Tygrys
i pantera
Tej
nocy koszmarne sny powróciły. Byłam w bibliotece. Nie
uczestniczyłam w scenie, która miała miejsce. Po prostu ją
obserwowałam. Widziałam Elvera, który stał przy Księdze Życia.
Miał na sobie czarny, skórzany płaszcz sięgający łydek i
obcisłe spodnie. Ciemne włosy wygolone po obu stronach głowy i
krótkie na jej czubku, z tyłu były związane w liczne warkocze
grubości palca.
-
Zostaw ją! - ostro zagroził Josh, którego wcześniej nie
zauważyłam.
Elver
szeroko się uśmiechnął i rozłożył ręce.
-
Josh Wayne. Przez lata myślałem w jaki sposób cię zabić. Cudem
uniknąłeś śmierci kilka lat temu. Tym razem nie popełnię tego
błędu. Widzisz, jednak teraz mam na głowie ważniejsze sprawy.
Potrzebuje tej księgi.
Ujrzałam
błysk w jego szalonych złotych oczach. Potem obraz się zmienił.
Teraz miałam przed oczami toczącą się walkę między ojcem Matta
a Joshem. Oboje trzymali w dłoniach złote, lekko zaokrąglone
miecze. Zapadła ciemność, z której zaczęła się wyłaniać inna
scena. Josh leżał na ziemi nieruchomo a nad nim stał zakrwawiony
gepard, z dumą się w niego wpatrujący.
Zaczęłam
krzyczeć, ale oni mnie nie słyszeli. W następnej chwili zwierzę
pochyliło się i rozszarpało gardło przeciwnika. Wszędzie było
pełno krwi, miałam nią pokryte dłonie i całe ciało. Widziałam
czarne plamy. Wszystko się rozmazało i zniknęło.
Obudziłam
się szybko dysząc. Złapałam się za głowę. Była cała mokra,
tak samo jak włosy. Pościel i wszystkie poduszki leżały
porozrzucane na ziemi.
To
co widziałam nie mogło się wydarzyć. Josh nie mógł zginąć.
Wyskoczyłam z łóżka i wybiegłam z pokoju. Musiałam go znaleźć.
Zaczęłam walić pięściami w jego drzwi i krzyczeć. Szybko
otworzył i spojrzał na mnie zaskoczony. Miał na sobie tylko
spodnie od dresu. Nie zważając na rozczochrane włosy, spocone
ciało i skąpą piżamę, rzuciłam mu się w ramiona jakbym chciała
się upewnić, że naprawdę przede mną stoi. Nie mogłam się
opanować.
-
To się nie wydarzy. - zaczęłam się uspokajać.
Objął
mnie ramionami.
Zaczęłam
drżeć, ale nie z zimna tylko ze strachu. Jeszcze nigdy o kogoś tak
się nie bałam. Nawet o Matta się nie martwiłam tak jak teraz o
Josha. Może dlatego, że nie widziałam śmierci przyjaciela we
śnie, wiedząc że to może się spełnić.
-
Co się stało? - Odsunął mnie na moment i spojrzał w oczy.
-
Miałam wizje. Elver..- mówiłam przez łzy. - Był u nas w
bibliotece. Chciał zdobyć Księgę Życia. Potem... - Nie mogłam
tego powiedzieć. Zaczęłam nerwowo kręcić głową. - Nie. To się
nie wydarzy.
Ukryłam
twarz w dłoniach.
Przyciągnął
mnie do siebie i mocno przytulił. Czułam ciepło jego ciała i
unoszącą się klatkę piersiową. Jego dłonie kojąco wędrowały
po moich plecach. Głowę miał opartą na mojej. Czołem oparłam
się o jego obojczyk. Oddech zaczął mi się wyrównywać.
Powtarzałam sobie w myślach, że to był tylko sen. To nie musi
wcale być przyszłością.
-
Jak dla mnie to mógłbym mieć taką pobudkę codziennie.
Zaśmiałam
się.
-
Która jest godzina? - spytałam. Już i tak było za późno by się
nad tym zastanawiać, ale wolałam wiedzieć.
-
Piąta rano.
Cofnęłam
się o krok.
-
Serio? - Nie odpowiedział tylko wzruszył ramionami. - Przepraszam.
Teraz
było mi głupio.
-
W porządku. Tak mocno waliłaś w drzwi. Myślałem, że może się
pali. - prychnął – A jak z...? - wskazał dłonią na moje
biodro.
Podniosłam
koszulkę. Miałam siniaka tak jak przewidziałam, ale był mniejszy
niż myślałam. Tam gdzie Travis wbił się pazurami, były teraz
cztery strupy. Zakryłam się z powrotem, nieco zawstydzona. Stałam
przed nim w samej za dużej koszulce i majtkach. Wcześniej się tym
nie przejmowałam, ale teraz miałam ochotę szybko się czymś
zakryć.
Josh
chyba to zauważył bo odwrócił wzrok i zmienił temat.
-
Towen sprowadził jednego z Zmiennokształtnych by nam pomógł w
odnalezieniu Matta. Dzisiaj ma przyjechać.
-
Naprawdę? Kogo?
Usiadł
na łóżku i złożył dłonie na kolanach.
-
Trevora Norhorda.
Umiejscowiłam
się obok, zakrywając koszulką czerwone majtki.
-
Znasz go?
Pokiwał
głową.
-
Opiekował się mną po śmierci rodziców. Jest dobrym wojownikiem i
jeszcze lepszym tropicielem. Powinien nam pomóc. Poza tym ma
autorytet sięgający daleko poza ród Bakenaków.
Norhord.
Kojarzyłam to nazwisko z Księgi Życia, ale nie pamiętam jakie
zwierze było na ich pniu.
-
Jakie..? - nie wiedziałam jak o to zapytać. - W co on się zmienia?
Josh
się uśmiechnął
-
Jest ibrysem. To taka śnieżna pantera.
-
Nie jestem pewna czy zniesie Florydzki klimat. - zażartowałam
-
Ja nie będę mu nosił wiader z zimną wodą. Tego może być
pewien. - zaśmiał się. - Przemyślałem sobie to wszystko co
mówiłaś. Chyba masz racje co do Matta. Nie powinienem go oceniać
na podstawie jego ojca. Jestem gotowy by wam pomóc.
Ucieszyłam
się, że to powiedział. Domyślałam się, że nie było to dla
niego łatwe. Dlatego w podzięce szybko go uściskałam.
-
Doceniam to. - powiedziałam kiedy już go puściłam.
Zaczęłam
się cofać w stronę wyjścia.
-
Chyba powinnam już iść. Ubrać się i w ogóle.
-
Mnie to nie przeszkadza jeśli o to pytasz.
Uśmiechnął
się lubieżnie. Posłałam mu gniewne spojrzenie i opuściłam
pokój.
*
* *
Kiedy
już porządnie się wyszorowałam, uczesałam i ubrałam,
postanowiłam wyjść na dwór. Prawie cały tydzień
przesiedziałam w domu. Miałam ochotę się przewietrzyć. Ponieważ
ogród dookoła domu był ogromny mogłam liczyć na odrobinę
spokoju. Wąską, kamienną dróżką ruszyłam na przód mijając
wysokie brzozy. Jak byłam mniejsza zawsze uważałam to za magiczną
krainę. Było tu tyle rodzai roślin. Każda miała swoje miejsce.
To wszystko było ściśle zaplanowane przez moją matkę. Nigdy
szczególnie się tym nie interesowałam po prostu uwielbiałam się
tutaj bawić razem z Mattem. Nie zwracałam uwagi na to ile pracy
musiała w to włożyć. Minęły już trzy miesiące od jej śmierci.
Przez ten czas nikt nie zajmował się ogrodem. Był strasznie
zapuszczony. Krzaki nie były już równo poobcinane, kwiaty zakryte
chwastami, a drzewka owocowe obładowane niezebranymi owocami. Kostka
brukowa, po której szłam w niektórych miejscach pokryta była
mchem. To straszne co czas zrobił z tym miejscem. Nawet fontanna,
kiedyś pełna życia przez pływające w niej ryby teraz stała na
środku ścieżki samotna. Woda w niej była spokojna, pozbawiona
morskich stworzeń. Kiedyś przebywanie tutaj poprawiało mi humor. W
tej chwili czułam jedynie przygnębienie.
