Księga
Życia
Po
spotkaniu z Rayem chwilę siedziałam w pokoju starając sobie to
wszystko poukładać. Sama nie wiedziałam co powinnam zrobić.
Szukać Matta, czy zdać się na ducha. Musiałam też odkryć
powiązanie między Joshem, a Mattem. Postanowiłam pójść do
biblioteki. Obecnie to było najlepsze wyjście.
Towen
siedział przy jednym z potężnych, drewnianych biurek, przeglądając
jakieś papiery. Źle wyglądał. Jego sylwetka była przygarbiona,
ubranie pogniecione, a oczy zapadnięte. Nawet nie drgnął kiedy
stanęłam naprzeciwko. Na blacie stały trzy puste kubki i jeden
pełny z kawą.
-
Powinieneś odpocząć. - stwierdziłam. - Rozchorujesz się.
-
Jestem czarownikiem. Zmęczenie mnie nie wykończy. - odparł
gardłowo.
Sam
nie był pewny swoich słów. Kiedy przewracał kartki zauważyłam,
że drżą mu ręce.
-
Już to robi.
Rozejrzałam
się po pomieszczeniu. Poza stertą śmieci obok Towena nic się
tutaj nie zmieniło. Coś przyciągnęło moją uwagę na sąsiednim
biurku. Leżała na nim ogromna księga z grubą, twardą okładką.
Wcześniej jej tutaj nie widziałam.
Usiadłam
przyglądając się jej z bliska. Na jej wierzchu złotymi literami
były wygrawerowane słowa „Bakenaki. Księga Życia. „
-
To spis wszystkich Zmiennokształtnych na świecie. - wyjaśnił
Towen, widząc, że jej się przyglądam. - Niesamowity przedmiot.
Jest w niej każda rodzina. Najlepsze jest to, że sama się
uzupełnia. Jest magiczna.
-
Po co ci ona? - spytałam.
Leżała
obok niego. Musiał wcześniej ją przeglądać.
-
Chciałem sprawdzić, czy zarejestrowała śmierć Raya. Poza tym
była mi potrzebna kiedy kontaktowałem się z jego rodziną. Okazało
się, że został już tylko jego brat.
Wyszedł
zza swojego biurka i podszedł do mojego. Otworzył księgę. Jak
tylko stronice opadły na blat, posypał się kurz.
Przejechał
palcem po kartce.
-
Widzisz?
Na
stronie było namalowane ogromne drzewo. Na każdej gałęzi widniało
zdjęcie podpisane imieniem. Na środkowym pniu widniała wielka
czarna pantera, a pod jej łapami napis „Darkwood” - nazwisko
rodowe. Zauważyłam, że każdy konar jest czarno biały z wyjątkiem
jednego na samej górze, który odróżniał się złoto-brązową
korą. Na jego czubku było zdjęcie postaci bardzo podobnej do
Raya. Te same błękitne oczy i ciemne włosy.
-
To jego brat. - powiedział Towen. - Travis Darkwood. Ostatni z ich
rodziny. To trochę smutne. - dodał.
Kartka
przypominała drzewo genealogiczne z wyjątkiem jednego szczegółu.
Na żadnej z gałęzi nie było obojgu rodziców. Zawsze była albo
matka albo ojciec. Zapytałam Towena, dlaczego.
-
Zmiennokształtni nie rozmnażają się między sobą. Byłoby to
zmieszanie krwi. Chodzi tutaj o ich zwierzęcą naturę. Pozwolenie
na miłość między rodzinami byłoby największą hańbą. W
książce znajdują się tylko Zmiennokształtni, dlatego jest tylko
jeden rodzic. Drugim zazwyczaj jest człowiek.
To
było dla mnie dziwaczne. Nie chciałam jednak tego komentować. Nie
rozumiałam jeszcze wszystkich ich zwyczajów.
Towen
wrócił na swoje miejsce i z powrotem pogrążył się w notatkach.
-
Mogę ją obejrzeć? - spytałam
Machnął
ręką na znak, że się zgadza.
Zaczęłam
powoli przeglądać stronice. Każde drzewo wyglądało inaczej,
miało inny kształt no i oczywiście zwierzęta spoczywające na
środku były różne. Znalazłam rodzinę lwów, których drzewo
było największe, jaguarów, niedźwiedzi, a nawet hien. Gdybym miała
wybierać na pewno nie chciałabym zamieniać się w hienę.
-
Twoja matka spędzała bardzo dużo czasu przy tej księdze. -
przerwał krótką ciszę Towen. Na
chwilę oderwałam się od lektury i na niego spojrzałam. -
Fascynowała ją. Kiedy teraz tak na ciebie patrzę...- przerwał –
Wyglądasz zupełnie jak ona. - Przetarł oczy i powoli wstał. -
Chyba naprawdę muszę odpocząć.
Pokiwałam
głową i wróciłam wzrokiem do księgi.
Byłam
tak pochłonięta jej treścią, że nie zauważyłam upływu czasu.
Nim się zorientowałam na dworze było już ciemno. Z zaskoczeniem
stwierdziłam, że dzisiaj nic nie jadłam i nawet nie czułam głodu.
Przewróciłam kartkę i ziewnęłam. Rozciągnęłam ramiona. Trochę
mi zdrętwiały. Chciałam zamknąć księgę, ale mój wzrok
przykuła czerwona gałąź drzewa genealogicznego. Na żadnej
stronie nie widziałam, żeby jakikolwiek z konarów miał taki
odcień. Przejechałam po nim palcem, aż dojechałam do zdjęcia.
Serce mocniej mi zabiło kiedy zorientowałam się kto się na nim
znajduje. Wyglądał trochę bardziej dorośle i miał dłuższe
włosy, ale poza tym wyglądał zupełnie jak Matthew. Zjechałam
palcem niżej. „Elver da Vistern”. Odchyliłam się odrobinę do
tyłu. Matthew Davis i Elver da Vistern. Davis to skrócenie. Matt
naprawdę jest zmiennokształtnym. Tylko nie było go w tej księdze.
Byłam pewna, że osoba na zdjęciu jest z nim spokrewniona. Być
może to nawet jego ojciec. Podobieństwo było uderzające. Gałąź,
na której się znajdował była kolorowa co oznaczało, że jeszcze
żył.
Spojrzałam
na pień. Jego zwierzęciem rodowym był gepard. To by wyjaśniało
dlaczego jest taki chudy . - zaśmiałam się w myślach.
Musiałam
dowiedzieć się więcej na ten temat. Nie wiedziałam tylko skąd
mogę zebrać więcej informacji. Myślę, że powinnam podejść
jakoś Josha. On na pewno dobrze zna zawartość tej biblioteki.
Było
już późno, więc istniała szansa, że jest już w domu. Wyszłam
na korytarz, a potem schodami na górę. Zapukałam do jego pokoju.
Usłyszałam dochodzący zza drzwi szmer. Był w środku.
-
To ja Nicole.
Zastukałam
jeszcze raz. Kolejny szelest i jakby trzask zamykanych półek. W
następnej chwili Josh otworzył drzwi. Miał na sobie czarny
płaszcz, sięgający do połowy uda, zapięty na ostatni guzik pod
samą szyję.
-
Cześć! - uśmiechnęłam się – Mogę wejść?
-
Nie. - zaprotestował od razu – Jestem zmęczony.
Stał
sztywno jakby szykował się do skoku. Dziwnie wyglądał. Jakby
czymś się stresował.
-
Chciałam tylko zapytać co u ciebie.
-
W porządku. - szybko odpowiedział. - Naprawdę. - dokończył kiedy
przeszyłam go spojrzeniem mówiącym „Nie wierzę ci”.
Machnął
ręką przez co płaszcz trochę się poluzował. Na podłogę
kapło kilka kropel ciemnej cieczy – krew. Już szykował się
by zamknąć drzwi, ale mocno uderzyłam je ręką przez co otworzyły
się na oścież. Weszłam do środka. Josh leniwie się odwrócił i
kopniakiem zamknął za mną drzwi. Podeszłam do niego i szybkim
ruchem rozpięłam jego płaszcz. Jego koszula była cała w krwi.
-
Gdzieś ty był? - spytałam zszokowana.
Domyślałam
się odpowiedzi na to pytanie, ale chciałam by to on się przyznał.
Tak jak mówił Ray, zapewne był zbyt natarczywy w swoich
śledztwach.
-
Na spacerze. Lubie się czasami przejść.
Ściągnął
narzutę i wrzucił ją do kosza w rogu. Na ramionach miał głębokie
szramy. Ślady po nożach lub pazurach. Jego tors wyglądał tak
samo. Koszulkę wrzucił w to samo miejsce co płaszcz. Następnie
wyszedł do sąsiedniego pomieszczenia, które było łazienką.
Usłyszałam głos lecącej wody.
-
Krwawe te twoje przebieżki. - stwierdziłam ostro
-
Nic na to nie poradzę.
Przewróciłam
oczami. Urodzony kłamca – pomyślałam.
Podczas
gdy on przemywał rany ja rozejrzałam się trochę po jego pokoju.
Podłoga i ściany były wyłożone ciemnym drewnem. Meble miały
odcień czerni i brązu. Jedyne co rzucało się w oczy to biała
pościel, idealnie zasłanego łóżka. Okna były pozbawione zasłon.
Pokój był urządzony po męsku, ale panował tutaj niezwykły
porządek.
Josh
wrócił z łazienki. Rany już nie wyglądały tak strasznie. Szybko
się goiły co oznaczało, że nie były zadane złotą bronią.
Podszedł
do szafy i wyciągnął czarny T-shirt.
-
A więc? - spytałam. - Powiesz mi gdzie byłeś?
Włożył
koszulkę i burknął.
-
Już mówiłem.
-
Czyli nie szukałeś informacji o stadzie wilków, które były kilka
dni temu w pobliskim lesie? Następnie nie walczyłeś z jednym z
nich , kiedy zorientował się, że zadajesz za dużo pytań? -
wiedziałam, że nie powinnam tego mówić, ale postanowiłam
zaryzykować. Patrzył
na mnie zdecydowanie zbity z tropu. - Wiem, że próbujesz je
odnaleźć mimo że obiecałeś, że nie będziesz tego robić.
-
A co ty myślałaś? - wybuchł nagle – Że pozwolę by mordercy
mojego przyjaciela bezkarnie pałętali się po mieście.
-
Ten kto zabił Raya już nie żyje. - krzyknęłam – Ty masz inny
powód by ich odnaleźć. Ponieważ sam nie chcesz mi tego wyjaśnić
to odkryję to po swojemu. Mi chodzi o dobro mojego przyjaciela, ale
tobie o coś zupełnie odwrotnego.
Od
razu pożałowałam tych słów. Miałam sprawić by mi zaufał i sam
to wszystko powiedział, podczas gdy zaczęłam go oskarżać. To nie
był dobry plan.
Josh
zrobił gniewną minę i podszedł do drzwi szeroko je otwierając
-
Może lepiej żebyś wyszła.
Skoro
już zaczęłam się awanturować to nie mogłam nagle przestać.
Trudno wybieram ścieżkę kłótni.
-
Bo co? Nie potrafisz stanąć przede mną twarzą w twarz i przyznać
się, że życzysz mojemu przyjacielowi wszystkiego co najgorsze?
Musiało ci być ciężko przez te dni. Mogę ci jednak przypomnieć,
że to ty sam zaproponowałeś treningi przez co musiałeś spędzać
ze mną więcej czasu. Po co to zrobiłeś? Wiesz co ? - machnęłam
ręką. - Nie odpowiadaj. Znam odpowiedź. Uświadomię cię jednak,
że nie mam zamiaru być osobą zastępczą. Nie jestem Rayem i
zapewne nigdy nie będę.
To
był cios poniżej pasa. Być może nie zamierzony, ale skuteczny i
prawdziwy. Po wyrazie jego twarzy wiedziałam, że była to prawda.
Nawet wcześniej byłam tego świadoma i nawet mi to odpowiadało.
Teraz jednak zauważyłam różnicę między prawdą, a fikcją. Przez
te kilka dni spędzone na wspólnych ćwiczeniach sama zapomniałam o
problemach. Nie jest to jednak sposób na to by zniknęły. Być może
Josh czuł się tak samo. Było miło, ale wróciła rzeczywistość,
a razem z nią wszystkie kłopoty.
Zdenerwowana
minęłam Josha i skierowałam się w stronę własnego pokoju.
Odprowadził mnie wzrokiem z gniewnym wyrazem twarzy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz