piątek, 24 stycznia 2014

Rozdział 6

Księga Życia

Po spotkaniu z Rayem chwilę siedziałam w pokoju starając sobie to wszystko poukładać. Sama nie wiedziałam co powinnam zrobić. Szukać Matta, czy zdać się na ducha. Musiałam też odkryć powiązanie między Joshem, a Mattem. Postanowiłam pójść do biblioteki. Obecnie to było najlepsze wyjście.
Towen siedział przy jednym z potężnych, drewnianych biurek, przeglądając jakieś papiery. Źle wyglądał. Jego sylwetka była przygarbiona, ubranie pogniecione, a oczy zapadnięte. Nawet nie drgnął kiedy stanęłam naprzeciwko. Na blacie stały trzy puste kubki i jeden pełny z kawą.
- Powinieneś odpocząć. - stwierdziłam. - Rozchorujesz się.
- Jestem czarownikiem. Zmęczenie mnie nie wykończy. - odparł gardłowo.
Sam nie był pewny swoich słów. Kiedy przewracał kartki zauważyłam, że drżą mu ręce.
- Już to robi.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Poza stertą śmieci obok Towena nic się tutaj nie zmieniło. Coś przyciągnęło moją uwagę na sąsiednim biurku. Leżała na nim ogromna księga z grubą, twardą okładką. Wcześniej jej tutaj nie widziałam.
Usiadłam przyglądając się jej z bliska. Na jej wierzchu złotymi literami były wygrawerowane słowa „Bakenaki. Księga Życia. „
- To spis wszystkich Zmiennokształtnych na świecie. - wyjaśnił Towen, widząc, że jej się przyglądam. - Niesamowity przedmiot. Jest w niej każda rodzina. Najlepsze jest to, że sama się uzupełnia. Jest magiczna.
- Po co ci ona? - spytałam.
Leżała obok niego. Musiał wcześniej ją przeglądać.
- Chciałem sprawdzić, czy zarejestrowała śmierć Raya. Poza tym była mi potrzebna kiedy kontaktowałem się z jego rodziną. Okazało się, że został już tylko jego brat.
Wyszedł zza swojego biurka i podszedł do mojego. Otworzył księgę. Jak tylko stronice opadły na blat, posypał się kurz.
Przejechał palcem po kartce.
- Widzisz?
Na stronie było namalowane ogromne drzewo. Na każdej gałęzi widniało zdjęcie podpisane imieniem. Na środkowym pniu widniała wielka czarna pantera, a pod jej łapami napis „Darkwood” - nazwisko rodowe. Zauważyłam, że każdy konar jest czarno biały z wyjątkiem jednego na samej górze, który odróżniał się złoto-brązową korą. Na jego czubku było zdjęcie postaci bardzo podobnej do Raya. Te same błękitne oczy i ciemne włosy.
- To jego brat. - powiedział Towen. - Travis Darkwood. Ostatni z ich rodziny. To trochę smutne. - dodał.
Kartka przypominała drzewo genealogiczne z wyjątkiem jednego szczegółu. Na żadnej z gałęzi nie było obojgu rodziców. Zawsze była albo matka albo ojciec. Zapytałam Towena, dlaczego.
- Zmiennokształtni nie rozmnażają się między sobą. Byłoby to zmieszanie krwi. Chodzi tutaj o ich zwierzęcą naturę. Pozwolenie na miłość między rodzinami byłoby największą hańbą. W książce znajdują się tylko Zmiennokształtni, dlatego jest tylko jeden rodzic. Drugim zazwyczaj jest człowiek.
To było dla mnie dziwaczne. Nie chciałam jednak tego komentować. Nie rozumiałam jeszcze wszystkich ich zwyczajów.
Towen wrócił na swoje miejsce i z powrotem pogrążył się w notatkach.
- Mogę ją obejrzeć? - spytałam
Machnął ręką na znak, że się zgadza.
Zaczęłam powoli przeglądać stronice. Każde drzewo wyglądało inaczej, miało inny kształt no i oczywiście zwierzęta spoczywające na środku były różne. Znalazłam rodzinę lwów, których drzewo było największe, jaguarów, niedźwiedzi, a nawet hien. Gdybym miała wybierać na pewno nie chciałabym zamieniać się w hienę.
- Twoja matka spędzała bardzo dużo czasu przy tej księdze. - przerwał krótką ciszę Towen. Na chwilę oderwałam się od lektury i na niego spojrzałam. - Fascynowała ją. Kiedy teraz tak na ciebie patrzę...- przerwał – Wyglądasz zupełnie jak ona. - Przetarł oczy i powoli wstał. - Chyba naprawdę muszę odpocząć. 
Pokiwałam głową i wróciłam wzrokiem do księgi.
Byłam tak pochłonięta jej treścią, że nie zauważyłam upływu czasu. Nim się zorientowałam na dworze było już ciemno. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że dzisiaj nic nie jadłam i nawet nie czułam głodu. Przewróciłam kartkę i ziewnęłam. Rozciągnęłam ramiona. Trochę mi zdrętwiały. Chciałam zamknąć księgę, ale mój wzrok przykuła czerwona gałąź drzewa genealogicznego. Na żadnej stronie nie widziałam, żeby jakikolwiek z konarów miał taki odcień. Przejechałam po nim palcem, aż dojechałam do zdjęcia. Serce mocniej mi zabiło kiedy zorientowałam się kto się na nim znajduje. Wyglądał trochę bardziej dorośle i miał dłuższe włosy, ale poza tym wyglądał zupełnie jak Matthew. Zjechałam palcem niżej. „Elver da Vistern”. Odchyliłam się odrobinę do tyłu. Matthew Davis i Elver da Vistern. Davis to skrócenie. Matt naprawdę jest zmiennokształtnym. Tylko nie było go w tej księdze. Byłam pewna, że osoba na zdjęciu jest z nim spokrewniona. Być może to nawet jego ojciec. Podobieństwo było uderzające. Gałąź, na której się znajdował była kolorowa co oznaczało, że jeszcze żył.
Spojrzałam na pień. Jego zwierzęciem rodowym był gepard. To by wyjaśniało dlaczego jest taki chudy . - zaśmiałam się w myślach.
Musiałam dowiedzieć się więcej na ten temat. Nie wiedziałam tylko skąd mogę zebrać więcej informacji. Myślę, że powinnam podejść jakoś Josha. On na pewno dobrze zna zawartość tej biblioteki.
Było już późno, więc istniała szansa, że jest już w domu. Wyszłam na korytarz, a potem schodami na górę. Zapukałam do jego pokoju. Usłyszałam dochodzący zza drzwi szmer. Był w środku.
- To ja Nicole.
Zastukałam jeszcze raz. Kolejny szelest i jakby trzask zamykanych półek. W następnej chwili Josh otworzył drzwi. Miał na sobie czarny płaszcz, sięgający do połowy uda, zapięty na ostatni guzik pod samą szyję.
- Cześć! - uśmiechnęłam się – Mogę wejść?
- Nie. - zaprotestował od razu – Jestem zmęczony.
Stał sztywno jakby szykował się do skoku. Dziwnie wyglądał. Jakby czymś się stresował.
- Chciałam tylko zapytać co u ciebie.
- W porządku. - szybko odpowiedział. - Naprawdę. - dokończył kiedy przeszyłam go spojrzeniem mówiącym „Nie wierzę ci”.
Machnął ręką przez co płaszcz trochę się poluzował. Na podłogę kapło kilka kropel ciemnej cieczy – krew. Już szykował się by zamknąć drzwi, ale mocno uderzyłam je ręką przez co otworzyły się na oścież. Weszłam do środka. Josh leniwie się odwrócił i kopniakiem zamknął za mną drzwi. Podeszłam do niego i szybkim ruchem rozpięłam jego płaszcz. Jego koszula była cała w krwi.
- Gdzieś ty był? - spytałam zszokowana.
Domyślałam się odpowiedzi na to pytanie, ale chciałam by to on się przyznał. Tak jak mówił Ray, zapewne był zbyt natarczywy w swoich śledztwach.
- Na spacerze. Lubie się czasami przejść.
Ściągnął narzutę i wrzucił ją do kosza w rogu. Na ramionach miał głębokie szramy. Ślady po nożach lub pazurach. Jego tors wyglądał tak samo. Koszulkę wrzucił w to samo miejsce co płaszcz. Następnie wyszedł do sąsiedniego pomieszczenia, które było łazienką. Usłyszałam głos lecącej wody.
- Krwawe te twoje przebieżki. - stwierdziłam ostro
- Nic na to nie poradzę.
Przewróciłam oczami. Urodzony kłamca – pomyślałam.
Podczas gdy on przemywał rany ja rozejrzałam się trochę po jego pokoju. Podłoga i ściany były wyłożone ciemnym drewnem. Meble miały odcień czerni i brązu. Jedyne co rzucało się w oczy to biała pościel, idealnie zasłanego łóżka. Okna były pozbawione zasłon. Pokój był urządzony po męsku, ale panował tutaj niezwykły porządek.
Josh wrócił z łazienki. Rany już nie wyglądały tak strasznie. Szybko się goiły co oznaczało, że nie były zadane złotą bronią.
Podszedł do szafy i wyciągnął czarny T-shirt.
- A więc? - spytałam. - Powiesz mi gdzie byłeś?
Włożył koszulkę i burknął.
- Już mówiłem.
- Czyli nie szukałeś informacji o stadzie wilków, które były kilka dni temu w pobliskim lesie? Następnie nie walczyłeś z jednym z nich , kiedy zorientował się, że zadajesz za dużo pytań? - wiedziałam, że nie powinnam tego mówić, ale postanowiłam zaryzykować. Patrzył na mnie zdecydowanie zbity z tropu. - Wiem, że próbujesz je odnaleźć mimo że obiecałeś, że nie będziesz tego robić.
- A co ty myślałaś? - wybuchł nagle – Że pozwolę by mordercy mojego przyjaciela bezkarnie pałętali się po mieście.
- Ten kto zabił Raya już nie żyje. - krzyknęłam – Ty masz inny powód by ich odnaleźć. Ponieważ sam nie chcesz mi tego wyjaśnić to odkryję to po swojemu. Mi chodzi o dobro mojego przyjaciela, ale tobie o coś zupełnie odwrotnego.
Od razu pożałowałam tych słów. Miałam sprawić by mi zaufał i sam to wszystko powiedział, podczas gdy zaczęłam go oskarżać. To nie był dobry plan.
Josh zrobił gniewną minę i podszedł do drzwi szeroko je otwierając
- Może lepiej żebyś wyszła.
Skoro już zaczęłam się awanturować to nie mogłam nagle przestać. Trudno wybieram ścieżkę kłótni.
- Bo co? Nie potrafisz stanąć przede mną twarzą w twarz i przyznać się, że życzysz mojemu przyjacielowi wszystkiego co najgorsze? Musiało ci być ciężko przez te dni. Mogę ci jednak przypomnieć, że to ty sam zaproponowałeś treningi przez co musiałeś spędzać ze mną więcej czasu. Po co to zrobiłeś? Wiesz co ? - machnęłam ręką. - Nie odpowiadaj. Znam odpowiedź. Uświadomię cię jednak, że nie mam zamiaru być osobą zastępczą. Nie jestem Rayem i zapewne nigdy nie będę.
To był cios poniżej pasa. Być może nie zamierzony, ale skuteczny i prawdziwy. Po wyrazie jego twarzy wiedziałam, że była to prawda. Nawet wcześniej byłam tego świadoma i nawet mi to odpowiadało. Teraz jednak zauważyłam różnicę między prawdą, a fikcją. Przez te kilka dni spędzone na wspólnych ćwiczeniach sama zapomniałam o problemach. Nie jest to jednak sposób na to by zniknęły. Być może Josh czuł się tak samo. Było miło, ale wróciła rzeczywistość, a razem z nią wszystkie kłopoty.
Zdenerwowana minęłam Josha i skierowałam się w stronę własnego pokoju. Odprowadził mnie wzrokiem z gniewnym wyrazem twarzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz