennings State Forest? - zdenerwowałam się
- Co? Skąd ty...? - był zdziwiony
Co on do cholery tam robił?
- Kiedy będziesz z powrotem w domu? To pilne. Nie chcę dzisiaj zostawać u Towena na noc. On jest jakimś wariatem. Nie uwierzysz co mi powiedział.
- W porządku. Klucz jest nad framugą. Nie wiem, o której wrócę ale nie czekaj na mnie.
Usłyszałam chrzęst docierający z telefonu. Potem następny. Na chwilę nastała cisza.
- Halo? Matt? Jesteś tam?
- O cholera!
Głośne warknięcie potem głuchy krzyk Matta.
- Matt! - wrzasnęłam do telefonu.
Nikt się nie odzywał. Krzyknęłam jeszcze raz. Cichy szelest i trzask. Spojrzałam na ekran telefonu. „Połączenie przerwane.”
Pobiegłam w stronę korytarza. Zarzuciłam na siebie kurtkę i w pośpiechu otworzyłam frontowe drzwi. Wpadłam na kogoś podczas przechodzenia. To był Ray. Przytrzymał mnie ramionami kiedy zauważył, że się wyrywam.
- Hej! Uspokój się. Gdzie tak lecisz?
- Puść mnie. Muszę... - właściwie nie wiedziałam co mam zrobić. Nie miałam samochodu. Zresztą tamten las był ogromny. Nie było najmniejszych szans bym go znalazła. Tylko, że on krzyczał. Musiałam jakoś mu pomóc.
Z moich oczu zaczęły spływać łzy. Ray je zauważył.
- Co się stało? - spytał łagodnym tonem
- Matt. Coś mu się stało. Zadzwoniłam do niego, ale potem on krzyczał. - nie mogłam się skupić by jakoś mu to wytłumaczyć.
- Mówił gdzie jest?
- Nie, ale jestem pewna, że gdzieś w Jennings State Forest.
Poczułam jak Ray się napina. Potrząsnął mną. Spojrzałam na jego twarz. Była rozmazana przez napływające mi do oczu łzy.
- Pojedziemy z Joshem go poszukać ty wróć do pokoju.
- Chyba żartujesz. Josh go nienawidzi. Nie będzie chciał jechać. Zresztą ja tutaj nie zostanę. Możesz sobie jechać sam, ale mnie nie powstrzymasz. Jakoś tam dotrę. - Już nie byłam przerażona tylko zła. Wytarłam rękawem twarz. 
- No dobra. Pojedziemy we dwójkę. Chodź.
Pociągnął mnie za rękę. Pobiegłam za nim w stronę garaży. Jeden samochód stał na zewnątrz. Nie rozpoznałam marki, ale było to sportowe auto. Szybko wsiadł za kierownicę, a ja obok niego. Jak tylko się upewnił, że zapięłam pasy, odpalił silnik i wrzucił bieg. Auto ruszyło do przodu z zawrotną prędkością. Musiałam przytrzymać się drzwiczek by w nie nie uderzyć podczas skrętów. 
- Droga zajmie nam jakieś piętnaście minut jeśli będziemy mieli szczęście. - wyciągnął telefon z kieszeni i mi go podał. - Napisz Joshowi SMS-a, z nazwą miejsca, a następnie liczbę „217”. 
Bez pytania zrobiłam to co kazał, nie zastanawiając się co to właściwie znaczy.
- Dzięki, że mi pomagasz. - powiedziałam cicho.
- Powiedz co dokładnie usłyszałaś przez telefon. - powiedział zdenerwowany tą sytuacją, nie zwracając uwagi na moje poprzednie słowa.
Opowiedziałam mu przebieg całej rozmowy, nie pominęłam nawet faktu dlaczego do niego zadzwoniłam. Łzy znowu zaczęły napływać mi do oczu , ale nie pozwoliłam by spłynęły mi po policzkach. Nie było czasu na mazgajstwo.
Ray nie wydawał się zdziwiony tym, że Towen uważa mnie za kogoś kto widuje przyszłość w snach. Był skoncentrowany na drodze ale wiedziałam, że mnie słucha.
Musieliśmy przejechać przez całe miasto. Ray nie zwracał uwagi na czerwone światła. Gdybym nie bała się tak o Matta w takiej sytuacji trzęsłabym się ze strachu o własne życie. Słyszałam liczne klaksony i psiki opon innych samochodów kiedy przejeżdżaliśmy przez skrzyżowania. To wszystko wyglądało jak scena z filmu.
Kiedy wyjechaliśmy z miasta i ruch uliczny się zmniejszył Ray powiedział.
- Śniłaś o wilkach. W lesie, do którego jedziemy roi się od nich. Dlatego Matt tam poszedł.
- Co? Nigdy nie słyszałam o wilkach na Florydzie. Zresztą dlaczego chciałby patrzeć na wilki? Nigdy się nimi nie interesował. - zamilkłam . - Zaraz, czyli wierzysz w to co mówi Towen?
- Nie wierzę. Wiem, że to prawda. Znałem twoją matkę.
Otworzyłam szerzej oczy. To nie mogła być prawda, że moje sny się sprawdzają. To nie jest normalne. Nie chciałam teraz o tym myśleć. Musieliśmy odnaleźć Matta. To było najważniejsze.
- Skoro wiesz, że tutaj są wilki, to domyślasz się, w którym miejscu może być Matt? - spytałam.
Ray pokiwał głową.
Resztę drogi spędziliśmy w ciszy. Nie chciałam o nic więcej pytać. Po prostu zamknęłam oczy starając się nie zwariować.
Droga minęła szybko. Myślę, że jechaliśmy mniej niż piętnaście minut. Pierwsza wyskoczyłam z samochodu. Staliśmy na jakimś leśnym parkingu. Z daleka słyszałam odgłos przejeżdżających samochodów z głównej ulicy. Przede mną rozpościerały się wysokie liściaste drzewa, a między nimi gęste krzewy. Powietrze było czyste i orzeźwiające. Wydawało się tutaj tak spokojnie. Gdyby nie okoliczności byłabym zachwycona, że tu jestem.
Obejrzałam się do tyłu. Ray otwierał bagażnik. Podeszłam do niego bliżej i aż odskoczyłam kiedy zobaczyłam jego zawartość. W środku pełno było myśliwskich noży, tasaków, maczet i kilka łuków ze strzałami. Zaczęłam się cofać. Właściwie to nie znałam Raya. Wywiózł mnie do lasu, a ja nawet nie jestem pewna gdzie. Kiedy zobaczył moją reakcje, westchnął i zaczął przypinać sobie broń.
- Wiedziałem, że tak zareagujesz dlatego nie chciałem żebyś jechała. Nawet teraz wolałbym żebyś została w samochodzie.
- Co to wszystko jest? - spytałam już bardziej spokojna
- Chyba widać. Nie będę ci nic tłumaczył. Powiedzmy, że siedzę w tym fachu nie od dziś.
Kiedy już cały był obładowany zabawkami, zamknął bagażnik i ruszył w stronę lasu. Podążyłam za nim.
- Jesteś jakimś myśliwym czy co?
Prychnął głośno.
- To byłby niezły paradoks.
- Dlaczego?
- Sama się przekonasz.
Już tak się nie bałam, ale byłam zaniepokojona jego tajemniczością. Uspokajałam się faktem, że gdyby chciał mnie zabić nie potrzebowałby tyle broni. Spokojnie pokonałby mnie bez niczego.
Kiedy tak szedł przede mną wyglądał jak łowca z gier komputerowych, w które grałam z Mattem. Siedzieliśmy wieczorami i zarywaliśmy noce by przejść kolejne poziomy. Nie przepadałam za takim spędzaniem czasu, ale chciałam chociaż po części zrozumieć świat, którym zafascynowany był mój przyjaciel.
Wkroczyliśmy w gęste zarośla. Już dawno zgubiłam drogę. Miałam nadzieje, że Ray będzie wiedział jak wrócić. Ani razu się nie zatrzymywał. Pewnie szedł przed siebie. Kiedy to zrobił omal na niego nie wpadłam.
- Jesteśmy blisko. - wyszeptał. - Widzisz ten dym?
Wskazał palcem. Wyszłam zza jego pleców. Staliśmy na wzniesieniu mając idealny widok na teren przed nami. W dole ujrzałam bardziej zarośnięty teren i jedno miejsce, w którym drzewa się przerzedzały. Właśnie stamtąd unosiła się szara smuga dymu.
- Mieliśmy szukać wilków, a nie ludzi. - stwierdziłam ironicznie. 
Ray ukucnął. Zgarnął garstkę suchych liści. Przez chwile pocierał o nie palce, a następnie wypuścił je z dłoni. Uniosły się na moment, a następnie poleciały w stronę, z której przyszliśmy. 
- Dobry wiatr. Nie wyczują naszego zapachu.
- Ludzie czy wilki? - już nie wiedziałam o czym mówi
Nie odpowiedział. Zaczął schodzić bokiem wzdłuż zbocza.
- Postaraj się być jak najciszej.
Pokiwałam głową i ruszyłam za nim, uważnie patrząc gdzie stawiam stopy. Ziemia była sucha, więc moje kroki były głośne w przeciwieństwie do Raya. W ogóle go nie słyszałam. Gdybym nie widziała go przed sobą pomyślałabym, że jestem sama. 
Teren zaczął się wyrównywać. Po około dziesięciu minutach powolnego marszu ujrzałam kilka namiotów. Przypominały indiańskie tipi. Wokół nich kręcili się różni ludzie. Głównie mężczyźni w ubraniach o kolorze lasu. Po środku tliło się ognisko, którego dym widzieliśmy wcześniej. Ukucnęliśmy w krzakach około pięćdziesięciu metrów dalej. Ray obserwował teren. Nie odzywałam się bojąc, że najcichszy dźwięk mógłby nas zdradzić. 
Zwrócił się do mnie szeptem.
- Pójdziesz tam i zorientujesz czego chcą od Matta.
- Co? - nie wierzyłam, że to powiedział. - Nie powinno być tak, że to ty robisz za bohatera? Teraz stchórzyłeś?
Posłał mi gniewne spojrzenie.
- Ty będziesz z nimi rozmawiać odwracając ich uwagę. Jak już się dowiesz gdzie jest Matt, być może nawet go zobaczyszm, ja wkroczę. Kiedy wybuchnie zamieszanie uciekaj jak najszybciej potrafisz. 
- A co z Mattem?
- Wątpię by dał radę uciec z tobą. Jeśli tak będzie to to zrobi, a jeśli nie to ja się nim zajmę. Musisz mi zaufać. 
Nabrałam powietrza i odchrząknęłam.
- W porządku.
Wyszłam z zarośli pewnie idąc w stronę obozowiska. Brzuch miałam zaciśnięty, a moje serce waliło jak młot. Słyszałam jego głośne bicie. Kiedy przeszłam dziesięć metrów zorientowali się, że nadchodzę. Zebrani na mnie spojrzeli. Jeden z mężczyzn wyszedł mi naprzeciw. Był potężny. Miał ciemną karnacje, brunatne włosy i głęboko osadzone, prawie czarne oczy. 
- Nie wolno tu przychodzić. Zawróć. - powiedział grubym głosem, przyprawiając mnie o ciarki.
- Macie mojego przyjaciela. Czego od niego chcecie? - krzyknęłam.
- My od niego? To on przyszedł do nas. - zaśmiał się niewinnie rozkładając ręce.
- Wypuśćcie go.
- Nie zatrzymujemy go na siłę. Sama zobacz. Matthew! Masz gościa.
Z namiotu wypełzła wysoka postać. Wyglądał normalnie, poza zaskoczonym wyrazem twarzy. Nie miał zadrapań ani siniaków. Jeśli Ray to usłyszał zapewne teraz mnie przeklinał albo się śmiał. Nie mogłam jednak się obejrzeć by się upewnić.
- Nicole? Co ty tutaj robisz?
Podszedł bliżej, tak że stał teraz równo z mężczyzną, który ze mną rozmawiał.
- Usłyszałam twój krzyk. Bałam się, że coś ci się stało.
- Wracaj do domu. - rozkazał twardo. - Nic mi nie jest.
Nigdy tak do mnie nie mówił. Coś musiało się stać.
- Ale... - byłam zdezorientowana.
- Daj spokój. - wrzasnął.
Cofnęłam się o krok. O co on był taki zdenerwowany? Dlaczego tak się zachowywał?
- Zaraz, zaraz. - wtrącił się mężczyzna. - Skoro już się pofatygowała by tutaj dotrzeć., powinna tutaj zostać. Może być bardzo przydatna. Rozpacz jest bardzo bliska złości. 
Matthew zbielał na twarzy.
Ktoś za mną stanął ł i złapał mnie za ramiona. Chciałam się wyrwać, ale mocno zacisnął dłonie. 
- Ona nic dla mnie nie znaczy. - zwrócił się Matt.
- Myślę, że kłamiesz. Nawet jeśli nie, to tym bardziej jej życie jest nic nie warte. Może czas by je skrócić.
Serce podeszło mi do gardła. O czym oni mówili? Nie mogli mnie zabić. Matthew nie mógł na to pozwolić. Kłamał. Nie mógł powiedzieć, że mu na mnie nie zależy.
Usłyszałam głośny ryk dochodzący znad przeciwka. Zwierzęcy ryk. Był tak głośny, że musiałam zatkać uszy.
Z lasu wybiegła jakaś czarna plama. Skoczyła na jednego z ludzi. To była pantera. Większa niż widywałam w zoo. Rozszarpała ofiarę na pół. Co tu się do diabła dzieje?
- Zmiennokształtny – krzyknął mężczyzna za mną.
Wykorzystałam ten moment by się wyrwać. Mocno uderzyłam łokciem do tyłu. Na moment poluźnił uścisk. Wywinęłam się z jego objęć i pobiegłam na ślepo.
- Łapcie ją. - krzyknął ktoś za mną.
Usłyszałam kroki, które szybko przeobraziły się w bieg. Przyspieszyłam. Poczułam ból w nogach. Wiedziałam, że moja kondycja jest na wyczerpaniu. Potykałam się o wyrastające korzenie. Gęste zarośla utrudniały bieg. Cienkie gałęzie zaczepiały się o moje ciuchy. Usłyszałam darty materiał bluzki. Liście zasłaniały mi drogę. Nie miałam pojęcia, w którym kierunku zmierzam. Starałam się poruszać w jedną stronę.
Nagle las się przerzedził. Po prawej stronie miałam niewysoki klif, a po lewej liściaste drzewa już bez krzaków. Ruszyłam dalej. Nie trwało to długo. Poczułam jak ktoś, przygwoździł mnie swoim ciałem powalając na ziemię. Był to masywny mężczyzna o długich włosach. Złapał mnie za nadgarstki unieruchamiając. 
- Myślałaś, że nam uciekniesz? - wysyczał.
Jego oczy miały złoty kolor. Wyglądały tak dziko. Wbiłam się w ziemie by zachować dystans. Widząc to szeroko się uśmiechnął. Krzyknęłam kiedy zorientowałam się, że jego twarz zbliża się do mojej. Czułam jego oddech na swojej skórze.
Nagle jego ciało wygięło się do tyłu. Ktoś sprawnym ruchem ściągnął go ze mnie. Zobaczyłam przed sobą Josha. Był tak samo obładowany bronią jak Ray z tym, że ubrany był bardziej „fachowo”. Miał czarny strój, buty na wysokiej podeszwie i skórzane spodnie dzięki którym na pewno nie zaczepiał się o gałęzie. 
- Wybacz stary, ale ona nie jest zainteresowana. - Podał mi rękę i podniósł gdy tylko ją chwyciłam. - W porządku?
- Tak.
Chciałam mu się rzucić na szyję, ale on już ruszył w stronę gęstszego lasu.
- Oni zaraz tu będą. - ostrzegłam.
- Myślisz, że ubrałem się tak dla szpanu. - odparł z ironią.
Z zarośli wybiegło czterech mężczyzn. Na widok Josha zatrzymali się z wrogimi wyrazami twarzy.
- Bakenak. - powiedział jeden i splunął na ziemię. - Z przyjemnością się tobą zajmę.
- Stwierdziłbym to samo, ale to będzie mało oryginalne. - odparł beznamiętnie Josh.
