Dziennik
Kolejne
dwa dni spędziłam na przeszukiwaniu książek o Zmiennokształtnych.
Mimo ogromnego zaangażowania i uporu nic nie udało mi się znaleźć.
Postanowiłam nie prosić Josha o pomoc. Nie odzywałam się do niego
od tamtego wieczoru. Starałam się ograniczyć spotkania z nim do
minimum. Czasami jednak było to niemożliwe. Mieszkaliśmy w jednym
domu, więc były momenty, w których mijaliśmy się na schodach.
Kiedy wchodził do jakiegoś pomieszczenia, ja po prostu z niego
wychodziłam. Być może było to dość dziecinne, ale przynajmniej
mogłam się skupić na tym co było dla mnie najważniejsze-
odnalezienie Matta. Ray miał się pojawić dopiero po jutrze. Do
tego czasu musiałam chociaż próbować.
Najbardziej
w tym wszystkim było mi żal Towena. Przez to, że nie wychodziły
mu zaklęcia lokalizujące, całkowicie się załamał. Chciałam mu
powiedzieć o Rayu i o tym, że to przez innego czarownika, nie
możemy ustalić położenia watahy. Nie wiedziałam jednak czy byłoby to
dobre. Co prawda miałam tylko nie mówić Joshowi, ale jaką miałam
gwarancje, że Towen by mu nie powiedział. Wolałam nie ryzykować.
Po
południu zmęczona po przeszukiwaniu książek postanowiłam jakoś
odreagować. Nie miałam pomysłu co mogłoby mi teraz pomóc.
Odłożyłam wszystkie spisy i legendy na swoje miejsce i ruszyłam w
kierunku wyjścia. Zatrzymałam się przed drzwiami biblioteki
prowadzącymi na korytarz i spojrzałam w stronę sali do ćwiczeń.
Trening był ostatnią rzeczą na jaką miałam ochotę, ale mimo to
odwróciłam się i poszłam w stronę hali. Otworzyłam potężne
wrota. Zastanawiałam się dlaczego sala jest oddzielona krótkim
korytarzem, a właściwie pomieszczeniem. Wcześniej nie zwracałam
na to uwagi.
Panował
tutaj straszny bałagan. Wszędzie wisiały pajęczyny, a w powietrzu
unosił się kurz. To miejsce przypominało trochę piwnice.
Odróżniało się od tak zadbanego domu. Usiadłam na jednym z
uszkodzonych plastikowych krzeseł i zaczęłam się rozglądać.
Niby nic nadzwyczajnego. Kilka komód, regałów z różnymi
skrzyneczkami i fiolkami, jakieś kartony z uszkodzoną bronią i
mnóstwo podartych oraz pogniecionych kartek. Zauważyłam , że
ciemne ściany w niektórych miejscach były naznaczone przez pazury.
Na jednej szczególnie. Wstałam i odsunęłam jedną z szaf, która
zakrywała spory kawałek pionowej powierzchni. W tym miejscu nie
było ani kawałka drewnianej boazerii. Była ona dosłownie
wydarta. Przyłożyłam dłoń do jednego ze śladów. Nie
zasłoniłam nawet połowy szerokości. Zwierzę, które to zrobiło
musiało być ogromne. Jego łapa była ponad dwukrotnie większa od
mojej dłoni. Podeszłam bliżej i nogą zahaczyłam o coś
metalowego. Spojrzałam w dół. Do ściany były przymocowane dwa
grube, zardzewiałe łańcuchy. Między nimi coś leżało. Był to
niewielki dziennik. Kiedy go otworzyłam zorientowałam się, że to
pamiętnik. Kartki były zapisane ręcznym nieco koślawym pismem. W
niektórych miejscach żółte strony przesiąknięte były krwią.
Otworzyłam książkę tak by zobaczyć początek. Na stronie
tytułowej widniał napis „ Elver da Vistern”, przewróciłam
dalej by zobaczyć pierwszy wpis.
15
kwietnia 1997r.
Tkwię
tutaj przynajmniej od tygodnia. Pozbawiony światła, ciepła, wody i
jedzenia. Mimo fizycznego osłabienia, czuję swoją siłę
psychiczną. Nie złamią mnie. Liczą na to, że uda się im mnie
zmienić. Drwię z ich naiwności, nadziei, ułudy. Jestem dumny z
tego co zrobiłem. Żadne tortury, nie sprawią, że będę lepszą
osobą. Nic nie ma dla mnie znaczenia poza żądzą władzy.
Nienawiść jest potężna jednak broń jaką ja posiadam jest nie do
zniszczenia.
Szybko
zamknęłam pamiętnik i schowałam go za bluzkę. Z powrotem
zasunęłam ścianę i pobiegłam do swojego pokoju. W końcu miałam
jakieś źródło. Osobisty dziennik ojca Matta. Być może po
przeczytaniu znajdę jakieś informacje, które mogą mi się
przydać. Położyłam się na łóżku i pogrążyłam w lekturze.
*
* *
Kiedy
dotarłam do końca niecałkowicie zapisanego dziennika był już
wieczór. Nie wyczytałam z niego żadnych konkretnych informacji.
Każda strona była przesiąknięta opisami własnych uczuć i
pewności siebie. Im dalej czytałam tym bardziej byłam pewna, że
ojciec Matta był, a być może nadal jest szaleńcem, który mordował
Zmiennokształtnych by osiągnąć władzę. Był przetrzymywany tam
gdzie znalazłam książkę w celu przeczekania trwających procesów,
które miały zdecydować o jego dalszym losie.
Było
kilka wzmianek o Mattcie. Mówili mu o nim by go zmiękczyć, jednak
on nie dbał o swojego syna. Kilkakrotnie to opisywał.
Z
każdą stroną zdania były coraz bardziej niejasne, a pismo trudno
było rozczytać. Być może był to wpływ zmęczenia, ale uważałam,
że większe znaczenie miał na to jego stan psychiczny. Ostatni
klarowny wpis był z 7 lipca. Reszta kartek była porwana lub
zapisana słowami „Zapłacą mi za to”, „Oni wszyscy zginą”.
Potem już tylko pojedyncze wyrazy „Śmierć”, „Władza”,
„Siła” i „Złoto”. To ostatnie było dla mnie najmniej
zrozumiałe.
Byłam
rozczarowana, że nie dało mi to żadnych przydatnych informacji. Z
hukiem zamknęłam książkę i wtedy wyleciała z niej jakaś
kartka. Podniosłam ją. Wcześniej jej nie zauważyłam. Musiała
być luzem włożona na samym końcu. Była to jakaś lista.
Znajdowały się na niej nazwiska. Niektóre rozpoznałam z Księgi
Życia. Większość z nich była skreślona. Po chwili zorientowałam
się, że to lista ofiar. Szybko przeszukałam ją wzrokiem. Jedno
imię było zakreślone w kółko „Josh Wayne”. Nad nim jedno
skreślone „Amelia Wayne” i drugie podkreślone falowaną linią
„ George Wayne”. Nie znałam nazwiska Josha, ale miałam
przeczucie, że to on i jego rodzina znajdują się na tej liście.
Nagle
wszystko zaczęło mi się układać w jedną, już niezupełnie
niejasną historię. Ojciec Matta zabił rodziców Josha. Stąd
musiała wynikać ta nienawiść. Nie chciał by Matthew doświadczył
przemiany bo wie, że Elver jest jego ojcem. Boi się, że historia
może się powtórzyć.
Brakowało
mi kilku elementów. Musiałam z nim porozmawiać. Byłam na siebie
zła. Dlaczego wcześniej nie mogłam w jakiś nadnaturalny sposób
tego zobaczyć. Skoro śniłam o przyszłości, widziałam duchy to
mogłabym móc dotrzeć do takich spraw. Być może wszystko
potoczyłoby się inaczej.
Wzięłam
dziennik i wybiegłam na korytarz. Zaczęłam walić rękoma w drzwi
od pokoju Josha. Przyłożyłam do nich twarz. Cisza. Albo go nie
było albo naprawdę nie chciał mnie widzieć. W sumie to mu się
nie dziwię. Oskarżałam go nic nie rozumiejąc.
Zbiegłam
na dół. Zajrzałam do salonu, który zawsze był pusty tym razem
nie było inaczej. Potem kuchnia. Wpadłam na kogoś na rogu.
-
Josh – zaczęłam.
Spojrzałam
w górę. To nie był on. Stałam przed kimś kto był od niego nieco
niższy i zdecydowanie bardziej masywny. Nie gruby ale nienaturalnie
umięśnimy jak ci faceci z reklam dezodorantów. Miał czarne,
krótkie włosy i błękitne oczy. Rozpoznałam twarz, która poza
szerszą szczęką i blizną na policzku tak bardzo przypominała
twarz Raya. Odsunęłam się od niego.
-
Travis. - wydyszałam
Spojrzał
na mnie zaskoczony.
-
Znamy się?
-
Nie. Jestem Nicole przyjaciółka Raya - podałam mu dłoń. Nie
byłam pewna czy mogłabym się tak nazwać bo znałam Raya zaledwie
dwa dni, ale to przynajmniej lepiej brzmiało niż „Nicole osoba po
części winna śmierci twojego brata”.
Przez
jego twarz na chwilę przebiegł cień. Uścisnął dłoń i
delikatnie wepchnął mnie do kuchni.
-
Nicole...Może usiądziesz. Chciałbym z tobą porozmawiać.
-
O czym?
-
Widzisz, kiedy Towen do mnie zadzwonił by poinformować mnie o
śmierci brata nie wyjaśnił mi kilku kwestii. Wiem jednak, że ty
też byłaś wtedy w lesie.
Jego
ton przyprawiał mnie o dreszcze.
Usiadł
przy okrągłym stoliku. Zrobiłam to samo, kładąc dziennik na
kolanach pod blatem.
-
Chciałbym żebyś mi powiedziała co się wtedy wydarzyło. Dlaczego
pojechaliście do tego lasu? - kontynuował
Siedziałam
w ciszy, zastanawiając się czy powinnam mu cokolwiek mówić.
Wydawał mi się podejrzany.
Widząc,
że milczę, głośno się roześmiał. Sięgnął za siebie ręką i
wyciągnął z barku butelkę whisky. Odkręcił ją i wypił kilka
solidnych łyków.
-
Myślę, że zasługuję na prawdę. - zaczął – Przez ostatnie
dni nie robię nic innego tylko piję. Ale wiesz co? Alkohol zmusza
do przemyśleń. Przypominałem sobie od nowa słowa Towena „To był
wypadek”, „Było za dużo wilkołaków”, „Poświęcił się
ratując Josha”. To mnie tak nie zdziwiło. Zawsze podziwiał tego
złotego chłystka, więc dlaczego miałby nie oddać za niego życia.
Był ślepo zapatrzony w kogoś kto zawsze niepotrzebnie się
narażał. Kogoś kto drwił z niebezpieczeństwa. Zawsze stał za
nim, ochraniał go i jak przez to skończył. - głos Travisa był
spokojny, ale pełen niewypowiedzianych gróźb – Od początku
wiedziałem, że ta znajomość nie wyjdzie mu na dobre, ale kim
byłem by mu tego odradzać. Tylko starszym bratem. Więc sobie
odpuściłem, wyjechałem, dałem mu możliwość udowodnienia, że
Josh Wayne jest osobą, która poświęciłaby się dla kogoś
innego. Jednak po czterech latach dostaje telefon, że w walce, w
której miał zginąć tygrys ginie pantera. Przedostatnia z rodu –
mój młodszy brat. Powiedz mi Nicole co powstrzymuje mnie by nie
wypatroszyć tego smarkacza?
Serce
mi podskoczyło. On nie znał prawdziwej wersji tego co się stało.
Obwiniał Josha, który nie miał nic wspólnego z tym co się stało.
No prawie nic.
-
To nie przez Josha, Ray nie żyje. - słowa same wypłynęły z moich
ust. Opuścił butelkę, którą ponownie trzymał przy ustach. - To
ja poprosiłam go by pojechał do tego lasu. Mieliśmy odnaleźć
mojego przyjaciela. Josh tylko do nas dołączył i pomógł kiedy
zaczęła się walka.
Twarz
Travisa wygięła się w uśmiechu. Pogroził mi palcem przed nosem.
-
Nie powinnaś go chronić. Nie zasługuje na to.
-
Nie chronię go. Mówię jak było. - starałam się by mój ton
zabrzmiał pewnie.
Travis
spoważniał. Rzucił butelką o przeciwległą ścianę. Szkło
roztrzaskało się po całej kuchni. Szybko wstał od stołu. Chwycił
mnie za ramiona i przycisnął do ściany.
-
Dlaczego? - krzyknął nieco słabszym jakby sztucznym tonem –
Dlaczego byliście tak głupi by to zrobić?
-
Przykro mi. - wyszeptałam
Mój
oddech był szybki i nierówny.
Odsunął
się ode mnie i znowu roześmiał. Koślawym krokiem podszedł do baru
i wyciągnął kolejną butelkę. Nie trudził się odkręcaniem. Po
prostu ułamał szyjkę. Przyłożył naczynie do ust i zachłannie
wypił całą zawartość nie zwracając uwagi na ostre szkło, które
przebiło mu wargi. Zaraz po tym, zachwiał się i upadł na podłogę.
Usiadł prosto i oparł głowę o barek.
Chciał
sięgnąć po kolejną porcje alkoholu ale ręka ześlizgnęła mu
się z blatu. Siłą nacisku półka się podniosła, przez co
wszystko co na niej stało runęło na ziemię. O dziwo nic się nie
potłukło ale rozległ się ogromny hałas.
Podbiegłam
i zaczęłam łapać porozrzucane butelki, które toczyły się po
podłodze.
-
Nie powinienem już pić. - wybełkotał.
Zaśmiałam
się cicho.
-
Zdecydowanie nie.
-
Przepraszam, że cię wystraszyłem. Jestem nieco rozdrażniony całą
tą sytuacją. - mówił tak jakby naśmiewał się sam z siebie.
Kiedy
ustawiłam już wszystkie naczynia podeszłam do niego i usiadłam
obok.
-
Każdy ma swój sposób na radzenie sobie ze stratą. - stwierdziłam
-
Mój chyba nie jest najlepszy. - czknął - Myślisz, że mogę się
tutaj zatrzymać na noc?
-
Nie wiem, ale raczej nie puszczę cię w takim stanie na miasto. -
zaśmiałam się. - Tutaj jest sporo sypialni. Towen chyba się nie
obrazi jak sobie jedną wybierzesz.
-
Mam tu swoją. - oburzył się – Jest przy samych schodach po
prawej.
Zaczął
powoli się podnosić. Ponieważ mi zajęło to mniej czasu,
postanowiłam mu pomóc. Widząc to roześmiał się.
-
Dam radę.
Nie
byłam o tym przekonana kiedy zatoczył się do tyłu i znowu upadł
na podłogę
-
Widzę.
Podparłam
go ramieniem i o wspólnych siłach postawiliśmy go na nogi. Powoli
ruszyliśmy w stronę korytarza. Naprzeciw wyszedł nam Josh.
-
Co tutaj się stało? - spytał rozglądając się po zdemolowanej
kuchni.
Travis
podniósł zmęczoną głowę. Jak tylko rozpoznał Josha, odepchnął
mnie lekko i ruszył w jego stronę szybkim krokiem. Już tak się
nie chwiał. Jakby otrzeźwiał w jednej chwili.
-
Ty zapatrzony w siebie, durny, śmieciu. - zaczął groźnym tonem. -
Zabiję cię.
Josh
też szybko zorientował się kto idzie w jego kierunku. Nie
zareagował jednak na obelgi, ani groźbę. Podbiegłam i stanęłam
przed Travisem w momencie, w którym zamachnął się ręką i omal
znowu nie wylądował na ziemi.
-
Przestań. - powiedziałam – Pamiętasz co ci mówiłam.?-
Patrzyłam mu prosto w oczy starając się coś z nich wyczytać. Był
jednak zbyt pijany by przekazywać jakieś konkretne emocje.
-
Masz rację. - opuścił rękę. - Potem go wykończę. Lepiej
stanąć z nim do walki kiedy nikt go nie będzie zasłaniał przed
śmiertelnym zagrożeniem.
Każdy
z nas zrozumiał aluzję.
Travis
minął nas, szturchając przy tym Josha ramieniem. Kiedy na niego
spojrzałam miał spuszczoną głowę. Chciałam jakoś go pocieszyć.
Powiedzieć, że tak naprawdę nie jest winny śmierci Raya, ale
wiedziałam, że to by mu nie pomogło.
-
Lepiej sprawdzę czy dojdzie do pokoju. - wskazałam palcem na
korytarz.
-
Zostaw go. - powiedział kiedy byłam już przy framudze. - On
jest... Poradzi sobie.
-
Widziałam już wcześniej. - odparłam.
Przypomniałam
sobie, że zanim natrafiłam na Travisa to Josha szukałam.
-
Czy moglibyśmy porozmawiać jak wrócę? - spytałam
Pokiwał
głową.
-
Będę na górze u siebie, ale chyba najpierw trochę tu ogarnę.
-
Dzięki.
Uśmiechnęłam
się i ruszyłam w stronę pokoju Travisa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz