sobota, 25 stycznia 2014

Rozdział 7

Dziennik

Kolejne dwa dni spędziłam na przeszukiwaniu książek o Zmiennokształtnych. Mimo ogromnego zaangażowania i uporu nic nie udało mi się znaleźć. Postanowiłam nie prosić Josha o pomoc. Nie odzywałam się do niego od tamtego wieczoru. Starałam się ograniczyć spotkania z nim do minimum. Czasami jednak było to niemożliwe. Mieszkaliśmy w jednym domu, więc były momenty, w których mijaliśmy się na schodach. Kiedy wchodził do jakiegoś pomieszczenia, ja po prostu z niego wychodziłam. Być może było to dość dziecinne, ale przynajmniej mogłam się skupić na tym co było dla mnie najważniejsze- odnalezienie Matta. Ray miał się pojawić dopiero po jutrze. Do tego czasu musiałam chociaż próbować.
Najbardziej w tym wszystkim było mi żal Towena. Przez to, że nie wychodziły mu zaklęcia lokalizujące, całkowicie się załamał. Chciałam mu powiedzieć o Rayu i o tym, że to przez innego czarownika, nie możemy ustalić położenia watahy. Nie wiedziałam jednak czy byłoby to dobre. Co prawda miałam tylko nie mówić Joshowi, ale jaką miałam gwarancje, że Towen by mu nie powiedział. Wolałam nie ryzykować.
Po południu zmęczona po przeszukiwaniu książek postanowiłam jakoś odreagować. Nie miałam pomysłu co mogłoby mi teraz pomóc. Odłożyłam wszystkie spisy i legendy na swoje miejsce i ruszyłam w kierunku wyjścia. Zatrzymałam się przed drzwiami biblioteki prowadzącymi na korytarz i spojrzałam w stronę sali do ćwiczeń. Trening był ostatnią rzeczą na jaką miałam ochotę, ale mimo to odwróciłam się i poszłam w stronę hali. Otworzyłam potężne wrota. Zastanawiałam się dlaczego sala jest oddzielona krótkim korytarzem, a właściwie pomieszczeniem. Wcześniej nie zwracałam na to uwagi.
Panował tutaj straszny bałagan. Wszędzie wisiały pajęczyny, a w powietrzu unosił się kurz. To miejsce przypominało trochę piwnice. Odróżniało się od tak zadbanego domu. Usiadłam na jednym z uszkodzonych plastikowych krzeseł i zaczęłam się rozglądać. Niby nic nadzwyczajnego. Kilka komód, regałów z różnymi skrzyneczkami i fiolkami, jakieś kartony z uszkodzoną bronią i mnóstwo podartych oraz pogniecionych kartek. Zauważyłam , że ciemne ściany w niektórych miejscach były naznaczone przez pazury. Na jednej szczególnie. Wstałam i odsunęłam jedną z szaf, która zakrywała spory kawałek pionowej powierzchni. W tym miejscu nie było ani kawałka drewnianej boazerii. Była ona dosłownie wydarta. Przyłożyłam dłoń do jednego ze śladów. Nie zasłoniłam nawet połowy szerokości. Zwierzę, które to zrobiło musiało być ogromne. Jego łapa była ponad dwukrotnie większa od mojej dłoni. Podeszłam bliżej i nogą zahaczyłam o coś metalowego. Spojrzałam w dół. Do ściany były przymocowane dwa grube, zardzewiałe łańcuchy. Między nimi coś leżało. Był to niewielki dziennik. Kiedy go otworzyłam zorientowałam się, że to pamiętnik. Kartki były zapisane ręcznym nieco koślawym pismem. W niektórych miejscach żółte strony przesiąknięte były krwią. Otworzyłam książkę tak by zobaczyć początek. Na stronie tytułowej widniał napis „ Elver da Vistern”, przewróciłam dalej by zobaczyć pierwszy wpis.

15 kwietnia 1997r.

Tkwię tutaj przynajmniej od tygodnia. Pozbawiony światła, ciepła, wody i jedzenia. Mimo fizycznego osłabienia, czuję swoją siłę psychiczną. Nie złamią mnie. Liczą na to, że uda się im mnie zmienić. Drwię z ich naiwności, nadziei, ułudy. Jestem dumny z tego co zrobiłem. Żadne tortury, nie sprawią, że będę lepszą osobą. Nic nie ma dla mnie znaczenia poza żądzą władzy. Nienawiść jest potężna jednak broń jaką ja posiadam jest nie do zniszczenia.

Szybko zamknęłam pamiętnik i schowałam go za bluzkę. Z powrotem zasunęłam ścianę i pobiegłam do swojego pokoju. W końcu miałam jakieś źródło. Osobisty dziennik ojca Matta. Być może po przeczytaniu znajdę jakieś informacje, które mogą mi się przydać. Położyłam się na łóżku i pogrążyłam w lekturze.

* * *

Kiedy dotarłam do końca niecałkowicie zapisanego dziennika był już wieczór. Nie wyczytałam z niego żadnych konkretnych informacji. Każda strona była przesiąknięta opisami własnych uczuć i pewności siebie. Im dalej czytałam tym bardziej byłam pewna, że ojciec Matta był, a być może nadal jest szaleńcem, który mordował Zmiennokształtnych by osiągnąć władzę. Był przetrzymywany tam gdzie znalazłam książkę w celu przeczekania trwających procesów, które miały zdecydować o jego dalszym losie.
Było kilka wzmianek o Mattcie. Mówili mu o nim by go zmiękczyć, jednak on nie dbał o swojego syna. Kilkakrotnie to opisywał.
Z każdą stroną zdania były coraz bardziej niejasne, a pismo trudno było rozczytać. Być może był to wpływ zmęczenia, ale uważałam, że większe znaczenie miał na to jego stan psychiczny. Ostatni klarowny wpis był z 7 lipca. Reszta kartek była porwana lub zapisana słowami „Zapłacą mi za to”, „Oni wszyscy zginą”. Potem już tylko pojedyncze wyrazy „Śmierć”, „Władza”, „Siła” i „Złoto”. To ostatnie było dla mnie najmniej zrozumiałe.
Byłam rozczarowana, że nie dało mi to żadnych przydatnych informacji. Z hukiem zamknęłam książkę i wtedy wyleciała z niej jakaś kartka. Podniosłam ją. Wcześniej jej nie zauważyłam. Musiała być luzem włożona na samym końcu. Była to jakaś lista. Znajdowały się na niej nazwiska. Niektóre rozpoznałam z Księgi Życia. Większość z nich była skreślona. Po chwili zorientowałam się, że to lista ofiar. Szybko przeszukałam ją wzrokiem. Jedno imię było zakreślone w kółko „Josh Wayne”. Nad nim jedno skreślone „Amelia Wayne” i drugie podkreślone falowaną linią „ George Wayne”. Nie znałam nazwiska Josha, ale miałam przeczucie, że to on i jego rodzina znajdują się na tej liście.
Nagle wszystko zaczęło mi się układać w jedną, już niezupełnie niejasną historię. Ojciec Matta zabił rodziców Josha. Stąd musiała wynikać ta nienawiść. Nie chciał by Matthew doświadczył przemiany bo wie, że Elver jest jego ojcem. Boi się, że historia może się powtórzyć.
Brakowało mi kilku elementów. Musiałam z nim porozmawiać. Byłam na siebie zła. Dlaczego wcześniej nie mogłam w jakiś nadnaturalny sposób tego zobaczyć. Skoro śniłam o przyszłości, widziałam duchy to mogłabym móc dotrzeć do takich spraw. Być może wszystko potoczyłoby się inaczej.
Wzięłam dziennik i wybiegłam na korytarz. Zaczęłam walić rękoma w drzwi od pokoju Josha. Przyłożyłam do nich twarz. Cisza. Albo go nie było albo naprawdę nie chciał mnie widzieć. W sumie to mu się nie dziwię. Oskarżałam go nic nie rozumiejąc.
Zbiegłam na dół. Zajrzałam do salonu, który zawsze był pusty tym razem nie było inaczej. Potem kuchnia. Wpadłam na kogoś na rogu.
- Josh – zaczęłam.
Spojrzałam w górę. To nie był on. Stałam przed kimś kto był od niego nieco niższy i zdecydowanie bardziej masywny. Nie gruby ale nienaturalnie umięśnimy jak ci faceci z reklam dezodorantów. Miał czarne, krótkie włosy i błękitne oczy. Rozpoznałam twarz, która poza szerszą szczęką i blizną na policzku tak bardzo przypominała twarz Raya. Odsunęłam się od niego.
- Travis. - wydyszałam
Spojrzał na mnie zaskoczony.
- Znamy się?
- Nie. Jestem Nicole przyjaciółka Raya - podałam mu dłoń. Nie byłam pewna czy mogłabym się tak nazwać bo znałam Raya zaledwie dwa dni, ale to przynajmniej lepiej brzmiało niż „Nicole osoba po części winna śmierci twojego brata”.
Przez jego twarz na chwilę przebiegł cień. Uścisnął dłoń i delikatnie wepchnął mnie do kuchni.
- Nicole...Może usiądziesz. Chciałbym z tobą porozmawiać.
- O czym?
- Widzisz, kiedy Towen do mnie zadzwonił by poinformować mnie o śmierci brata nie wyjaśnił mi kilku kwestii. Wiem jednak, że ty też byłaś wtedy w lesie.
Jego ton przyprawiał mnie o dreszcze.
Usiadł przy okrągłym stoliku. Zrobiłam to samo, kładąc dziennik na kolanach pod blatem.
- Chciałbym żebyś mi powiedziała co się wtedy wydarzyło. Dlaczego pojechaliście do tego lasu? - kontynuował
Siedziałam w ciszy, zastanawiając się czy powinnam mu cokolwiek mówić. Wydawał mi się podejrzany.
Widząc, że milczę, głośno się roześmiał. Sięgnął za siebie ręką i wyciągnął z barku butelkę whisky. Odkręcił ją i wypił kilka solidnych łyków.
- Myślę, że zasługuję na prawdę. - zaczął – Przez ostatnie dni nie robię nic innego tylko piję. Ale wiesz co? Alkohol zmusza do przemyśleń. Przypominałem sobie od nowa słowa Towena „To był wypadek”, „Było za dużo wilkołaków”, „Poświęcił się ratując Josha”. To mnie tak nie zdziwiło. Zawsze podziwiał tego złotego chłystka, więc dlaczego miałby nie oddać za niego życia. Był ślepo zapatrzony w kogoś kto zawsze niepotrzebnie się narażał. Kogoś kto drwił z niebezpieczeństwa. Zawsze stał za nim, ochraniał go i jak przez to skończył. - głos Travisa był spokojny, ale pełen niewypowiedzianych gróźb – Od początku wiedziałem, że ta znajomość nie wyjdzie mu na dobre, ale kim byłem by mu tego odradzać. Tylko starszym bratem. Więc sobie odpuściłem, wyjechałem, dałem mu możliwość udowodnienia, że Josh Wayne jest osobą, która poświęciłaby się dla kogoś innego. Jednak po czterech latach dostaje telefon, że w walce, w której miał zginąć tygrys ginie pantera. Przedostatnia z rodu – mój młodszy brat. Powiedz mi Nicole co powstrzymuje mnie by nie wypatroszyć tego smarkacza?
Serce mi podskoczyło. On nie znał prawdziwej wersji tego co się stało. Obwiniał Josha, który nie miał nic wspólnego z tym co się stało. No prawie nic.
- To nie przez Josha, Ray nie żyje. - słowa same wypłynęły z moich ust. Opuścił butelkę, którą ponownie trzymał przy ustach. - To ja poprosiłam go by pojechał do tego lasu. Mieliśmy odnaleźć mojego przyjaciela. Josh tylko do nas dołączył i pomógł kiedy zaczęła się walka.
Twarz Travisa wygięła się w uśmiechu. Pogroził mi palcem przed nosem.
- Nie powinnaś go chronić. Nie zasługuje na to.
- Nie chronię go. Mówię jak było. - starałam się by mój ton zabrzmiał pewnie.
Travis spoważniał. Rzucił butelką o przeciwległą ścianę. Szkło roztrzaskało się po całej kuchni. Szybko wstał od stołu. Chwycił mnie za ramiona i przycisnął do ściany.
- Dlaczego? - krzyknął nieco słabszym jakby sztucznym tonem – Dlaczego byliście tak głupi by to zrobić?
- Przykro mi. - wyszeptałam
Mój oddech był szybki i nierówny.
