Tajemnice
-
Nie możesz się do niego przeprowadzić. - burknął Matthew.
Zawsze
miał skłonności do nadopiekuńczości. Był pierwszą osobą,
którą poznałam po przyjeździe do Jacksonville dwanaście lat temu
i tak już ze mną został. Zawsze mogłam
na nim polegać.
Matthew
był ode mnie o rok starszy. Stąd też -tak myślę- jego braterska
troska. Nasiliło się to po śmierci mojej matki. Czuje się
odpowiedzialny i chce mnie chronić za wszelką cenę. Choć
tak naprawdę nie wiem kto miałby większe szanse w starciu z
bandytą. Matthew był odważny, ale natura nie obdarowała go siłą.
Był strasznie chudy i wyższy ode mnie o jakieś piętnaście
centymetrów. Miał czarne, kręcone włosy układające się na jego
głowie jak ptasie gniazdo. Zawsze mnie rozśmieszała jego fryzura i
to z jakim uporem próbował jakoś ją ogarnąć. Jego brązowe oczy
zawsze potrafiły mnie rozgryźć. Nawet teraz kiedy na mnie patrzył,
lekko zdenerwowany miałam wrażenie, że zna każdą moją myśl.
-
Wiesz, że możesz mieszkać u mnie. Moje mieszkanie zawsze stoi dla
ciebie otworem. - przekonywał mnie.
Moja
mama zmarła trzy miesiące temu. Mam już skończone osiemnaście
lat, więc nie było problemu żebym odziedziczyła dom. Jednak każdy
spędzony w nim dzień mi o niej przypominał. Staram się być
twarda, ale utrata jedynego znanego mi członka rodziny bolała.
Postanowiłam
więc wyprowadzić się do przyjaciela rodziny Towena Routea. Mieszka
on na uboczu miasta w ogromnej rezydencji. Mimo, że byłam tam setki
razy to nadal nie widziałam wszystkich jego zakamarków. Zawsze się
zastanawiałam skąd miał pieniądze na kupno tak wielkiego domu.
Mama tłumaczyła mi, że to dzięki wysokim zarobkom. W przeszłości
podobno był lekarzem, a teraz przyjmował tylko w wyjątkowych
sytuacjach. On sam twierdził natomiast, że odziedziczył posiadłość
w spadku po babce. Ta wersja wydawała mi się bardziej
prawdopodobna.
Moja
mama pracowała u niego jako ogrodniczka. Opiekowała się jego
roślinami, a w szczególności ziołami. Po jej śmierci zgodził się
wziąć mnie pod swoje skrzydła mimo tego, że od razu oznajmiłam ,
że nie mam zamiaru kontynuować jej pracy.
-
Matthew wiesz, że twoje mieszkanie jest za małe. Towen posiada
ogromny dom. Nie będę stanowiła dla niego problemu.
-
Powinnaś to jeszcze przemyśleć. - westchnął, nerwowo drapiąc
się po czole.
Matthew
nigdy nie przepadał za Towenem. Określał go jako za miłego
fanatyka ze skłonnościami do palenia herbaty. Zawsze mnie to bawiło
w jaki sposób o nim mówił.
-
Przemyślałam. To najlepsze wyjście. Zresztą sam mi to
zaproponował.
-
Jak uważasz. Idę do Jacka. Przynieść ci herbatę?
Do
Jacka oznaczało przydrożną kawiarnie o tej właśnie nazwie. Nie
zachęcała ona ludzi do przychodzenia ale Jack – właściciel -
robił najlepsze gorące napoje po tej stronie miasta. Było to nasze
drugie najczęściej odwiedzane miejsce.
-
Nie, dzięki. Zaczekam na ciebie na plaży.
Razem
z Matt-em mieliśmy swój półdziki zakątek na Jacksonville-skiej
plaży. Jest to rzadziej odwiedzana część. Jest tam prowizoryczna
ławeczka, którą sami zrobiliśmy oraz ogromne drzewo dające cień
w upalne dni.
Teraz
był początek zimy, więc dni były mniej gorące. Dzisiaj było
wyjątkowo pochmurno. Wiał silny wiatr plącząc moje ciemne włosy.
Szłam przez piaszczystą plaże starając się je powstrzymać by
nie wpadały mi do oczu. W momencie kiedy odgarniałam je z twarzy
całym ciałem uderzyłam w coś twardego. Zupełnie jakbym zderzyła
się ze ścianą. Odsunęłam się o krok lekko otumaniona.
-
Powinnaś patrzeć pod nogi. - usłyszałam męski głos.
-
Przepraszam. - odpowiedziałam.
Zdenerwowana
zagarnęłam włosy rękoma i związałam je w luźną kitkę.
Gdy
wreszcie nie zasłaniały mi obrazu zobaczyłam wysokiego chłopaka w
czarnym stroju. Jego ubranie kontrastowało z bladą cerą i blond
włosami, niezgrabnie zaczesanymi do tyłu tak, że zakręcały się
za uszami.
-
Ty jesteś Nicole Blake? - spytał wprost
Długo
nie zastanawiając się skąd zna moje imię odpowiedziałam.
-
Tak. A ty?
Miał
poważny wyraz twarzy. Było widać, że jest trochę poddenerwowany.
-
Nieważne. - burknął. - Towen prosi byś przyjechała do jego domu.
Wziął
moją rękę. Chciałam ją odciągnąć, ale nieznajomy był
silniejszy. Wcisnął mi coś papierowego do dłoni.
-
Tutaj masz pieniądze na taksówkę.
Wyminął
mnie pewnym krokiem i skierował się w stronę miasta.
-
Zaraz! - krzyknęłam za nim.
Nie
zatrzymał się więc go dogoniłam i stanęłam zastawiając mu
drogę.
-
Nie mógł po prostu zadzwonić? Zdaje się, że ma mój numer. -
stwierdziłam podejrzanie.
Zesztywniał.
Na smukłej twarzy zauważyłam odznaki zmęczenia. Oczy miał
podpuchnięte a skórę siną.
-
Słuchaj, nie interesuje mnie dlaczego nie zadzwonił albo nie wysłał
poleconego listu. - jego głos był spokojny. - Kazał mi ci
przekazać wiadomość, więc to zrobiłem. Tu moja rola się kończy.
-
W porządku. - odpuściłam
Odsunęłam
się przepuszczając go dalej. Właściwie nie było to konieczne bo
znajdowaliśmy się na otwartej przestrzeni.
Zdezorientowana
patrzyłam jak odchodzi. W dali ujrzałam idącego w moją stroną
Matt-a. W ręku niósł dwa kubki z herbatą z baru Jacka. Były one
dość charakterystyczne. Miały jaskrawo zielony kolor i żółtą
pokrywkę. Natomiast kawa był sprzedawana w czerwono-czarnych.
Od
razu mnie zauważył i szeroko się uśmiechnął. Potem spojrzał na
nieznajomego, który przed chwilą ze mną rozmawiał. Zmierzył go
ponurym wzrokiem oraz lekko się odwrócił kiedy się mijali. Na
chwilę przystanął. Widziałam jego marszczące się czoło. Zawsze
tak robił kiedy nad czymś się zastanawiał lub denerwował.
Zbliżyłam
się do niego, biegnąc po grubym piasku. Kiedy przy nim stanęłam
podał mi kubek.
-
Przecież mówiłam, że nie chcę. - uśmiechnęłam się
Jakby
mnie nie usłyszał od razu zapytał wskazując palcem w kierunku, z
którego przyszedł.
-
Czego chciał?
Upiłam
łyk herbaty. Była cytrynowa z nutką mięty.
-
Powiedział, że Towen chce bym przyjechała do jego rezydencji.
Trochę mnie to zdziwiło. Nawet dostałam pieniądze na taksówkę. - Rozwinęłam
banknoty, które trzymałam w dłoni. -
Jest trochę więcej niż za jeden kurs, więc możesz jechać ze mną
jak chcesz.
-
Pojadę. - odpowiedział od razu. Albo mi się zdawało albo
zauważyłam u niego przebłysk podekscytowania. - Powinniśmy więc
wracać.
-
Myślałam, że idziemy...
-
Skoro prosił byś przyszła to nie powinnaś zwlekać. - przerwał
mi.
Pociągnął
mnie za rękę i szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę drogi. Nigdy
tak nie reagował kiedy chcieliśmy tam iść. Zazwyczaj marudził i
strasznie się ociągał. Powtarzał, że mamy jeszcze dużo czasu i
inne takie. Skąd ta nagła zmiana podejścia?
***
Po
godzinnej jeździe taksówką dotarliśmy do przedmieścia. Dom
Towena było widać już z daleka. Najwyższy budynek w tej okolicy
ogrodzony kamiennym płotem z ogromną metalową bramą jak z
jakiegoś koszmaru. Poza upiornym wejściem ogród, który rozciągał
się dookoła całej rezydencji był wyjątkowo zadbany. Pamiętam
jak razem z Matt-em bawiliśmy się tutaj w chowanego całymi dniami
podczas gdy mama z pasją pielęgnowała rośliny. To był jej drugi
dom. Dbała o niego z równą troską.
Szliśmy
piaskową alejką, która prowadziła prosto do wejścia. Otaczały
ją wysokie krzewy o nazwach, których nigdy nie mogłam zapamiętać. Po
pokonaniu trzech schodków zapukaliśmy do potężnych, dębowych
drzwi.
-
Nie mamy co pukać – stwierdził Matthew. - Ten dom jest ogromny.
Na pewno nas nie usłyszy, a przecież nie ma kamerdynera. Skoro się
ciebie spodziewa to możemy chyba po prostu wejść.
Pokiwałam
głową i weszłam do środka. Przed nami rozciągał się szeroki
korytarz zakończony marmurowymi schodami. Po prawej stronie
znajdowała się kuchnia, a po lewej salon. Reszta pomieszczeń nie
była przeze mnie odwiedzana, ale wiem, że są to sypialnie. Tutaj
było ich ponad dwadzieścia. Ten dom spokojnie mógłby robić za
hotel.
Wnętrze
było urządzone w nowoczesnym stylu. Niewiele ozdób, a jeśli już
jakieś były to miały proste kształty. Na przykład sześcienne
kostki w różnych kolorach lub długie, smukłe wazony, w których
nigdy nie było kwiatów. Jedynym pomieszczeniem, które miało
akcenty ze starszych epok była biblioteka, przez co zupełnie nie
pasowała do rezydencji. W deszczowe dni zawsze tam przesiadywałam i
patrzyłam na ogród przez ogromne witrażowe okna.
Wiedziałam,
że nie tylko ja uwielbiam to miejsce. Towen też często spędzał
tam wolny czas. Dlatego od razu ruszyłam w znanym mi kierunku .
Skoro jeszcze nas nie przywitał to musi być właśnie tam.
Prowadził do niej boczny korytarz. Była trochę odseparowana od
reszty budynku. By do niej dojść trzeba było przejść przez część
domu zwaną szklanym portalem. Był to krótki hol ze szklanymi
ścianami obrośnięty roślinami od zewnątrz. Często się
zatrzymywałam by dłużej się przyjrzeć pnączom. Tym razem tego
nie zrobiłam.
Pewnym
krokiem wkroczyłam do biblioteki, a za mną szedł Matthew. Tak jak
przypuszczałam Towen siedział na jednej z czerwonych kanap i
przeglądał książkę. W pomieszczeniu zawsze było jasno, inaczej
niż w bibliotekach, w których bywałam. Wysokie regały ciągnęły
się aż do sufitu. A obok każdej stała drewniana drabina.
Pomieszczenie miało jeszcze jedno piętro, na którym również były
książki. Po lewej stronie były drewniane drzwi prowadzące do
miejsca, w którym nigdy nie byłam, a zawsze chciałam zobaczyć.
Wiem, że było równie duże jak biblioteka bo widziałam je z
ogrodu. Jednak okna były za wysoko bym mogła przez nie dostrzec
wnętrze.
Matthew
widząc, że nie odrywam wzroku od tajemniczych drzwi, szturchnął
mnie ramieniem i odchrząknął. Odwróciłam wzrok i podeszłam
bliżej do Towena. Kiedy mnie zobaczył odłożył książkę na
stolik obok i szeroko się do mnie uśmiechnął.
Towen
miał swój urok. Był trzydziestoletnim mężczyzną o czarnych
nastroszonych włosach i zielonych oczach. Jego karnacja była koloru
hebanu i zawsze lekko się błyszczała. Za każdym razem jak go
widziałam zastanawiałam się czy używa do tego jakiegoś
specjalnego kremu czy może tak wygląda naturalnie. Zawsze był
ubrany w szykowne stroje. Dzisiaj miał na sobie dopasowane bordowe
spodnie i białą koszulę. Nigdy nie zapinał ich na ostatni guzik.
-
Cieszę się, że jesteś. - wstał z gracją i uściskał mnie na
powitanie.
-
Chciałeś mnie widzieć choć nie wiem dlaczego po prostu nie
zadzwoniłeś.
-
Nie byłem pewien czy miałabyś pieniądze na dojazd.
-
Właściwie to jeszcze mi trochę zostało. Zaraz oddam ci resztę. -
zaczęłam grzebać rękami po kieszeniach.
-
Chciałem ci powiedzieć, że wszystkie twoje rzeczy są już tutaj.
Zastygłam
w połowie ruchu. Kątem oka zauważyła, że Matthew też napiął
mięśnie.
-
Jak to? Już? Przecież byłam w domu niecałe dwie godziny temu.
Towen
przetarł ręką kark i odchylił głowę do tyłu.
-
Powiedzmy, że ekipa szybko się uwinęła. Zabrała wszystkie
rzeczy. Jeśli jakiś nie potrzebujesz wystarczy je wyrzucić. Są
już w twoim pokoju. A jeśli chodzi o meble to znajdują się w
piwnicy razem z innymi drobiazgami z domu. Myślę, że powinnaś je
przejrzeć.
-
Jejku. Dziękuję. Już tam idę.
Uściskałam
Towen-a jeszcze raz by dać mu do zrozumienia, że jestem mu
wdzięczna. Tak naprawdę to sama się zastanawiałam jak przeniosę
moje ubrania, kosmetyki, no wszystko. Nie sądziłam, że ktoś zrobi
to za mnie. Musiał sporo zapłacić ludziom.
Skierowałam
się w stronę Matt-a
-
Idziesz ze mną?
Towen
odchrząknął.
-
Właściwie to chciałbym z nim porozmawiać przez chwilę. Jak tylko
skończymy przyjdzie od razu do ciebie. - zapewnił
Wzruszyłam
ramionami i wyszłam z biblioteki. Gdybym nie była tak szczęśliwa
pewnie bym się zaczęła zastanawiać co Towen chce od Matta, ale
teraz myślałam tylko o tym by jakoś się tutaj urządzić. Mój
pokój znajdował się na górze. W połowie drogi przypomniałam
sobie o pieniądzach. Muszę mu je oddać. Może nie było ich zbyt
wiele, ale nie mogę zaczynać nowego rozdziału w życiu a raczej
zmiany miejsca zamieszkania od okradania właściciela domu, który
był dla mnie zaskakująco miły. Zresztą jak zawsze. Szybko
pobiegłam z powrotem w stronę biblioteki. Kiedy byłam pod jej
drzwiami usłyszałam głos Matta wyraźnie zdenerwowany.
-
To było głupie posunięcie. Mogłaby się zorientować.
-
Daj spokój. Widziałeś jej minę. Była taka zadowolona. Wiesz, że
tutaj będzie najbezpieczniejsza.
-
Nie powinieneś jej do tego wszystkiego mieszać.
O
czym oni mówili? Czyżby mieli ze sobą coś wspólnego. Nigdy nie
wiedziałam żeby wcześniej ze sobą rozmawiali tak poważnym tonem.
Przytknęłam ucho do drzwi by lepiej słyszeć.
-
Już jest w to zamieszana. Tak jak jej matka.
-
Wiec posłużysz się Nicole tak jak jej matką? - głos Matta był
niemal gniewny. Wyobraziłam sobie jego twarz. Zmarszczone czoło i
zaciśnięte wargi. Nie raz się na mnie gniewał, ale zawsze szybko
się godziliśmy.
-
Isabel mnie potrzebowała i prosiła bym zaopiekował się Nicole.
Ona potrzebuje mnie bardziej niż ja jej, ale nie o tym chciałem z
tobą porozmawiać. Mam nowiny od Rady. Obawiam się, że...
-
Co robisz?
Usłyszałam
męski głos za swoimi plecami. Podskoczyłam przestraszona i szybko
odsunęłam się od drzwi. Odwróciłam się w jego stronę . Przede
mną stał wysoki, błękitnooki mężczyzna w wieku około
dwudziestu lat. Miał czarne, rozczochrane włosy, kończące się za
uszami. Ubrany był w luźną niebieską koszulkę i czarne dresy ze
ściągaczami przy kostkach oraz białe sportowe buty.
-
Ja właśnie chciałam oddać Towenowi pieniądze. - odparłam
zmieszana.
-
Długo się zastanawiałaś czy wejść. - stwierdził rozbawiony.
Żeby
szybko zmienić temat postanowiłam się przedstawić.
-
Jestem Nicole. Nicole Blake. - wyciągnęłam do niego rękę, a on
szybko ją uścisnął.
-
Ray Darkwood.. To ty się tutaj wprowadzasz, tak? Słyszałem od
Towena.
-
Yhm. - pokiwałam głową. - A ty? Też tutaj mieszkasz?
-
Można tak powiedzieć. Chwilowo się tutaj zatrzymałem. Słuchaj, właściwie to mam do ciebie sprawę. Josh miał ci przekazać
wiadomość...
-
Josh? - przerwałam
-
Wysoki blondyn z aroganckim wyrazem twarzy. - uśmiechnął się, ale
nie wydawał się zadowolony.
Przypomniałam
sobie tajemniczego chłopaka z plaży.
-
A no tak. I co z nim?
-
Widziałaś może gdzie potem poszedł?
-
Wiem tylko tyle, że wychodził z plaży, ale nie wiem gdzie się
skierował. Razem z Mattem chcieliśmy złapać taksówkę i w
ogóle... Czemu pytasz?
Skierował
wzrok w podłogę na chwilę zamyślony.
-
Trochę się pokłóciliśmy. - wzruszył ramionami. - Z
doświadczenia wiem, że zawsze jak jest zdenerwowany robi coś
głupiego. No nie ważne. Myślałem, że może okażesz się
pomocna. W każdym razie dziękuję.
Odwrócił
się i ruszył z powrotem do głównego korytarza.
-
Zaczekaj. - podążyłam za nim
Szedł
szybkim krokiem więc by dotrzymać mu kroku musiałam prawie biec.
-
Jeśli chcesz to razem z Mattem możemy ci pomóc go szukać.
Właściwie miałam iść poszperać w swoich rzeczach ale...
-
Lepiej nie. - szybko odpowiedział. - Matthew i Josh nie przepadają
za sobą. - stwierdził.
Na
chwilę przystanęłam zszokowana. Żeby nie zostać w tyle
pociągnęłam go za rękę i obróciłam by stanął na wprost mnie.
-
Oni się znają? - nie ukrywałam zaskoczenia. Co prawda widziałam
jak Matthew patrzył na Josha na plaży. Zdziwiony i trochę
zdenerwowany., ale on zawsze tak reagował na facetów, którzy ze
mną rozmawiali. Nie było to dla mnie niczym nowym.
Ray
spojrzał na mnie lekko spanikowany. Chyba nie miał mi tego mówić.
-
To … Widzisz.. - jąkał się. Po chwili westchnął. - Myślę, że
to nie jest twoja sprawa. Lepiej się nie mieszaj.
-
Ale ja nawet nie wiem w co mam się nie mieszać? Powiedz mi. - głos mi się załamał. Nie lubiłam być nie w temacie. Matthew zawsze
mi wszystko mówił. Nie mieliśmy przed sobą tajemnic, aż do dziś.
-
Zajmij się sobą. - powiedział gniewnie i odszedł.
Wiedziałam,
że jeśli dalej będę naciskać to jeszcze bardziej go zirytuję,
więc sobie odpuściłam. To Matt się będzie tłumaczył.
Usłyszałam
otwierające się drzwi biblioteki. W wejściu stał Matthew. Nie
wiedziałam czy mam wybuchnąć złością czy spokojnie go zapytać
o co chodzi.
-
Myślałem, że będziesz w piwnicy. - starał się ukryć
konsternacje.
-
O czym rozmawiałeś z Towenem? - pomyślałam, że przynajmniej na
początku muszę być opanowana. Dam mu szansę, żeby sam wszystko
wyjaśnił.
-
Przekonywał mnie, że tutaj będziesz bezpieczna. Wie, że się o
ciebie martwię. Zaproponował mi żebym też się tutaj wprowadził,
ale odmówiłem. Mam własne cztery kąty. Poza tym...
-
Co? - spytałam gwałtownie. - Nie lubisz osób, które tutaj
mieszkają? - mój ton był ostry. Podparłam ręce na biodrach by
wyglądać groźniej. Trochę było to dla mnie zabawne, ale nie
zamierzałam się uśmiechać.
-
O czym ty mówisz?
-
O Joshu. Słyszałam, że za sobą nie przepadacie. Powinnam raczej
zapytać skąd go znasz i dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?
Kolejnym pytaniem, które przychodzi mi na myśl to.. - ostentacyjnie
postukałam się palcem w brodę. - Ach tak. Co to za sprawy, o
których rozmawiałeś z Towenem i nie mówię tutaj o mojej
przeprowadzce. Chciałam mu oddać pieniądze i słyszałam jak
mówiliście o mojej mamie i o tym, że nie powinnam się o niczym
dowiedzieć. Na razie dobrze wam idzie bo czuje się kompletnie
niezorientowana w temacie. - już prawie krzyczałam. Nie podobała
mi się ta sytuacja.
Usłyszałam,
że Matthew coś przeklina pod nosem. Jednak kiedy zaczął mówić, w przeciwieństwie do mnie
starał się być spokojny
.
-
Josha poznałem kilka lat temu tutaj w rezydencji. Razem z Rayem
tutaj mieszkają ale często wychodzą dlatego wcześniej ich nie
spotkałaś. Nie lubię Josha bo jest pewnym siebie, aroganckim
gburem, który myśli, że jest najlepszy na świecie. Nie mówiłem
ci o tym bo nie chciałem żebyś go poznała. On obraca się w złym
otoczeniu, że tak to nazwę. Nie zniósłbym gdyby wciągnął w nie
ciebie. Nie powinienem za ciebie decydować wiem i za to przepraszam
ale wiem jaka jesteś ciekawska i gdybym ci mówił żebyś trzymała
się od niego z daleka i tak byś nie posłuchała.
Moja
twarz złagodniała. Podeszłam do niego bliżej i złapałam go za
ręce. Przez chwile stał sztywno jakby spodziewał się kolejnego
zarzutu, ale po chwili się rozluźnił.
-
Rozumiem. Taki już jesteś. Nadopiekuńczy. - uśmiechnęłam się.
- A co z... - wskazałam brodą na bibliotekę.
Matt
powoli wypuścił powietrze.
-
Czy jeśli obiecam, że kiedyś wszystko ci wyjaśnię to czy na
razie ci to wystarczy? Proszę cię byś mi zaufała. Daj mi jakieś
dwa tygodnie. Potem odpowiem na każde twoje pytanie. Źle się z tym
czuje, że wiem o czymś o czym ty nie, ale tak musi być.
Patrzył
na mnie poważnym wzrokiem. Nigdy nie widziałam, żeby aż tak czymś
się przejmował. To musiało być coś większego. Korciło mnie by
przekonać go by teraz mi powiedział, ale jego wzrok był szczery i
smutny. Dla niego to też nie było komfortowe. Ciążyło mu coś co
chciał mi powiedzieć, ale nie mógł. Musiałam zaczekać.
Pokiwałam
głową i przytuliłam się do niego. Delikatnie mnie objął i
wyszeptał.
-
Dziękuję.
Hej, haj, hellow czyli przybyła dziwna pseudo- hejterko - ciocia - Dobra - Rada.
OdpowiedzUsuńNa początku zaznaczę, że ten komentarz będzie (jest, był) pisany w trakcid czytania.
Wspominałam już, że dialogi są sztuczne? Chyba nie, więc wspominam.
Gdyby to była powieść, wydana jako książka w tej chwili powiedzialłabym wydawcy, że jest idiotą i odłożyła ją z kwaśną miną. Tobie powiem, że jeśli chcesz umieć pisać powinnaś poczytać kilka(dziesiąt) dobrze napisanych książek i popatrzeć na nie pod kątem stulu i sposobu pisania. W tym miejsu kończę czytanie tego bloga i wątpię, czy kiedyś go dokończę.
Ps. Za wzzelkie, ewentualne błędy przepraszam, piszę z telefonu.
Zaczynasz opowiadanie od wypowiedzi - popularny i często źle wykorzystywany manewr. W tym wypadku jest serio źle, bo później jest opis (marny) jakiegoś chłopaka, a czytelnik nic nie wie o sytuacji czy czymkolwiek.
Do tego mieszasz czasy. Przez chwilę piszesz w czasie przeszłym, a tu nagle wstawka w teraźniejszym. Nope, tak być nie powinno. Staraj się konstruować zdania tak, by wyrażać się tylko w jednym czasie.
Kolejnym dodatkiem jest trochę kulejąca interpunkcja, szczególnie w zapisie dialogów, radziłabym Ci o tym poczytać. I pamiętaj, że w wypadku pauzy spacje stawiamy przed i po tym znaku. ;P
Ogólnie ujmując twoje opisy, to jakimś cudem jest ich dużo a nic nie wnoszą. Cały czas opowiadasz o tym co było i co było i co było... no tak, po co opisywać to co się dzieje wokół głównej bohatreki etc. Mdłe opisy przeszłości są mdłe i nie potrafie na to znaleźć innego określenia, bo to jest mdłe. Masło maślane.
Przecinki. Raz są, raz nie ma, a jak są, to w dziwnych miejscach. Zaznaczam, nie jestem jeszcze nawet w połowie rozdziału.
Dzięki! Mimo wszystko xd. Początki zawsze są najgorsze....Jeśli chodzi o interpunkcję, to zawsze miałąm z tym problemy. :P
Usuń