czwartek, 27 marca 2014

Rozdział 24

Czy to już koniec?

 Głośna muzyka drażniła moje uszy. To zdecydowanie nie były moje klimaty. Silne basy wdzierały się w moje już nadwyrężone bębenki. Jednak po godzinie przestałam zwracać na to uwagę. Po tym jak cały wieczór bez celu pałętałam się po mieście gdy zrobiło się chłodniej, a moje nogi odmawiały mi posłuszeństwa wstąpiłam do pierwszego lepszego baru, który był otwarty. Na nieszczęście była to bardziej dyskoteka. Tłumy ludzi wiły się niczym węże na parkiecie. Skąpo ubrane panie i napastujący je faceci. Ja natomiast zajęłam miejsce przy barze i piłam. Było to zachowanie tak do mnie nie podobne, że gdyby nie zmęczenie fizyczne i psychiczne na pewno miałabym teraz wyrzuty sumienia lub wrzeszczała sama na siebie. Wcześniej rzadko chodziłam na imprezy. Matt wolał trzymać mnie od takich miejsc z daleka. Gdy tak teraz o tym myślę to był dla mnie bardziej niczym nadgorliwy ojciec, którego nigdy nie miałam, a nie przyjaciel z tej samej szkoły, z którym spędziło się połowę dzieciństwa. 
- Jeszcze jeden? - spytał barman spoglądając na pustą szklankę stojącą tuż przede mną.
Kiwnęłam głową by ponownie ją zapełnił. Dopiero po chwili zorientowałam się, że mogę nie mieć jak za to zapłacić. Zaczęłam szukać jakiś świstków po kieszeniach tak by tego nie zauważył. Dwa pięćdziesiąt. Raczej nie wystarczy. Skrzywiłam się lekko i z powrotem przywołałam uśmiech by nie nabrał podejrzeń. Przy odrobinie szczęścia uda mi się wymknąć kiedy będzie obsługiwał kogoś innego.
- Pozwól, że ja zapłacę. - powiedział ktoś obok mnie. Odwróciłam głowę. Wysoki mężczyzna o jasnej karnacji, ciemnych, nastroszonych włosach i zielonych oczach wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Nie widziałem cię tu wcześniej. - stwierdził ignorując moje spojrzenie mówiące „Spadaj”.
- Może przychodziłam kiedy ciebie nie było. - syknęłam.
- Mało prawdopodobne.- Usiadł na stołek obok. - Spędzam tu naprawdę dużo czasu. 
- Najwyraźniej za dużo. - mruknęłam pod nosem licząc, że moje słowa zostaną zagłuszone przez muzykę.
- To dobre miejsce by się zabawić po ciężkim dniu. - wyjaśnił.
Kto jak kto, ale on nie wyglądał na zapracowanego. Zero odznak jakiegokolwiek zmęczenia. Zgrabnie zaczesane włosy, lekko zwilżone, nieskazitelna cera, niemal przezroczysta no i prosta postawa. Zupełnie jakby dopiero co opuścił spa.
- A więc co tu robisz? - spytał – Leczysz smutki?
- Odseparowuje się od natrętnych i zadufanych mężczyzn. - przywołałam fałszywy uśmiech, modląc się w duchu by już sobie poszedł. Nie miałam ochoty na jakiekolwiek konwersacje. 
- W klubie, w którym jest ich pełno? To trochę nierealne. - Obojętnie wzruszyłam ramionami. - Zwłaszcza, że chodzi o kogoś tak pięknego jak ty. 
Omal nie parsknęłam śmiechem. To było kiepskie posunięcie. Nie potrzebowałam przyglądania się w lustrze by wiedzieć, że wyglądam jak wrak człowieka. Nie przespane noce i męczące dni odcisnęły na mnie swoje piętno. Zdecydowanie nie wyglądałam przyzwoicie, a co dopiero pięknie. 
Okręciłam się na stołku dając cichy znak, że nie mam ochoty na jego towarzystwo. Skupiłam wzrok na kimś siedzącym przy stoliku w rogu. Robiłam wszystko byle tylko go nie słuchać. Wiedziałam, że coś do mnie mówił, ale bariera głośnej muzyki zagłuszała jego słowa. Mężczyzna w rogu nagle się wyprostował. Po chwili naprzeciw niego usiadła inna postać w grubej bluzie z kapturem nasuniętym na głowę. Zaczęli rozmawiać, ale nie trwało to długo. Nowo przybyły nagle się zdenerwował i chwycił tego drugiego za koszule przygwożdżając do ściany. Tamten zaczął się wyrywać i panicznie machać rękami. Najwyraźniej podziałało bo napastnik rzucił go z powrotem na siedzenie przewracając krzesła. Kiedy odwrócił się w stronę wyjścia zobaczyłam łunę białych włosów i coś błyszczącego na jego szyi. W pośpiechu wyszedł z baru, a ja straciłam obiekt swoich zainteresowań. Uznałam, że to dobry moment by opuścić to miejsce. Z powrotem odwróciłam się do mężczyzny siedzącego obok mnie. 
- Bardzo miło, że zaszczyciłeś mnie swoją osobą. - odrzekłam – Skoro nalegasz zapłacić za mojego drinka nic nie stoi na przeszkodzie. Ja wychodzę.
Widząc jego osłupienie, aż uśmiechnęłam się w środku. Pomachałam jeszcze na odchodne i zostawiłam go samego. Kręciło mi się w głowie kiedy przepychałam się między ludźmi. Tutaj było zdecydowanie za gorąco. Musiałam wyjść na powietrze. Nie wiedziałam ile dokładnie wypiłam, ale mój organizm nie był przyzwyczajony do alkoholu więc, nawet najmniejsza ilość mogła zwalić mnie z nóg lub przyprawić o ból głowy. 
Na szczęście chłodne powietrze na zewnątrz trochę mnie ocuciło. Nadal miałam wahania co do tego czy mój obraz przypadkiem się nie przekrzywił, ale przynajmniej mogłam w spokoju myśleć. Rozejrzałam się dookoła. Niezupełnie pamiętałam drogę powrotną. Tak to jest kiedy chodzi się na oślep. Mieszkałam tutaj od dziecka, mimo to nie znałam wszystkich zakamarków Jacksonville. A już na pewno ulic z nocnymi klubami. Ruszyłam więc w prawo licząc, że to odpowiedni kierunek. Było już późno. Ciemne niebo pokryte gwiazdami wisiało nad moją głową. Temperatura też znacznie się obniżyła, a ja nie miałam na sobie nic więcej poza cienką koszulką i krótkimi spodenkami. Wypite wcześniej drinki najwyraźniej nie pomogły przezwyciężyć temperatury. Objęłam się ramionami i szybkim krokiem ruszyłam przed siebie. Musiałam dotrzeć do jakiejś głównej ulicy. Stamtąd nie powinnam mieć większych problemów by ustalić swoje położenie i wrócić do domu. 
Spacer powinien mnie ocucić, ale z każdym krokiem było coraz gorzej. Obraz mi się zamazywał, a nogi były jak z waty. Czułam, że wypity alkohol dopiero teraz wypływa na wierzch. Skupiłam się na betonowych płytkach chodnika. One jedne pozostawały w ostrości. Były moim stałym punktem. 
Nagle mocno w coś uderzyłam całym ciałem. Podniosłam głowę. To był on. Mężczyzna z baru, ale jego wyraz twarzy był inny. Zniknął miły uśmiech, a pojawiła się kamienna, zimna maska. 
- To niegrzeczne zostawiać kogoś w środku rozmowy. - skarcił mnie.
- Jakiej rozmowy. - przetarłam skronie – Chciałeś chyba powiedzieć niekończącego się monologu.
- Bardzo zabawne. - stwierdził.
- Posłuchaj mam dosyć na dzisiaj.
Chciałam go wyminąć, ale zastąpił mi drogę. 
- Tutaj masz racje. To już koniec na dzisiaj. Przynajmniej dla ciebie. - wyszczerzył zęby i wtedy je zobaczyłam. Długie, lśniące kły wystające z dziąseł. Wampir.
Zaczęłam się cofać, nerwowo rozglądając. Ulica była pusta. Nie miałam co liczyć na pomoc. Zresztą zwykły człowiek nic by nie poradził. Co najwyżej mógłby skończyć jeszcze gorzej niż ja. Nie dobrze. Było naprawdę źle. Mogłam odwrócić się i uciec, ale nie pokonałabym odległości większej niż kilka metrów. Wampiry były szybkie. Nie spotkałam jeszcze żadnego, ale oglądałam wystarczającą ilość filmów by to wiedzieć. Zresztą w podręcznikach Towena o istotach nadnaturalnych też była o tym wzmianka.
- Opuściła cię odwaga? - zaśmiał się. 
Nie do końca. Nie było szansy by udało mi się go pokonać, ale być może chociaż trochę spowolnić. Gdybym tylko znalazła cokolwiek z drewna. Nie byłam doskonałym wojownikiem, ale kilka dni treningu z Joshem zwiększyło moje umiejętności. Zwłaszcza jeśli chodzi o rzucanie do celu. Potrzebowałam jedynie broni. Jak na złość na tej ulicy nie było żadnych drzew, jedyną szansą był śmietnik. Nie byłam pewna, ale zdaje się że mijałam ciemny zakątek kilka metrów wcześniej. Istniała szansa, że będzie moim ocaleniem. Zamierzałam podjąć to ryzyko. Jeśli miałam dzisiaj umrzeć, to nie poddam się bez walki. Serce mi przyspieszyło na wieść o szansie na ratunek i byłam pewna, że on to usłyszał. Nie tracąc czasu ruszyłam biegiem. Usłyszałam za sobą głośny śmiech. Niech myśli, że nie zdołam przed nim uciec to być może zyskam w ten sposób więcej czasu. Po lewej stronie pojawiła się ciemna dziura. Natychmiast w nią skręciłam i...nic. Ślepy zaułek otoczony przez budynki z każdej strony. To był koniec. Odwróciłam się kiedy usłyszałam za sobą świst powietrza. Stał blisko. Za blisko. Znowu zaczęłam się cofać aż natknęłam się na betonową barierę nie do pokonania. 
- To już chyba koniec pościgu. - powiedział z udawanym smutkiem. - Jestem zawiedziony.
Rozejrzałam się ostatni raz i je ujrzałam. Połamane drzwi. One na pewno były drewniane i co najlepsze roztrzaskane. Ledwo się trzymały na zawiasach, a ich drobniejsze kawałki leżały na ziemi. Ostrożnym krokiem ruszyłam w ich stronę patrząc wprost na wampira. Kiedy zbliżył się dostatecznie blisko i szybko, udałam, że się przewracam. Jednocześnie plecami uderzyłam o zimną nawierzchnie i prawą ręką sięgnęłam po w miarę ostro zakończony odłamek. Kucnął przy mnie, przekrzywiając głowę i obserwując mnie głodnym wzrokiem od stóp do głowy. 
- Miło było cię poznać. - powiedział – Mówię szczerze. Mimo, że nie powiedziałaś zbyt wiele to po twoim zachowaniu domyśliłem się naprawdę wiele o twojej osobie.
Pochylił głowę zbliżając kły do mojej szyi. Kiedy już prawie jej dotknął użyłam całej swojej siły by wbić mu moją prowizoryczna broń w plecy. Gwałtownie się wygiął w drugą stronę z krzykiem dając mi wolne pole do ucieczki. Natychmiast wykorzystałam szansę. Ruszyłam biegiem używając każdej cząstki siły jaka mi pozostała. Usłyszałam stek przekleństw gdzieś daleko za mną. Modliłam się żeby zrezygnował z pościgu. Coś mi jednak mówiło, że to nie będzie takie łatwe. Biegłam mijając kolejne zakręty. Serce mocno tłukło się o moje żebra. Płuca domagały się większej ilości powietrza. Byłam szybka, sama się dziwiłam jak bardzo, ale to nie wystarczyło. Nie w ucieczce przed wampirem. Kiedy mijałam kolejny róg znalazłam się na jednej z głównych ulic. Tak chciałam by okazała się zatłoczona, by była moim ocaleniem. Okazała się pusta, zupełnie osamotniona jak ja. Nagle ziemia przede mną się skończyła. Nie, to ja leciałam. Wyleciałam wysoko, uderzając plecami o jeden z budynków. Z ogromną szybkością zaczęłam spadać. Widziałam zbliżającą się ziemię, ale ból nie nastąpił, nie w takiej postaci. Ktoś mocno mnie złapał za gardło i przygwoździł do ściany, uniemożliwiając oddychanie. 
- Ty suko! - wysyczał wampir.
Puścił moją szyję tylko po to by zatopić zęby w moim gardle. Usłyszałam głośny krzyk kogoś gdzieś daleko, albo to ja krzyczałam. Nie miałam pojęcia. Czułam ogromny ból i nagłe osłabienie. Jakby opuszczało mnie życie. Nie chciałam umierać. Nie w taki sposób. Przed oczami pojawiły mi się czarne plamy. Podjęłam ostatnią próbę ratunku. Zaczęłam mocno go uderzać w plecy, ale jak się domyślałam to było bezcelowe. Tutaj był mój koniec. Pomyślałam o Mattcie. O tym, że on tam leży i być może czeka na mnie. Być może byłam jego jedyną tarczą. Gdybym nie uciekła mogłabym zapobiec temu co oni chcą mu zrobić. Zawiodłam go. Schrzaniłam wszystko. Nastała ciemność. Usłyszałam nagły świst, krzyk, a potem głuchy odgłos i ponownie świst, ale nie czułam nic. Żadnego ciepła, ani zimna. Zupełna pustka. Czyżby tak wyglądała śmierć. Nie wiedziałam czy to omamy, ale wydawało mi się, że ktoś mnie woła. Ktoś krzyknął moje imię. Potem już tylko cichy szept, ale słowa po raz ostatni stały się wyraźne i należały do mężczyzny. „Przepraszam”. Potem nie było już nic.

niedziela, 23 marca 2014

Rozdział 23

Awantura

Jak tylko weszliśmy przez główne drzwi do holu, od razu wiedzieliśmy, że coś jest nie tak. Pomieszczenie było zdewastowane. Na schodach walały się odłamki glinianych wazonów i mis pochodzących z piętra wyżej. Jeden z obrazów wiszących po prawej stronie tuż przy wejściu do kuchni leżał na ziemi połamany. Ściana po przeciwnej stronie była popękana z wielkim wgnieceniem. Zauważyłam też zniszczone kafelki, niektóre pęknięte, których kawałki walały się luzem prawie wszędzie. Przy jednej z ocalałych poręczy schodów niezgrabnie oparty stał Elyan, czyszczący swoje paznokcie.
- Co tu się stało? - zapytał zszokowany Towen.
- Była niewielka różnica poglądów. - odpowiedział Elyan nie przerywając zabiegu pielęgnacyjnego. - Powiedzmy, że padały konkretne argumenty.
- Nie było mnie dłużej niż dwie godziny, a wy już zdążyliście zniszczyć dom? - powiedział zdenerwowany, a rzadko taki był. 
Elyan zrobił zgorszoną minę i wskazał na siebie dłonią z udawanym urażeniem.
- Ja nie miałem z tym nic wspólnego. Nie interesuje mnie ochrona Księgi.
- A więc co...
- Oni odeszli! - dobiegł do nas głośny krzyk. Josh, który wyglądał jakby dopiero co opuścił piekło, zbiegł wściekły po schodach. Włosy miał rozczochrane, koszulkę rozciętą na ramieniu i brzuchu. Nie widziałam żeby był ranny co oznaczało, że jeśli doszło do sprzeczki nie dawno nie używali złota. Jednak zaschnięta krew pokrywająca jego ubrania i skórę świadczyła o zażartej walce. - Trevor i jego głupia świta. Uciekli jak tchórze.
- O czym ty mówisz? - spytał Towen najwyraźniej już zmęczony wybrykami Josha.
- Pobiłeś się z Trevorem? - spytała zaskoczona i jednocześnie zła Kelly.
W drodze do domu zdążyła odzyskać przytomność. Tak jak przewidzieliśmy wcześniej nie była w dobrym humorze. Sam miał racje, że w porę się ulotnił. Miała ochotę rozerwać go na strzępy. Potem gdy Towen zbywał jej pytania odnośnie rannego chłopca przeniosła swoją gorycz na niego. W ten sposób nie odzywała się aż do teraz.
- Nie miałem wyboru. - wzruszył ramionami Josh. - I gdyby nie ten głupi debil – wskazał oskarżycielsko na Elyana, który już zdążył się znudzić całą tą sytuacją i ruszył na górę do swojego pokoju. - Powstrzymałbym ich przed opuszczeniem posesji.
Kelly właśnie miała zacząć się z nim kłócić, więc się wtrąciłam.
- Co takiego powiedziałeś, że chcieli wcześniej wyjechać?
Odwrócił głowę w moją stronę jakby dopiero teraz mnie zauważył.
- Dlaczego sądzisz, że coś powiedziałem?
- Nicole ma racje. - Kelly stanęła po mojej stronie – Nie wyjechaliby beze mnie.
- Tak trudno przyjąć do wiadomości, że ktoś nie potrafi z tobą wytrzymać? - odszczekał się. 
W tym momencie straciła całą swoją samokontrole. Wszystkie negatywne emocje, które starała się uciszyć wypłynęły na wierzch. Oczy jej się rozszerzyły, a z ust wyleciał stek obelg. 
- Tak, bo to ty zawsze byłeś, jesteś i będziesz zapatrzonym w siebie arogantem, który nie potrafi sprawić by ktokolwiek chciał spędzić z nim więcej czasu niż godzinę. Nikt nie ma ochoty marnować swojego czasu na kogoś tak podłego i samolubnego jak ty. Ja nigdy nie miałam problemu z dogadywaniem się z Trevorem. To ciebie odesłał tutaj. To na ciebie nie miał już siły. Był dla nas wszystkich taki dobry. Zlitował się nad sierotami, które zbyt wcześnie straciły rodziców. 
- Nie potrzebuję litości. - warknął Josh – Współczucia, miłosierdzia, łaski. To nie czyni mnie silniejszym. To osłabia. Będąc tutaj z Towenem doświadczyłem czegoś więcej niż tylko smutnych spojrzeń i delikatnych słów wymawianych każdego dnia. Wszystko byle nie sprawić mi bólu? Widziałem śmierć obojga moich rodziców! - zaczął krzyczeć – Nic nie mogło sprawić bym się rozsypał bo ja już byłem w kawałkach. Nie chciałem łagodności, żadne z nas nie chciało. To tylko pogarszało sprawę. Jak mieliśmy o tym zapomnieć skoro wszyscy nam to przypominali?
- Jesteś niewdzięcznym głupcem. - stwierdziła ostro i pobiegła na piętro.
Spojrzałam na niego oszołomiona. Wcześniej nie widziałam go tak zdenerwowanego. Nawet wtedy gdy walczył z Travisem, gdy widział śmierć Raya, gdy spojrzał pierwszy raz po latach na Elvera. Nawet w tamtych momentach nie był tak wzburzony jak teraz. Oddychał szybko, a jego ręce były zaciśnięte w pięści tak mocno, że spomiędzy palców zaczęła cieknąć krew. 
- Dlaczego to powiedziałeś? - spytałam starając się mówić jak najciszej, by nie dało się wyczuć jak bardzo byłam na niego zła.
- Co? Prawdę? - zaśmiał się – Każdy z nas powinien w końcu przejrzeć na oczy. Lepiej wcześniej niż później. Ciebie też to dotyczy. 
- O czym ty mówisz? - podniosłam ton o oktawę.
- Joseph. - powiedział twardym tonem Towen. Nigdy nie używał tego imienia.
- Przestań! - krzyknął w odpowiedzi – Wam wszystkim przydałby się zimny prysznic realności. - wyrzygiwał – Lepiej żeby usłyszała prawdę niż trzymała się zgubnej nadziei. Niedopuszczanie do siebie tego co nieuniknione nie wniesie niczego dobrego. Zaatakuje z podwójną siłą wtedy gdy wszystko się zrujnuje.
Miałam wrażenie, że słowa Josha wypływają z moich ust. Chciałam wiedzieć wszystko co przede mną ukrywają. Jednak teraz gdy patrzyłam na smutnego Towena i rozgoryczonego Josha nie byłam pewna czy chcę cokolwiek usłyszeć. Jednak zanim zdążyłam pomyśleć o ucieczce do pokoju...
- Musimy zabić Matta. - powiedział pewnym i twardym głosem
Cofnęłam się o krok. Wiedziałam, że on go nienawidzi, ale mógł chociaż nie okazywać tego przy mnie tak bardzo. Przez głowę przeszła mi myśl, że już to zrobił. Miał się nim opiekować. Nie, nie i jeszcze raz nie. On nie mógł go zabić. Szybko odepchnęłam od siebie taki przebieg wydarzeń. 
- On się zmieni i zabije nas wszystkich. - dokończył.
- Przecież... - zaczęłam ciężko dyszeć. - Mówiliście, że jego organizm jest za słaby by to przeżyć.
- Gdyby taki był już dawno zrobiłby nam przysługę i zdechł. 
Moja ręka sama wystrzeliła w stronę jego policzka. Na moment się zachwiał, a potem szybko na mnie spojrzał tępym wzrokiem. Dłoń mnie piekła od uderzenia. Widząc, że oboje się na mnie gapią zaskoczeni, odwróciłam się szybko i wybiegłam na dwór. Musiałam odetchnąć, uciec, zrobić cokolwiek byle tylko nie być blisko nich. Zaczęłam biec. Wpadłam na bramę. Silnym pchnięciem ją otworzyłam i wybiegłam na ulicę. Słyszałam za sobą głośny huk, ale nie miał on dla mnie znaczenia. Na dworze zaczęło się ściemniać. Latarnie przy drodze były pozapalane. Kontury zaczęły mi się zamazywać. Przetarłam oczy wściekła, że pozwoliłam by łzy napłynęły mi do oczu. Biegiem ruszyłam w stronę miasta po raz drugi dzisiaj.

czwartek, 20 marca 2014

Rozdział 22

Odsunięta od wszystkiego

Droga po zatłoczonych ulicach Jacksonville zajęła nam mniej więcej pół godziny. Przez ten czas chłopiec zdążył trzy razy odzyskać przytomność by potem ponownie zemdleć. Udało nam się jedynie dowiedzieć, że ma na imię Derek. Jednak powiedział to w takim zamroczeniu, że nie jestem pewna czy nie nawoływał wtedy kogoś innego.
 Barman, który jak nam powiedział nazywa się Sam, całą podróż spędził na marudzeniu, że to nie jest dobry pomysł. Gdy w końcu Kelly kazała mu się zamknąć, na moment mieliśmy ciszę. Potem ponownie ją przerwał, ale zmienił strategię. Zaczął przekonywać Kelly by tam nie szła. Wtrąciłam się wtedy i zaczęłam go popierać choć tylko w połowie. Nadal trzymałam się opcji, że mogę tam pójść sama. Kelly starała się nie słuchać lub tylko udawała, że to robi. Co jakiś czas zbywała nasze argumenty słabymi tekstami typu „To zbyt niebezpieczne” lub „Nie mogę tak ryzykować”. Uparcie trzymała przy swoim. 
 Teraz jednak kiedy samochód stał na poboczu i każde z nas patrzyło się za okno, wyczuwałam u niej lekkie powątpiewanie. Przed nami stał niewielki dom, wyróżniający się swoim ciemnym, zabrudzonym odcieniem od pozostałych budynków. Popękany, brukowany chodnik prowadził do mosiężnych drzwi, z obu stron otoczonych szybami zaklejonymi gazetami i obklejonymi czymś co z daleka przypominało czarny smar. Nie byłam pewna czy to miejsce mieszkalne czy raczej opuszczony sklep. Spojrzałam na kierowce. Sam wpatrywał się w to samo miejsce co my z przerażeniem. Nie było opcji żeby się pomylił. 
Długi okres bezdźwięczności przerwało westchnięcie Kelly.
- Nie mamy co tracić czasu. Idziemy.
Chwyciła za klamkę by otworzyć drzwi. W tym momencie ręka Sama wystrzeliła do góry i mocnym uderzeniem rozbiła głowę Kelly o szybę, zostawiając na niej sieć żyłek przecinających szkło i trochę krwi. Hinduska bezwładnie opadła na siedzenie.
- Co to było? - warknęłam
- Nie ma opcji bym ją tam puścił. - pokręcił głową. - Nawet jeśli miałaby mnie za to zabić.
- Znacie się? - rozświetliło mi się w głowie
- Nie. - powiedział jak dla mnie za szybko
- To skąd ta nagła troska? - skrzywiłam się
- Ciebie nie będę powstrzymywał. Nie jesteś Zmiennokształtną. Jeśli chcesz pomóc młodemu wilkowi lepiej się pospiesz.
To nie było miłe z jego strony. Ignorując jego słowa wyskoczyłam z samochodu i niepewnym krokiem ruszyłam w stronę domu. Zanim zapukałam do drzwi spróbowałam dojrzeć coś przez okna. Były tak brudne, że nie zobaczyłam zupełnie nic. Stuknęłam kostkami w wejście tak, że samo się uchyliło. Obejrzałam się do Sama. Uważnie mnie obserwował. Widząc moje wahanie tylko wzruszył ramionami i ponaglił skinieniem głowy. Wzięłam głęboki wdech i przekroczyłam próg.
 W środku panował półmrok. Dzięki dziennemu światłu, które jednak przebijało się przez zapuszczone szyby, dostrzegłam dość duże pomieszczenie zagracone różnymi przedmiotami. Nie myliłam się co do stwierdzenia, że kiedyś był to sklep. Wskazywały na to półki na ścianach z dziwnymi słoikami, moździerzami, fiolkami, dzbankami i innymi naczyniami, z zawartością o której wolałabym nie wiedzieć. Wąski korytarz z czerwonym zakurzonym dywanem kończył się na ciemnej ladzie. Tuż za nią były kolejne drzwi. 
- Jest tutaj ktoś? - spytałam normalnym tonem. Za cichy mógłby wskazywać na złodzieja z kolei za głośny na nieproszonego gościa, którym nie chciałabym zostać.
Jedyną odpowiedzią była cisza. Dokładnie się w nią wsłuchiwałam by nie przeoczyć przypadkiem jakiejś odpowiedzi, szurania lub stukania, które mogłoby wskazywać o czyjejś obecności.
Poczekałam jeszcze przez kilka minut co chwilę nawołując jednak nikt się nie zjawił. Wróciłam do samochodu. Wszyscy byli w tych samych pozycjach, w których ich zostawiłam. Uchyliłam drzwi i wskoczyłam do środka. Widząc pytające spojrzenie barmana, odpowiedziałam.
- Nikogo nie ma. Jesteś pewien, że to tutaj?
- Chyba widać. - Wskazał na budynek, obrażony. - To co robimy? 
- My? - zdziwiłam się
- No tak. - powiedział przekonany - Ona zabije nas oboje jeśli się dowie, że nic nie zdziałaliśmy. - Machnął od niechcenia na Kelly. 
Tu miał racje. Na niego na pewno byłaby bardziej zdenerwowana, ale i ja mogłabym ujść z tego z jednym wrogiem więcej. Kelly wydawała się miłą osobą, ale widziałam wyraz jej twarzy i pełne wściekłości oczy wtedy w barze. Cicha woda brzegi rwie - jak mówią.
- Zawieź nas do domu. Wiesz gdzie mieszka Towen Route?
- Pewnie. To jedyny czarodziej w Jacksonville. - Ponownie urażony ton cokolwiek by się nie powiedziało.
- Jestem pewna, że postara się pomóc Derekowi.
Nie odpowiedział tylko wcisnął pedał gazu. Samochód ujechał kilka metrów do przodu. Następnie coś chrząknęło w silniku i pojazd raptownie się zatrzymał. Sam przeklął pod nosem i uderzył pięścią w kierownice.
- Pieprzony samochód!
- Co jest? - spytałam
Wyskoczył z samochodu i z trzaskiem zatrzasnął za sobą drzwiczki. Podszedł do przodu i otworzył maskę. Pokazały się smugi szarego dymu. Wysiadłam za nim by zorientować się o co chodzi.
- Nie pojedzie dalej. - westchnął zrezygnowany. - Już dawno miałem go oddać do naprawy. Najwyraźniej w końcu zbuntował się na dobre.
- Świetnie - skomentowałam
- To nie moja wina! - bronił się – Ciesz się, że w ogóle was tu przywiozłem.
- Zdaje się nie miałeś wyboru o ile dobrze pamiętam.
Sam zrobił się purpurowy na twarzy. Wyminął mnie okrężnym ruchem i ruszył przed siebie. Chyba zamierzał zostawić mnie samą sobie. Tak myślałam dopóki nagle się nie zatrzymał. Przez chwile stał nieruchomo po czym zrobił kilka kroków do tyłu. Wyjrzałam zza jego pleców by zobaczyć na co patrzy. Ludzie mijali nas co chwilę jednak jedna z par wyglądała charakterystycznie.
Czarnowłosy, zielonooki mężczyzna o hebanowej karnacji ubrany w elegancki strój. Towen. Co on do cholery tu robił? Miał opiekować się Mattem. Chciałam podbiec do niego i urządzić mu awanturę. Powstrzymywał mnie tylko widok wysokiej blondynki idącej ku jego boku. Wyglądała ... dziwnie. Z daleka było widać, że jej uroda nie należy do przeciętnych. Wysoka, szczupła o delikatnej, bladej skórze. No i jeszcze długie, falowane blond włosy, które momentami wyglądały jak srebro. Jednak jej strój był inny niż dzisiejsza moda. Miała czarną suknie do samej ziemi, ściśniętą w talii koronkowym gorsetem. Zresztą cała była w koronce. Materiał sukni był nią pokryty, ale również skóra na ramionach i jak się domyśliłam również plecy. 
Oboje szli w naszą stronę, ale jeszcze nas nie zauważyli. Sam odwrócił się na pięcie i do mnie podbiegł.
- To Salvari. - wyszeptał lekko machając głową w ich stronę.
To była ta Nocna Elfka? Wychyliłam się by jeszcze raz na nią spojrzeć, ale barman przywrócił mnie do pionu.
- Nie patrz! - skarcił mnie – Jeszcze nas zobaczą.
- I tak to zrobią. Zamierzam do nich pójść.
Jego twarz nagle zbladła jakby opuściło go życie.
- Spokojnie. - uspokajałam go – Tam jest Towen. Nie pozwoli nas skrzywdzić.
- Chyba nie sądzisz, że da radę...
Nie wiem co dalej mówił gdyż już zdążyłam wybiec zza jego pleców by wyjść na spotkanie czarodziejowi i elfce. Towen pierwszy mnie dostrzegł. Nie ukrywał zaskoczenia na mój widok. O dziwo Salvari wcale nie zareagowała inaczej. Nagle się zatrzymała, a jej oczy się rozszerzyły. Widziałam w nich coś znajomego. Były lekko skośne i niewielkie o błękitnoszarej barwie. Jak na kogoś tak potężnego jak opisywali Kelly z Samem wyglądała dość niewinnie. A w tym momencie zdecydowanie była zbita z tropu. Zastanawiałam się tylko dlaczego mój widok wywołał u niej taką reakcję? 
- Witaj Towen! - uśmiechnęłam się
- Co tutaj robisz Nicole? - spytał trochę zachrypniętym głosem.
- Szukałam twojej towarzyszki.
Powoli wymienili spojrzenia. Coś ukrywali.
- Z jakiego powodu? - przemówiła Slavari – Przecież my się nie znamy.
- Nie znamy. - potwierdziłam
Zmarszczyła brwi i lekko przekrzywiła głowę niczym pies, który próbuje zrozumieć czego właściwie się od niego oczekuje.
- Nie jestem osobą, do której przychodzi się z błahostkami. Większość istot nadnaturalnych omija mnie szerokim łukiem.
- Najwyraźniej nie należę do tej większości.
- Jak widać.
- Nicole przestań proszę. - przerwał Towen. - W jakim celu tu jesteś?
Widziałam, że oboje strasznie są tego ciekawi. Podejrzewałam, że nawet trochę się lękali. Zapewne oczekiwali na inną odpowiedź i nie myliłam się bo gdy przedstawiłam im sytuacje Dereka i zaprowadziłam ich do samochodu jednocześnie wypuścili powietrze.
- Pomożesz mu? - spytałam
Podeszła do rannego chłopca i przyłożyła ręce do jego czoła, po czym szybko je cofnęła. 
- Zobaczę co da się zrobić.
Pstryknęła palcami i Derek dosłownie zniknął na naszych oczach. Salvari nie zwracając na nas więcej uwagi obróciła się i weszła do środka swojego domu. Jak tylko zamknęła za sobą drzwi, spytałam.
- Co ty robisz? Miałeś opiekować się Mattem. Dałeś słowo.
- Josh z nim jest. - oznajmił w przeciwieństwie do mnie opanowanym tonem
- Josh!? - Nie mogłam uwierzyć, że to powiedział - To jest ostatnia osoba, której powierzyłabym życie mojego przyjaciela. Dobrze o tym wiesz. 
- To nie tak... - zaczął
- Czyli Josh nie nienawidzi każdej komórki ciała Matta i nie zabiłby go przy najbliższej okazji, gdyby nie fakt, że Matt leży chory w łóżku i zabicie kogoś w takim stanie jest co najmniej ujmą na jego honorze wojownika jeśli jeszcze takowy posiada?
- Nie skrzywdzi Matta i to nie ze względu na honor, który jeśli mamy być szczerzy nie jest najlepszym przyjacielem Josha. Dałem mu zadanie i wykona je najlepiej jak potrafi.
- Nawet jakby oznaczałoby to usługiwanie i przynoszenie wilgotnych ręczników? - Tym razem się zaśmiałam. Chciałabym coś takiego zobaczyć. 
- To mogłoby go przerosnąć. - przyznał i też się rozpromienił. Spojrzał ponad moimi plecami. - Czy to jest Kelly?
Odwróciłam się. Sam gdzieś zniknął. Pomyślałam, że zapewne uciekł lub po prostu poszedł do domu. Mógłby to zrobić skoro jego samochód i tak był zepsuty. 
- Tak. - powiedziałam skruszonym tonem. - Nic jej nie jest to tylko ogłuszenie, ale powiedzmy, że nie będzie w najlepszym nastroju kiedy się obudzi.
- Rozumiem. Wiem, że czasami trudno ją do czegoś przekonać, ale żeby od razu przemoc? - uniósł brwi
- To było dla jej bezpieczeństwa. Chciała sama tam wejść. - Wskazałam na dom – Właściwie to nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Dlaczego jesteś tu z Salvari?
- Wspólne sprawy.
- Myślałam, że trzymasz ze Zmiennokształtnymi. Przecież to twoi podopieczni.
- Ja i Salvari nie jesteśmy wrogami. - stwierdził
- Ale ona potrafi...no wiesz zawładnąć zwierzętami – ściszyłam głos. Bardzo prawdopodobne, że elfy mają dobry słuch. - Nie uważasz, że to trochę przerażające?
Roześmiał się.
- Nocne Elfy rzadko korzystają z tego daru. To plotka by mogły żyć w odosobnieniu. Gdyby nie budziły respektu każdy wilkołak, Zmiennokształtny oraz inne istoty posiadające w sobie chociaż małą cząstkę zwierzęcego genu nawiedzali by ich z byle głupotą. 
- Mogliby zbić fortunę. - przyznałam
- Nocne elfy nie przykładają wartości do rzeczy materialnych.
- Stąd te otwarte drzwi i syf w mieszkaniu. - mruknęłam
Staliśmy tak na dworze jeszcze przez kilka minut rozmawiając o mało istotnych sprawach kiedy Salvari wyszła na zewnątrz i zawołała Towena. Tylko jego. Na szczęście wrócił szybko. Nie chciałam stać sama na dworze przy samochodzie z popękaną i zakrwawioną szybą tłumacząc się każdej osobie, która mnie mijała. Co innego jak było się w czyimś towarzystwie. Wtedy ludzie po prostu to ignorowali lub woleli nie zagłębiać się bardziej w tę sprawę. Jednak samotna dziewczyna w rozciągniętej bokserce, krótkich poszarpanych spodenkach, przetartych trampkach i rozczochranych włosach do tego z podkrążonymi ze zmęczenia oczami przykuwała ich uwagę. Niektórzy tylko patrzyli na mnie współczująco inni pytali czy wszystko w porządku. Może nie byłam najlepiej ubrana, ale przecież nie wyglądałam całkowicie jak bezdomna. Przyjście Towena uratowało mnie spod miażdżących spojrzeń. Nie lubiłam być obserwowana przez obcych, zwłaszcza takich co uważali mnie za sierotę.
 Oznajmił krótko „wracamy do domu” i zadzwonił po taksówkę. Próbowałam od niego wyciągnąć coś o rannym chłopcu, ale powiedział tylko, że nie powinnam się nim martwić. Nie wiedziałam czy oznacza to, że wszystko z nim w porządku, czy też umarł i teraz spoczywa w spokoju. Te słowa były dwuznaczne. Przynajmniej dla mnie. Nagły pośpiech Towena również wywoływał podejrzenia. Miałam wrażenie, że wszyscy próbują mnie od czegoś odsunąć. Każdy w inny sposób. Elyan powiedział, że sam wszystko załatwi jeśli chodzi o przerwanie łączącej nas więzi, Josh kazał mi się zająć Mattem, a teraz Towen nic mi nie mówił. To stawało się coraz bardziej irytujące.

niedziela, 16 marca 2014

Rozdział 21

Ranny chłopiec

W barze panował półmrok i co dziwniejsze świeciło pustką. Nie było nikogo. Drewniane boksy obszyte czerwonymi, skórzanymi poduchami, taborety przy barze i krzesła przy stołach. Wszystkie były puste. Nawet za ladom nie było żadnego barmana. Białe światło z okrągłych żarówek na suficie raziło w oczy. Ściany były w kolorze bordo-brązowym. Podłoga z nierównie ułożonych kafelek była czarna i chropowata.
- Może to tylko spekulacje, ale chyba to miejsce nie posiada zbyt dużego prestiżu. - skomentowałam
Kelly odpowiedziała nie odwracając się do mnie.
- Dziwne. Tutaj zawsze było tłoczno jak na dworcach kolejowych.
Ruszyła do baru. Stanęła przy jednym ze stołków i zaczęła się rozglądać z wysoko uniesioną głową jakby węszyła.
- To co ...
Uciszyła mnie gestem ręki. Obejrzała się w stronę malutkich drzwi w rogu sali. Po chwili zza nich wyszedł niski, chudy, rudowłosy mężczyzna w okularach ubrany w czarną koszulę z postawionym kołnierzem i beżowe spodnie. Na nasz widok raptownie się zatrzymał.
- Co tutaj robicie? - spytał oburzony
- To tak się wita klientów? - odchrząknęłam
- Co się stało? Czemu nikogo tutaj nie ma? - zapytała równo ze mną Kelly.
Mężczyzna wzruszył ramionami i wszedł za bar przecierając blat białą ścierką.
- Wszyscy odeszli. - westchnął ze znudzeniem – Tak jest codziennie od ponad tygodnia.
- Jak to odeszli? - zdziwiłam się
- Wilkołaki. - powiedziała pod nosem Kelly – O nie ci chodzi, prawda? Ale żeby wszyscy?
- Stado trzyma się razem. - wzburzył się – Kiedy alfa odchodzi reszta musi zrobić to samo.
- A ty? - spytała Kelly
- Ja należę do baru. Lepiej już idźcie. Nie obsługuję nietutejszych Zmiennokształtnych oraz ich... – wychylił się zza baru i spojrzał na mnie – ...przyjaciół.
- Przyjemniaczek. - burknęłam
Łypnął na mnie spode łba groźnym wzrokiem i warknął coś pod nosem. Kelly złapała mnie za ramie i pociągnęła w stronę wyjścia.
- Chodźmy. Nic tu po nas. Znajdziemy inną knajpę.
Przyspieszyła kroku. Już miała nacisnąć klamkę kiedy drzwi się otworzyły i wpadł przez nie jakiś cień zwalając nas obie z nóg. Chłopiec jak się okazało, całkowicie przygniótł Kelly. Nie mógł mieć więcej niż piętnaście lat. Podparła się i przewróciła bezwładnego napastnika na bok. Cicho krzyknęłam kiedy zobaczyłam jego twarz. Z szeroko otwartych oczu, nosa i ust sączyła się strumieniami ciemna krew. Kiedy spojrzałam obok zobaczyłam, że to samo dzieje się z uszami.
- Co się stało? - spytała od razu Kelly pochylając się nad rannym. Kiedy z jego gardła wydobył się głuchy bulgot, uklękła za nim opierając mu głowę na swoich kolanach. - Przynieś wodę! - krzyknęła do osłupiałego barmana.
Ranny złapał ją za nadgarstek zakrwawioną dłonią.
- Potrzebuję się dostać do... - jego słowa z trudem wydobywały się z ust. Oczy mu się rozchodziły i błądziły po pomieszczeniu.
- Kogo? - ponaglała go Kelly.
Zanim cokolwiek odpowiedział barman przybiegł z szklanką wody. Z przerażeniem spojrzał na leżącego.
- Salvari – wychrypiał chłopiec i zamknął oczy.
- Salvari? Co to jest? - spytałam
- Nie co, a kto. - poprawił mnie barman. Obie równocześnie na niego spojrzeliśmy. - Nie słyszeliście o niej? - zdziwił się – Ma swoje mroczne lokum kilka przecznic stąd. 
- Musimy go tam zanieść. - postanowiła Kelly
- Zwariowałyście? - wytrzeszczył oczy – Nie ma co się tam pokazywać. Zwłaszcza ty. - wskazał na Kelly - On i tak ledwo żyje.
- Powiedział, że ona mu pomoże. - powiedziała twardo.
- Jak chcecie, ale mnie w to nie mieszajcie. - postawił szklankę przy kolanach Kelly. W tym momencie błyskawicznie się uniosła i szarpnęła go za koszulę powalając na ziemię. Usiadła mu na brzuchu unieruchamiając ramiona kolanami. Krzyknął gardłowo kiedy mocniej go przygniotła.
- On przyszedł do twojego baru. - mówiła strasznie spokojnym, a zarazem ostrym tonem. W tym momencie cała ta urocza, uśmiechnięta i rozradowana Kelly zniknęła, a na jej miejsce pojawiła się nowa, twarda, nieugięta i niebezpieczna dziewczyna. - Szukał pomocy u ciebie i czy ci się to podoba czy nie, okażesz mu trochę szacunku i spełnisz jego być może ostatnie życzenie. 
- Nie będę narażał się na śmierć z powodu jakiegoś obłąkanego wilkołaka! - zaprotestował
- Więc zginiesz szybciej niż myślisz. - warknęła
W mgnieniu oka sięgnęła po nóż schowany w nogawce i przycisnęła mu do gardła.
- Kelly .. - zaczęłam starając się być opanowana
- Cicho. - krzyknęła wpatrując się w twarz barmana – Trzeba przemówić do tego samolubnego, tchórzliwego wygnańca. - Nie powiedziałam nic więcej. Poznałam po tonie jej głosu, że nie ma zamiaru negocjować. Prędzej czy później dostanie to czego chce. - A więc. Na czym stanęło? Czy to... - Zacisnęła dłoń na rękojeści noża tak mocno, że widziałam jej zbielałe kostki. - wystarczający argument byś zawiózł nas do Salvari?
- To samobójstwo. - wyszeptał. Nóż o kolejne cale wbił się w jego skórę – Salvari jest Nocnym Elfem – wrzasnął spanikowany.
Kelly poluźniła uścisk, ale nie cofnęła ręki.
- Kłamiesz. - stwierdziła po momencie dezorientacji
- Sama się przekonasz jak tylko przekroczysz próg jej domu. Słuchaj – próbował się unieść wykorzystując chwilę słabości napastniczki, ale ta szybko z powrotem położyła go płasko na ziemię – Nie wiem dlaczego ten tam – Kiwnął głową na chłopca – liczy, że ona mu pomoże. Różnica jest taka, że on nie ma już nic do straceniam, a ja chcę jeszcze przez jakiś czas mieć trochę radości z życia. 
- Kim są Nocne Elfy i dlaczego są takie niebezpieczne? - przerwałam im bo już dłużej nie mogłam znieść faktu, że ponownie jestem tą która wie najmniej. Nigdzie nie przeczytałam nic o tej rasie. Słyszałam o elfach. Nie miałam pojęcia, że jest jeszcze wśród nich jakiś podział.
- Zawieziesz nas do niej. Nie musisz wchodzić. Po prostu wskażesz nam miejsce. Masz samochód? - mówiła szybko.
Spojrzał na nią rozczarowany. Tak jakby liczył, że jego słowa przekonają Kelly. Było widać, że nie ma co liczyć na inną opcję.
Pokiwał głową zdruzgotany, a kiedy go puściła powoli wstał. 
- Za kilka minut chcę słyszeć klakson samochodu. I nawet nie myśl o ucieczce. - Pogroziła machając mu nożem przed nosem. – Znajdę cię choćbym miała zmarnować sobie przez to życie. Rozumiesz?
Przełknął ślinę i zniknął w drzwiach, z których przyszedł.
Kelly odwróciła się do mnie i dopiero po chwili odpowiedziała na moje wcześniejsze pytanie.
- Mianem Nocnych Elfów określa się elfy, które wybrały życie po złej stronie mocy, że tak powiem. Zagłębiali się w magie bardziej niż zwyczajne elfy, ingerowali w porządek natury przez co zostali przeklęci. Nie wiem na czym dokładnie to polega. W każdym razie Nocne Elfy mają atut, który nie posiada żadna inna istota. - westchnęła ciężko – Potrafią zapanować nad zwierzętami. Mogą całkowicie je sobie podporządkować. Dlatego wilkołaki i Zmiennokształtni trzymają się od nich z daleka.
- Wiesz dlaczego on chce się do niej dostać? - spytałam starając się zrozumieć i szybko zapamiętać nowe informację.
- Kontrola Nocnych Elfów może wpłynąć nie tylko na zachowanie czy sposób myślenia. Nocne Elfy potrafią zmienić kierunek przepływu naszej krwi, zniekształcić kości, ukraść powietrze z płuc pstryknięciem palców. Mogą też spowodować chorobę lub wyleczyć jeśli tylko dobrze będą ją znali.
Spojrzałam na nieprzytomnego chłopaka. Był strasznie blady. Cienie pod oczami były widoczne nawet mimo krwi, która pokrywała jego twarz. To nie była zwyczajna choroba. Był taki młody. Cokolwiek zrobił nie zasłużył na taki los. Wyglądał tak niewinnie i bezradnie. Jego wypłowiałe kasztanowe włosy przyklejone były do czoła. Ubranie miał pogniecione i podarte w niektórych miejscach.
- Ja pójdę. - powiedziałam. Nie usłyszałam odpowiedzi. Obejrzałam się za siebie, ale Kelly nie było. Już chciałam iść jej szukać kiedy wyszła zza baru z wilgotną ścierką. Uklękła przy chłopcu i zaczęła zmywać zaschnięta krew z jego ciała.
- Co mówiłaś? - spytała
- Ja pójdę do Salvari.
Zamarła w połowie ruchu i na mnie spojrzała.
- Nade mną nie będzie miała władzy. Być może ona go zna i będzie chciała mu pomóc dobrowolnie.
Przez chwilę błądziła po mojej twarzy wzrokiem pełnym jakby nadziei.
- Elfy są niebezpieczne. Nie możesz pójść sama. - zabroniła – Pójdziemy obie.
- Nic mi nie zrobi jeśli nie wyczuje we mnie zagrożenia. - stwierdziłam – Przynajmniej tak mi się wydaję. - jęknęłam
- Nic nie wiesz o tej rasie. Z nimi trzeba obchodzić się ostrożnie i z szacunkiem na jaki zasługują, ale też nie płaszczyć się przed nimi. To skomplikowane i trudne. Elfy żyją kilkaset lat. Trzymają się dawnych epok jak punktu zaczepienia. - przerwała i pokręciła głową. - Zresztą nie ma co się wygłupiać. Idziemy razem i kropka. Nie puszczę cię samej. Gdyby coś ci się stało Towen by mnie zabił. Nie mówię już o Joshu.
- Nic go nie obchodzę. - wyrwało mi się
- Tak myślisz? - zdziwiła się
- Wiem to. - odparłam – On sam nie wie czego chce. Jest zmienny jak kobieta w ciąży. Nie mam siły go rozgryzać. Rozumiem, że dużo przeszedł, ale to nie usprawiedliwia wszystkich jego zachowań. 
Kelly otworzyła usta by coś powiedzieć, najprawdopodobniej by go bronić, ale umilkła gdy zza ściany doszedł do nas dźwięk klaksonu. 
Wspólnymi siłami uniosłyśmy chłopca opierając go o nasze ramiona i wyszliśmy z baru. Czekał na nas ciemnozielony van i znajomy kierowca z niezbyt zadowoloną miną. Ostrożnie ułożyliśmy rannego na tylnym siedzeniu. Kelly zdecydowała, że usiądzie z przodu by pilnować barmana. Zgodziłam się bez dyskusji i wskoczyłam na miejsce za nią. Wóz ruszył do przodu włączając się do ruchu drogowego.

środa, 12 marca 2014

Rozdział 20

Teoria

Siedziałam w zbrojowni. Udawałam, że robię coś pożytecznego. Chciałam wyczyścić broń, w szczególności tą najmniejszą. Skończyło się jednak na kręceniu nimi po blacie stołu. Próbowałam odepchnąć od siebie myśli, ale kiedy jest się samemu w cichym pomieszczeniu, tylko one są twoim towarzystwem. Czułam się dziwnie oszukana i zła na siebie, że podświadomie robiłam sobie nadzieję. Wiedziałam, że Josh nie należy do przyjacielskich osób, ale miałam wrażenie jakby mnie jeszcze bardziej odpychał. Być może tylko mi się zdawało. Albo sama myślałam, że będzie inaczej. Cała ta sytuacja wyglądała tak jakby nasz pobyt w Gretilis był snem. Tak jakby to się w ogóle nie zdarzyło. Tam zachowywał się inaczej. Był bardziej do zniesienia niż zwykle. Być może cały swój trudny charakter i nieprzyjemne zachowanie skierował na Elyana. Nie przepadali za sobą i wcale tego nie ukrywali.
- Problemy sercowe? - ciszę przerwał wesoły, kobiecy głos. 
Wyrwana z zamyślenia zrobiłam gwałtowny ruch ręką zrzucając leżące na stole noże na podłogę. 
- Kelly. - westchnęłam.
Hinduska podeszła bliżej i podniosła broń z ziemi. Miała na sobie luźne dresy ze ściągaczami przy kostkach, białą bokserkę i trampki w tym samym kolorze. Mimo sportowego ubrania wyglądała nadzwyczajnie kobieco. Może to przez piękny, delikatny wygląd, długie czarne włosy albo niezwykłą płynność ruchów. Chciałoby się ją nienawidzić za jej urodę. Jednak kiedy patrzyło się na jej rozpromienioną twarz wydawało się to niemożliwe.
- Spokojnie. Nie będę o nic pytać. Chłopcy potrafią być nie do zniesienia. Przyszłam tu z innego powodu, a raczej z pewną propozycją. 
Spojrzałam na nią pytająco oczekując dokończenia.
- Nie chciałabyś wyjść ze mną na miasto? Mam ochotę zobaczyć tutejszą plażę, a nie znam za dobrze tego miejsca. - kontynuowała - Poza tym przydałoby mi się towarzystwo, a tobie jak widzę chwila relaksu. 
- Wolałabym być na miejscu gdyby...- urwałam
- Martwisz się o przyjaciela. - stwierdziła – Rozumiem, ale siedząc tutaj samotnie i tracąc głowę najczarniejszymi scenariuszami wcale mu nie pomagasz. On jest tutaj pod stałą obserwacją Towena. Możesz być pewna, że kiedy będzie się coś działo on zareaguje natychmiastowo.
- Liczę na to, że się obudzi. Nie chcę by odszedł bez pożegnania. - posmutniałam
- Pożegnania są przereklamowane. - powiedziała odwracając wzrok – Ty i bez nich jesteś nadąsana i przygnębiona jak widzę. Wyciągnę cię stąd choćby i siłą, ale lepiej żebyś ruszyła tyłek dobrowolnie. - zagroziła radosnym tonem.
Przez chwilę patrzyłam na nią rozważając jej propozycję. Kilka obietnic i zapewnień, że dobrze mi to zrobi później byłyśmy już na zewnątrz. Towen obiecał, że zadzwoni jakby coś się zmieniło, a ja ufałam, że tak właśnie zrobi. 
Dzisiaj dzień był słoneczny i gorący. Kelly zrezygnowała z zamówienia taksówki i zdecydowała za nas obie, że lepiej jeśli się przejdziemy. Od razu ją ostrzegłam, że by dojść do plaży będziemy musiały przejść pół miasta, a Jacksonville nie należało do małych miasteczek. Raczej do średnich metropolii. Nie zareagowała na to w żaden sposób więc po prostu za nią ruszyłam.
Było zadziwiająco spokojnie. Ulice zazwyczaj pełne samochodów teraz były ich praktycznie pozbawione. Jednak w miarę jak oddalaliśmy się od rezydencji Towena ruch narastał. Przed nami pojawiły się wysokie, szklane wieżowce biurowe, które nocą zawsze przykuwały moją uwagę. Oświetlone różnymi kolorami wyróżniały się na ciemnym niebie. Zawsze uwielbiałam Florydę. Nie tylko za słoneczną pogodę prawie przez cały rok, ale głównie za jej wewnętrzny urok. Osiedla tutaj nie były przepełnione szarymi, zaniedbanymi blokami tylko kolorowymi domkami i mieszkaniami, które być może przypominały kamienne kamienice, ale były bardziej eleganckie. To miejsce miało klasę obok, której nie dało się przejść obojętnie.  
Co jakiś czas mijali nas przechodnie, którzy uważnie przyglądali się Kelly. W większości mężczyźni, ale kobiety również nie oszczędzały pełnych podziwu spojrzeń.
Ukradkiem zaczęłam jej się przyglądać. Wyglądała młodziej niż Trevor. Zaczęłam się zastanawiać czy są w tym samym wieku.
- Jak właściwie poznałaś Trevora? - spytałam
- Był przyjacielem moich rodziców. Po ich śmierci wziął mnie pod swoje skrzydła tak jak resztę.
- Resztę?
Na moment odwróciła głowę w moją stronę. Włosy podskakiwały wokół jej twarzy z każdym krokiem.
- Trevor zaopiekował się mnóstwem dzieci po tym jak Elver zabił ich rodziców. Zwłaszcza tymi, których znał już wcześniej. Mnie, Gabrielle, Josha.
- A Reya?
- Nie. Ray wychowywał się z bratem. Po przemianie trafił razem z Joshem do Towena, a ja i Gabrielle zostałyśmy z Trevorem. Osobiście jestem z tego zadowolona. Przeszłam kilka lat ciężkiego treningu, ale nie powiem, żeby się nie opłaciło. 
- To żadne z was nie chodziło do szkoły dla Bakenaków?
- Nie. Trevor jest tradycjonalistą. Sam wolał się nami zaopiekować. Zresztą wtedy nikt już nie ufał szkołom. Cała ta sprawa z Elverem mocno zachwiała reputacje placówki.
Minęłyśmy kilka skrzyżowań w ciszy. Potem do głowy przyszło mi kolejne pytanie.
- Jeśli nie chcesz to nie odpowiadaj, ale ile miałaś lat kiedy...no wiesz
- Straciłam rodziców? Pięć lat. Jak każde z naszej czwórki.
Czyli teraz była w wieku Josha. W pamięci zaczęłam obliczać. Dziennik był napisany w 1997 roku. Przed tym jak go złapali nastąpiła największa fala morderstw z jego strony. Czyli Kelly musi mieć teraz dwadzieścia jeden lat. Josh i Gabrielle tak samo. No i Ray, ale on już pozostanie przy tej liczbie.
- A Tony? Jest starszy od was prawda?
- Tak. Jest najlepszym przyjacielem Trevora. Chyba jedynym, do którego nie dotarł Elver.
Przeszłyśmy przez ulicę zmieniając kierunek wędrówki. Nie uciekło mojej uwadze, że Kelly dokładnie wie gdzie zmierza. Podobno nie znała tego miasta. Postanowiłam na razie tego nie komentować i zadałam kolejne pytanie.
- Właściwie to dlaczego Zmiennokształtni uczą się walki bronią. Przecież w każdej chwili możecie się zmienić w … jakby to ładnie ująć...swoje drugie ja.
Zaśmiała się i skręciła w mniej zatłoczoną uliczkę.
- Wiesz jak powstał mój gatunek?
Wróciłam pamięcią do czytanych książek o historii każdego z gatunków. Wiedziałam, że zostali stworzeni przez czarowników, ale nic innego nie mogłam sobie przypomnieć.
- Właściwie to nie bardzo. Wiem, że jesteście odmianą czarowników czy coś takiego.
- Pochodzimy od nich. - sprostowała – Zostaliśmy stworzeni podczas jednej z wojen między ludźmi, a wilkołakami. Czarownicy, którzy stali po stronie ludzi zgodzili się pomóc. Ponieważ pertraktacje nie zapewniły pokoju zdecydowali się na magiczny rytuał, który związał każdego z wojowników ze zwierzęciem drapieżnym dając im w ten sposób równe szansę. Walka skończyła się ucieczką wilkołaków, a każdy wojownik od tamtej pory mógł zmieniać swój kształt, choć podobno wielu z nich zginęło podczas kolejnych prób. W naszych żyłach płynie krew wojowników i zwierząt. Tylko poprzez walkę jesteśmy w stanie zapanować nad swoją drugą naturą. Wyładowujemy w ten sposób nasze emocje nie dopuszczając by zapanowały nad nami instynkty, które nie czynią nas ludźmi. 
- To trochę straszne. - stwierdziłam – A co jeśli ktoś nie chce walczyć?
- Każdy chce. Tak jak mówiłam. To jest w nas zakodowane. Nie potrafimy inaczej. Myślę, że jeśli jednak kiedyś będzie ktoś taki, to po prostu będą chcieli go zlikwidować jeśli nie podoła. Kiedy się na to patrzy z boku może się to wydawać okrutne, ale uwierz mi. Żaden z nas nie chciałby zostać bestią. Wolelibyśmy zginąć niż być potworem, który zabija wszystko na co się napotka. Jest to nam wpajane od małego, ale i tak nikomu nie jest łatwo pogodzić się z tym, że ma się dwie postacie.
Przypomniał mi się moment w Gretilis kiedy mieliśmy powędrować do czarnego zamku. Chciałam wtedy zapytać o jedną rzecz. Ponieważ dotąd nie było okazji postanowiłam skorzystać z niej teraz.
- Muszę przyznać, że to wszystko jest skomplikowane. - westchnęłam – To tak jakbyście żyli na dwa fronty. Wasz wygląd zewnętrzny ludzki nie wpływa na zwierzęcy, prawda?
- Z wyjątkiem oczu. Nasza postura jest inna, ale dusze mamy tą samą. Dlatego zawsze kiedy chcesz skierować swoje słowa do niedoświadczonego lub zdziczałego Bakenaka musisz patrzeć mu w oczy. Jest wtedy szansa, że dotrzesz do jego ludzkiej natury. Obrażenia też mamy jedne. Chyba, że nie są zadane złotem. Tylko ten metal może nas zabić bo przedziera się przez obydwie postacie. 
- Rozumiem.
Byłam tak pochłonięta wsłuchiwaniem się w słowa Kelly, że zupełnie nie patrzyłam dokąd zmierzamy. Dopiero gdy zobaczyłam, że jesteśmy w ciemnym zaułku i stoimy przed podrapanymi drzwiami. Za nami było słychać jadące samochody i klaksony zdenerwowanych kierowców.
- Witaj w „Pazurze”! Barze dla istot nadnaturalnych. Pomyślałam, że powinnyśmy coś przegryźć zanim pójdziemy na plażę.
Uśmiechnęła się szeroko i zniknęła w ciemnej przestrzeni za drzwiami. Miejsce nie wyglądało zachęcająco, ale jaki miałam wybór. Wskoczyłam na betonowy stopień i otworzyłam drzwi.

sobota, 8 marca 2014

Rozdział 19

Pytanie za pytaniem

 Zamierzałam wrócić do pokoju Matta jak tylko skończyłam rozmowę z Elyanem. Na korytarzu zakręciło mi się w głowie. Stwierdziłam, że mój organizm długo nie wytrzyma bez jedzenia. Postanowiłam, więc zejść do kuchni by coś zjeść. Na głównym holu poczułam przyjemny zapach jajecznicy. Towen właśnie ją smażył. Trochę mnie to zaskoczyło, że czarodziej, który może sobie wyczarować wszystko czego tylko zapragnie stoi przy kuchence i smaży jajka. Musiał zauważyć mój uśmiech bo nie powstrzymał się od komentarza.
- Nie patrz tak. Muszę oszczędzać swoją energię, a akurat nabrałem ochoty na coś prostego. Poza tym nie jestem za dobrym kucharzem, a tego nie da się zepsuć. - Wzruszył ramionami
- Nie musisz się tłumaczyć. - zaśmiałam się.
- Dla ciebie też zrobiłem. - Wskazał na talerz obok. - Właśnie chciałem ci zanieść.
- Dziękuję.
Chwyciłam biały talerz z żółtą jajecznicą i usiadłam do stołu. Jak zauważyłam to nie były tylko jajka wylane na patelnie. Towen dodał też papryki, pomidorów, szczypiorku i mnóstwa innych przypraw. Zabrakło tylko odrobiny mięsa.
Jakby czytał w moich myślach odpowiedział na moje niewypowiedziane pytanie.
- Jestem wegetarianinem. Nie jadam mięsa. To może wydawać się dziwne zwłaszcza, że mieszkam pod jednym dachem z dzikimi kotami.
- Nie jest. - odpowiedziałam z pełną buzią. Śniadanie smakowało wybornie. - Gdzie właściwie są wszyscy? - spytałam. Byłam odcięta od całego domu przez ponad dobę. Ciekawiło mnie co się działo przez ten czas.
- Trevor i jego znajomi zdecydowali się zostać jeszcze kilka dni w Jacksonville. - Wysypał usmażoną i lekko przypaloną jajecznice z patelni na kolejny talerz i usiadł naprzeciwko mnie. - Myślę, że jednak niedługo wyjadą. Nie są zbyt cierpliwi.
- A na co czekają? - zainteresowałam się
Towen zrobił lekko zaskoczoną minę.
- Josh nic ci nie mówił? - Zaprzeczyłam, kręcąc głową. - Dziwne bo gada to przez cały czas i każdemu. Osobiście mam go już dosyć. 
- Nie widziałam go od naszego powrotu. Chyba na tyle nie przepada za Mattem, że nie planował go odwiedzić lub choćby zajrzeć do jego pokoju by ze mną porozmawiać.
- Josh ma pewne wątpliwości dotyczące waszej wyprawy. - Przełknął pierwszy kęs. - Podejrzewa, że Elver zamierza zaatakować mój dom by wykraść księgę. Uważam, że skoro jeszcze tego nie zrobił to raczej tego nie planuje. Z każdym dniem zaklęcia chroniące budynek stają się potężniejsze. Nie ma zbyt dużych szans by się tu dostać. Oczywiście mu to powtarzam cały czas kiedy zaczyna ten temat, ale on nie chce mnie słuchać. Może ty mu przemówisz do rozsądku? Zapewnisz go, że jesteśmy bezpieczni. 
- Wątpię by mnie posłuchał. - stwierdziłam – To on nie pozwala Trevorovi wyjechać?
- Raczej zabrania. Zagroził, że jeśli opuszczą posesje spali Księgę Życia.
- Naprawdę tak powiedział? Nie byłby do tego zdolny. - dokończyłam po krótkiej chwili wątpliwości.
- Nie znasz go tak dobrze jak ja. Uwierz Josh zazwyczaj nie żartuje. Jestem pewien, że by spróbował.
Zaskrobałam w talerz. Był już pusty, a ja dopiero w połowie zaspokoiłam swój głód. Zobaczyłam, że patelnia również jest pusta. Nie zostało już więcej jajecznicy. No trudno. Nie chciałam więcej jeść, przynajmniej nie przy Towenie. Zrobił mi śniadanie z własnej woli. Skąd mógł wiedzieć, że zaoferowana przez niego porcja będzie dla mnie za mała? Zamiast szukać czegoś innego czym mogłabym zapełnić brzuch sięgnęłam po szklankę i nalałam sobie wody z kranu. Napoje czasami pomagają. 
- Mam jeszcze jedno pytanie. - zagarnęłam – Ca właściwie stało się z Travisem? Nie pytałam o niego wcześniej bo nie było czasu.
- Został zesłany do Londynu. Tam znajduje się budynek Rady. Ma przed sobą mnóstwo przesłuchań. Wątpię by szybko stamtąd wyszedł. Miał kontakt z Elverem, można powiedzieć, że z nim współpracował. Być może to smutne, ale jest po części winien śmierci własnego brata, a na to nie przymkną oka. 
Przypomniały mi się słowa Travisa. „ Płynie we mnie krew Niezwyciężonych”. Niemal pojawił mi się obraz leżącego przed nim Josha. Zareagował tak gwałtownie na te słowa.
- Kim są Niezwyciężeni?
Towen zastygł z widelcem przy ustach. Na chwilę się zawahał, a potem odłożył go na talerz. Wstał i wrzucił naczynia do zlewu. Automatycznie pojawiła się na nich piana i wrząca woda. To tutaj było najlepsze. Nie potrzebna była służba bo dom miał swój własny system. Wszystko robiło się samo. Pranie, odkurzanie, prasowanie, zmywanie naczyń. Działała tutaj szeroko obszarowa magia. Czytałam, że wymaga ona zużycia dużej ilości energii. Oczywiście magicznej. Rzeczywiście Townen musiał czuć się lepiej skoro własnoręcznie nie zajął się czyszczeniem naczyń.
- Istnieją o nich legendy. Byli wojownikami zniewolonymi przez czarną magię. Podporządkowali się jej w zamian za pewne atuty. Siłę, szybkość, precyzję, odporność na zwykłą broń i wiele innych. Byli plagą dla każdej istoty nadnaturalnej. Zabijali każdego kogo spotykali. Dało się ich zabić poprzez potężne zaklęcia, które wymagały ofiary z przedstawiciela każdego gatunku głównych ras. Wampira, wilkołaka, czarodzieja i elfa. Cztery zabójstwa dawały moc by zabić jednego z Niezwyciężonych. Dlatego rzadko wykorzystywano ten rodzaj broni. Niektórzy twierdzą, że pokonali Niezwyciężonych za pomocą czarciego metalu, ale nie wiem czy to prawda. - Przypomniały mi się kajdany znalezione w przedsionku przed salą treningową. Zaczęłam się zastanawiać co Elyan z nimi zrobił. Nie widziałam ich od momentu naszej teleportacji do Gretilis. Czyżby je tam gdzieś zostawił albo co gorsza zgubił? - W każdym razie. Mówi się, że każdy kto wypije krew Niezwyciężonego staje się jednym z nich. W zależności jaką dawkę przyjmiesz tak potężny się stajesz.
Ciekawe jak wiele miał jej Travis. Nie wydawał się mieć aż tak dużych morderczych skłonności chociaż na pewno nie należał do cierpliwych. Sądzę, że siłę też miał większą niż przeciętny Bakenak. Coś jednak musiało się za tym kryć. Zrozumiała była niechęć do Niezwyciężonych, ale to co zauważyłam wtedy u Josha było mocniejszym uczuciem. Furią, nienawiścią, może przebłyskiem krótkiego przerażenia, zapalnikiem pobudzającym organizm do natychmiastowej reakcji. Musiał mieć z tym jakiś związek. Nie byłam jednak pewna czy chcę się tego dowiedzieć. Być może wiązała się z tym kolejna smutna historia, ciężkie wspomnienie, które nosił.
- Zobaczę co u Matta. - powiedział czarownik wyrywając mnie z zamyślenia. - Idź odpocznij. Zrób coś dla siebie.
Po tych słowach opuścił kuchnię.
Nie miałam ochoty odpoczywać. Cały czas siedziałam przy łóżku przyjaciela lub zasypiałam w jego pokoju. Byłam zmęczona nic nie robieniem. Musiałam się ruszyć, gdzieś pójść. Zrobić cokolwiek byle nie myśleć za wiele o tym co było, ani o tym co może się zdarzyć. Sięgnęłam do jednej z szafek kuchennych. Przeszukałam większość z nich aż znalazłam paczkę migdałów. Wzięłam ją ze sobą i ruszyłam w stronę sali do ćwiczeń. Może bakalie nie zaspokoją mojego głodu w zupełności, ale przynajmniej są smaczne. 
 Biblioteka była pusta i cicha. Dokładnie taka jaką ją zostawiliśmy. Wyjątkiem był postument, na którym leżała Księga Życia. Otaczał ją krąg z różnych znaków, z których wyłaniała się płomienna łuna światła, otaczając ją ze wszystkich stron. Zaklęcie ochronne. Towen wspominał mi coś o tym kiedy przychodził do pokoju Matta. Nie słuchałam go wtedy dokładnie, ale wiem, że używanie magicznych znaków jest jednym z rodzai najpotężniejszej magii. Odwróciłam się i wkroczyłam do sali. Ta była zajęta przez dwie osoby, a właściwie jedną. Josh stał naprzeciw ściany i rzucał do celu nożami. Obok niego na macie siedział Ray i wpatrywał się w niego z zainteresowaniem. Czasami coś komentował o pozycji i kącie lotu ostrzy. Josh oczywiście tego nie słyszał, nawet nie wiedział, że jest obserwowany. 
Kiedy zamknęłam drzwi Ray się odwrócił. Zniknął na moment by pojawić się tuż przede mną. Trochę mnie to wystraszyło.
- Nie wiem czy byłby zadowolony gdyby się dowiedział jak go krytykujesz. - wyszeptałam tak by Josh mnie nie usłyszał. Sala była ogromna, a on był w drugim jej końcu, więc możliwe, że tak właśnie było. 
- Na pewno. - uśmiechnął się Ray – Lubię patrzyć jak trenuje. Sam nie mogę już tego robić, więc chociaż poobserwuję jak idzie jemu.
- I jaką postawisz diagnozę? - zaśmiałam się
- Kilka rzeczy należy poprawić, ale nie jest źle. - jego ton przeszedł w bardziej poważny – Praktycznie stąd nie wychodzi. - stwierdził – Jest wyczerpany. Widzę po jego postawie i zachowaniu. Wpada w złość, łatwo się irytuję. Powiedziałbym mu żeby odpuścił, ale rozumiesz...
- Pogadam z nim. - zapewniłam
- Dzięki. W takim razie zostawię was samych. Co innego gdybyś mnie nie widziała...- wzruszył ramionami.
- Wynocha. - ponagliłam go.
Roześmiał się i przeszedł przez drzwi nawet ich nie otwierając. Pod pewnymi względami bycie duchem musi być ekstra.
Podeszłam do Josha odwróconego do mnie plecami. Już w połowie mojej drogi oznajmił.
- Powiedz Ray-owi, żeby nie tracił na mnie czasu. Nie trzeba mnie pilnować.
Rzucił kolejnym nożem i zaklął pod nosem kiedy nie wbił się w środek tarczy.
Ignorując cichy głos w mojej głowie „skąd on to wie?” odpowiedziałam.
- Martwi się o ciebie. Jak zawsze zresztą.
Josh wyglądał inaczej niż zwykle. Dopiero po chwili zauważyłam, że skrócił włosy. Już nie zakręcały się za uszami. Kończyły się gdzieś w ich połowie i były prawie proste. Nie były też zaczesane ładnie do tyłu tylko bardziej dziko układały się w różnych kierunkach.
- Niepotrzebnie. - mówił opanowanym głosem, ale po sile rzutów i napiętych ramionach zobaczyłam, że jest zdenerwowany i niespokojny. - Nic mi nie jest.
- Kiedy ostatnio spałeś albo coś jadłeś?
- A ty? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
Spojrzałam na już prawie puste opakowanie migdałów.
Postanowiłam zmienić temat. Nie było potrzeby licytować się spełnieniami swoich podstawowych potrzeb. Oboje nie byliśmy w tym mistrzami w ciągu ostatnich dni.
- O co chodzi z czarem chroniącym Księgę Życia? - spytałam tak by nie zorientował się, że Towen mówił mi o jego obawach.
- Zaklęcie jak każde. - wzruszył ramionami.
Nie miał już przy sobie noży. Wyciągnął te wbite w tarcze i poszedł w kierunku zbrojowni. Ruszyłam za nim trzymając się lekko z tyłu.
- Nie prawda. Na podłodze są wypalone jakieś znaki. Dlaczego tak nagle zdecydował się chronić Księgę? - oczywiście znałam odpowiedź ale musiałam się dowiedzieć dlaczego Josh sam wcześniej mi o tym nie powiedział. O co się martwił, że się obrażę, zdenerwuję, wyśmieję go?
- Bo go o to poprosiłem. - uśmiechnął się złowieszczo.
Odłożył broń do jednej z szuflad i wytarł twarz ręcznikiem wiszącym na ścianie.
- Dlaczego?
- To oczywiste. Nie powinnaś o to pytać. Sama mówiłaś, że widziałaś Elvera przy Księdze w swojej wizji. Ostrożności nigdy za wiele.
- A Trevor i reszta? Dlaczego jeszcze nie wyjechali.
- Odpowiedź na to pytanie jest taka sama jak na poprzednie. - zauważył. - O co ci więc chodzi? - spojrzał na mnie pytająco.
Nie wytrzymałam.
- Towen mi mówił, że masz jakąś obsesję odkąd wróciliśmy. - wyrzuciłam z siebie
- To nie obsesja tylko zdrowy rozsądek powiązany z moją niezawodną intuicją. - burknął
- W porządku. Dlaczego więc twoja niezawodna intuicja – zrobiłam w powietrzu znak cudzysłowu – uważa, że Elver wróci po Księgę teraz?
- Jezu! - wyrzucił ręce w powietrze – Dlaczego wy wszyscy jesteście tacy naiwni albo zwyczajnie głupi. Elver pragnie Księgi i będzie próbował ją zdobyć. - Rzucił ręcznikiem na stół i mnie wyminął. Miałam wrażenie, że powstrzymuje się by nie szturchnąć mnie przy tym ramieniem. 
- Zaczekaj! - krzyknęłam za nim.
- Jest ktoś kto potrzebuje twojej opieki bardziej niż ja. - rzucił przez ramię i wyszedł z sali.
Dlaczego wszyscy cały czas mnie do niego wysyłali? To źle, że opiekowałam się Mattem? Jest dla mnie jak brat i nie mogłabym go zostawić, zwłaszcza w takich chwilach. Co w tym dziwnego? Byłam pewna, że oni zrobili by to samo na moim miejscu, więc dlaczego tak się zachowywali? Jaki mieli z tym problem?

niedziela, 2 marca 2014

Rozdział 18

Więź

Kiedy wróciliśmy Elyan szybko opuścił bibliotekę. Josh pomógł mi zanieść Matta do jednego z pokoi i sam również zniknął. Zaraz potem z pomocą przyszedł Towen. Już zdrowy i prawie w pełni sił zaopiekował się moim przyjacielem.
Powiedział, że reszta zespołu po naszym opuszczeniu tego wymiaru wpadła w szał. Jak najszybciej chcieli zrobić to samo, ale czarodziej nie miał tyle siły by stworzyć portal. Kiedy zniknął po tym jak został ranny nie było go przez cały dzień. Niestety nie pamiętał kto go zaatakował. W ogóle niewiele sobie przypominał z tego dnia.
 Towen nie mógł jeszcze czarować, więc nie zdołał uleczyć Matta magią. Podawał mu za to jakieś zioła i herbaty, które powinny go wzmocnić. Zabandażował też liczne rany. Kiedy skończył Matthew wyglądał prawie jak mumia. Polecił żebym zajęła się sobą, a on posiedzi tutaj. Z niechętną miną wyszłam z pokoju. 
Kiedy wróciłam Towen siedział w czerwonym fotelu i wpatrywał się w okno. Zajęłam miejsce przy łóżku rannego. Matt był strasznie blady. Cienie pod oczami były prawie fioletowe.
- Nicole wiem, że to nie jest odpowiedni moment, ale powinnaś o tym wiedzieć. - przerwał ciszę Towen
Domyślałam się co chce powiedzieć.
- Matthew jeszcze się nie przemienił. - kontynuował czarownik – Straciłem rachubę ile czasu mu zostało, ale myślę, że jego stan fizyczny po części jest spowodowany powstrzymywaniem się od zmiany. To go wykańcza.
- On nie chce się zmienić. - Nie wiedziałam czy to pytanie czy stwierdzenie. 
- Z jakiegoś powodu tak jest. Uważam, że nawet gdyby spróbował jego organizm jest za słaby by to wytrzymać. Wiem jak zaangażowaliście się podczas wyprawy... - Proszę nie mów tego, powtarzałam w głowie. - ...Myślę, że to już kwestia czasu zanim on odejdzie. 
Poczułam jego ciepłą dłoń na ramieniu. Roztrzęsiona wytarłam mokre policzki. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że płaczę.
- Przykro mi. - Po tych słowach opuścił pokój
Cisza panująca w pokoju była przerywana tylko poprzez słaby oddech Matta i mój bardziej zachłanny i nierówny. Płakałam. Wszystko to co się przydarzyło uderzyło we mnie niczym rozpędzony samochód. Emocje wypłynęły na wierzch. Nie chciałam płakać, ale nie miałam siły by to zatrzymać.
- Nie możesz odejść. - szeptałam – Nie możesz tak po prostu odejść. Nie po tym wszystkim co dla ciebie zrobiliśmy. - Oparłam głowę na łóżku tuż obok jego dłoni. - Nie umrzesz. - powtarzałam.

***

 Każdą minutę dnia spędzałam w pokoju Matta. Siedziałam przy nim obserwując i wsłuchując się w coraz słabsze bicie jego serca. Właściwie nie miałam pojęcia dlaczego je słyszę. Być może to było coś innego, być może tylko sobie je wyobrażałam. Wszystko zaczęło mi się zlewać. Traciłam rachubę czasu, który wydawał się dla mnie zatrzymać. Jedynym dowodem temu przeczącym był Towen, który co jakiś czas przychodził by zbadać Matta. Powtarzał, że powinnam coś zjeść albo iść się położyć, ale nie słuchałam. Wyłączyłam się. Liczył się tylko Matt. Skoro w każdym momencie mógł odejść musiałam wykorzystać każdą chwilę, która nam została. Nawet jeśli on nie wiedział, że przy nim jestem, że czuwam. 
- Pociesz się tym, że będziesz mogła widywać go jako ducha.
Gdybym nie była przygnębiona i wyczerpana zapewne zareagowałbym na znajomy głos, który wyrwał mnie z własnych myśli i przerwał ciszę.
Lekko odchyliłam głowę. Tuż przy łóżku pojawił się Ray.
- Chcę przyjaciela, do którego będę mogła się przytulić, który pocieszy mnie swoim dotykiem, a nie tylko słowem. - wymamrotałam 
- Wiem.
- Przepraszam. - powiedziałam i szybko dokończyłam kiedy zobaczyłam jego smutny uśmiech. - Nie tylko za to co powiedziałam. Za to, że nie udało nam się zabrać cię ze sobą do Gretilis. Wszystko wydarzyło się tak szybko no i jeszcze atak na Towena.
- Właściwie to chciałbym z tobą o tym porozmawiać.
- Naprawdę chciałam, żebyś tam z nami był. - kontynuowałam - Na pewno gdyby to Towen stworzył bramę to wymyśliłby coś na ciebie...
- Ale ja tam byłem – wtrącił. Spojrzałam na niego zdziwiona. - Ten kamień, który dał ci Towen. To dzięki niemu przeniosłem się z wami do Gretilis.
- Ale...- Nie wiedziałam jak to możliwe – Nie widziałam cię.
- Trzymałem się z dala od was. Kiedy Elyan otworzył portal trzymał w dłoni ten kamień. Myślał, że w nim znajduje się energia Towena, a nie moja. Rzucając zaklęcie złączył się ze mną przez co przeniosłem się razem z nim. Od tej pory on może mnie dostrzec, a ja nie chciałem by wiedział o mojej obecności. 
Przypomniał mi się dziwny ruch pod drzewami jak tylko dotarliśmy do Gretilis. To musiał być Ray.
- Dlaczego? - zdziwiłam się
- Bo mu nie ufam. On coś knuje. Przez cały czas go śledziłem. Nawet wtedy gdy się rozdzieliliście w tamtym zamku. Poszedłem za nim. Podejrzane było dla mnie jego zachowanie. To, że szukał tego miecza, a potem kwiatu. Jakby do czegoś się szykował. Potem zdobył kamień. Boję się, że to ma jakiś wpływ z tobą.
- Ze mną? Co masz na myśli.
- Kiedy kłócił się z Elverem padło nazwisko Blake. Mówili coś o jakimś powiązaniu waszego rodu z nim - z Elyanem – i że chce je za wszelką cenę zerwać bo...
- Bo? - zaczęłam się denerwować.
- Bo jedna osoba już przez to zginęła. - odwrócił wzrok
- Moja matka? - powiedziałam prawie bezgłośnie.
Ray ledwo widocznie pokiwał głową. Serce niemal mi stanęło. Zrobiło mi się niedobrze. Gdyby to, że nie miałam nic w żołądku na pewno bym zwymiotowała. Zaczęłam szybciej oddychać.
- Ale przecież mówili, że zginęła w wypadku. - Spróbowałam racjonalnego myślenia. 
- Bo zginęła. Znaleziono ją martwą w samochodzie na poboczu. Cała przednia maska była zmiażdżona bo wjechała w drzewo. Problem polega na tym, że to była prosta droga z szerokim poboczem. Wypadki praktycznie się tam nie zdarzają. 
Nagle wstałam z krzesła. Tego było już za wiele. Mógł mnie oszukiwać co do celu swojej wyprawy, ale jeśli miał coś wspólnego ze śmiercią mojej matki...
- Gdzie on jest? - spytałam
- Nicole, wątpię by cokolwiek ci powiedział.
- Gdzie on jest? - powtórzyłam głośno
- Odkąd przybyliśmy prawie nie wychodzi z pokoju. Bardzo prawdopodobne, że...
Nie dowiedziałam się co jest bardzo prawdopodobne, bo opuściłam pokój. Zapomniałam na moment o przyjacielu. Teraz miałam inny cel. Nie bardziej lub mniej ważny. Po prostu nie byłam na tyle cierpliwa na to by sam mi to powiedział jeśli w ogóle kiedyś zamierzał. Problem polegał na tym, że nie wiedziałam gdzie był jego pokój. Postanowiłam sprawdzić każdy z nich. Po czterech nieudanych próbach naciskania na klamki zamkniętych drzwi w końcu trafiłam na jedne otwarte. Wparowałam do pokoju bez pukania. Na szczęście to było odpowiednie pomieszczenie. Elyan siedział w fotelu przy oknie i coś czytał. Jak tylko mnie zobaczył, wstał szybko. 
Bez ogródek zapytałam oskarżycielsko.
- Co zrobiłeś mojej matce?
Jego oczy pozostały bez wyrazu.
- Dzień dobry. Mi też miło cię widzieć.
- Przestań z tymi uprzejmościami i odpowiedz.
- Powiedz kiedy ostatnio spałaś albo coś jadłaś. Nie długo nie będziesz się różnić od swojego przyjaciela.
- Odpowiedz! - wrzasnęłam – Czy to przez ciebie zginęła?
Nic nie powiedział. Straciłam cierpliwość i rzuciłam się na niego z pięściami. Właściwie to nie do końca wiedziałam co robię. Miałam ochotę go uderzyć, pobić. Oczywiście był gotowy na każdy cios. Złapał mnie za nadgarstek jak tylko się do niego zbliżyłam. Kiedy zamachnęłam się drugą ręką, ją również zablokował.
- Opanuj się. Twoje wzburzenie jest dowodem na to, że nie jesteś gotowa na żadne informację bo cokolwiek usłyszysz ja i tak będę winny. Po co mnie pytasz skoro już wydałaś wyrok? Uważasz, że jestem winien śmierci Isabel. Czy jakiekolwiek słowa, a zwłaszcza moje to zmienią? Czy uwierzyłabyś, że to nie do końca prawda?
- Nie wiem co jest prawdą. - krzyknęłam nie za głośno – Wiem, że coś planujesz. Zbierasz jakieś artefakty. Miecz, kwiat, biały kamień. Do czego ci one? Jaką więź chcesz zerwać? I co ja mam z tym wspólnego? Ja albo moja matka.
- To dużo pytań naraz. Może zdecyduj się na jedno, bo ja już zapomniałem pierwszego.
Westchnęłam i rozluźniłam się. Widząc to poluźnił chwyt dzięki czemu mogłam zabrać ręce.
- Po prostu wyjaśnij. Wszystko.
- Myślałem, że nie chcesz mnie widzieć. - Spróbował jeszcze raz
- Bo nie chciałam i nadal nie chcę. Uknułeś coś za moimi plecami. Kłamałeś, że jesteś po mojej stronie.
- Przecież pomogłem ci uratować przyjaciela co jak wiadomo było daremne bo i tak umrze.
Mimo, że sama wiedziałam, że tak może się stać, to gdy ktoś to wymawiał jeszcze z takką lekkością sprawiało, że do oczu napływały mi łzy. Choć teraz tak się nie stało i tak poczułam ukłucie bólu i niemiły dreszcz.
- Nie mów, że nic na tym nie zyskałeś.
- Dlaczego wszyscy tutaj mówią o moich zyskach. Głupie pytania co z tego będę miał. Zdobyłem co chciałem, ale nie odwróciłem się od twojego celu. 
- Poprowadziłbyś nas do tego zamku gdyby nie było tam tego kamienia? Gdyby Elver go nie miał? - spytałam gwałtownie
- Oczywiście, że tak. Obiecałem przecież. - odpowiedział od niechcenia.
Zapadło krótkie milczenie. Nie wiedziałam czy mówi prawdę. Jego twarz pozostała bez wyrazu jak zawsze.
- W porządku. - odpuściłam – Zostawmy to. Nie o to teraz cię oskarżam.
- Powiem ci co chcesz wiedzieć. Tylko już nie pytaj. Zadajesz zdecydowanie za dużo pytań. Usiądź. - wskazał ręką na sofę obok siebie. Podążyłam za jego gestem i umiejscowiłam się tak by wyraźnie go widzieć. - W końcu i tak musiałbym ci powiedzieć. - dokończył bardziej do siebie.
- A więc co... - urwałam gdy zobaczyłam jego gniewne spojrzenie. - Ach tak. Żadnych pytań.
- Przynajmniej na razie. Daj mi chociaż zacząć. - Pokiwałam głową i zamknęłam usta powstrzymując się od mówienia.- Pozwól, że ominę szczegóły mojego życia i przejdę do momentu, w którym pojawiła się twoja matka. Z powodów, których nie będę ci tłumaczył zacząłem interesować się magią. Była ona dla mnie czymś nowym co zawsze mnie w jakiś sposób fascynowało. Czasami gdy zawodzi siła fizyczna przydaje się dodatkowy atut, którego wrogowie nie będą się spodziewać. Magia u Bakenaka nie jest czymś normalnym dlatego jeszcze bardziej mnie to przyciągało. 
- Oryginalność jak mówiłeś. - wtrąciłam niechcący
- Dowiedziałem się jak ją przechwytywać i utrzymywać. - kontynuował bez reakcji na moje poprzednie słowa – Ponieważ nie jestem czarodziejem nie może ona być częścią mojego ciała. Dlatego trzymam ją w przedmiotach. - Wskazał na klepsydrę zawieszoną na szyi. - Nauka korzystania z niej była trudniejsza. Zajęła mi lata. Kiedy w końcu się udało używałem jej do byle jakich głupstw, które mógłbym zrobić sam. Byłem jak pod wpływem narkotyku. Im więcej czarowałem tym lepiej się czułem. Euforia, którą czułem była nie do opisania. Po jakimś czasie pojawiły się skutki uboczne. Na początku niegroźne. Ataki kaszlu lub krwawienie z nosa. Potem jednak się nasiliły. Magia miażdżyła mnie od środka. Miałem krwotoki wewnętrzne, dławiłem się krwią, traciłem przytomność na kilka dni. Postanowiłem zostawić magię czarownikom. Na początku nie szło tak źle, ale przyjemność, której doświadczyłem podczas czarowania.... Nie mogłem o tym zapomnieć. To do mnie wracało. Czułem się tak jakby brakowało części mnie. Powróciłem do czarów. Nie zważałem na niebezpieczeństwo, przestałem dbać o własne życie bo wiedziałem, że i tak w końcu umrę. Wtedy pojawiła się twoja matka. Znalazła mnie. Wiedziała, że czaruje i chciała mnie ostrzec, ale dla mnie było już za późno. To w co się wpakowałem było gorsze niż zwykłe uzależnienie. Magia utrzymywała mnie przy zdrowym rozsądku. Mój umysł nie przetrwałby rozstania z nią. Wolałem zginąć niż być chory psychicznie. Isabel to rozumiała. Wiedziała co czuję i chciała mi pomóc. Nie pytaj mnie dlaczego. Nigdy mi nie powiedziała, a ja nie pytałem. W końcu miałem jakąś stałą osobę w swoim życiu i w tym wymiarze. - zaśmiał się. - Przynosiła mi różne zioła, które odwracały moją uwagę od magii. Polepszało mi się przez jakiś czas. Potem nawet jej pomysły były daremne. Mówiłem, że to już koniec, ale ona się nie poddawała. Robiła dziwne eksperymenty. Pobierała mi krew, brała próbki włosów. Naprawdę zaczęła mnie przerażać. Postanowiłem na trochę się od niej odsunąć. Wyjechałem z miasta i starałem się nie korzystać z magii. Udawało się, ale pewnego dnia zaatakowała mnie banda wampirów. Mieli ogromną przewagę. Nie miałem wyjścia. Potężny czar obronny był dla mnie jedyną nadzieją. Oczywiście mogłem zaryzykować i walczyć wręcz, ale wybrałem łatwiejszą ścieżkę. Bałem się, że to może mnie przerosnąć, że mój organizm tego nie wytrzyma. O dziwo nic mi się nie stało. Tylko lekki kaszel i trochę krwi, ale nic poza tym. Następnego dnia dostałem wiadomość o śmierci twojej matki i zrozumiałem. Zrozumiałem po co były jej potrzebne moje włosy i krew. Isabel związała się ze mną. Zabrała mój ból, dosłownie. Stworzyła między nami więź dzięki, której energia, która mnie mogła zniszczyć przechodziła w połowie na nią. Musiała dostać ataku podczas jazdy samochodem. Stąd ten wypadek. 
Wpatrywał się w okno. Spojrzałam na niego, ale nie czułam już gniewu, ani wściekłości. O dziwo rozumiałam co się stało. Chyba nawet lepiej niż on. Miałam swoją wersję tego co mogło się zdarzyć. Ja to samo czułam całkiem niedawno. Tak desperacką chęć ratowania czyjegoś życia czuje się wtedy gdy się kogoś kocha lub... gdy widziało się jego śmierć jeden lub więcej razy. Być może mamy dotyczyły obie te kwestie. Jeśli to co mówił Elyan było prawdą, a gdzieś w środku uważałam, że tak właśnie jest, to moja mama sama podjęła decyzję. Bolało mnie tylko to, że postawiła swoje życie oraz moje ponad jego. Postanowiła zostawić własną córkę by go uratować. Tylko jeszcze jedno mnie intrygowało.
- Ale po co w takim razie ci te przedmioty? Jakie powiązanie mają z tą sprawą?
Odwrócił głowę i spojrzał na mnie. Na jego twarzy malował się smutek i przygnębienie.
- Więź nie znikła wraz z jej śmiercią tak samo jak jej dar widzenia przyszłości. Może gdyby była kimś innym tak właśnie by się stało. Odziedziczyłaś po niej nie tylko dobre umiejętności, ale też więź, która może cię zabić.
- Co? - Wzdrygnęłam się i odchyliłam do tyłu jakbym dostała pięścią w twarz.
- Chcę zerwać to połączenie. - stwierdził – Dlatego potrzebuję tych przedmiotów.
- Więc czemu mi nie powiedziałeś?
- Zdaje się, że miałaś dużo na głowie.
- Ale zaraz, przecież czarowałeś przy mnie. Stworzyłeś portal. Dwa razy.
Uśmiechnął się.
- Też mnie to zastanawiało. Pokopałem trochę jeśli chodzi o to zaklęcie, które nas związało i dowiedziałem się, że więź jest słabsza jeśli osoby między, którymi jest wytworzona są bliżej siebie.
- Trochę to dziwne. Powinno być raczej odwrotnie.
- Ale nie jest. - skomentował.
Koniec jeśli chodzi o jego smutek. Znów powróciła obojętność, lekkość i zupełny brak przejmowania się czymkolwiek. Przynajmniej tak się wydawało gdy się na niego patrzyło. Kto wie co tak naprawdę odczuwał w środku.
- Co trzeba zrobić by to zerwać? - spytałam bo zdaje się, że sam nie zamierzał mi nic mówić.
- Wszystko co jest potrzebne już mam. Muszę jeszcze tylko ustalić parę szczegółów. 
- Jakich?
Wyciągnął ręce do góry jakby się spodziewał pomocy.
- Dlatego nic nie chciałem ci mówić. Sam się tym zajmę. Nie mieszaj się w to. Zachowuj się tak jakbyś nic nie wiedziała.
- Chyba żartujesz. - oburzyłam się
- A czy ktoś tutaj się śmieje? - Rozejrzał się nerwowo po pokoju – Popatrz nikogo tu nie ma. - Wstał z fotela – Lepiej idź do swojego przyjaciela. Zdaje się, że już za długo kona samotnie.  
- Szkoda, że ta więź nie wpływa na cechy. Mógłbyś zabrać trochę tych dobrych od mojej mamy.
- Na pewno nie chcę ich od ciebie. Idź już. - ponaglał
Wstałam z kanapy. Dopiero teraz zauważyłam, że jego pokój jest większy niż każda sypialnia, którą widziałam w tym domu. Chociaż nie byłam tego taka pewna zważywszy na bałagan jaki tutaj panował. Po podłodze walały się książki i różnego rodzaju oraz długości noże. Pościel była sfałdowana w dole łóżka, prześcieradło w połowie ściągnięte z materaca. Szuflady w niektórych szafkach były otwarte. Wychodziły z nich jakieś ubrania. Ciekawe czy w ogóle kiedyś je nosił zważywszy, że miał na sobie dokładnie to samo co zawsze. Jeansowe spodnie z podartymi nogawkami, T-shirt i rozpiętą koszulę z krótkim rękawem.
Nie skomentowałam tego jednak i wyszłam z pokoju. Oczywiście miałam wiele pytań jakie chciałam mu zadać, ale wiedziałam, że i tak nie uzyskałabym odpowiedzi na żadne z nich.