Cała czwórka ruszyła na Josha. Ten sprawnym ruchem wyciągnął długi sztylet, który miał zaczepiony na plecach. Złapał go oburącz i mocno zamachnął kiedy jeden z nich zbliżył się za blisko. Ostrze przecięło przeciwnika na pół. Zszokowana trójka ruszyła do ataku. Wszyscy naraz rzucili się na Josha. Ich ruchy były tak szybkie, że prawie ich nie rozróżniałam. Co jakiś czas widziałam biały blask słońca odbijający się od szabli. Wrogowie wydawali się nie mieć szans. Nie widziałam u nich żadnej broni. Atakowali jedynie pięściami. Jeden z nich mocno uderzył Josha w głowę. Ten na chwilę się zachwiał, ale szybkim ruchem wbił napastnikowi ostrze w pierś aż po samą rękojeść. Wypuścił ją z dłoni. Sięgnął po dwa noże i sprawnie rzucił nimi w pozostałą dwójkę trafiając w okolice serca. Znieruchomieli i opadli na ziemię. 
Ten widok wprawił mnie w osłupienie. To wszystko naprawdę musiało się dziać w jakiejś grze. Nie jest możliwe żeby we współczesnym świecie ktoś tak walczył.
Josh powyciągał swoją broń z martwych ciał i włożył ją z powrotem na swoje miejsce. Wrócił do mnie.
- Gdzie Ray? - spytał. Nie mogłam wydusić z siebie słowa. - Wiem, że jestem onieśmielający, ale trochę nam się spieszy.
Jego słowa mnie ocuciły. Moja postawa musiała mu dać wiele satysfakcji.
- Ostatnio widziałam go przed obozowiskiem. - Kiedy ruszył w tamtym kierunku złapałam go za rękaw. - Zaczekaj. Nie idź tam. Był atak. Nie wiem chyba pantery. To niebezpieczne. 
Spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Właśnie powaliłem czterech napastników i ty mi mówisz, że to niebezpieczne. - prychnął
- Tylko, że to byli ludzie, a nie dzikie zwierzęta. - oburzyłam się.
- Kwestia do dyskusji.
Odwrócił się i poszedł w stronę obozowiska. Ruszyłam za nim rozglądając się wokół. Dotarliśmy tam po kilku minutach. 
Namioty były poprzewracane. Nadal toczyła się walka. Czarna pantera atakowała ludzi i odskakiwała przed ciosami. Na moment na nas spojrzała i głośno zaryczała, a potem znowu ruszyła do ataku. 
Josh się roześmiał i wyciągnął sztylet. Biegiem wbiegł w zbiegowisko ludzi i stanął u boku zwierzaka. Ona go nie zaatakowała, jakby byli po tej samej stronie. Nic nie rozumiałam. Zauważyłam, że Matthew zniknął. Pomyślałam, że może Ray go zabrał. Kazał mi uciekać. Może powinnam była wrócić do samochodu, a nie tutaj. Problem w tym, że nie znałam drogi powrotnej. 
Na miejsce przybiegła grupka ludzi. Mieli ze sobą złote noże. Zauważyłam, że sprawnie podają je swoim sojusznikom. Czyli jednak nie byli zupełnie bezbronni. Josh też to zauważył. Bez wahania ruszył na mężczyznę, który nosił broń. Kiedy ten go zauważył rzucił ją na ziemię trzymając w ręku jeden miecz. Zaczęli ze sobą walczyć. Usłyszałam trzaski uderzającej o siebie stali. Tym razem Josh walczył jedną ręką. Po chwili zauważyłam co robił drugą. Trzymał w niej niewielki srebrny sztylet. W momencie kiedy przeciwnik na sekundę się odsłonił, poruszył nadgarstkiem i broń wyleciała mu z ręki wbijając się w nogę. Napastnik się zachwiał i wtedy Josh przeszył go ostrzem, przebijając na wskroś. U niego zdecydowanie technika górowała nad siłą. 
Zauważyłam, że niektórzy zaczęli się wycofywać do lasu po tym jak jeden z nich krzyknął jakieś słowa w nieznanym mi języku. Rozpoznałam mężczyznę, który wcześniej ze mną rozmawiał. Teraz stał z boku i szeptał coś do ucha drugiemu. Kiedy skończyli rozległy się kolejne komendy. Wszyscy zaczęli zmierzać w stronę lasu.
Pantera pobiegła za nimi. Josh wycofywał się w drugim kierunku. Odwrócił się w moją stronę. W tym momencie z zarośli wybiegł przywódca, który wcześniej wydawał rozkazy.
- Za tobą! - krzyknęłam.
Szybko się odwrócił, ale napastnik wyskoczył do góry, zrobił salto i z pół obrotu kopnął Josha w klatkę piersiową. Ten pod wpływem ciosu poleciał na drugi koniec obozowiska i uderzył w drzewo. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś miał taką siłę. 
Josh nie mógł złapać tchu. Próbował się podnieść. Ręce mu się trzęsły, kiedy się na nich oparł. Podparł się na swoim najdłuższym ostrzu i powoli wstał. Przeciwnik już biegł w jego stronę z wcześniej zabranym z ziemi złotym mieczem. Zaczęli się pojedynkować. Josh ledwo trzymał się na nogach, ale sprawnie odbijał ciosy. Wiedziałam, że długo tak nie wytrzyma. Musiałam coś zrobić. Podeszłam do jednego z leżących ciał. Była to jakaś kobieta. Miała przebitą szyję srebrnym sztyletem. Krwawa plama zabrudziła ziemię dookoła niej. Wyciągnęłam ostrze i odwróciłam wzrok. 
Josh leżał na ziemi. W ręce nie miał żadnej dłoni. Stojący przed nim mężczyzna szeroko się uśmiechał. Zamachnął się, trzymając w rękach miecz, szykując się do ostatecznego ciosu.
Pobiegłam w ich stronę, ale stanęłam jak wryta kiedy czarna pantera przebiegła tuż obok mnie. Była ogromna. Kłębem sięgała mi do połowy ramienia. W momencie kiedy była tuż przed Joshem, wyskoczyła w górę i wpadła na mężczyznę za nim. Razem upadli na ziemię. Miecz, który wcześniej wycelowany był w Josha teraz przebił brzuch zwierzęcia. 
- Nie! - wrzasnął Josh.
Pantera głośno ryknęła. Wgryzła się w gardło mężczyzny, odrywając mu głowę. Następnie chwiejnym krokiem odeszła na bok. Po kilku krokach upadła na ziemię pomrukując. Między przednimi łapami nadal miała wbite ostrze.
Josh zerwał się na równe nogi i pobiegł w jej stronę. Zrobiłam to samo. Nic nie rozumiałam z tego co się stało. Kiedy dotarłam na miejsce Josh właśnie wyciągał sztylet.
- Po cholerę to zrobiłeś idioto. - wrzasnął Josh.
Dopiero po chwili zorientowałam się co tak naprawdę się stało. Czarna pantera, która przed nami leżała zaczęła się zmieniać w człowieka. Rozpoznałam go. To był Ray. Na brzuchu miał ogromną plamę krwi.
- O Boże. - wyszeptałam. - Jak to możliwe?
Josh szybko rozciął koszulkę przyjaciela, odsłaniając ogromną ranę. Potem ściągnął własną i zawinął ją wokół pasa. Ray kaszlał i się trząsł.
- Jesteś głupi. - warczał Josh. - Mogłeś pozwolić mi zginąć.
- Nawet na łożu śmierci, nie oszczędzasz mi obelg. - wybełkotał Ray, starając się uśmiechnąć. Przeniósł swój wzrok na mnie. - Mówiłem, że to paradoks. Łowca, który jest zwierzęciem. Wybacz, że cię zawiodłem.
Po tych słowach zamknął oczy. Jego głowa opadła na bok.
- Nie! - krzyknął Josh spanikowany. Potrząsał przyjacielem ale ten nie reagował.
Podniósł się z ziemi i rzucił złotym mieczem wbijając je w drzewo obok. Następnie to samo zrobił z następnym, a potem kolejnym. Nerwowo biegał po obozowisku krzycząc i rzucając bronią. 
Opadłam na kolana tuż obok ciała Raya. Dotknęłam jego policzka. Był chłodny, a zarazem ciepły. Kiedy musnęłam go palcami poczułam przeszywający mnie dreszcz. Zaczęłam płakać. Wiedziałam, że to przeze mnie nie żyje. Czułam się okropnie. Poczucie winy rozrywało mi skórę. Łzy wypływały z moich oczu strumieniami. Pochyliłam się do przodu, przewracając na ziemię. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz