sobota, 18 stycznia 2014

Rozdział 1

Tajemnice

- Nie możesz się do niego przeprowadzić. - burknął Matthew.
Zawsze miał skłonności do nadopiekuńczości. Był pierwszą osobą, którą poznałam po przyjeździe do Jacksonville dwanaście lat temu i tak już ze mną został. Zawsze mogłam na nim polegać. 
Matthew był ode mnie o rok starszy. Stąd też -tak myślę- jego braterska troska. Nasiliło się to po śmierci mojej matki. Czuje się odpowiedzialny i chce mnie chronić za wszelką cenę. Choć tak naprawdę nie wiem kto miałby większe szanse w starciu z bandytą. Matthew był odważny, ale natura nie obdarowała go siłą. Był strasznie chudy i wyższy ode mnie o jakieś piętnaście centymetrów. Miał czarne, kręcone włosy układające się na jego głowie jak ptasie gniazdo. Zawsze mnie rozśmieszała jego fryzura i to z jakim uporem próbował jakoś ją ogarnąć. Jego brązowe oczy zawsze potrafiły mnie rozgryźć. Nawet teraz kiedy na mnie patrzył, lekko zdenerwowany miałam wrażenie, że zna każdą moją myśl. 
- Wiesz, że możesz mieszkać u mnie. Moje mieszkanie zawsze stoi dla ciebie otworem. - przekonywał mnie.
Moja mama zmarła trzy miesiące temu. Mam już skończone osiemnaście lat, więc nie było problemu żebym odziedziczyła dom. Jednak każdy spędzony w nim dzień mi o niej przypominał. Staram się być twarda, ale utrata jedynego znanego mi członka rodziny bolała. 
Postanowiłam więc wyprowadzić się do przyjaciela rodziny Towena Routea. Mieszka on na uboczu miasta w ogromnej rezydencji. Mimo, że byłam tam setki razy to nadal nie widziałam wszystkich jego zakamarków. Zawsze się zastanawiałam skąd miał pieniądze na kupno tak wielkiego domu. Mama tłumaczyła mi, że to dzięki wysokim zarobkom. W przeszłości podobno był lekarzem, a teraz przyjmował tylko w wyjątkowych sytuacjach. On sam twierdził natomiast, że odziedziczył posiadłość w spadku po babce. Ta wersja wydawała mi się bardziej prawdopodobna. 
Moja mama pracowała u niego jako ogrodniczka. Opiekowała się jego roślinami, a w szczególności ziołami. Po jej śmierci zgodził się wziąć mnie pod swoje skrzydła mimo tego, że od razu oznajmiłam , że nie mam zamiaru kontynuować jej pracy. 
- Matthew wiesz, że twoje mieszkanie jest za małe. Towen posiada ogromny dom. Nie będę stanowiła dla niego problemu.
- Powinnaś to jeszcze przemyśleć. - westchnął, nerwowo drapiąc się po czole.
Matthew nigdy nie przepadał za Towenem. Określał go jako za miłego fanatyka ze skłonnościami do palenia herbaty. Zawsze mnie to bawiło w jaki sposób o nim mówił.
- Przemyślałam. To najlepsze wyjście. Zresztą sam mi to zaproponował.
- Jak uważasz. Idę do Jacka. Przynieść ci herbatę?
Do Jacka oznaczało przydrożną kawiarnie o tej właśnie nazwie. Nie zachęcała ona ludzi do przychodzenia ale Jack – właściciel - robił najlepsze gorące napoje po tej stronie miasta. Było to nasze drugie najczęściej odwiedzane miejsce. 
- Nie, dzięki. Zaczekam na ciebie na plaży. 
Razem z Matt-em mieliśmy swój półdziki zakątek na Jacksonville-skiej plaży. Jest to rzadziej odwiedzana część. Jest tam prowizoryczna ławeczka, którą sami zrobiliśmy oraz ogromne drzewo dające cień w upalne dni.
Teraz był początek zimy, więc dni były mniej gorące. Dzisiaj było wyjątkowo pochmurno. Wiał silny wiatr plącząc moje ciemne włosy. Szłam przez piaszczystą plaże starając się je powstrzymać by nie wpadały mi do oczu. W momencie kiedy odgarniałam je z twarzy całym ciałem uderzyłam w coś twardego. Zupełnie jakbym zderzyła się ze ścianą. Odsunęłam się o krok lekko otumaniona.
- Powinnaś patrzeć pod nogi. - usłyszałam męski głos.
- Przepraszam. - odpowiedziałam.
Zdenerwowana zagarnęłam włosy rękoma i związałam je w luźną kitkę.
Gdy wreszcie nie zasłaniały mi obrazu zobaczyłam wysokiego chłopaka w czarnym stroju. Jego ubranie kontrastowało z bladą cerą i blond włosami, niezgrabnie zaczesanymi do tyłu tak, że zakręcały się za uszami.
- Ty jesteś Nicole Blake? - spytał wprost
Długo nie zastanawiając się skąd zna moje imię odpowiedziałam.
- Tak. A ty?
Miał poważny wyraz twarzy. Było widać, że jest trochę poddenerwowany.
- Nieważne. - burknął. - Towen prosi byś przyjechała do jego domu.
Wziął moją rękę. Chciałam ją odciągnąć, ale nieznajomy był silniejszy. Wcisnął mi coś papierowego do dłoni.
- Tutaj masz pieniądze na taksówkę. 
Wyminął mnie pewnym krokiem i skierował się w stronę miasta.
- Zaraz! - krzyknęłam za nim.
Nie zatrzymał się więc go dogoniłam i stanęłam zastawiając mu drogę.
- Nie mógł po prostu zadzwonić? Zdaje się, że ma mój numer. - stwierdziłam podejrzanie.
Zesztywniał. Na smukłej twarzy zauważyłam odznaki zmęczenia. Oczy miał podpuchnięte a skórę siną.
- Słuchaj, nie interesuje mnie dlaczego nie zadzwonił albo nie wysłał poleconego listu. - jego głos był spokojny. - Kazał mi ci przekazać wiadomość, więc to zrobiłem. Tu moja rola się kończy. 
- W porządku. - odpuściłam
Odsunęłam się przepuszczając go dalej. Właściwie nie było to konieczne bo znajdowaliśmy się na otwartej przestrzeni.
Zdezorientowana patrzyłam jak odchodzi. W dali ujrzałam idącego w moją stroną Matt-a. W ręku niósł dwa kubki z herbatą z baru Jacka. Były one dość charakterystyczne. Miały jaskrawo zielony kolor i żółtą pokrywkę. Natomiast kawa był sprzedawana w czerwono-czarnych.
Od razu mnie zauważył i szeroko się uśmiechnął. Potem spojrzał na nieznajomego, który przed chwilą ze mną rozmawiał. Zmierzył go ponurym wzrokiem oraz lekko się odwrócił kiedy się mijali. Na chwilę przystanął. Widziałam jego marszczące się czoło. Zawsze tak robił kiedy nad czymś się zastanawiał lub denerwował.
Zbliżyłam się do niego, biegnąc po grubym piasku. Kiedy przy nim stanęłam podał mi kubek.
- Przecież mówiłam, że nie chcę. - uśmiechnęłam się
Jakby mnie nie usłyszał od razu zapytał wskazując palcem w kierunku, z którego przyszedł.
- Czego chciał?
Upiłam łyk herbaty. Była cytrynowa z nutką mięty.
- Powiedział, że Towen chce bym przyjechała do jego rezydencji. Trochę mnie to zdziwiło. Nawet dostałam pieniądze na taksówkę. - Rozwinęłam banknoty, które trzymałam w dłoni. - Jest trochę więcej niż za jeden kurs, więc możesz jechać ze mną jak chcesz.
- Pojadę. - odpowiedział od razu. Albo mi się zdawało albo zauważyłam u niego przebłysk podekscytowania. - Powinniśmy więc wracać.
- Myślałam, że idziemy...
- Skoro prosił byś przyszła to nie powinnaś zwlekać. - przerwał mi.
Pociągnął mnie za rękę i szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę drogi. Nigdy tak nie reagował kiedy chcieliśmy tam iść. Zazwyczaj marudził i strasznie się ociągał. Powtarzał, że mamy jeszcze dużo czasu i inne takie. Skąd ta nagła zmiana podejścia?

***

Po godzinnej jeździe taksówką dotarliśmy do przedmieścia. Dom Towena było widać już z daleka. Najwyższy budynek w tej okolicy ogrodzony kamiennym płotem z ogromną metalową bramą jak z jakiegoś koszmaru. Poza upiornym wejściem ogród, który rozciągał się dookoła całej rezydencji był wyjątkowo zadbany. Pamiętam jak razem z Matt-em bawiliśmy się tutaj w chowanego całymi dniami podczas gdy mama z pasją pielęgnowała rośliny. To był jej drugi dom. Dbała o niego z równą troską.
 Szliśmy piaskową alejką, która prowadziła prosto do wejścia. Otaczały ją wysokie krzewy o nazwach, których nigdy nie mogłam zapamiętać. Po pokonaniu trzech schodków zapukaliśmy do potężnych, dębowych drzwi. 
- Nie mamy co pukać – stwierdził Matthew. - Ten dom jest ogromny. Na pewno nas nie usłyszy, a przecież nie ma kamerdynera. Skoro się ciebie spodziewa to możemy chyba po prostu wejść.
Pokiwałam głową i weszłam do środka. Przed nami rozciągał się szeroki korytarz zakończony marmurowymi schodami. Po prawej stronie znajdowała się kuchnia, a po lewej salon. Reszta pomieszczeń nie była przeze mnie odwiedzana, ale wiem, że są to sypialnie. Tutaj było ich ponad dwadzieścia. Ten dom spokojnie mógłby robić za hotel. 
Wnętrze było urządzone w nowoczesnym stylu. Niewiele ozdób, a jeśli już jakieś były to miały proste kształty. Na przykład sześcienne kostki w różnych kolorach lub długie, smukłe wazony, w których nigdy nie było kwiatów. Jedynym pomieszczeniem, które miało akcenty ze starszych epok była biblioteka, przez co zupełnie nie pasowała do rezydencji. W deszczowe dni zawsze tam przesiadywałam i patrzyłam na ogród przez ogromne witrażowe okna. 
Wiedziałam, że nie tylko ja uwielbiam to miejsce. Towen też często spędzał tam wolny czas. Dlatego od razu ruszyłam w znanym mi kierunku . Skoro jeszcze nas nie przywitał to musi być właśnie tam. Prowadził do niej boczny korytarz. Była trochę odseparowana od reszty budynku. By do niej dojść trzeba było przejść przez część domu zwaną szklanym portalem. Był to krótki hol ze szklanymi ścianami obrośnięty roślinami od zewnątrz. Często się zatrzymywałam by dłużej się przyjrzeć pnączom. Tym razem tego nie zrobiłam.
Pewnym krokiem wkroczyłam do biblioteki, a za mną szedł Matthew. Tak jak przypuszczałam Towen siedział na jednej z czerwonych kanap i przeglądał książkę. W pomieszczeniu zawsze było jasno, inaczej niż w bibliotekach, w których bywałam. Wysokie regały ciągnęły się aż do sufitu. A obok każdej stała drewniana drabina. Pomieszczenie miało jeszcze jedno piętro, na którym również były książki. Po lewej stronie były drewniane drzwi prowadzące do miejsca, w którym nigdy nie byłam, a zawsze chciałam zobaczyć. Wiem, że było równie duże jak biblioteka bo widziałam je z ogrodu. Jednak okna były za wysoko bym mogła przez nie dostrzec wnętrze. 
Matthew widząc, że nie odrywam wzroku od tajemniczych drzwi, szturchnął mnie ramieniem i odchrząknął. Odwróciłam wzrok i podeszłam bliżej do Towena. Kiedy mnie zobaczył odłożył książkę na stolik obok i szeroko się do mnie uśmiechnął.
Towen miał swój urok. Był trzydziestoletnim mężczyzną o czarnych nastroszonych włosach i zielonych oczach. Jego karnacja była koloru hebanu i zawsze lekko się błyszczała. Za każdym razem jak go widziałam zastanawiałam się czy używa do tego jakiegoś specjalnego kremu czy może tak wygląda naturalnie. Zawsze był ubrany w szykowne stroje. Dzisiaj miał na sobie dopasowane bordowe spodnie i białą koszulę. Nigdy nie zapinał ich na ostatni guzik.
- Cieszę się, że jesteś. - wstał z gracją i uściskał mnie na powitanie.
- Chciałeś mnie widzieć choć nie wiem dlaczego po prostu nie zadzwoniłeś.
- Nie byłem pewien czy miałabyś pieniądze na dojazd.
- Właściwie to jeszcze mi trochę zostało. Zaraz oddam ci resztę. - zaczęłam grzebać rękami po kieszeniach.
- Chciałem ci powiedzieć, że wszystkie twoje rzeczy są już tutaj.
Zastygłam w połowie ruchu. Kątem oka zauważyła, że Matthew też napiął mięśnie.
- Jak to? Już? Przecież byłam w domu niecałe dwie godziny temu.
Towen przetarł ręką kark i odchylił głowę do tyłu.
- Powiedzmy, że ekipa szybko się uwinęła. Zabrała wszystkie rzeczy. Jeśli jakiś nie potrzebujesz wystarczy je wyrzucić. Są już w twoim pokoju. A jeśli chodzi o meble to znajdują się w piwnicy razem z innymi drobiazgami z domu. Myślę, że powinnaś je przejrzeć.
- Jejku. Dziękuję. Już tam idę.
Uściskałam Towen-a jeszcze raz by dać mu do zrozumienia, że jestem mu wdzięczna. Tak naprawdę to sama się zastanawiałam jak przeniosę moje ubrania, kosmetyki, no wszystko. Nie sądziłam, że ktoś zrobi to za mnie. Musiał sporo zapłacić ludziom.
Skierowałam się w stronę Matt-a
- Idziesz ze mną?
Towen odchrząknął.
- Właściwie to chciałbym z nim porozmawiać przez chwilę. Jak tylko skończymy przyjdzie od razu do ciebie. - zapewnił
Wzruszyłam ramionami i wyszłam z biblioteki. Gdybym nie była tak szczęśliwa pewnie bym się zaczęła zastanawiać co Towen chce od Matta, ale teraz myślałam tylko o tym by jakoś się tutaj urządzić. Mój pokój znajdował się na górze. W połowie drogi przypomniałam sobie o pieniądzach. Muszę mu je oddać. Może nie było ich zbyt wiele, ale nie mogę zaczynać nowego rozdziału w życiu a raczej zmiany miejsca zamieszkania od okradania właściciela domu, który był dla mnie zaskakująco miły. Zresztą jak zawsze. Szybko pobiegłam z powrotem w stronę biblioteki. Kiedy byłam pod jej drzwiami usłyszałam głos Matta wyraźnie zdenerwowany. 
- To było głupie posunięcie. Mogłaby się zorientować.
- Daj spokój. Widziałeś jej minę. Była taka zadowolona. Wiesz, że tutaj będzie najbezpieczniejsza.
- Nie powinieneś jej do tego wszystkiego mieszać.
O czym oni mówili? Czyżby mieli ze sobą coś wspólnego. Nigdy nie wiedziałam żeby wcześniej ze sobą rozmawiali tak poważnym tonem. Przytknęłam ucho do drzwi by lepiej słyszeć.
- Już jest w to zamieszana. Tak jak jej matka.
- Wiec posłużysz się Nicole tak jak jej matką? - głos Matta był niemal gniewny. Wyobraziłam sobie jego twarz. Zmarszczone czoło i zaciśnięte wargi. Nie raz się na mnie gniewał, ale zawsze szybko się godziliśmy.
- Isabel mnie potrzebowała i prosiła bym zaopiekował się Nicole. Ona potrzebuje mnie bardziej niż ja jej, ale nie o tym chciałem z tobą porozmawiać. Mam nowiny od Rady. Obawiam się, że...
- Co robisz?
Usłyszałam męski głos za swoimi plecami. Podskoczyłam przestraszona i szybko odsunęłam się od drzwi. Odwróciłam się w jego stronę . Przede mną stał wysoki, błękitnooki mężczyzna w wieku około dwudziestu lat. Miał czarne, rozczochrane włosy, kończące się za uszami. Ubrany był w luźną niebieską koszulkę i czarne dresy ze ściągaczami przy kostkach oraz białe sportowe buty.
- Ja właśnie chciałam oddać Towenowi pieniądze. - odparłam zmieszana.
- Długo się zastanawiałaś czy wejść. - stwierdził rozbawiony.
Żeby szybko zmienić temat postanowiłam się przedstawić.
- Jestem Nicole. Nicole Blake. - wyciągnęłam do niego rękę, a on szybko ją uścisnął.
- Ray Darkwood.. To ty się tutaj wprowadzasz, tak? Słyszałem od Towena.
- Yhm. - pokiwałam głową. - A ty? Też tutaj mieszkasz?
- Można tak powiedzieć. Chwilowo się tutaj zatrzymałem. Słuchaj, właściwie to mam do ciebie sprawę. Josh miał ci przekazać wiadomość...
- Josh? - przerwałam
- Wysoki blondyn z aroganckim wyrazem twarzy. - uśmiechnął się, ale nie wydawał się zadowolony.
Przypomniałam sobie tajemniczego chłopaka z plaży.
- A no tak. I co z nim?
- Widziałaś może gdzie potem poszedł?
- Wiem tylko tyle, że wychodził z plaży, ale nie wiem gdzie się skierował. Razem z Mattem chcieliśmy złapać taksówkę i w ogóle... Czemu pytasz?
Skierował wzrok w podłogę na chwilę zamyślony.
- Trochę się pokłóciliśmy. - wzruszył ramionami. - Z doświadczenia wiem, że zawsze jak jest zdenerwowany robi coś głupiego. No nie ważne. Myślałem, że może okażesz się pomocna. W każdym razie dziękuję.
Odwrócił się i ruszył z powrotem do głównego korytarza.
- Zaczekaj. - podążyłam za nim
Szedł szybkim krokiem więc by dotrzymać mu kroku musiałam prawie biec.
- Jeśli chcesz to razem z Mattem możemy ci pomóc go szukać. Właściwie miałam iść poszperać w swoich rzeczach ale...
- Lepiej nie. - szybko odpowiedział. - Matthew i Josh nie przepadają za sobą. - stwierdził.
Na chwilę przystanęłam zszokowana. Żeby nie zostać w tyle pociągnęłam go za rękę i obróciłam by stanął na wprost mnie.
- Oni się znają? - nie ukrywałam zaskoczenia. Co prawda widziałam jak Matthew patrzył na Josha na plaży. Zdziwiony i trochę zdenerwowany., ale on zawsze tak reagował na facetów, którzy ze mną rozmawiali. Nie było to dla mnie niczym nowym.
Ray spojrzał na mnie lekko spanikowany. Chyba nie miał mi tego mówić.
- To … Widzisz.. - jąkał się. Po chwili westchnął. - Myślę, że to nie jest twoja sprawa. Lepiej się nie mieszaj.
- Ale ja nawet nie wiem w co mam się nie mieszać? Powiedz mi. -  głos mi się załamał. Nie lubiłam być nie w temacie. Matthew zawsze mi wszystko mówił. Nie mieliśmy przed sobą tajemnic, aż do dziś. 
- Zajmij się sobą. - powiedział gniewnie i odszedł.
Wiedziałam, że jeśli dalej będę naciskać to jeszcze bardziej go zirytuję, więc sobie odpuściłam. To Matt się będzie tłumaczył. 
Usłyszałam otwierające się drzwi biblioteki. W wejściu stał Matthew. Nie wiedziałam czy mam wybuchnąć złością czy spokojnie go zapytać o co chodzi. 
- Myślałem, że będziesz w piwnicy. - starał się ukryć konsternacje. 
- O czym rozmawiałeś z Towenem? - pomyślałam, że przynajmniej na początku muszę być opanowana. Dam mu szansę, żeby sam wszystko wyjaśnił.
- Przekonywał mnie, że tutaj będziesz bezpieczna. Wie, że się o ciebie martwię. Zaproponował mi żebym też się tutaj wprowadził, ale odmówiłem. Mam własne cztery kąty. Poza tym...
- Co? - spytałam gwałtownie. - Nie lubisz osób, które tutaj mieszkają? - mój ton był ostry. Podparłam ręce na biodrach by wyglądać groźniej. Trochę było to dla mnie zabawne, ale nie zamierzałam się uśmiechać.
- O czym ty mówisz?
- O Joshu. Słyszałam, że za sobą nie przepadacie. Powinnam raczej zapytać skąd go znasz i dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? Kolejnym pytaniem, które przychodzi mi na myśl to.. - ostentacyjnie postukałam się palcem w brodę. - Ach tak. Co to za sprawy, o których rozmawiałeś z Towenem i nie mówię tutaj o mojej przeprowadzce. Chciałam mu oddać pieniądze i słyszałam jak mówiliście o mojej mamie i o tym, że nie powinnam się o niczym dowiedzieć. Na razie dobrze wam idzie bo czuje się kompletnie niezorientowana w temacie. - już prawie krzyczałam. Nie podobała mi się ta sytuacja. 
Usłyszałam, że Matthew coś przeklina pod nosem. Jednak kiedy zaczął mówić, w przeciwieństwie do mnie starał się być spokojny
- Josha poznałem kilka lat temu tutaj w rezydencji. Razem z Rayem tutaj mieszkają ale często wychodzą dlatego wcześniej ich nie spotkałaś. Nie lubię Josha bo jest pewnym siebie, aroganckim gburem, który myśli, że jest najlepszy na świecie. Nie mówiłem ci o tym bo nie chciałem żebyś go poznała. On obraca się w złym otoczeniu, że tak to nazwę. Nie zniósłbym gdyby wciągnął w nie ciebie. Nie powinienem za ciebie decydować wiem i za to przepraszam ale wiem jaka jesteś ciekawska i gdybym ci mówił żebyś trzymała się od niego z daleka i tak byś nie posłuchała.
Moja twarz złagodniała. Podeszłam do niego bliżej i złapałam go za ręce. Przez chwile stał sztywno jakby spodziewał się kolejnego zarzutu, ale po chwili się rozluźnił. 
- Rozumiem. Taki już jesteś. Nadopiekuńczy. - uśmiechnęłam się. - A co z... - wskazałam brodą na bibliotekę.
Matt powoli wypuścił powietrze.
- Czy jeśli obiecam, że kiedyś wszystko ci wyjaśnię to czy na razie ci to wystarczy? Proszę cię byś mi zaufała. Daj mi jakieś dwa tygodnie. Potem odpowiem na każde twoje pytanie. Źle się z tym czuje, że wiem o czymś o czym ty nie, ale tak musi być. 
Patrzył na mnie poważnym wzrokiem. Nigdy nie widziałam, żeby aż tak czymś się przejmował. To musiało być coś większego. Korciło mnie by przekonać go by teraz mi powiedział, ale jego wzrok był szczery i smutny. Dla niego to też nie było komfortowe. Ciążyło mu coś co chciał mi powiedzieć, ale nie mógł. Musiałam zaczekać. 
Pokiwałam głową i przytuliłam się do niego. Delikatnie mnie objął i wyszeptał.
- Dziękuję.

2 komentarze:

  1. Hej, haj, hellow czyli przybyła dziwna pseudo- hejterko - ciocia - Dobra - Rada.
    Na początku zaznaczę, że ten komentarz będzie (jest, był) pisany w trakcid czytania.
    Wspominałam już, że dialogi są sztuczne? Chyba nie, więc wspominam.
    Gdyby to była powieść, wydana jako książka w tej chwili powiedzialłabym wydawcy, że jest idiotą i odłożyła ją z kwaśną miną. Tobie powiem, że jeśli chcesz umieć pisać powinnaś poczytać kilka(dziesiąt) dobrze napisanych książek i popatrzeć na nie pod kątem stulu i sposobu pisania. W tym miejsu kończę czytanie tego bloga i wątpię, czy kiedyś go dokończę.
    Ps. Za wzzelkie, ewentualne błędy przepraszam, piszę z telefonu.
    Zaczynasz opowiadanie od wypowiedzi - popularny i często źle wykorzystywany manewr. W tym wypadku jest serio źle, bo później jest opis (marny) jakiegoś chłopaka, a czytelnik nic nie wie o sytuacji czy czymkolwiek.
    Do tego mieszasz czasy. Przez chwilę piszesz w czasie przeszłym, a tu nagle wstawka w teraźniejszym. Nope, tak być nie powinno. Staraj się konstruować zdania tak, by wyrażać się tylko w jednym czasie.
    Kolejnym dodatkiem jest trochę kulejąca interpunkcja, szczególnie w zapisie dialogów, radziłabym Ci o tym poczytać. I pamiętaj, że w wypadku pauzy spacje stawiamy przed i po tym znaku. ;P
    Ogólnie ujmując twoje opisy, to jakimś cudem jest ich dużo a nic nie wnoszą. Cały czas opowiadasz o tym co było i co było i co było... no tak, po co opisywać to co się dzieje wokół głównej bohatreki etc. Mdłe opisy przeszłości są mdłe i nie potrafie na to znaleźć innego określenia, bo to jest mdłe. Masło maślane.
    Przecinki. Raz są, raz nie ma, a jak są, to w dziwnych miejscach. Zaznaczam, nie jestem jeszcze nawet w połowie rozdziału.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Mimo wszystko xd. Początki zawsze są najgorsze....Jeśli chodzi o interpunkcję, to zawsze miałąm z tym problemy. :P

      Usuń