Nie
znałam się na ogrodnictwie, ale chciałam jakoś przywrócić to
miejsce do właściwego stanu. Ruszyłam w stronę drewnianej budki,
w której mama trzymała narzędzia. Drzwiczki były zamknięte na
kłódkę. Świetnie. Już sobie popracowałam. Po prawej stronie
stała niewielka szklarnia. W niej mama uprawiała roślinny, które
po wysuszeniu były świetne do herbaty. Liczyłam na to, że w
środku może znajdę jakieś grabie, lub coś co może mi się
przydać.
Otworzyłam
szklane wrota. Na szczęście nie były zamknięte na kłódkę tylko
zwykłą metalową zasuwkę. Jak tylko weszłam do środka uderzyła
mnie fala ciepła i mocnego kwiatowego zapachu. Trochę zakręciło
mi się od tego w głowie. Na samym końcu ujrzałam łopatkę i
jakieś dłuto. Jeśli coś wykombinuję to może uda mi się
przynajmniej wyczyścić ścieżki z mchu. Postanowiłam wziąć
niewielki szpikulec. Miałam pewność, że zmieści się w szpary
między kamieniami. Obok leżała druciana gąbka. Mogłaby się
przydać do wyczyszczenia fontanny. Postanowiłam ją również zabrać ze
sobą. W drodze powrotnej zapach w szklarni zaczął się zmieniać.
Z przyjemnego na ostry, drażniący nos od środka. Wydawało mi się,
że temperatura też się podnosiła. Przed oczami widziałam
mroczki. Czarne plamy zasłaniały mi ścieżkę do wyjścia.
Przyspieszyłam krok. Szłam na oślep. O coś się potknęłam i
upadłam na miękką ziemię. Oczy miałam otwarte, ale nie widziałam
szklarni tylko czerń szybko zmieniającą się w biel, a potem znowu
w czerń. Rozbolała mnie głowa od migających kolorów. Po chwili
puste obrazy zostały zastąpione różnymi scenami, które mieszały
się ze sobą przez co były jeszcze bardziej niewyraźne. Widziałam
Elvera z Księgą Życia, Matta w jakiejś celi przykutego do ściany,
geparda rozrywającego człowieka, las pełen ludzkich i wilczych
ciał. Kolejne wizje za szybko się zmieniały bym mogła cokolwiek
rozpoznać. Czułam jak coś napiera na moją głowę od wewnątrz,
jakby miało ją rozsadzić. Nie spałam. Czułam wszystko. Mokrą
ziemię pod sobą, ostry zapach kwiatów, gorąco, które stawało
się nie do wytrzymania. Krzyknęłam. Nie mogłam wytrzymać.
Wszystko się skumulowało i naparło na mnie. Nie mogłam oddychać.
Starałam się złapać powietrze, ale szklarnia wydawała się go
pozbawiona.
Usłyszałam
otwierające się drzwi. Poczułam przypływ chłodniejszego
powietrza. Chciałam spojrzeć w tamtą stronę. Przesunęłam głowę,
ale nic nie widziałam. Wizje nadal przeplatały mi się przed
oczami. Zupełnie jakbym oślepła.
Ktoś
wziął mnie na ręce. Czułam mocne ramiona pod kolanami i plecami.
Myślałam, że jak opuszczę szklarnie to będzie mi lepiej, ale
ulga nie nastąpiła. Zupełnie jakbym się nie przemieściła, ale
ktoś kto mnie niósł, szedł. Czułam to. No chyba, że kręcił
się w kółko, ale to by było idiotyczne.
Usłyszałam
przejeżdżający samochód. To było potwierdzenie, że
znajdowaliśmy się bliżej domu. Jednak nadal było mi gorąco i nic
nie widziałam. Czyżby tak miało być już zawsze?
Weszliśmy
do środka. Było bardziej duszno i nie wiał już wiatr. Usłyszałam
szybkie kroki znad przeciwka.
-
Coś ty jej zrobił!
To
był Josh. Jego głos był wyraźny i groźny. Więc kto mnie niósł?
Sądząc po reakcji Josha to musiał być Travis. Chciałam mu
powiedzieć, że wszystko jest w porządku ale nie mogłam ruszać
ustami. Z gardła wyrwał mi się cichy pomruk.
-
Nic! - krzyknął Travis. - Znalazłem ją taką w szklarni. Oczy
miała otwarte. One poruszały się tak szybko. Jakby była opętana.
- Ton jego głosu był dziwny, jakby przerażony.
Potem
znalazłam się w innych ramionach, bardziej delikatnych. Moje ciało
bezwładnie kołysało się w rytm szybkich kroków. Położyli mnie
na czymś miękkim.
-
To nie będzie przyjemne. - Nie wiedziałam do kogo on mówił.
W
następnym momencie poczułam nagłą falę chłodu. Zimno opanowało
moje ciało. Na moment przyniosło ulgę, ale potem zaatakowało z
podwójną siłą. Zupełnie jakby igły przebijały mi skórę.
Gwałtownie zaczerpnęłam tchu. Otworzyłam oczy. Odzyskałam wzrok.
Widziałam
Josha stojącego przede mną z wiadrem i nieco dalej Travisa z
zaskoczoną miną. Znajdowaliśmy się w bibliotece.
-
Co to było? - wykaszlałam.
Spojrzałam
na siebie. Całe ubranie miałam przemoczone.
-
Zależy o co pytasz. - stwierdził normalnym tonem Josh. - Przed
chwilą oblałem cię zimną wodą żebyś odzyskała przytomność.
-
Widzę. - wysyczałam
-
Jeśli chodzi o to wcześniej. - kontynuował. - Naćpałaś się. -
zaśmiał się
-
O czym ty mówisz? - Byłam podirytowana.
-
W szklarni twoja mama hodowała malwy czarne. Dla ludzi nie mają
większego znaczenia, ale na takich jak ty działają jak narkotyk lub
rodzaj zapalnika. - Ta sytuacja go bawiła bo uśmiech nie schodził
mu z twarzy.
-
Zapalnika? - Nadal nie wiedziałam o czym mówił
-
Wywołują wizje. Za duża ich ilość powoduje nagły wzrost
temperatury i odrętwienie. Kubeł z wodą to jeden ze sposobów by
pomóc.
Zbliżył
się tak, że jego usta znajdowały się przy moich uszach.
-
Powinienem ci podziękować. Zawsze marzyłem żeby kogoś obudzić w
ten sposób.
Walnęłam
go ręką w ramie, żeby się odsunął.
-
Nie ma za co. - burknęłam.
Wstałam
i ruszyłam w stronę wyjścia.
-
Poczekaj. - zatrzymał mnie Travis. - Chciałbym z tobą porozmawiać.
-
Możesz sobie pomarzyć. - odpowiedział za mnie Josh. - Nie uważasz,
że już wystarczająco się nagadałeś?
Travis
odpowiedział mu zimnym spojrzeniem.
-
Masz racje. - powiedział po chwili. - Nie powinienem już nic mówić.
Sami sobie świetnie radzicie. Nie potrzebujecie niczyjej pomocy.
-
Zaraz, zaraz. O czum ty mówisz?
-
W tym momencie o niczym. Manipulacja nigdy nie była twoją mocną
stroną. - zakpił Josh, stając przy mnie.
-
Być może, ale i tak każdy wie o co chodzi. Właściwie to ciebie
powinienem ostrzec. - Dźgnął palcem Josha. - Elver po ciebie
idzie. Dokończy dzieła. Cudem uniknąłeś śmierci tydzień temu.
Tym razem zrobi to sam.
Razem
z Joshem nabraliśmy powietrza w tym samym momencie.
-
Nie patrzcie tak na mnie. - Zaśmiał się ponuro. - To Elver stoi za
całą tą akcją. Pewnie zapytacie skąd to wiem. A to stąd, że
sam mu cię wystawiłem. Chciałem byś w końcu zginął. Zamiast
tego mój brat musiał interweniować. Wszystko było zaplanowane.
Nagły odwrót wilkołaków. Miał pobiec za nimi, ale on zawrócił
bo usłyszał waszą walkę. Zawsze nad tobą czuwał nawet w
momencie, w którym mógł uratować twojego przyjaciela, czyli
osobę, po którą tam przybył. - Spojrzał na mnie z wyższością.
-
Wystawiłeś mnie na pojedynek. - warknął Josh.
Travis
odchylił się do tyłu.
-
W końcu miała być uczciwa walka. Jeden na jednego. Co się
okazało? Że nie potrafisz wygrać kiedy jesteś sam. Jesteś zbyt
słaby. Kogo teraz omamisz by stawał w twojej obronie? Ryzykował za
ciebie. Ją? - Wskazał na mnie palcem – Naprawdę jesteś
zdesperowany. Dlatego ją trenowałeś, prawda? Poświęciłaby się
za ciebie. Jestem tego pewien.
-
Zabije cię! - krzyknął Josh
Nie
wierzyłam w żadne słowo Travisa. Jednak reakcja Josha wydawała
się dziwna.
-
To przez ciebie Ray nie żyje. Zabiłeś własnego brata.
-
Nie! - zaprzeczył Travis. - To ty go zniszczyłeś. Nawet jeśli
przeżyłby tamten dzień to ile by jeszcze mu zostało? Ile miesięcy,
może dni niekończącej się walki u twego boku. Wystarczyłaby
jedna walka, w której traciłbyś przewagę, a rzuciłby wszystko by
cię ratować. Czy ty zrobiłbyś to samo? Nie! To Ray zawsze wracał
z obrażeniami i nie dlatego, że był słabszy jak wszyscy myśleli.
On walczył na dwóch frontach. Powiedz mi czy chociaż jednego
przeciwnika pokonałeś sam.
Josh
szedł w stronę Travisa. Stanęłam przed nim blokując mu drogę.
-
Przestań. - powiedziałam cicho. - Wiesz, że to nie prawda. Sama
widziałam jak pokonałeś tamtych ludzi w lesie. On cię prowokuje.
-
Nawet teraz? - zakpił Travis – Może jeszcze poprosisz ją by to
ona mnie uderzyła.
-
Bądź ponad to. - mówiłam dalej.
-
Przykro mi. - westchnął Josh. - Ale on ma racje.
Po
tych słowach wyskoczył w górę ponad mną. Jeszce nigdy nie
widziałam żeby ktoś tak wysoko skakał. Biegiem rzucił się na
Travisa. Oboje upadli na podłogę. Josh zaczął z furią okładać
Travisa po twarzy pięściami. Travisowi udało się go złapać za
nadgarstek i wygiąć w drugą stronę. Usłyszałam chrzęst kości.
Przez chwilę nieuwagi powalił go na ziemię. Sięgnął po jego
koszulkę, podniósł go do góry i wyrzucił w jedną z półek.
Posypały się książki całkowicie go zasłaniając.
Travis
spojrzał w moją stronę.
-
Oto wielki wojownik. Najlepszy w szkole? Nie sądzę.
Stał
tyłem do miejsca, w którym leżał Josh dlatego nie widział co tam
się działo. Z książek wytoczył się ogromny tygrys. Nie
przypominał normalnego tygrysa. Jego futro było bardziej złote w
czarne pasy no i był zdecydowanie większy. Rozległ się głośny
ryk.
Travis
odwrócił się zaskoczony.
-
To nie możliwe! - powiedział – Ty nigdy się nie zmieniasz.
O
tym akurat nie wiedziałam. Co prawda Josh mówił mi o tym, że woli
swoją ludzką postać. Teraz kiedy znałam historię jego ojca
domyślałam się dlaczego.
-
Skoro tak wolisz. - wzruszył ramionami Travis.
Upadł
na kolana, a ręce oparł o podłogę. W kilka sekund jego ciało
obrosło czarnym, błyszczącym futrem, zęby się wydłużyły, a z
palców wyrosły pazury, te same, które widziałam poprzedniego
wieczoru.
Kiedy
oboje już przybrali swoje zwierzęce postacie zaczęli głośno
ryczeć. Miałam wrażenie, że ściany się trzęsą, a szkło w
oknach zaraz pęknie.
Wykorzystałam
ten moment by stanąć między nimi z rozłożonym rękami.
-
Proszę dajcie spokój.
Oczy
tygrysa zrównały się z moimi. Gniew, który się w nich krył
zniknął. Jednak to nie jego powinnam uspokajać. Poczułam mocne
uderzenie w plecy. Upadłam na podłogę przy biurku. Kiedy się
obejrzałam zobaczyłam Travisa biegnącego w stronę Josha.
Tygrys
na chwilę na mnie spojrzał. Kiedy zobaczył, że nic mi nie jest,
rzucił się do ataku. Oboje wyskoczyli w górę w tym samym
momencie. Stali się jedną, ogromną kulką futra z błyszczącymi
zębami. Tarzali się po podłodze co jakiś czas warcząc. Ich ciała
były ze sobą złączone. Orali pazurami skórę i rozszarpywali
ciało przeciwnika. Tym razem Josh okazał się silniejszy. Podczas
gdy jego ludzka postać pozostawała smukła i wydawała się nie
groźna to zwierzęca była potężna i niebezpieczna. Unosił
Travisa wysoko nad ziemię i rzucał nim o ściany. Raz udało mu się
zarzucić ciałem przeciwnika tak mocno, że wpadł na drugie piętro.
Walka przeniosła się wyżej. Już ich nie widziałam, bo zasłaniały
ich ściany książek. Za to doskonale słyszałam liczne huki,
trzaski i pomruki.
Musiałam
jakoś zadziałać bo inaczej oboje się pozabijają. Zaczęłam
rozglądać się po pomieszczeniu w celu odnalezienia czegoś co może
pomóc. Biblioteka była zrujnowana. Wszystkie meble były
poprzewracane, tylko dwa biurka jakoś ocalały. Wszędzie walały
się księgi, a dywany były podarte i zabrudzone krwią.
Nagle
Josh wypadł z powrotem na parter przez jedną z półek sięgających
sufitu, robiąc w niej ogromną dziurę. Regał się zachwiał.
Wszystko co na nim stało zaczęło powoli spadać. Wyglądało to
jak lawina książek.
Trzeba
było uciekać. Pomogłam tygrysowi wstać i oboje ruszyliśmy
biegiem w stronę drzwi. Szybko mnie wyprzedził i zastąpił drogę.
Chciałam na niego krzyknąć, ale tuż przed nami upadł jeden z
elementów regału, całkowicie odcinając nam przejście.
Oboje
obróciliśmy się w tym samym momencie. Po drugiej stronie
biblioteka była całkowicie zakryta książkami. Nie było widać
ani skrawka podłogi. Drewniana półka po lewej jeszcze stała, ale
niebezpiecznie się chwiała i w każdej chwili mogła runąć.
Natomiast ta po prawej powoli opadała. Wszystko wyglądało jak w
zwolnionym tempie. Musieliśmy gdzieś się ukryć, by uniknąć
zmiażdżenia. Spojrzałam na tygrysa. Jego oczy były rozszerzone i
wpatrywały się w półkę.
-
Biurka! - krzyknęłam nagle.
Ocknął
się i pobiegliśmy w głąb pomieszczenia starając się unikać ciężkich ksiąg lecących z góry. Kiedy już prawie dotarliśmy do
drewnianego blatu, potknęłam się o skołtuniony dywan i upadłam
na ziemię. Nie było czasu. Josh przygniótł mnie do podłogi swoim
ciałem, osłaniając przed walącym się regałem. Leżałam na
plecach więc doskonale widziałam lecącą w naszą stronę falę
kolorowych okładek. Potem nastała ciemność. Czułam drżące
kocie łapy po obu stronach mojego ciała. Otworzyłam oczy. Jego
były zamknięte, a pysk mocno zaciśnięty. Domyślałam się jak
musiał się czuć. Jakby zderzył się z jadącą ciężarówką
albo jeszcze gorzej. Mimo tego stał wyprostowany. Ciężko dyszał.
Jego ciało zaczęło się zmieniać. Futro całkowicie zniknęło, a
zwierzęca głowa zamieniła się w dobrze mi znaną ludzką
twarz. Już nie utrzymywał się na własnych siłach. Leżał na
mnie, ale był świadomy. Czułam jego nierówny oddech. Po chwili
uniósł się na trzęsących ramionach. Odkopał nas spod książkowej
pokrywy i pomógł mi wstać za to sam opadł bez sił.
Biblioteka
wyglądała zupełnie inaczej. Nie było już ciemnej drewnianej
podłogi, a witrażowe okna w niektórych miejscach były powybijane.
Nie ostał się żaden regał. Najwyraźniej jeden pociągnął za
sobą kolejne.
Spojrzałam
na Josha. Był cały podrapany i posiniaczony. Ubranie było w
strzępkach. Koszulki był praktycznie pozbawiony. Jedno ramie miał
mocno rozharatane, ale niektóre z ran już zaczęły się goić.
Z
drugiego końca pomieszczenia dobiegły jakieś dźwięki. Spojrzałam
w tamtą stronę. Po nierównej podłodze, krzywo biegła czarna
pantera. Doskoczyła do Josha i zepchnęła go pod ścianę. Szybko
zmienił się w człowieka i podniósł bezwładne ciało za gardło.
-
Naprawie błąd jaki popełnił Elver i sam cię zabiję.
Musiałam
działać. Nie było czasu by się zastanawiać. Szybko rozejrzałam
się po pobojowisku. Dostrzegłam kawałek półki. Był połamany
przez co ostry. Roztrzaskałam go na mniejsze kawałki. Chwyciłam
ten, który najbardziej przypominał kołek. Dobiegłam do Travisa i
wbiłam mu prowizoryczna broń w bark. Wygiął się do tyłu i
ryknął z bólu. Poluźnił uścisk i Josh upadł na podłogę.
-
Ty suko! - warknął
Wyrwał
wystający kołek i odrzucił na podłogę. Odwrócił się do mnie.
To koniec. Mój plan obejmował tylko tyle. Nie myślałam o dalszych
krokach.
Zaczęłam
się cofać. Ponieważ poruszałam się po nierównych książkach,
szybko straciłam równowagę. Dopadł moje ramie, chroniąc przed
upadkiem.
-
Tobą też się zajmę. - Przyciągnął mnie do siebie. Jego twarz
znajdowała się tuż przy mojej. Widziałam jego rozciętą brew i
kapiącą z niej krew. - Będziesz idealnym materiałem na matkę. -
Zmierzył mnie głodnym wzrokiem z góry do dołu.
Potem
zrobił nagły obrót i kopnął zbliżającego się do nas Josha, z
moim kołkiem w ręce. Nawet ja go nie zauważyłam, choć stałam do
niego przodem. Z powrotem poleciał pod ścianę.
Travis
podszedł do niego dumnym krokiem. Miał liczne rany i obtarcia, ale
nie wydawał się taki wyczerpany. Ukucnął obok ledwo przytomnego
Josha.
-
Nie obwiniaj się. Nie możesz mnie pokonać. Zaraz odejdziesz z tego
świata więc ci powiem . Tak na pocieszenie. Płynie we mnie krew
Niezwyciężonych. - Oczy Josha szeroko się otworzyły.- To taki dar
od Elvera. Nie mam takich zdolności jak on, ale przewyższam siłą
zwykłych Zmiennokształtnych takich jak ty. - kontynuował.
Coś
w Joshu się obudziło. Skoczył na równe nogi, powalając w ten
sposób Travisa. Sięgnął po leżący drewniany kołek i mocno się
zamachnął. Już widziałam przeszyte ciało Travisa. Tak się
jednak nie stało. Drzwi biblioteki otworzyły się z hukiem.
Dobiegająca z drugiej części połyskująca energia, w postaci
czerwonego światła rozdzieliła Travisa i Josha, obojga
przygniatając do podłogi.
W
wejściu stał Towen z wyprostowanymi rękoma. Jakiś wysoki
mężczyzna wyminął go szybkim ruchem i skierował się w naszą
stronę. Wyglądał na niecałe czterdzieści lat. Miał krótkie,
prawie białe włosy, bladą cerę i głęboko osadzone szare oczy.
Był ubrany w ciemne spodnie i srebrzysty, długi płaszcz, pod
którym chyba nic więcej nie miał. Od razu skojarzyłam, że to
musi być Trevor Norhard, o którym mówił mi Josh.
Stanął
obok mnie i skinął głową. Następnie podszedł do miejsca, w
którym leżeli chłopcy, nadaremnie próbując wstać.
-
Josh. - przemówił Trevor – Wyjdź proszę.
Czerwone
iskry opadły. Powoli się podniósł.
-
Nic nie rozumiesz on...- zaczął Josh
-
Wyjdź. - powtórzył ostro. - O wszystkim wiem. Zajmę się nim.
-
Tak jak zająłeś się Elverem - zdenerwował się.
Wyminął
go i szybkim krokiem podążył w stronę wyjścia.
-
Nicole.- skierował się do mnie. - Mogłabyś pomóc mu doprowadzić
się do ładu.? Jeszcze dziś chciałbym z wami porozmawiać.
Skuliłam
się i ruszyłam w stronę wyjścia, zastanawiając się skąd zna
moje imię. Po drodze minęłam się z Towenem. Był smutny, ale na
moment się uśmiechnął kiedy nasze spojrzenia się spotkały.
Zatrzymałam się i odwróciłam w jego stronę.
-
Przepraszam, za zrujnowanie biblioteki.
-
Nie ty powinnaś przepraszać.
Skinęłam
i wyszłam z biblioteki.