Odsunął się ode mnie i znowu roześmiał. Koślawym krokiem podszedł do baru i wyciągnął kolejną butelkę. Nie trudził się odkręcaniem. Po prostu ułamał szyjkę. Przyłożył naczynie do ust i zachłannie wypił całą zawartość nie zwracając uwagi na ostre szkło, które przebiło mu wargi. Zaraz po tym, zachwiał się i upadł na podłogę. Usiadł prosto i oparł głowę o barek.
Chciał sięgnąć po kolejną porcje alkoholu ale ręka ześlizgnęła mu się z blatu. Siłą nacisku półka się podniosła, przez co wszystko co na niej stało runęło na ziemię. O dziwo nic się nie potłukło ale rozległ się ogromny hałas.
Podbiegłam i zaczęłam łapać porozrzucane butelki, które toczyły się po podłodze.
- Nie powinienem już pić. - wybełkotał.
Zaśmiałam się cicho.
- Zdecydowanie nie.
- Przepraszam, że cię wystraszyłem. Jestem nieco rozdrażniony całą tą sytuacją. - mówił tak jakby naśmiewał się sam z siebie.
Kiedy ustawiłam już wszystkie naczynia podeszłam do niego i usiadłam obok.
- Każdy ma swój sposób na radzenie sobie ze stratą. - stwierdziłam
- Mój chyba nie jest najlepszy. - czknął - Myślisz, że mogę się tutaj zatrzymać na noc?
- Nie wiem, ale raczej nie puszczę cię w takim stanie na miasto. - zaśmiałam się. - Tutaj jest sporo sypialni. Towen chyba się nie obrazi jak sobie jedną wybierzesz.
- Mam tu swoją. - oburzył się – Jest przy samych schodach po prawej.
Zaczął powoli się podnosić. Ponieważ mi zajęło to mniej czasu, postanowiłam mu pomóc. Widząc to roześmiał się.
- Dam radę.
Nie byłam o tym przekonana kiedy zatoczył się do tyłu i znowu upadł na podłogę
- Widzę.
Podparłam go ramieniem i o wspólnych siłach postawiliśmy go na nogi. Powoli ruszyliśmy w stronę korytarza. Naprzeciw wyszedł nam Josh.
- Co tutaj się stało? - spytał rozglądając się po zdemolowanej kuchni.
Travis podniósł zmęczoną głowę. Jak tylko rozpoznał Josha, odepchnął mnie lekko i ruszył w jego stronę szybkim krokiem. Już tak się nie chwiał. Jakby otrzeźwiał w jednej chwili.
- Ty zapatrzony w siebie, durny, śmieciu. - zaczął groźnym tonem. - Zabiję cię.
Josh też szybko zorientował się kto idzie w jego kierunku. Nie zareagował jednak na obelgi, ani groźbę. Podbiegłam i stanęłam przed Travisem w momencie, w którym zamachnął się ręką i omal znowu nie wylądował na ziemi.
- Przestań. - powiedziałam – Pamiętasz co ci mówiłam.?- Patrzyłam mu prosto w oczy starając się coś z nich wyczytać. Był jednak zbyt pijany by przekazywać jakieś konkretne emocje.
- Masz rację. - opuścił rękę. - Potem go wykończę. Lepiej stanąć z nim do walki kiedy nikt go nie będzie zasłaniał przed śmiertelnym zagrożeniem.
Każdy z nas zrozumiał aluzję.
Travis minął nas, szturchając przy tym Josha ramieniem. Kiedy na niego spojrzałam miał spuszczoną głowę. Chciałam jakoś go pocieszyć. Powiedzieć, że tak naprawdę nie jest winny śmierci Raya, ale wiedziałam, że to by mu nie pomogło.
- Lepiej sprawdzę czy dojdzie do pokoju. - wskazałam palcem na korytarz.
- Zostaw go. - powiedział kiedy byłam już przy framudze. - On jest... Poradzi sobie.
- Widziałam już wcześniej. - odparłam.
Przypomniałam sobie, że zanim natrafiłam na Travisa to Josha szukałam.
- Czy moglibyśmy porozmawiać jak wrócę? - spytałam
Pokiwał głową.
- Będę na górze u siebie, ale chyba najpierw trochę tu ogarnę.
- Dzięki.
Uśmiechnęłam się i ruszyłam w stronę pokoju Travisa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz