poniedziałek, 27 stycznia 2014

Rozdział 9

Tygrys i pantera

Tej nocy koszmarne sny powróciły. Byłam w bibliotece. Nie uczestniczyłam w scenie, która miała miejsce. Po prostu ją obserwowałam. Widziałam Elvera, który stał przy Księdze Życia. Miał na sobie czarny, skórzany płaszcz sięgający łydek i obcisłe spodnie. Ciemne włosy wygolone po obu stronach głowy i krótkie na jej czubku, z tyłu były związane w liczne warkocze grubości palca.
- Zostaw ją! - ostro zagroził Josh, którego wcześniej nie zauważyłam.
Elver szeroko się uśmiechnął i rozłożył ręce.
- Josh Wayne. Przez lata myślałem w jaki sposób cię zabić. Cudem uniknąłeś śmierci kilka lat temu. Tym razem nie popełnię tego błędu. Widzisz, jednak teraz mam na głowie ważniejsze sprawy. Potrzebuje tej księgi.
Ujrzałam błysk w jego szalonych złotych oczach. Potem obraz się zmienił. Teraz miałam przed oczami toczącą się walkę między ojcem Matta a Joshem. Oboje trzymali w dłoniach złote, lekko zaokrąglone miecze. Zapadła ciemność, z której zaczęła się wyłaniać inna scena. Josh leżał na ziemi nieruchomo a nad nim stał zakrwawiony gepard, z dumą się w niego wpatrujący.
Zaczęłam krzyczeć, ale oni mnie nie słyszeli. W następnej chwili zwierzę pochyliło się i rozszarpało gardło przeciwnika. Wszędzie było pełno krwi, miałam nią pokryte dłonie i całe ciało. Widziałam czarne plamy. Wszystko się rozmazało i zniknęło.
Obudziłam się szybko dysząc. Złapałam się za głowę. Była cała mokra, tak samo jak włosy. Pościel i wszystkie poduszki leżały porozrzucane na ziemi.
To co widziałam nie mogło się wydarzyć. Josh nie mógł zginąć. Wyskoczyłam z łóżka i wybiegłam z pokoju. Musiałam go znaleźć. Zaczęłam walić pięściami w jego drzwi i krzyczeć. Szybko otworzył i spojrzał na mnie zaskoczony. Miał na sobie tylko spodnie od dresu. Nie zważając na rozczochrane włosy, spocone ciało i skąpą piżamę, rzuciłam mu się w ramiona jakbym chciała się upewnić, że naprawdę przede mną stoi. Nie mogłam się opanować.
- To się nie wydarzy. - zaczęłam się uspokajać.
Objął mnie ramionami.
Zaczęłam drżeć, ale nie z zimna tylko ze strachu. Jeszcze nigdy o kogoś tak się nie bałam. Nawet o Matta się nie martwiłam tak jak teraz o Josha. Może dlatego, że nie widziałam śmierci przyjaciela we śnie, wiedząc że to może się spełnić.
- Co się stało? - Odsunął mnie na moment i spojrzał w oczy.
- Miałam wizje. Elver..- mówiłam przez łzy. - Był u nas w bibliotece. Chciał zdobyć Księgę Życia. Potem... - Nie mogłam tego powiedzieć. Zaczęłam nerwowo kręcić głową. - Nie. To się nie wydarzy. 
Ukryłam twarz w dłoniach.
Przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił. Czułam ciepło jego ciała i unoszącą się klatkę piersiową. Jego dłonie kojąco wędrowały po moich plecach. Głowę miał opartą na mojej. Czołem oparłam się o jego obojczyk. Oddech zaczął mi się wyrównywać. Powtarzałam sobie w myślach, że to był tylko sen. To nie musi wcale być przyszłością.
- Jak dla mnie to mógłbym mieć taką pobudkę codziennie.
Zaśmiałam się.
- Która jest godzina? - spytałam. Już i tak było za późno by się nad tym zastanawiać, ale wolałam wiedzieć.
- Piąta rano. 
Cofnęłam się o krok.
- Serio? - Nie odpowiedział tylko wzruszył ramionami. - Przepraszam.
Teraz było mi głupio.
- W porządku. Tak mocno waliłaś w drzwi. Myślałem, że może się pali. - prychnął – A jak z...? - wskazał dłonią na moje biodro.
Podniosłam koszulkę. Miałam siniaka tak jak przewidziałam, ale był mniejszy niż myślałam. Tam gdzie Travis wbił się pazurami, były teraz cztery strupy. Zakryłam się z powrotem, nieco zawstydzona. Stałam przed nim w samej za dużej koszulce i majtkach. Wcześniej się tym nie przejmowałam, ale teraz miałam ochotę szybko się czymś zakryć.
Josh chyba to zauważył bo odwrócił wzrok i zmienił temat.
- Towen sprowadził jednego z Zmiennokształtnych by nam pomógł w odnalezieniu Matta. Dzisiaj ma przyjechać.
- Naprawdę? Kogo?
Usiadł na łóżku i złożył dłonie na kolanach.
- Trevora Norhorda.
Umiejscowiłam się obok, zakrywając koszulką czerwone majtki.
- Znasz go?
Pokiwał głową.
- Opiekował się mną po śmierci rodziców. Jest dobrym wojownikiem i jeszcze lepszym tropicielem. Powinien nam pomóc. Poza tym ma autorytet sięgający daleko poza ród Bakenaków.
Norhord. Kojarzyłam to nazwisko z Księgi Życia, ale nie pamiętam jakie zwierze było na ich pniu.
- Jakie..? - nie wiedziałam jak o to zapytać. - W co on się zmienia?
Josh się uśmiechnął
- Jest ibrysem. To taka śnieżna pantera.
- Nie jestem pewna czy zniesie Florydzki klimat. - zażartowałam
- Ja nie będę mu nosił wiader z zimną wodą. Tego może być pewien. - zaśmiał się. - Przemyślałem sobie to wszystko co mówiłaś. Chyba masz racje co do Matta. Nie powinienem go oceniać na podstawie jego ojca. Jestem gotowy by wam pomóc.
Ucieszyłam się, że to powiedział. Domyślałam się, że nie było to dla niego łatwe. Dlatego w podzięce szybko go uściskałam.
- Doceniam to. - powiedziałam kiedy już go puściłam.
Zaczęłam się cofać w stronę wyjścia.
- Chyba powinnam już iść. Ubrać się i w ogóle.
- Mnie to nie przeszkadza jeśli o to pytasz. 
Uśmiechnął się lubieżnie. Posłałam mu gniewne spojrzenie i opuściłam pokój.

* * *

 Kiedy już porządnie się wyszorowałam, uczesałam i ubrałam, postanowiłam wyjść na dwór. Prawie cały tydzień przesiedziałam w domu. Miałam ochotę się przewietrzyć. Ponieważ ogród dookoła domu był ogromny mogłam liczyć na odrobinę spokoju. Wąską, kamienną dróżką ruszyłam na przód mijając wysokie brzozy. Jak byłam mniejsza zawsze uważałam to za magiczną krainę. Było tu tyle rodzai roślin. Każda miała swoje miejsce. To wszystko było ściśle zaplanowane przez moją matkę. Nigdy szczególnie się tym nie interesowałam po prostu uwielbiałam się tutaj bawić razem z Mattem. Nie zwracałam uwagi na to ile pracy musiała w to włożyć. Minęły już trzy miesiące od jej śmierci. Przez ten czas nikt nie zajmował się ogrodem. Był strasznie zapuszczony. Krzaki nie były już równo poobcinane, kwiaty zakryte chwastami, a drzewka owocowe obładowane niezebranymi owocami. Kostka brukowa, po której szłam w niektórych miejscach pokryta była mchem. To straszne co czas zrobił z tym miejscem. Nawet fontanna, kiedyś pełna życia przez pływające w niej ryby teraz stała na środku ścieżki samotna. Woda w niej była spokojna, pozbawiona morskich stworzeń. Kiedyś przebywanie tutaj poprawiało mi humor. W tej chwili czułam jedynie przygnębienie. 
Nie znałam się na ogrodnictwie, ale chciałam jakoś przywrócić to miejsce do właściwego stanu. Ruszyłam w stronę drewnianej budki, w której mama trzymała narzędzia. Drzwiczki były zamknięte na kłódkę. Świetnie. Już sobie popracowałam. Po prawej stronie stała niewielka szklarnia. W niej mama uprawiała roślinny, które po wysuszeniu były świetne do herbaty. Liczyłam na to, że w środku może znajdę jakieś grabie, lub coś co może mi się przydać.
 Otworzyłam szklane wrota. Na szczęście nie były zamknięte na kłódkę tylko zwykłą metalową zasuwkę. Jak tylko weszłam do środka uderzyła mnie fala ciepła i mocnego kwiatowego zapachu. Trochę zakręciło mi się od tego w głowie. Na samym końcu ujrzałam łopatkę i jakieś dłuto. Jeśli coś wykombinuję to może uda mi się przynajmniej wyczyścić ścieżki z mchu. Postanowiłam wziąć niewielki szpikulec. Miałam pewność, że zmieści się w szpary między kamieniami. Obok leżała druciana gąbka. Mogłaby się przydać do wyczyszczenia fontanny. Postanowiłam ją również zabrać ze sobą. W drodze powrotnej zapach w szklarni zaczął się zmieniać. Z przyjemnego na ostry, drażniący nos od środka. Wydawało mi się, że temperatura też się podnosiła. Przed oczami widziałam mroczki. Czarne plamy zasłaniały mi ścieżkę do wyjścia. Przyspieszyłam krok. Szłam na oślep. O coś się potknęłam i upadłam na miękką ziemię. Oczy miałam otwarte, ale nie widziałam szklarni tylko czerń szybko zmieniającą się w biel, a potem znowu w czerń. Rozbolała mnie głowa od migających kolorów. Po chwili puste obrazy zostały zastąpione różnymi scenami, które mieszały się ze sobą przez co były jeszcze bardziej niewyraźne. Widziałam Elvera z Księgą Życia, Matta w jakiejś celi przykutego do ściany, geparda rozrywającego człowieka, las pełen ludzkich i wilczych ciał. Kolejne wizje za szybko się zmieniały bym mogła cokolwiek rozpoznać. Czułam jak coś napiera na moją głowę od wewnątrz, jakby miało ją rozsadzić. Nie spałam. Czułam wszystko. Mokrą ziemię pod sobą, ostry zapach kwiatów, gorąco, które stawało się nie do wytrzymania. Krzyknęłam. Nie mogłam wytrzymać. Wszystko się skumulowało i naparło na mnie. Nie mogłam oddychać. Starałam się złapać powietrze, ale szklarnia wydawała się go pozbawiona. 
Usłyszałam otwierające się drzwi. Poczułam przypływ chłodniejszego powietrza. Chciałam spojrzeć w tamtą stronę. Przesunęłam głowę, ale nic nie widziałam. Wizje nadal przeplatały mi się przed oczami. Zupełnie jakbym oślepła.
Ktoś wziął mnie na ręce. Czułam mocne ramiona pod kolanami i plecami. Myślałam, że jak opuszczę szklarnie to będzie mi lepiej, ale ulga nie nastąpiła. Zupełnie jakbym się nie przemieściła, ale ktoś kto mnie niósł, szedł. Czułam to. No chyba, że kręcił się w kółko, ale to by było idiotyczne.
Usłyszałam przejeżdżający samochód. To było potwierdzenie, że znajdowaliśmy się bliżej domu. Jednak nadal było mi gorąco i nic nie widziałam. Czyżby tak miało być już zawsze? 
Weszliśmy do środka. Było bardziej duszno i nie wiał już wiatr. Usłyszałam szybkie kroki znad przeciwka.
- Coś ty jej zrobił!
To był Josh. Jego głos był wyraźny i groźny. Więc kto mnie niósł? Sądząc po reakcji Josha to musiał być Travis. Chciałam mu powiedzieć, że wszystko jest w porządku ale nie mogłam ruszać ustami. Z gardła wyrwał mi się cichy pomruk.
- Nic! - krzyknął Travis. - Znalazłem ją taką w szklarni. Oczy miała otwarte. One poruszały się tak szybko. Jakby była opętana. - Ton jego głosu był dziwny, jakby przerażony. 
Potem znalazłam się w innych ramionach, bardziej delikatnych. Moje ciało bezwładnie kołysało się w rytm szybkich kroków. Położyli mnie na czymś miękkim.
- To nie będzie przyjemne. - Nie wiedziałam do kogo on mówił.
W następnym momencie poczułam nagłą falę chłodu. Zimno opanowało moje ciało. Na moment przyniosło ulgę, ale potem zaatakowało z podwójną siłą. Zupełnie jakby igły przebijały mi skórę. Gwałtownie zaczerpnęłam tchu. Otworzyłam oczy. Odzyskałam wzrok.
Widziałam Josha stojącego przede mną z wiadrem i nieco dalej Travisa z zaskoczoną miną. Znajdowaliśmy się w bibliotece.
- Co to było? - wykaszlałam.
Spojrzałam na siebie. Całe ubranie miałam przemoczone.
- Zależy o co pytasz. - stwierdził normalnym tonem Josh. - Przed chwilą oblałem cię zimną wodą żebyś odzyskała przytomność.
- Widzę. - wysyczałam
- Jeśli chodzi o to wcześniej. - kontynuował. - Naćpałaś się. - zaśmiał się
- O czym ty mówisz? - Byłam podirytowana. 
- W szklarni twoja mama hodowała malwy czarne. Dla ludzi nie mają większego znaczenia, ale na takich jak ty działają jak narkotyk lub rodzaj zapalnika. - Ta sytuacja go bawiła bo uśmiech nie schodził mu z twarzy. 
- Zapalnika? - Nadal nie wiedziałam o czym mówił
- Wywołują wizje. Za duża ich ilość powoduje nagły wzrost temperatury i odrętwienie. Kubeł z wodą to jeden ze sposobów by pomóc.
Zbliżył się tak, że jego usta znajdowały się przy moich uszach.
- Powinienem ci podziękować. Zawsze marzyłem żeby kogoś obudzić w ten sposób.
Walnęłam go ręką w ramie, żeby się odsunął.
- Nie ma za co. - burknęłam.
Wstałam i ruszyłam w stronę wyjścia.
- Poczekaj. - zatrzymał mnie Travis. - Chciałbym z tobą porozmawiać.
- Możesz sobie pomarzyć. - odpowiedział za mnie Josh. - Nie uważasz, że już wystarczająco się nagadałeś?
Travis odpowiedział mu zimnym spojrzeniem.
- Masz racje. - powiedział po chwili. - Nie powinienem już nic mówić. Sami sobie świetnie radzicie. Nie potrzebujecie niczyjej pomocy.
- Zaraz, zaraz. O czum ty mówisz? 
- W tym momencie o niczym. Manipulacja nigdy nie była twoją mocną stroną. - zakpił Josh, stając przy mnie.
- Być może, ale i tak każdy wie o co chodzi. Właściwie to ciebie powinienem ostrzec. - Dźgnął palcem Josha. - Elver po ciebie idzie. Dokończy dzieła. Cudem uniknąłeś śmierci tydzień temu. Tym razem zrobi to sam.  
Razem z Joshem nabraliśmy powietrza w tym samym momencie.  
- Nie patrzcie tak na mnie. - Zaśmiał się ponuro. - To Elver stoi za całą tą akcją. Pewnie zapytacie skąd to wiem. A to stąd, że sam mu cię wystawiłem. Chciałem byś w końcu zginął. Zamiast tego mój brat musiał interweniować. Wszystko było zaplanowane. Nagły odwrót wilkołaków. Miał pobiec za nimi, ale on zawrócił bo usłyszał waszą walkę. Zawsze nad tobą czuwał nawet w momencie, w którym mógł uratować twojego przyjaciela, czyli osobę, po którą tam przybył. - Spojrzał na mnie z wyższością.
- Wystawiłeś mnie na pojedynek. - warknął Josh.
Travis odchylił się do tyłu.
- W końcu miała być uczciwa walka. Jeden na jednego. Co się okazało? Że nie potrafisz wygrać kiedy jesteś sam. Jesteś zbyt słaby. Kogo teraz omamisz by stawał w twojej obronie? Ryzykował za ciebie. Ją? - Wskazał na mnie palcem – Naprawdę jesteś zdesperowany. Dlatego ją trenowałeś, prawda? Poświęciłaby się za ciebie. Jestem tego pewien. 
- Zabije cię! - krzyknął Josh
Nie wierzyłam w żadne słowo Travisa. Jednak reakcja Josha wydawała się dziwna.
- To przez ciebie Ray nie żyje. Zabiłeś własnego brata.
- Nie! - zaprzeczył Travis. - To ty go zniszczyłeś. Nawet jeśli przeżyłby tamten dzień to ile by jeszcze mu zostało? Ile miesięcy, może dni niekończącej się walki u twego boku. Wystarczyłaby jedna walka, w której traciłbyś przewagę, a rzuciłby wszystko by cię ratować. Czy ty zrobiłbyś to samo? Nie! To Ray zawsze wracał z obrażeniami i nie dlatego, że był słabszy jak wszyscy myśleli. On walczył na dwóch frontach. Powiedz mi czy chociaż jednego przeciwnika pokonałeś sam. 
Josh szedł w stronę Travisa. Stanęłam przed nim blokując mu drogę.
- Przestań. - powiedziałam cicho. - Wiesz, że to nie prawda. Sama widziałam jak pokonałeś tamtych ludzi w lesie. On cię prowokuje.
- Nawet teraz? - zakpił Travis – Może jeszcze poprosisz ją by to ona mnie uderzyła.
- Bądź ponad to. - mówiłam dalej.
- Przykro mi. - westchnął Josh. - Ale on ma racje.
Po tych słowach wyskoczył w górę ponad mną. Jeszce nigdy nie widziałam żeby ktoś tak wysoko skakał. Biegiem rzucił się na Travisa. Oboje upadli na podłogę. Josh zaczął z furią okładać Travisa po twarzy pięściami. Travisowi udało się go złapać za nadgarstek i wygiąć w drugą stronę. Usłyszałam chrzęst kości. Przez chwilę nieuwagi powalił go na ziemię. Sięgnął po jego koszulkę, podniósł go do góry i wyrzucił w jedną z półek. Posypały się książki całkowicie go zasłaniając. 
Travis spojrzał w moją stronę.
- Oto wielki wojownik. Najlepszy w szkole? Nie sądzę.
Stał tyłem do miejsca, w którym leżał Josh dlatego nie widział co tam się działo. Z książek wytoczył się ogromny tygrys. Nie przypominał normalnego tygrysa. Jego futro było bardziej złote w czarne pasy no i był zdecydowanie większy. Rozległ się głośny ryk.
Travis odwrócił się zaskoczony.
- To nie możliwe! - powiedział – Ty nigdy się nie zmieniasz.
O tym akurat nie wiedziałam. Co prawda Josh mówił mi o tym, że woli swoją ludzką postać. Teraz kiedy znałam historię jego ojca domyślałam się dlaczego.
- Skoro tak wolisz. - wzruszył ramionami Travis.
Upadł na kolana, a ręce oparł o podłogę. W kilka sekund jego ciało obrosło czarnym, błyszczącym futrem, zęby się wydłużyły, a z palców wyrosły pazury, te same, które widziałam poprzedniego wieczoru. 
Kiedy oboje już przybrali swoje zwierzęce postacie zaczęli głośno ryczeć. Miałam wrażenie, że ściany się trzęsą, a szkło w oknach zaraz pęknie. 
Wykorzystałam ten moment by stanąć między nimi z rozłożonym rękami.
- Proszę dajcie spokój.
Oczy tygrysa zrównały się z moimi. Gniew, który się w nich krył zniknął. Jednak to nie jego powinnam uspokajać. Poczułam mocne uderzenie w plecy. Upadłam na podłogę przy biurku. Kiedy się obejrzałam zobaczyłam Travisa biegnącego w stronę Josha.
Tygrys na chwilę na mnie spojrzał. Kiedy zobaczył, że nic mi nie jest, rzucił się do ataku. Oboje wyskoczyli w górę w tym samym momencie. Stali się jedną, ogromną kulką futra z błyszczącymi zębami. Tarzali się po podłodze co jakiś czas warcząc. Ich ciała były ze sobą złączone. Orali pazurami skórę i rozszarpywali ciało przeciwnika. Tym razem Josh okazał się silniejszy. Podczas gdy jego ludzka postać pozostawała smukła i wydawała się nie groźna to zwierzęca była potężna i niebezpieczna. Unosił Travisa wysoko nad ziemię i rzucał nim o ściany. Raz udało mu się zarzucić ciałem przeciwnika tak mocno, że wpadł na drugie piętro. Walka przeniosła się wyżej. Już ich nie widziałam, bo zasłaniały ich ściany książek. Za to doskonale słyszałam liczne huki, trzaski i pomruki. 
Musiałam jakoś zadziałać bo inaczej oboje się pozabijają. Zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu w celu odnalezienia czegoś co może pomóc. Biblioteka była zrujnowana. Wszystkie meble były poprzewracane, tylko dwa biurka jakoś ocalały. Wszędzie walały się księgi, a dywany były podarte i zabrudzone krwią. 
Nagle Josh wypadł z powrotem na parter przez jedną z półek sięgających sufitu, robiąc w niej ogromną dziurę. Regał się zachwiał. Wszystko co na nim stało zaczęło powoli spadać. Wyglądało to jak lawina książek.
Trzeba było uciekać. Pomogłam tygrysowi wstać i oboje ruszyliśmy biegiem w stronę drzwi. Szybko mnie wyprzedził i zastąpił drogę. Chciałam na niego krzyknąć, ale tuż przed nami upadł jeden z elementów regału, całkowicie odcinając nam przejście.
Oboje obróciliśmy się w tym samym momencie. Po drugiej stronie biblioteka była całkowicie zakryta książkami. Nie było widać ani skrawka podłogi. Drewniana półka po lewej jeszcze stała, ale niebezpiecznie się chwiała i w każdej chwili mogła runąć. Natomiast ta po prawej powoli opadała. Wszystko wyglądało jak w zwolnionym tempie. Musieliśmy gdzieś się ukryć, by uniknąć zmiażdżenia. Spojrzałam na tygrysa. Jego oczy były rozszerzone i wpatrywały się w półkę.
- Biurka! - krzyknęłam nagle.
Ocknął się i pobiegliśmy w głąb pomieszczenia starając się unikać ciężkich ksiąg lecących z góry. Kiedy już prawie dotarliśmy do drewnianego blatu, potknęłam się o skołtuniony dywan i upadłam na ziemię. Nie było czasu. Josh przygniótł mnie do podłogi swoim ciałem, osłaniając przed walącym się regałem. Leżałam na plecach więc doskonale widziałam lecącą w naszą stronę falę kolorowych okładek. Potem nastała ciemność. Czułam drżące kocie łapy po obu stronach mojego ciała. Otworzyłam oczy. Jego były zamknięte, a pysk mocno zaciśnięty. Domyślałam się jak musiał się czuć. Jakby zderzył się z jadącą ciężarówką albo jeszcze gorzej. Mimo tego stał wyprostowany. Ciężko dyszał. Jego ciało zaczęło się zmieniać. Futro całkowicie zniknęło, a zwierzęca głowa zamieniła się w dobrze mi znaną ludzką twarz. Już nie utrzymywał się na własnych siłach. Leżał na mnie, ale był świadomy. Czułam jego nierówny oddech. Po chwili uniósł się na trzęsących ramionach. Odkopał nas spod książkowej pokrywy i pomógł mi wstać za to sam opadł bez sił. 
Biblioteka wyglądała zupełnie inaczej. Nie było już ciemnej drewnianej podłogi, a witrażowe okna w niektórych miejscach były powybijane. Nie ostał się żaden regał. Najwyraźniej jeden pociągnął za sobą kolejne. 
Spojrzałam na Josha. Był cały podrapany i posiniaczony. Ubranie było w strzępkach. Koszulki był praktycznie pozbawiony. Jedno ramie miał mocno rozharatane, ale niektóre z ran już zaczęły się goić.
Z drugiego końca pomieszczenia dobiegły jakieś dźwięki. Spojrzałam w tamtą stronę. Po nierównej podłodze, krzywo biegła czarna pantera. Doskoczyła do Josha i zepchnęła go pod ścianę. Szybko zmienił się w człowieka i podniósł bezwładne ciało za gardło.
- Naprawie błąd jaki popełnił Elver i sam cię zabiję.
Musiałam działać. Nie było czasu by się zastanawiać. Szybko rozejrzałam się po pobojowisku. Dostrzegłam kawałek półki. Był połamany przez co ostry. Roztrzaskałam go na mniejsze kawałki. Chwyciłam ten, który najbardziej przypominał kołek. Dobiegłam do Travisa i wbiłam mu prowizoryczna broń w bark. Wygiął się do tyłu i ryknął z bólu. Poluźnił uścisk i Josh upadł na podłogę.
- Ty suko! - warknął
Wyrwał wystający kołek i odrzucił na podłogę. Odwrócił się do mnie. To koniec. Mój plan obejmował tylko tyle. Nie myślałam o dalszych krokach.
Zaczęłam się cofać. Ponieważ poruszałam się po nierównych książkach, szybko straciłam równowagę. Dopadł moje ramie, chroniąc przed upadkiem.
- Tobą też się zajmę. - Przyciągnął mnie do siebie. Jego twarz znajdowała się tuż przy mojej. Widziałam jego rozciętą brew i kapiącą z niej krew. - Będziesz idealnym materiałem na matkę. - Zmierzył mnie głodnym wzrokiem z góry do dołu.
Potem zrobił nagły obrót i kopnął zbliżającego się do nas Josha, z moim kołkiem w ręce. Nawet ja go nie zauważyłam, choć stałam do niego przodem. Z powrotem poleciał pod ścianę.
Travis podszedł do niego dumnym krokiem. Miał liczne rany i obtarcia, ale nie wydawał się taki wyczerpany. Ukucnął obok ledwo przytomnego Josha.
- Nie obwiniaj się. Nie możesz mnie pokonać. Zaraz odejdziesz z tego świata więc ci powiem . Tak na pocieszenie. Płynie we mnie krew Niezwyciężonych. - Oczy Josha szeroko się otworzyły.- To taki dar od Elvera. Nie mam takich zdolności jak on, ale przewyższam siłą zwykłych Zmiennokształtnych takich jak ty. - kontynuował.
Coś w Joshu się obudziło. Skoczył na równe nogi, powalając w ten sposób Travisa. Sięgnął po leżący drewniany kołek i mocno się zamachnął. Już widziałam przeszyte ciało Travisa. Tak się jednak nie stało. Drzwi biblioteki otworzyły się z hukiem. Dobiegająca z drugiej części połyskująca energia, w postaci czerwonego światła rozdzieliła Travisa i Josha, obojga przygniatając do podłogi. 
W wejściu stał Towen z wyprostowanymi rękoma. Jakiś wysoki mężczyzna wyminął go szybkim ruchem i skierował się w naszą stronę. Wyglądał na niecałe czterdzieści lat. Miał krótkie, prawie białe włosy, bladą cerę i głęboko osadzone szare oczy. Był ubrany w ciemne spodnie i srebrzysty, długi płaszcz, pod którym chyba nic więcej nie miał. Od razu skojarzyłam, że to musi być Trevor Norhard, o którym mówił mi Josh.
Stanął obok mnie i skinął głową. Następnie podszedł do miejsca, w którym leżeli chłopcy, nadaremnie próbując wstać.
- Josh. - przemówił Trevor – Wyjdź proszę.
Czerwone iskry opadły. Powoli się podniósł.
- Nic nie rozumiesz on...- zaczął Josh
- Wyjdź. - powtórzył ostro. - O wszystkim wiem. Zajmę się nim.
- Tak jak zająłeś się Elverem - zdenerwował się.
Wyminął go i szybkim krokiem podążył w stronę wyjścia.
- Nicole.- skierował się do mnie. - Mogłabyś pomóc mu doprowadzić się do ładu.? Jeszcze dziś chciałbym z wami porozmawiać.
Skuliłam się i ruszyłam w stronę wyjścia, zastanawiając się skąd zna moje imię. Po drodze minęłam się z Towenem. Był smutny, ale na moment się uśmiechnął kiedy nasze spojrzenia się spotkały. Zatrzymałam się i odwróciłam w jego stronę.
- Przepraszam, za zrujnowanie biblioteki.
- Nie ty powinnaś przepraszać.
Skinęłam i wyszłam z biblioteki.

niedziela, 26 stycznia 2014

Rozdział 8

Ostatni

Kiedy weszłam do pokoju panował w nim półmrok. Jedynym źródłem światła była nocna lampka stojąca obok dwuosobowego łóżka, na którym siedział Travis. Głowę miał schowaną w dłoniach. Coś mruczał pod nosem. Cicho przymknęłam za sobą drzwi.
- Chciałam sprawdzić czy wszystko w porządku. Dasz sobie dalej radę? - Nie odpowiedział. Usiadłam obok niego. - Będzie łatwiej. - pocieszałam go. - Uwierz mi. Ja po śmierci matki też nie mogłam się pozbierać.
- Nic nie rozumiesz. - wybełkotał – To miało być inaczej.
Opuścił ręce i zaczął machać głową.
- Być może. Nie dowiemy się tego. Stało się. Nic na to nie poradzimy. - Poklepałam go po plecach.
- Ale ja go znajdę. Wiem gdzie jest. Zapłaci za to.
- O czym ty mówisz?
- Pożałuje, że się ze mną układał.
Uznałam, że alkohol zrobił swoje i Travis zaczął gadać bzdury.
- Jeśli czegoś byś potrzebował to możesz się do mnie zwrócić. Postaram się pomóc.
Podniosłam się z łóżka, ale on chwycił moją rękę i zatrzymał mnie. Wstał powoli i na mnie spojrzał. Jego oczy były na wpół przymknięte.
- Jest coś co możesz zrobić.
Przysunął się bliżej i położył dłoń na moim policzku. Chciałam się odsunąć, ale złapał mnie w tali. Pochylił głowę i oparł ją o moje ramię.
- Zostałem ostatni. - szepnął – Ród Darkwoodów nie może przeminąć. Czarna pantera nie wyginie.
Zorientowałam się o czym mówi, kiedy jego ręce zjechały niżej do moich spodni.
- Nie Travis. Przestań! - zaprotestowałam stanowczo.
- Powiedziałaś, że pomożesz. - złapał moje ramiona kiedy próbowałam się wyrwać. Podniósł głowę.
- Ale nie w tym. Daj spokój.
Gwałtownie mnie przyciągnął i mocno pocałował. Próbowałam go odepchnąć, ale mimo tego, że był kompletnie pijany i tak przewyższał mnie siłą. Nie zamierzał przestać, więc,ugryzłam go w wargę.
Odsunął się ode mnie. Przeciągnął dłonią po ustach. Była pokryta krwią. Jak ją zobaczył jego twarz zmieniła się. Teraz spoglądał na mnie gniewnym wzrokiem.
- Chciałem po dobroci. - wysyczał.
Szybko ruszyłam w stronę wyjścia, ale mnie złapał i rzucił w stronę łóżka. Nie wycelował. Upadłam przy półce mocno uderzając biodrem o jej kąt. Chciałam się podnieść, ale on już był nade mną. Miotałam się i wyrywałam. Jego ręce znajdowały się na mojej talii. Nie mógł mnie przytrzymać. Poczułam, że coś przebija moją skórę. Spojrzałam w dół. Jego palce były zakończone ostrymi pazurami. Oczy przybrały złoty kolor.
Tego było już za wiele. Poczułam wzbierający we mnie gniew. Kiedy schylił się by ponownie mnie pocałować, wyciągnęłam ręce do góry. Nerwowo zaczęłam szukać lampki, która stała na półce. Jak tylko jej dosięgnęłam, mocno się zamachnęłam i uderzyłam go w głowę. Żarówka pękła i rozsypała się w jego włosach. Na chwile się odsunął. Wykorzystałam ten moment by podkulić nogi, a następnie wymierzyć kopniaka. Podziałało. Upadł na podłogę kawałek dalej. Szybko się podniosłam i wybiegłam z pokoju. Poczułam ból po prawej stronie biodra. Zwolniłam jak tylko znalazłam się przy schodach. Utykając wspięłam się na górę. Koszulkę miałam podziurawioną i zakrwawioną w miejscach gdzie przebiły ją pazury.
Szybko weszłam do pokoju, starając się by nikt mnie nie usłyszał. Od razu skierowałam się w stronę łazienki. Ściągnęłam T-shirt i rzuciłam go na podłogę. Po obu stronach brzucha miałam cztery szramy. Zaczęłam przemywać skórę wodą. Odetchnęłam z ulgą kiedy udało mi się zatamować krwawienie. Nie były to duże rany, ale za to głębokie. Czułam też odrętwienie po prawej stronie, w miejscu gdzie uderzyłam o szafkę nocną. Będzie siniak jak nic.
Usłyszałam pukanie do drzwi. Przez chwilę przeraziłam się, że może to być Travis. Stwierdziłam jednak, że nie dałby rady wejść po tych schodach w takim stanie, zresztą wątpiłam by chciał ryzykować.
To musiał być Josh. Sama chciałam z nim porozmawiać. Wyszłam z łazienki, szybko ubrałam pierwszą lepszą koszulkę i otworzyłam drzwi.
Tak jak przewidziałam w wejściu stał Josh. Wpuściłam go do środka.
- Przebrałaś się dla mnie? - spytał zadowolony.
Odpowiedziałam mu wrednym uśmiechem i powoli podeszłam do łóżka, starając się iść w miarę równo, by nie zauważył, że utykam. Uznałam, że ból się zmniejszy kiedy będę siedzieć. Nie myliłam się.
- Ja chciałam cię przeprosić za to co ostatnio powiedziałam. - zaczęłam patrząc we własne dłonie. Było mi głupio. Bałam się spojrzeć mu w oczy. - Nie powinnam tyle gadać. Po prostu byłam zdenerwowana całą tą sytuacją. Boje się o Matta. To mój najlepszy przyjaciel. Znam go od dziecka i czuje się beznadziejnie, że nie potrafię mu pomóc.
- Miałaś trochę racji. - stwierdził po krótkiej ciszy. - Brakowało mi Raya. Zawsze był przy mnie. Dziwnie się czułem kiedy go zabrakło. Kiedy razem ćwiczyliśmy po prostu o tym zapomniałem.
Spojrzałam na niego. Stał oparty o biurko i mi się przyglądał.
- Wiem dlaczego nienawidzisz Matta – wyrzuciłam. Nie chciałam robić bezsensownego wstępu. Musiałam się upewnić czy mam rację.
- Bo przeczytałaś to. - podniósł dziennik Elvera.
Serce mi przyspieszyło. Musiałam go upuścić w kuchni. Znalazł go kiedy po nas sprzątał.
- Ojciec Matta zabił twoich rodziców. - stwierdziłam.
- Nie! - podniósł głos. Podszedł do mnie szybkim krokiem i rzucił pamiętnik na łóżko. - On ich zniszczył.
- Dlaczego sądzisz, że Matt jest taki sam? On by tak nie postąpił.
- Nie wiesz tego. - pogroził palcem – Nie wiesz co dzieje się podczas pierwszej przemiany. W ich ród wpisane jest okrucieństwo. Każdy potomek Elvera da Visterna będzie taki sam. To klątwa, którą na siebie ściągnął.
Przypomniałam sobie czerwony konar drzewa przy jego zdjęciu. Musiał oznaczać przekleństwo.
- Matthew nie jest przeklęty. Nie ma go w Księdze Życia.
- Bo jeszcze się nie zmienił. Każdego dnia tam zaglądam by się upewnić czy przypadkiem ich drzewo genealogiczne się nie powiększyło. Cieszę się, że tak nie jest. Nie uda mu się. Został mu już tylko tydzień. Nie zdąży.
- Jak możesz tak mówić? - Z trudem opanowałam pokusę by nie wstać.
- Tak będzie lepiej dla wszystkich.
Starałam się równo oddychać. Nie mogłam znowu wybuchnąć. Nie o to w tym chodzi.
- Czy tylko ty wiesz, że Matthew jest synem Elvera?
- Nie zapomniałbym twarzy mordercy mojej matki! - krzyknął – Nie musiał jej zabijać. Ona nie była Zmiennokształtną. Ale on właśnie taki był. Okrutny. Wiedział, że jej śmierć będzie dla mojego ojca większym ciosem niż przebicie serca złotym ostrzem.
Był bliski płaczu choć starał się opanować. Wiedziałam, że nigdy wcześniej nikomu tego nie mówił. Dlatego tak bardzo go to bolało.
Podszedł do okna i oparł ręce o parapet. Głowę miał spuszczoną.
Wstałam z łóżka, próbując nie zwracać uwagi na przeszywający ból. Podeszłam do niego i położyłam dłoń na jego. Spojrzał na mnie.
- Co się dalej wydarzyło? - Musiałam go zmusić by w końcu to z siebie wyrzucił. Poczuł, że może mi zaufać.
Jego oczy były zaszklone od wzbierających łez.
- Ojciec oszalał. - powiedział w końcu. - Zmienił się w zwierzę. Zaczął zabijać ludzi. Byłem jego pierwszą ofiarą. Rozorał mi ramię pazurami. Gdyby nie mieszkająca z nami służąca, która odwróciła jego uwagę zabiłby mnie. Widziałem to w jego oczach, kiedy czaił się do ataku. Miałem dopiero pięć lat. Nie umiałbym się obronić. Mówiłem do niego. Starałem się go uspokoić. Przekonywałem, że nie jest taki. Nie słuchał. To już nie był mój ojciec. Pozwolił by pokierowały nim emocje. W tamtym momencie to jego zwierzęca natura przewyższała ludzką. Wszyscy uznali go za zagrożenie. Każdy przyjaciel zwrócił się przeciw niemu. Polowali na niego. Wytropili go w lesie i przebili włócznią. Nie dali mu szansy na zmianę, którą później obdarzyli prawdziwego zbrodniarza.
To była smutna historia. Był niewinnym dzieckiem, który w młodym wieku był świadkiem morderstwa obojga rodziców. Nie zasłużył na to.
- Wierzyłeś, że twój ojciec mógłby się zmienić tak jak ja teraz wierzę. Nawet jeśli Matthew jest przeklęty to i tak zasługuje na szansę. Jest niewinny tak samo jak twoi rodzice. Musimy chociaż spróbować mu pomóc.
- Wiem. - przyznał – Ale kiedy na niego patrzę widzę jego ojca, pochylającego się nad ciałem mojej matki. Za każdym razem przeżywam tamten przeklęty wieczór na nowo. Nie potrafię tego powstrzymać.
- Nie musisz w tym uczestniczyć. - powiedziałam – Znajdziemy Matta razem z Towenem.
- To się nie uda. Tamto stado zniknęło. Na pewno są już daleko za miastem. Nikt ich nie widział od tamtego dnia.
Ja wiedziałam dlaczego. Musiałam jeszcze tylko zaczekać na Raya. Modliłam się, że on czegoś się dowie. Wierzyłam, że tak będzie. Nie może wrócić z pustymi rękami. Jest duchem. Dla takiego nie ma miejsc, do których by nie dotarł.
Kiedy spojrzałam na Josha, zobaczyłam, że uważnie mi się przygląda.
- Nie wykłócasz się. - stwierdził. - Wiesz coś, czego ja nie wiem.
- Co? - odparłam spanikowana. - Niby jakim cudem. Przez cały ten czas nawet nie wychodziłam z domu.
Nie ustępował. Wwiercał się we mnie wzrokiem, jakby próbował coś z nich wyczytać. Tak samo patrzył na mnie Matthew. Zawsze bałam się, że może przeczytać moje myśli.
- Przestań! - odsunęłam się nagłym ruchem, przez co ból w biodrze powrócił. Noga mi zdrętwiała kiedy na niej stanęłam. Zachwiałam się do przodu. Josh złapał mnie w tali, ratując przed upadkiem. Syknęłam z bólu, kiedy dotknął dłonią ran.
- Co ci jest? - spytał
- Nic! - powiedziałam nieco za ostrym tonem
Wyszłam z jego objęć. Złapał mnie za ramię i przyciągnął z powrotem. Stanęłam przed nim. Uniósł spód mojej bluzki, odsłaniając rany i duże zaczerwienienie, które już zaczynało zmieniać się w siniaka.
Jego twarz spoważniała.
- Travis! - wysyczał - Co on ci zrobił?
- Nic mi nie jest! - Opuściłam koszulkę.
- To są ślady po pazurach. Nie jestem głupi.
- On po prostu za dużo wypił. Jestem pewna, że jutro będzie mnie za to przepraszał. - Starałam się załagodzić sytuacje.
- Co on ci zrobił? - powtórzył
- Na prawdę nie ma o czym mówić.
- Nicole! - krzyknął
- Dobierał się do mnie! - odpowiedziałam zdenerwowana. - Zadowolony?
Jego oczy się rozszerzyły, a usta lekko otworzyły.
- Nie! Ale będę jak go dopadnę.
Ruszył w stronę wyjścia. Powstrzymałam go, zastępując mu drogę
- Nie ma sensu. On jest zupełnie pijany. Co ci to da?
- On cię skrzywdził! Jak możesz go bronić?
- Wiem, że nie zrobiłby tego gdyby nie stan w jakim się znajduje. Stracił brata i jest zagubiony.
- Dlatego rani bezbronnych? - wykłócał się
- Proszę odpuść. - westchnęłam.
Rozluźnił dłonie, które wcześniej zacisnął w pięści. Wypuścił powietrze i bez słowa mnie minął.
- Jak chcesz. - powiedział na odchodne.
Zamknął drzwi z trzaskiem, potem usłyszałam kolejny dochodzący z jego pokoju. Odetchnęłam. Przynajmniej nie zszedł na dół. Wiedziałam, że i tak o tym nie zapomni. Prędzej czy później, ale jednak dojdzie do kłótni między nimi.

sobota, 25 stycznia 2014

Rozdział 7

Dziennik

Kolejne dwa dni spędziłam na przeszukiwaniu książek o Zmiennokształtnych. Mimo ogromnego zaangażowania i uporu nic nie udało mi się znaleźć. Postanowiłam nie prosić Josha o pomoc. Nie odzywałam się do niego od tamtego wieczoru. Starałam się ograniczyć spotkania z nim do minimum. Czasami jednak było to niemożliwe. Mieszkaliśmy w jednym domu, więc były momenty, w których mijaliśmy się na schodach. Kiedy wchodził do jakiegoś pomieszczenia, ja po prostu z niego wychodziłam. Być może było to dość dziecinne, ale przynajmniej mogłam się skupić na tym co było dla mnie najważniejsze- odnalezienie Matta. Ray miał się pojawić dopiero po jutrze. Do tego czasu musiałam chociaż próbować.
Najbardziej w tym wszystkim było mi żal Towena. Przez to, że nie wychodziły mu zaklęcia lokalizujące, całkowicie się załamał. Chciałam mu powiedzieć o Rayu i o tym, że to przez innego czarownika, nie możemy ustalić położenia watahy. Nie wiedziałam jednak czy byłoby to dobre. Co prawda miałam tylko nie mówić Joshowi, ale jaką miałam gwarancje, że Towen by mu nie powiedział. Wolałam nie ryzykować.
Po południu zmęczona po przeszukiwaniu książek postanowiłam jakoś odreagować. Nie miałam pomysłu co mogłoby mi teraz pomóc. Odłożyłam wszystkie spisy i legendy na swoje miejsce i ruszyłam w kierunku wyjścia. Zatrzymałam się przed drzwiami biblioteki prowadzącymi na korytarz i spojrzałam w stronę sali do ćwiczeń. Trening był ostatnią rzeczą na jaką miałam ochotę, ale mimo to odwróciłam się i poszłam w stronę hali. Otworzyłam potężne wrota. Zastanawiałam się dlaczego sala jest oddzielona krótkim korytarzem, a właściwie pomieszczeniem. Wcześniej nie zwracałam na to uwagi.
Panował tutaj straszny bałagan. Wszędzie wisiały pajęczyny, a w powietrzu unosił się kurz. To miejsce przypominało trochę piwnice. Odróżniało się od tak zadbanego domu. Usiadłam na jednym z uszkodzonych plastikowych krzeseł i zaczęłam się rozglądać. Niby nic nadzwyczajnego. Kilka komód, regałów z różnymi skrzyneczkami i fiolkami, jakieś kartony z uszkodzoną bronią i mnóstwo podartych oraz pogniecionych kartek. Zauważyłam , że ciemne ściany w niektórych miejscach były naznaczone przez pazury. Na jednej szczególnie. Wstałam i odsunęłam jedną z szaf, która zakrywała spory kawałek pionowej powierzchni. W tym miejscu nie było ani kawałka drewnianej boazerii. Była ona dosłownie wydarta. Przyłożyłam dłoń do jednego ze śladów. Nie zasłoniłam nawet połowy szerokości. Zwierzę, które to zrobiło musiało być ogromne. Jego łapa była ponad dwukrotnie większa od mojej dłoni. Podeszłam bliżej i nogą zahaczyłam o coś metalowego. Spojrzałam w dół. Do ściany były przymocowane dwa grube, zardzewiałe łańcuchy. Między nimi coś leżało. Był to niewielki dziennik. Kiedy go otworzyłam zorientowałam się, że to pamiętnik. Kartki były zapisane ręcznym nieco koślawym pismem. W niektórych miejscach żółte strony przesiąknięte były krwią. Otworzyłam książkę tak by zobaczyć początek. Na stronie tytułowej widniał napis „ Elver da Vistern”, przewróciłam dalej by zobaczyć pierwszy wpis.

15 kwietnia 1997r.

Tkwię tutaj przynajmniej od tygodnia. Pozbawiony światła, ciepła, wody i jedzenia. Mimo fizycznego osłabienia, czuję swoją siłę psychiczną. Nie złamią mnie. Liczą na to, że uda się im mnie zmienić. Drwię z ich naiwności, nadziei, ułudy. Jestem dumny z tego co zrobiłem. Żadne tortury, nie sprawią, że będę lepszą osobą. Nic nie ma dla mnie znaczenia poza żądzą władzy. Nienawiść jest potężna jednak broń jaką ja posiadam jest nie do zniszczenia.

Szybko zamknęłam pamiętnik i schowałam go za bluzkę. Z powrotem zasunęłam ścianę i pobiegłam do swojego pokoju. W końcu miałam jakieś źródło. Osobisty dziennik ojca Matta. Być może po przeczytaniu znajdę jakieś informacje, które mogą mi się przydać. Położyłam się na łóżku i pogrążyłam w lekturze.

* * *

Kiedy dotarłam do końca niecałkowicie zapisanego dziennika był już wieczór. Nie wyczytałam z niego żadnych konkretnych informacji. Każda strona była przesiąknięta opisami własnych uczuć i pewności siebie. Im dalej czytałam tym bardziej byłam pewna, że ojciec Matta był, a być może nadal jest szaleńcem, który mordował Zmiennokształtnych by osiągnąć władzę. Był przetrzymywany tam gdzie znalazłam książkę w celu przeczekania trwających procesów, które miały zdecydować o jego dalszym losie.
Było kilka wzmianek o Mattcie. Mówili mu o nim by go zmiękczyć, jednak on nie dbał o swojego syna. Kilkakrotnie to opisywał.
Z każdą stroną zdania były coraz bardziej niejasne, a pismo trudno było rozczytać. Być może był to wpływ zmęczenia, ale uważałam, że większe znaczenie miał na to jego stan psychiczny. Ostatni klarowny wpis był z 7 lipca. Reszta kartek była porwana lub zapisana słowami „Zapłacą mi za to”, „Oni wszyscy zginą”. Potem już tylko pojedyncze wyrazy „Śmierć”, „Władza”, „Siła” i „Złoto”. To ostatnie było dla mnie najmniej zrozumiałe.
Byłam rozczarowana, że nie dało mi to żadnych przydatnych informacji. Z hukiem zamknęłam książkę i wtedy wyleciała z niej jakaś kartka. Podniosłam ją. Wcześniej jej nie zauważyłam. Musiała być luzem włożona na samym końcu. Była to jakaś lista. Znajdowały się na niej nazwiska. Niektóre rozpoznałam z Księgi Życia. Większość z nich była skreślona. Po chwili zorientowałam się, że to lista ofiar. Szybko przeszukałam ją wzrokiem. Jedno imię było zakreślone w kółko „Josh Wayne”. Nad nim jedno skreślone „Amelia Wayne” i drugie podkreślone falowaną linią „ George Wayne”. Nie znałam nazwiska Josha, ale miałam przeczucie, że to on i jego rodzina znajdują się na tej liście.
Nagle wszystko zaczęło mi się układać w jedną, już niezupełnie niejasną historię. Ojciec Matta zabił rodziców Josha. Stąd musiała wynikać ta nienawiść. Nie chciał by Matthew doświadczył przemiany bo wie, że Elver jest jego ojcem. Boi się, że historia może się powtórzyć.
Brakowało mi kilku elementów. Musiałam z nim porozmawiać. Byłam na siebie zła. Dlaczego wcześniej nie mogłam w jakiś nadnaturalny sposób tego zobaczyć. Skoro śniłam o przyszłości, widziałam duchy to mogłabym móc dotrzeć do takich spraw. Być może wszystko potoczyłoby się inaczej.
Wzięłam dziennik i wybiegłam na korytarz. Zaczęłam walić rękoma w drzwi od pokoju Josha. Przyłożyłam do nich twarz. Cisza. Albo go nie było albo naprawdę nie chciał mnie widzieć. W sumie to mu się nie dziwię. Oskarżałam go nic nie rozumiejąc.
Zbiegłam na dół. Zajrzałam do salonu, który zawsze był pusty tym razem nie było inaczej. Potem kuchnia. Wpadłam na kogoś na rogu.
- Josh – zaczęłam.
Spojrzałam w górę. To nie był on. Stałam przed kimś kto był od niego nieco niższy i zdecydowanie bardziej masywny. Nie gruby ale nienaturalnie umięśnimy jak ci faceci z reklam dezodorantów. Miał czarne, krótkie włosy i błękitne oczy. Rozpoznałam twarz, która poza szerszą szczęką i blizną na policzku tak bardzo przypominała twarz Raya. Odsunęłam się od niego.
- Travis. - wydyszałam
Spojrzał na mnie zaskoczony.
- Znamy się?
- Nie. Jestem Nicole przyjaciółka Raya - podałam mu dłoń. Nie byłam pewna czy mogłabym się tak nazwać bo znałam Raya zaledwie dwa dni, ale to przynajmniej lepiej brzmiało niż „Nicole osoba po części winna śmierci twojego brata”.
Przez jego twarz na chwilę przebiegł cień. Uścisnął dłoń i delikatnie wepchnął mnie do kuchni.
- Nicole...Może usiądziesz. Chciałbym z tobą porozmawiać.
- O czym?
- Widzisz, kiedy Towen do mnie zadzwonił by poinformować mnie o śmierci brata nie wyjaśnił mi kilku kwestii. Wiem jednak, że ty też byłaś wtedy w lesie.
Jego ton przyprawiał mnie o dreszcze.
Usiadł przy okrągłym stoliku. Zrobiłam to samo, kładąc dziennik na kolanach pod blatem.
- Chciałbym żebyś mi powiedziała co się wtedy wydarzyło. Dlaczego pojechaliście do tego lasu? - kontynuował
Siedziałam w ciszy, zastanawiając się czy powinnam mu cokolwiek mówić. Wydawał mi się podejrzany.
Widząc, że milczę, głośno się roześmiał. Sięgnął za siebie ręką i wyciągnął z barku butelkę whisky. Odkręcił ją i wypił kilka solidnych łyków.
- Myślę, że zasługuję na prawdę. - zaczął – Przez ostatnie dni nie robię nic innego tylko piję. Ale wiesz co? Alkohol zmusza do przemyśleń. Przypominałem sobie od nowa słowa Towena „To był wypadek”, „Było za dużo wilkołaków”, „Poświęcił się ratując Josha”. To mnie tak nie zdziwiło. Zawsze podziwiał tego złotego chłystka, więc dlaczego miałby nie oddać za niego życia. Był ślepo zapatrzony w kogoś kto zawsze niepotrzebnie się narażał. Kogoś kto drwił z niebezpieczeństwa. Zawsze stał za nim, ochraniał go i jak przez to skończył. - głos Travisa był spokojny, ale pełen niewypowiedzianych gróźb – Od początku wiedziałem, że ta znajomość nie wyjdzie mu na dobre, ale kim byłem by mu tego odradzać. Tylko starszym bratem. Więc sobie odpuściłem, wyjechałem, dałem mu możliwość udowodnienia, że Josh Wayne jest osobą, która poświęciłaby się dla kogoś innego. Jednak po czterech latach dostaje telefon, że w walce, w której miał zginąć tygrys ginie pantera. Przedostatnia z rodu – mój młodszy brat. Powiedz mi Nicole co powstrzymuje mnie by nie wypatroszyć tego smarkacza?
Serce mi podskoczyło. On nie znał prawdziwej wersji tego co się stało. Obwiniał Josha, który nie miał nic wspólnego z tym co się stało. No prawie nic.
- To nie przez Josha, Ray nie żyje. - słowa same wypłynęły z moich ust. Opuścił butelkę, którą ponownie trzymał przy ustach. - To ja poprosiłam go by pojechał do tego lasu. Mieliśmy odnaleźć mojego przyjaciela. Josh tylko do nas dołączył i pomógł kiedy zaczęła się walka.
Twarz Travisa wygięła się w uśmiechu. Pogroził mi palcem przed nosem.
- Nie powinnaś go chronić. Nie zasługuje na to.
- Nie chronię go. Mówię jak było. - starałam się by mój ton zabrzmiał pewnie.
Travis spoważniał. Rzucił butelką o przeciwległą ścianę. Szkło roztrzaskało się po całej kuchni. Szybko wstał od stołu. Chwycił mnie za ramiona i przycisnął do ściany.
- Dlaczego? - krzyknął nieco słabszym jakby sztucznym tonem – Dlaczego byliście tak głupi by to zrobić?
- Przykro mi. - wyszeptałam
Mój oddech był szybki i nierówny.
Odsunął się ode mnie i znowu roześmiał. Koślawym krokiem podszedł do baru i wyciągnął kolejną butelkę. Nie trudził się odkręcaniem. Po prostu ułamał szyjkę. Przyłożył naczynie do ust i zachłannie wypił całą zawartość nie zwracając uwagi na ostre szkło, które przebiło mu wargi. Zaraz po tym, zachwiał się i upadł na podłogę. Usiadł prosto i oparł głowę o barek.
Chciał sięgnąć po kolejną porcje alkoholu ale ręka ześlizgnęła mu się z blatu. Siłą nacisku półka się podniosła, przez co wszystko co na niej stało runęło na ziemię. O dziwo nic się nie potłukło ale rozległ się ogromny hałas.
Podbiegłam i zaczęłam łapać porozrzucane butelki, które toczyły się po podłodze.
- Nie powinienem już pić. - wybełkotał.
Zaśmiałam się cicho.
- Zdecydowanie nie.
- Przepraszam, że cię wystraszyłem. Jestem nieco rozdrażniony całą tą sytuacją. - mówił tak jakby naśmiewał się sam z siebie.
Kiedy ustawiłam już wszystkie naczynia podeszłam do niego i usiadłam obok.
- Każdy ma swój sposób na radzenie sobie ze stratą. - stwierdziłam
- Mój chyba nie jest najlepszy. - czknął - Myślisz, że mogę się tutaj zatrzymać na noc?
- Nie wiem, ale raczej nie puszczę cię w takim stanie na miasto. - zaśmiałam się. - Tutaj jest sporo sypialni. Towen chyba się nie obrazi jak sobie jedną wybierzesz.
- Mam tu swoją. - oburzył się – Jest przy samych schodach po prawej.
Zaczął powoli się podnosić. Ponieważ mi zajęło to mniej czasu, postanowiłam mu pomóc. Widząc to roześmiał się.
- Dam radę.
Nie byłam o tym przekonana kiedy zatoczył się do tyłu i znowu upadł na podłogę
- Widzę.
Podparłam go ramieniem i o wspólnych siłach postawiliśmy go na nogi. Powoli ruszyliśmy w stronę korytarza. Naprzeciw wyszedł nam Josh.
- Co tutaj się stało? - spytał rozglądając się po zdemolowanej kuchni.
Travis podniósł zmęczoną głowę. Jak tylko rozpoznał Josha, odepchnął mnie lekko i ruszył w jego stronę szybkim krokiem. Już tak się nie chwiał. Jakby otrzeźwiał w jednej chwili.
- Ty zapatrzony w siebie, durny, śmieciu. - zaczął groźnym tonem. - Zabiję cię.
Josh też szybko zorientował się kto idzie w jego kierunku. Nie zareagował jednak na obelgi, ani groźbę. Podbiegłam i stanęłam przed Travisem w momencie, w którym zamachnął się ręką i omal znowu nie wylądował na ziemi.
- Przestań. - powiedziałam – Pamiętasz co ci mówiłam.?- Patrzyłam mu prosto w oczy starając się coś z nich wyczytać. Był jednak zbyt pijany by przekazywać jakieś konkretne emocje.
- Masz rację. - opuścił rękę. - Potem go wykończę. Lepiej stanąć z nim do walki kiedy nikt go nie będzie zasłaniał przed śmiertelnym zagrożeniem.
Każdy z nas zrozumiał aluzję.
Travis minął nas, szturchając przy tym Josha ramieniem. Kiedy na niego spojrzałam miał spuszczoną głowę. Chciałam jakoś go pocieszyć. Powiedzieć, że tak naprawdę nie jest winny śmierci Raya, ale wiedziałam, że to by mu nie pomogło.
- Lepiej sprawdzę czy dojdzie do pokoju. - wskazałam palcem na korytarz.
- Zostaw go. - powiedział kiedy byłam już przy framudze. - On jest... Poradzi sobie.
- Widziałam już wcześniej. - odparłam.
Przypomniałam sobie, że zanim natrafiłam na Travisa to Josha szukałam.
- Czy moglibyśmy porozmawiać jak wrócę? - spytałam
Pokiwał głową.
- Będę na górze u siebie, ale chyba najpierw trochę tu ogarnę.
- Dzięki.
Uśmiechnęłam się i ruszyłam w stronę pokoju Travisa.

piątek, 24 stycznia 2014

Rozdział 6

Księga Życia

Po spotkaniu z Rayem chwilę siedziałam w pokoju starając sobie to wszystko poukładać. Sama nie wiedziałam co powinnam zrobić. Szukać Matta, czy zdać się na ducha. Musiałam też odkryć powiązanie między Joshem, a Mattem. Postanowiłam pójść do biblioteki. Obecnie to było najlepsze wyjście.
Towen siedział przy jednym z potężnych, drewnianych biurek, przeglądając jakieś papiery. Źle wyglądał. Jego sylwetka była przygarbiona, ubranie pogniecione, a oczy zapadnięte. Nawet nie drgnął kiedy stanęłam naprzeciwko. Na blacie stały trzy puste kubki i jeden pełny z kawą.
- Powinieneś odpocząć. - stwierdziłam. - Rozchorujesz się.
- Jestem czarownikiem. Zmęczenie mnie nie wykończy. - odparł gardłowo.
Sam nie był pewny swoich słów. Kiedy przewracał kartki zauważyłam, że drżą mu ręce.
- Już to robi.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Poza stertą śmieci obok Towena nic się tutaj nie zmieniło. Coś przyciągnęło moją uwagę na sąsiednim biurku. Leżała na nim ogromna księga z grubą, twardą okładką. Wcześniej jej tutaj nie widziałam.
Usiadłam przyglądając się jej z bliska. Na jej wierzchu złotymi literami były wygrawerowane słowa „Bakenaki. Księga Życia. „
- To spis wszystkich Zmiennokształtnych na świecie. - wyjaśnił Towen, widząc, że jej się przyglądam. - Niesamowity przedmiot. Jest w niej każda rodzina. Najlepsze jest to, że sama się uzupełnia. Jest magiczna.
- Po co ci ona? - spytałam.
Leżała obok niego. Musiał wcześniej ją przeglądać.
- Chciałem sprawdzić, czy zarejestrowała śmierć Raya. Poza tym była mi potrzebna kiedy kontaktowałem się z jego rodziną. Okazało się, że został już tylko jego brat.
Wyszedł zza swojego biurka i podszedł do mojego. Otworzył księgę. Jak tylko stronice opadły na blat, posypał się kurz.
Przejechał palcem po kartce.
- Widzisz?
Na stronie było namalowane ogromne drzewo. Na każdej gałęzi widniało zdjęcie podpisane imieniem. Na środkowym pniu widniała wielka czarna pantera, a pod jej łapami napis „Darkwood” - nazwisko rodowe. Zauważyłam, że każdy konar jest czarno biały z wyjątkiem jednego na samej górze, który odróżniał się złoto-brązową korą. Na jego czubku było zdjęcie postaci bardzo podobnej do Raya. Te same błękitne oczy i ciemne włosy.
- To jego brat. - powiedział Towen. - Travis Darkwood. Ostatni z ich rodziny. To trochę smutne. - dodał.
Kartka przypominała drzewo genealogiczne z wyjątkiem jednego szczegółu. Na żadnej z gałęzi nie było obojgu rodziców. Zawsze była albo matka albo ojciec. Zapytałam Towena, dlaczego.
- Zmiennokształtni nie rozmnażają się między sobą. Byłoby to zmieszanie krwi. Chodzi tutaj o ich zwierzęcą naturę. Pozwolenie na miłość między rodzinami byłoby największą hańbą. W książce znajdują się tylko Zmiennokształtni, dlatego jest tylko jeden rodzic. Drugim zazwyczaj jest człowiek.
To było dla mnie dziwaczne. Nie chciałam jednak tego komentować. Nie rozumiałam jeszcze wszystkich ich zwyczajów.
Towen wrócił na swoje miejsce i z powrotem pogrążył się w notatkach.
- Mogę ją obejrzeć? - spytałam
Machnął ręką na znak, że się zgadza.
Zaczęłam powoli przeglądać stronice. Każde drzewo wyglądało inaczej, miało inny kształt no i oczywiście zwierzęta spoczywające na środku były różne. Znalazłam rodzinę lwów, których drzewo było największe, jaguarów, niedźwiedzi, a nawet hien. Gdybym miała wybierać na pewno nie chciałabym zamieniać się w hienę.
- Twoja matka spędzała bardzo dużo czasu przy tej księdze. - przerwał krótką ciszę Towen. Na chwilę oderwałam się od lektury i na niego spojrzałam. - Fascynowała ją. Kiedy teraz tak na ciebie patrzę...- przerwał – Wyglądasz zupełnie jak ona. - Przetarł oczy i powoli wstał. - Chyba naprawdę muszę odpocząć. 
Pokiwałam głową i wróciłam wzrokiem do księgi.
Byłam tak pochłonięta jej treścią, że nie zauważyłam upływu czasu. Nim się zorientowałam na dworze było już ciemno. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że dzisiaj nic nie jadłam i nawet nie czułam głodu. Przewróciłam kartkę i ziewnęłam. Rozciągnęłam ramiona. Trochę mi zdrętwiały. Chciałam zamknąć księgę, ale mój wzrok przykuła czerwona gałąź drzewa genealogicznego. Na żadnej stronie nie widziałam, żeby jakikolwiek z konarów miał taki odcień. Przejechałam po nim palcem, aż dojechałam do zdjęcia. Serce mocniej mi zabiło kiedy zorientowałam się kto się na nim znajduje. Wyglądał trochę bardziej dorośle i miał dłuższe włosy, ale poza tym wyglądał zupełnie jak Matthew. Zjechałam palcem niżej. „Elver da Vistern”. Odchyliłam się odrobinę do tyłu. Matthew Davis i Elver da Vistern. Davis to skrócenie. Matt naprawdę jest zmiennokształtnym. Tylko nie było go w tej księdze. Byłam pewna, że osoba na zdjęciu jest z nim spokrewniona. Być może to nawet jego ojciec. Podobieństwo było uderzające. Gałąź, na której się znajdował była kolorowa co oznaczało, że jeszcze żył.
Spojrzałam na pień. Jego zwierzęciem rodowym był gepard. To by wyjaśniało dlaczego jest taki chudy . - zaśmiałam się w myślach.
Musiałam dowiedzieć się więcej na ten temat. Nie wiedziałam tylko skąd mogę zebrać więcej informacji. Myślę, że powinnam podejść jakoś Josha. On na pewno dobrze zna zawartość tej biblioteki.
Było już późno, więc istniała szansa, że jest już w domu. Wyszłam na korytarz, a potem schodami na górę. Zapukałam do jego pokoju. Usłyszałam dochodzący zza drzwi szmer. Był w środku.
- To ja Nicole.
Zastukałam jeszcze raz. Kolejny szelest i jakby trzask zamykanych półek. W następnej chwili Josh otworzył drzwi. Miał na sobie czarny płaszcz, sięgający do połowy uda, zapięty na ostatni guzik pod samą szyję.
- Cześć! - uśmiechnęłam się – Mogę wejść?
- Nie. - zaprotestował od razu – Jestem zmęczony.
Stał sztywno jakby szykował się do skoku. Dziwnie wyglądał. Jakby czymś się stresował.
- Chciałam tylko zapytać co u ciebie.
- W porządku. - szybko odpowiedział. - Naprawdę. - dokończył kiedy przeszyłam go spojrzeniem mówiącym „Nie wierzę ci”.
Machnął ręką przez co płaszcz trochę się poluzował. Na podłogę kapło kilka kropel ciemnej cieczy – krew. Już szykował się by zamknąć drzwi, ale mocno uderzyłam je ręką przez co otworzyły się na oścież. Weszłam do środka. Josh leniwie się odwrócił i kopniakiem zamknął za mną drzwi. Podeszłam do niego i szybkim ruchem rozpięłam jego płaszcz. Jego koszula była cała w krwi.
- Gdzieś ty był? - spytałam zszokowana.
Domyślałam się odpowiedzi na to pytanie, ale chciałam by to on się przyznał. Tak jak mówił Ray, zapewne był zbyt natarczywy w swoich śledztwach.
- Na spacerze. Lubie się czasami przejść.
Ściągnął narzutę i wrzucił ją do kosza w rogu. Na ramionach miał głębokie szramy. Ślady po nożach lub pazurach. Jego tors wyglądał tak samo. Koszulkę wrzucił w to samo miejsce co płaszcz. Następnie wyszedł do sąsiedniego pomieszczenia, które było łazienką. Usłyszałam głos lecącej wody.
- Krwawe te twoje przebieżki. - stwierdziłam ostro
- Nic na to nie poradzę.
Przewróciłam oczami. Urodzony kłamca – pomyślałam.
Podczas gdy on przemywał rany ja rozejrzałam się trochę po jego pokoju. Podłoga i ściany były wyłożone ciemnym drewnem. Meble miały odcień czerni i brązu. Jedyne co rzucało się w oczy to biała pościel, idealnie zasłanego łóżka. Okna były pozbawione zasłon. Pokój był urządzony po męsku, ale panował tutaj niezwykły porządek.
Josh wrócił z łazienki. Rany już nie wyglądały tak strasznie. Szybko się goiły co oznaczało, że nie były zadane złotą bronią.
Podszedł do szafy i wyciągnął czarny T-shirt.
- A więc? - spytałam. - Powiesz mi gdzie byłeś?
Włożył koszulkę i burknął.
- Już mówiłem.
- Czyli nie szukałeś informacji o stadzie wilków, które były kilka dni temu w pobliskim lesie? Następnie nie walczyłeś z jednym z nich , kiedy zorientował się, że zadajesz za dużo pytań? - wiedziałam, że nie powinnam tego mówić, ale postanowiłam zaryzykować. Patrzył na mnie zdecydowanie zbity z tropu. - Wiem, że próbujesz je odnaleźć mimo że obiecałeś, że nie będziesz tego robić.
- A co ty myślałaś? - wybuchł nagle – Że pozwolę by mordercy mojego przyjaciela bezkarnie pałętali się po mieście.
- Ten kto zabił Raya już nie żyje. - krzyknęłam – Ty masz inny powód by ich odnaleźć. Ponieważ sam nie chcesz mi tego wyjaśnić to odkryję to po swojemu. Mi chodzi o dobro mojego przyjaciela, ale tobie o coś zupełnie odwrotnego.
Od razu pożałowałam tych słów. Miałam sprawić by mi zaufał i sam to wszystko powiedział, podczas gdy zaczęłam go oskarżać. To nie był dobry plan.
Josh zrobił gniewną minę i podszedł do drzwi szeroko je otwierając
- Może lepiej żebyś wyszła.
Skoro już zaczęłam się awanturować to nie mogłam nagle przestać. Trudno wybieram ścieżkę kłótni.
- Bo co? Nie potrafisz stanąć przede mną twarzą w twarz i przyznać się, że życzysz mojemu przyjacielowi wszystkiego co najgorsze? Musiało ci być ciężko przez te dni. Mogę ci jednak przypomnieć, że to ty sam zaproponowałeś treningi przez co musiałeś spędzać ze mną więcej czasu. Po co to zrobiłeś? Wiesz co ? - machnęłam ręką. - Nie odpowiadaj. Znam odpowiedź. Uświadomię cię jednak, że nie mam zamiaru być osobą zastępczą. Nie jestem Rayem i zapewne nigdy nie będę.
To był cios poniżej pasa. Być może nie zamierzony, ale skuteczny i prawdziwy. Po wyrazie jego twarzy wiedziałam, że była to prawda. Nawet wcześniej byłam tego świadoma i nawet mi to odpowiadało. Teraz jednak zauważyłam różnicę między prawdą, a fikcją. Przez te kilka dni spędzone na wspólnych ćwiczeniach sama zapomniałam o problemach. Nie jest to jednak sposób na to by zniknęły. Być może Josh czuł się tak samo. Było miło, ale wróciła rzeczywistość, a razem z nią wszystkie kłopoty.
Zdenerwowana minęłam Josha i skierowałam się w stronę własnego pokoju. Odprowadził mnie wzrokiem z gniewnym wyrazem twarzy.

czwartek, 23 stycznia 2014

Rozdział 5

To co było wraca

Kolejne cztery dni upłynęły szybko. Towen po tym jak zawiadomił rodzinę Raya o jego śmierci i zajął się pogrzebem, cały czas spędzał w bibliotece próbując zlokalizować watahę wilkołaków i Matta. Ja natomiast siedziałam przy książkach i starałam się nauczyć chociaż podstawowych informacji na temat świata nadnaturalnego. Nie było to łatwe, ale zawsze mogłam liczyć na Josha. Żeby nie myśleć o zmarłym przyjacielu przychodził do mnie i tłumaczył wątki, których nie rozumiałam. Dowiedziałam się, że każdy z gatunków ma swoje tradycję i obrzędy. Relacje między poszczególnymi grupami były napięte. Wilkołaki nienawidziły wampirów, czego domyśliłam się od razu, nie przepadały też za czarodziejami, ale byli gotowi się z nimi zjednoczyć jeśli ci pomogą im zwalczyć wampiry. Było to trochę skomplikowane.
Historia powstawania każdej nowej istoty wydawała mi się bardzo ciekawa, natomiast Josha nudziła. By być Bakenakiem trzeba było być z nim spokrewnionym. Wilkołakiem tak samo, ale trzeba też dodać ugryzienie. Jeśli wilkołak ugryzie człowieka jest szansa, że nastąpi przemiana. Wampiry były bardziej zawiłe. Stwórca musiał wypić całą krew człowieka, następnie oddać mu trochę swojej. Potem musiała nastąpić śmierć. Po przebudzeniu by dokończyć przemianę, trzeba się napić ludzkiej krwi. To wydawało mi się najbardziej obrzydliwe.
Josh stwierdził, że te informacje nie wiele mi się przydadzą. Zamiast tego opowiadał mi o sposobach zabicia każdego z gatunków. Postanowiłam tego nie komentować. W końcu pół życia spędził na zabijaniu i treningach. Zanim jednak cokolwiek mi powiedział zabrał mnie do biblioteki, a potem do tajemniczego pomieszczenia. Byłam strasznie podekscytowana. Po tylu latach w końcu mogłam tam wejść.
Po otworzeniu drzwi ukazało mi się niewielkie pomieszczenie przepełnione różnymi gratami. Nie ukrywałam rozczarowania. Jednak potem przeszliśmy dalej. Okazało się, że za kolejnymi drzwiami była wielka hala treningowa połączona ze zbrojownią. Wyglądała jak ulepszona sala gimnastyczna. Było miejsce do biegania, tory przeszkód, worki do boksowania oraz mayy do walk. Wszędzie były pozawieszane liny, a ściany miały chropowate powierzchnie. Josh wyjaśnił, że to do wspinaczki.
Zbrojownia była równie imponująca. Na półkach było mnóstwo broni. Od małych sztyletów, przez noże, miecze, shurikeny aż do włóczni, łuków i pistoletów. Dużo też było urządzeń, których nie rozpoznawałam. Na środku był masywny stół wyrzeźbiony z dębu.
Odkąd poznałam to miejsce to właśnie tutaj przesiadywaliśmy całymi dniami. Na początku Josh przekazał mi trochę teorii. Wyjaśnił czym zabić poszczególny gatunek. Wampira można było uśmiercić wyłącznie przez przebicie serca drewnem lub całkowite pozbawienie go tego organu. Myślałam, że drewno występuje tylko w filmach. Kiedy to skomentowałam od razu stwierdził, że by zabić umarłego trzeba użyć tego co wcześniej żyło, a teraz jest martwe. Na wilkołaki działało wyłącznie srebro. Inny rodzaj metalu też je ranił, ale to właśnie srebro zadawało śmiertelne obrażenia, które nie goiły się łatwo. Czarownicy i Bakenaki natomiast ginęły od złota.
Kiedy już poznałam wszystkie sposoby na zabijanie, Josh nalegał bym zaczęła trening. Nie byłam tym zachwycona ,ale stwierdziłam, że trochę lekcji mi się przyda. Kiedy on walczył z tamtym wilkołakiem ja tylko stałam bezczynnie. Gdybym miała chociaż podstawowe umiejętności, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Aby uniknąć takich sytuacji zgodziłam się.
Trenowaliśmy każdego dnia rano aż do popołudnia. Ćwiczyliśmy walkę wręcz, strzelanie z łuku, wspinaczkę by wzmocnić mięśnie i rzucanie nożami co wychodziło mi chyba najlepiej. Josh pokazał mi też kilka akrobacji, które mogą przydać się w walce. Na początku wyglądałam komicznie, ale jak już trochę potrenowałam to szło mi całkiem nieźle. Oczywiście nie poruszałam się tak lekko i sprawnie jak Josh, ale i tak byłam z siebie dumna.
Takie spędzanie dnia zajmowało nasze myśli. Kiedy wchodziliśmy do sali treningowej humor Josha od razu się poprawiał. Wiedziałam, że on po prostu to kocha i cieszy go fakt, że może dzielić z kimś tą pasję. Wcześniej miał Raya, który ćwiczył razem z nim. Być może w małym stopniu udało mi się go zastąpić.
Piątego dnia Josh przełożył trening. Powiedział, że ma coś do załatwienia i najprawdopodobniej wróci wieczorem. Cieszyłam się, że mam wolny dzień. Mogłam dać odpocząć moim mięśniom, które już od dłuższego czasu odmawiały mi posłuszeństwa.
Postanowiłam wykorzystać ten czas by pomóc trochę Towenowi. Nie wychodził z biblioteki ani na chwilę. Czuł się winny tego co się stało. Jego zaklęcia lokalizujące działały, ale tylko na krótki okres. Twierdził, że muszą być jakieś zakłócenia wywołane przez wilkołaki. One większość czasu są w ruchu i ciężko jest określić ich położenie.
Kiedy wyszłam z pokoju poczułam czyjąś obecność. Było to dla mnie nieznane uczucie. Jakby ktoś mnie obserwował, ale tak naprawdę go tu nie było. Rozejrzałam się po korytarzu. Wydawał się pusty. Ruszyłam więc dalej. Kiedy wyszłam zza rogu zobaczyłam postać. Stanęłam jak wryta bo od razu ją rozpoznałam. Serce podskoczyło mi do gardła. Przede mną stał Ray. Miał na sobie to samo ubranie co ostatnio. Wyglądał zupełnie jak on. To było niemożliwe. Przecież on nie żył. Stał i patrzył prosto na mnie. Uśmiechał się. Był tak blisko, a jednocześnie miałam uczucie jakby znajdował się gdzieś daleko.
Nie wiedziałam co mam zrobić. Przez sekundę miałam ochotę uciec, wrócić z powrotem do pokoju. Przetarłam dłońmi oczy, uznając, że to jakieś przewidzenia. Jednak kiedy otworzyłam je ponownie on nadal stał w tym samym miejscu.
- Nicole. - powiedział cicho
Nawet jego głos był taki sam.
- Ray? Jak to możliwe? Przecież...
- Nie żyję.. - dokończył. - Wiem. To prawda. Nie bój się, nadal tak jest. Teraz jestem duchem.
- Co?
Świetnie. Najpierw wilkołaki, wampiry, czarownicy, a teraz jeszcze duchy.
- Inni też cię widzą? Jak?...Już nic nie rozumiem.
Podszedł do mnie bliżej.
- Możemy wrócić do twojego pokoju? Wszystko ci wyjaśnię.
Pokiwałam głową. W następnej chwili Ray rozpłynął się w powietrzu. Zastanawiałam się czy nie iść do biblioteki tak jak planowałam, ale stwierdziłam, że jeśli wrócę do pokoju, a jego tam nie będzie to będę miała pewność, że to były tylko omamy.
Tak się jednak nie stało. Kiedy weszłam do pokoju, Ray leżał rozłożony na moim łóżku. Materac nie uginał się pod jego ciężarem. To zapewniło mnie, że nie jest już sobą.
Usiadłam na krześle naprzeciwko niego.
- Jak to możliwe, że cię widzę? - spytałam
W środku cieszyłam się, że znowu mogę go zobaczyć, ale czułam się niepewnie. Tak jakby ktoś robił sobie ze mnie żarty.
- Widzisz mnie ze względu na to kim jesteś, a jesteś jasnowidzem, możesz ujrzeć rzeczy, których inni nie zobaczą, włączając w to duchy. Taki sam dar miała twoja matka i tylko ja jeszcze o tym wiedziałem.
- Jak to?
- W momencie mojej śmierci dotknęłaś mnie, przez co związałaś się z moją aurą. Mogłabyś zauważyć każdego ducha gdybyś miała z nim jakieś połączenie. - wyjaśnił
- To znaczy, że mogę zobaczyć swoją matkę?
- To dotyczy tylko dusz, które nie zaznały spokoju. - odparł cicho
- Przykro mi. - powiedziałam, kiedy zdałam sobie sprawę co to właściwie znaczy.
Jednocześnie poczułam radość, że moja mama odeszła w spokoju i smutek z powodu tego, że Ray go nie doświadczył.
- Jestem tu ze względu na Josha. Jest dla mnie jak brat i muszę go chronić. Dlatego też zjawiłem się dopiero teraz. Nie chcę byś mu mówiła, że mnie widzisz. Wiem, że to byłoby dla ciebie łatwiejsze ale dla niego nie. Zrani go to bardziej niż myślisz.
Wiedziałam, że ma racje. Świadomość, że osoba tak bliska jest gdzieś obok, a nie można jej ujrzeć jest bolesna. Czułabym to samo gdyby ktoś inny widział moją matkę.
- Nie powiem mu. - obiecałam na co szeroko się uśmiechnął jednak nie trwało to długo. Po chwili jego twarz przybrała poważny wyraz.
- Słuchaj. Josh cię okłamuje. Obiecał ci, że nie będzie szukał wilkołaków na własną rękę, ale to nie prawda. Odciągał od tego twoją uwagę poprzez treningi. Tak na marginesie. Całkiem dobrze ci idzie.
- Dzięki. - uśmiechnęłam się
- Każdego dnia zaraz po waszych ćwiczeniach, wychodzi z domu i szuka tropów. Węszy po miejscach odwiedzanych przez wilkołaki. Nie miałbym nic przeciwko gdyby chodziło mu o ratowanie Matta, ale myślę że oboje wiemy, że tak nie jest.
Westchnęłam ciężko. Już wcześniej dziwiłam się, że nie poruszał tych tematów. Nie pytał nawet Towena o to jak wychodzą mu zaklęcia. Teraz już wiem dlaczego. Szukał ich na własną rękę by ich wykończyć.
- Jako duch mogę przemieszczać się z miejsca na miejsce w ciągu sekundy. Cały ten czas szukałem Matta i tamtego stada. Myślałem, że wynieśli się stąd na dobre, ale wtedy przypomniałem sobie ich słowa z tamtej nocy. Nie rozpoznałaś ich bo mówili w bardzo starym już prawie nie istniejącym języku. Trochę poszperałem i dowiedziałem się, że kiedyś posługiwali się nim czarodzieje. Mają po swojej stronie jednego z nich. To dlatego nie możecie ich namierzyć. Chroni ich jakieś zaklęcie.
- Ale co oni planują? Po co im Matthew?
- Chcą go wykorzystać przeciwko Joshowi. Przeciwko wszystkim Zmiennokształtnym. Wydaje mi się, że pomogą mu się przemienić, ale on nie przeszedł odpowiedniego szkolenia. Nie będzie w stanie zapanować nad swoją zwierzęcą naturą i o to właśnie im chodzi. Jeśli zamieni się w zwierzę, będzie myślał tylko o zabijaniu. Nie będą musieli nic więcej zrobić. Matt już sam nienawidzi Josha i wszystkich Zmiennokształtnych bo nie uzyskał od nich żadnego wsparcia.
- Będzie ich bronią. - wyszeptałam przerażona.
Ray współczująco pokiwał głową.
- Taką mam teorię.
Schowałam twarz w dłonie. Jak on mógł w coś takiego się wpakować. Zawsze uważałam go za osobę, która nie ma problemów. Wydawał się idealny podczas gdy prawda była zupełnie inna. Nie znałam tej jego strony.
- Dlaczego oni się tak nienawidzą? Nie widziałam ich nigdy razem, oprócz kilku sekund na plaży. Co się między nimi wydarzyło?
Ray wstał z łóżka. Podszedł do mnie i ukucnął. Oparłam ręce na kolanach. Położył swoje dłonie na moich. Było to takie dziwne. Widziałam je, a jednak ich nie czułam, zupełnie jakby go tutaj nie było.
- Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Josh nie chciał mi powiedzieć. To coś poważnego. Znam jednak osobę, której może się zwierzyć.
- Niby kogo? - spytałam naburmuszona i całkowicie załamana tą sytuacją.
- Ciebie. - odpowiedział od razu. Spojrzałam na niego jak na kogoś obcego. - Już od tego momentu w lesie wiedziałem. Uległ pod twoimi słowami. Nigdy tego nie robi, nie zmienia zdania w takich kwestiach. Od tamtego momentu spędza z tobą bardzo dużo czasu, a ty to wytrzymujesz. Dlatego jeszcze bardziej go przyciągasz. Tak naprawdę jestem jedyną osobą, z którą utrzymywał kontakty dłużej niż na dwa dni, ale na początku nie miał wyboru więc nie wiem czy to się liczy. - uśmiechnął się ponuro
Josh może i miał trudny charakter, ale nie wydawał mi się złą osobą.
- Myślę, że mnie przeceniasz. Znasz go kilka lat i nigdy ci o tym nie powiedział. Mnie poznał tydzień temu.
- Widzę jak na ciebie patrzy. Wydajesz się dla niego osobą, która go rozumie. Macie ze sobą coś wspólnego czego nie mógł znaleźć u mnie. Nie mam pojęcia co to jest.
- Może dlatego, że jestem kobietą. - zaśmiałam się
Ray wzruszył ramionami.
- Spróbuj do niego dotrzeć. - przekonywał mnie – Być może dzięki temu zrozumiemy całą tą sytuacje. Ja przez ten czas będę się rozglądać za Mattem. Zgłoszę się na początku następnego tygodnia. I jeszcze jedno. Spróbuj powstrzymać te jego poszukiwania. Tak nic nie znajdzie, a tylko bez sensu się naraża. Relacje między wilkołakami są silne. Jeśli dowiedzą się, że ktoś węszy, zlikwidują go.
Westchnęłam i pokiwałam głową.
- Postaram się.
Po moich słowach Ray zaczął znikać. Zanim rozpłynął się w powietrzu wesoło mi pomachał. Nawet po śmierci miał dobry humor.