wtorek, 25 lutego 2014

Rozdział 17

Ratunek

Najpierw ogarnęło mnie przerażenie, które szybko zastąpiłam gniewem. Josh wyciągnął jeden z mieczy umocowanych do pleców. Jego spojrzenie utkwiło w postaci stojącej przed nami.
Elver wyglądał zupełnie tak jak w moim śnie. Te same rysy twarzy i długie włosy zaplecione w warkocze z tyłu głowy. Czarny, skórzany płaszcz do kolan i ciemne spodnie. Jego oczy obserwowały nas z triumfem i niemal radością.
Odruchowo złapałam Josha za nadgarstek w obawie, że zaatakuje Elvera, który podejrzanie w ogóle się nie bał.
- Czy twoi przyjaciele mają Księgę Życia? - zwrócił się do Elyana
Ten drgnął. Usłyszałam jego gwałtowny i nieopanowany kaszel, który szybko przeszedł w coś z rodzaju duszności.
- Nie dostaniesz jej. - wycharczał.
Elver rozłożył ręce jakby był załamany.
- Jesteście beznadziejni. - Pokiwał głową. – Przybywacie tutaj we trójkę by odbić przyjaciela, a nawet nie macie nic w zamian. W dodatku każdy z was czegoś chce. To trzy rzeczy za jedną.
- Gdzie jest Matt? - spytałam ostrym tonem
- Gdzie jest Księga? - uśmiechnął się złośliwie
Josh wystąpił przede mnie i podniósł miecz na wysokość przedramienia.
- Po co ci Księga Życia?
- To nie jest istotne. Na waszym miejscu rozpatrywałbym inne problemy. Nie wymienimy się bo żadne z was nie ma tego co jest mi potrzebne.
Elyan nagle podniósł głowę. Uniósł się do pozycji w pół klęczącej. Tuż przed nim podłoga była zalana krwią. Kiedy zobaczyłam jego czerwone usta domyśliłam się, że należy do niego. Nie wiedziałam tylko co mu się stało.
- Mam kwiat. - wyszeptał – Mam Nocny Kwiat.
W oczach Elvera pojawił się jakiś błysk, ale zbyt krótki bym mogła go rozszyfrować.
- Nie będzie żadnej wymiany. - wrzasnął Josh i rzucił się biegiem w stronę Elvera z wyciągniętą bronią. Ten zareagował błyskawicznie. Odparował cios i uskoczył do tyłu. Rozległy się dźwięki uderzania metalu.
- Idźcie poszukać Matta! - wrzasnął Josh kiedy na chwilę odsunął się od przeciwnika.
Przez moment się zawahałam.
- No już! - ponaglał.
Podbiegłam do Elyana, który próbował sam wstać. Podciągnęłam go do góry. Oparł się na mnie ramieniem, ale jak tylko stanął na prostych nogach odsunął się.
- Nie możemy go zostawić. - Pokręcił nerwowo głową. - Nie pokona go. Tylko czarci metal...- Wywrócił oczami i osunął się na mnie. Wykorzystując to, że był na pół przytomny wyprowadziłam go z sali, nadal bojąc się czy to dobry pomysł, żeby zostawić Josha samego z Elverem. Jak tylko drzwi się za nami zamknęły usłyszałam głośny śmiech Elvera, a potem radosny krzyk.
- W końcu mam okazję cię wykończyć samodzielnie.
- Nie trać czasu. - brzmiała odpowiedź Josha.
Elyan był ciężki. Po kilku minutach bezowocnego błądzenia po ciemnych, wyglądających tak samo korytarzach zamku rozbolały mnie plecy. Oparłam się o ścianę ciężko dysząc. Nie zdołałam dłużej przytrzymywać towarzysza. Opadł bezwładnie na podłogę. Na moment leżał na niej bez ruchu. Potem jego ciało przeszły drgawki, które zniknęły równie szybko jak się pojawiły. Przetarł dłonią twarz i odgarnął włosy z głowy zupełnie jakby dopiero co się obudził. Uniósł głowę. Jego oczy nie ukrywały zaskoczenia.
- Co się stało?
- Jak to? - Nie wiedziałam o co chodzi – Nie pamiętasz? 
Szybko odwrócił wzrok. Podniósł się i zapytał.
- Gdzie Josh?
Miałam ochotę nim potrząsnąć, ale byłam zbyt zmęczona.
- Został w sali z Elverem byśmy mogli znaleźć Matta.
Oczy Elyana rozszerzyły się jeszcze bardziej.
- Kamień. - wyszeptał
- Co?
- Kamień! - krzyknął – Miał przy sobie kamień?
Moja mina musiała mu powiedzieć, że nie mam pojęcia o czym on bredzi.
- Elver. - uściślił – Czy Elver miał przy sobie jakiś biały kamień?
- Nie widziałam.
Z drugiej strony nawet się nie przyglądałam. Nie chciałam na niego patrzeć.
Z Elyana uszło powietrze.
- W takim razie chodźmy poszukać Matta.
Pociągnął mnie za ramię, ale mu się wyrwałam.
- A gdyby miał ten kamień to co? Wróciłbyś tam? To po niego tutaj przybyłeś? Po jakiś głupi kawałek skały?
- Nic nie rozumiesz, więc lepiej się zamknij. - warknął
- To może mi wytłumacz. - nie odpuszczałam
- Nie mamy czasu! - wrzasnął – Jeśli chcesz odzyskać Matta to lepiej się rusz. Im szybciej wrócimy po Josha tym lepiej. W każdej chwili może zginąć.
Jak na zawołanie zalała mnie fala wspomnień. Snów. Śmierć Josha, którą widziałam wcześniej. Zakrwawiony gepard stojący nad jego martwym ciałem.
Zaczęłam szybko dyszeć. Nie miałam pojęcia co robić. Część mnie chciała pobiec odszukać przyjaciela, kiedy druga pragnęła zawrócić i pomóc Joshowi.
Elyan zauważył tą zmianę. Jego twarz nagle złagodniała.
- Musimy się pospieszyć. - stwierdził spokojnie.
Ruszyłam za nim szybkim krokiem. Wiedziałam, że i tak nie zdołałabym pomóc Joshowi, ale nie mogłam się pogodzić z myślą, że być może zostawiliśmy go na śmierć. Zaczęły mnie ogarniać wyrzuty sumienia. Przecież ja wiem co się stanie. Muszę jakoś działać. Muszę temu zapobiec. To jest mój obowiązek. Nie na darmo to widziałam by teraz nic nie zrobić.
Z myśli wyrwał mnie głos Elyana.
- Korytarz. Prowadzi w dół do piwnic.
Już chciał ruszyć schodami na dół, ale powstrzymałam go pociągając z powrotem na górę. Zdezorientowany na mnie spojrzał.
- Jedno z nas musi wrócić i pomóc Joshowi. - powiedziałam pewnym tonem.
- Nie zostawię cie samej. Znajdziemy Matta i wrócimy do Josha.
- Musimy mu pomóc. - powiedziałam trochę głośniej niż zamierzałam. - Inaczej on zginie. - ściszyłam głos.
- Co?
- Widziałam jego śmierć. Elver...On go zabije. - głos mi się załamywał. - Wróć do sali. Ja sama znajdę Matta.
Starałam się mówić tak by nie dostrzegł jak bardzo niepewna jestem swoich słów.
Przez chwilę stał i patrzył prosto w moje oczy.
- Jesteś pewna?
Pokiwałam głową. Kiedy nadal nie był przekonany wyciągnęłam jeden z noży. Na krótko się uśmiechnął, minął mnie i ruszył biegiem z powrotem.
Jak tylko zniknął mi z oczu odetchnęłam dwa razy i powoli zaczęłam schodzić po schodach. Stopnie były śliskie. Musiałam przytrzymywać się ściany by nie złamać sobie przez nie kostki. Na dole było chłodniej i bardziej wilgotno. Tak jak zawsze jest i powinno być w piwnicy. Po prawej stronie na ścianie co jakiś czas wisiała pochodnia., dzięki czemu nie było tutaj tak ciemno. Zupełnie jakby światło wskazywało mi drogę. Panująca cisza przyprawiała mnie o ciarki, a jednocześnie uspokajała. Skoro nie było nic słychać to znaczy, że nie ma tu nikogo kto mógłby mnie zaatakować. Widziałam, że to nie do końca prawda, ale wolałam nie rozpatrywać innych opcji. Mocno zacisnęłam spoconą dłoń na rękojeści noża by mi się nie wyślizgnął. Szłam powoli. Ostrożnie stawiając stopy na nierównej podłodze. Nagle z końca korytarza dobiegł mnie odgłos grzechoczących łańcuchów. Zatrzymałam się przerażona. Spojrzałam za siebie by upewnić się, że nie ma nikogo za mną. Towarzyszyła mi tylko pusta przestrzeń. Przez moment myślałam, że tylko się przesłyszałam, ale potem dźwięk się powtórzył. Ruszyłam przed siebie już trochę szybszym krokiem. Po kilku metrach po lewej stronie pokazały się cele. Takie same jak w moim śnie. Skalne wnęki zakratowane z jednej strony. Dokładnie przyglądałam się każdej z nich by mieć pewność, że nie przegapiłam tej właściwej. Kiedy już traciłam nadzieję w rogu jednej z nich coś się poruszyło. Jakiś cień skulony na ziemi. Chwyciłam za pręty celi. Drzwi były otwarte i ustąpiły bez żadnych protestów. W środku nie było światła. Pochodnie świeciły tylko na korytarzu, więc nie mogłam dostrzec kto jest naprzeciwko. Twarz miał schowaną w ramionach. 
- Matt? - wyszeptałam
Postać drgnęła, ale nie podniosła głowy. Podeszłam bliżej i ukucnęłam.
- Matt to ja Nicole. - powiedziałam trochę głośniej
Wtedy się obudził. Raptownie opuścił ręce i spojrzał na mnie. Zalała mnie fala ulgi, radości i przerażenia. To był Matt, mój Matt. Miał zapadnięte, podpuchnięte oczy, ale nie miałam wątpliwości, że to on. 
- Nicole. To naprawdę ty? - Jego słowa były ciche i przytłumione jakby wydobywały się nie z jego ust ale, ze środka. 
Pokiwałam głową bo nie mogłam wydobyć z siebie nic więcej. Zaschło mi w gardle. Miałam ochotę go uścisnąć, ale zauważyłam w jakim jest stanie. Ramiona i częściowo odsłonięte plecy miał posiniaczone i poranione. Jego ciało pokryte było świeżą oraz zaschniętą krwią. Był jeszcze chudszy niż zawsze. Wcześniej wydawało mi się to niemożliwe bo on nigdy nie grzeszył posturą, ani warstwą tłuszczu. Skołtunione, brudne włosy opadały mu na czoło zasłaniając oczy. 
- Wydostaniemy cię stąd. - zapewniłam
Lekko się uśmiechnął i uniósł rękę. Na nadgarstku miał zaczepiony łańcuch, który kończył się w kamiennej ścianie.
- Musisz mieć klucz.
Tracił świadomość. Powieki mu się zamykały, a następnie otwierały jakby powstrzymywał się przed zaśnięciem. 
- Gdzie on jest? - potrząsnęłam lekko jego ramionami – Matt powiedz mi.
- Nie możecie mnie uratować. - majaczył – Już jest za późno. Przepadłem na zawsze.
- Przestań tak mówić. Znajdę ten klucz i wracam. Rozumiesz?
- Jest na ścianie przy drzwiach. - zaśmiał się bez cienia wesołości.
Zerknęłam za siebie. Rzeczywiście. To było dla mnie podejrzane, ale nie traciłam czasu. Sięgnęłam po metalowy pęk i kolejno przymierzałam każdy z nich do zamka. Po kilku próbach kajdany ustąpiły i z łoskotem opadły na podłogę. 
- Wynosimy się.
Podparłam przyjaciela i pomogłam mu wstać. Podtrzymał się na mnie, a drugą ręką naparł na ścianę. Chciałam ruszyć do wyjścia, ale mnie odepchnął i został na swoim miejscu.
- Nie możesz mnie uratować. - powiedział słabym głosem – Nie możesz – kręcił głową
- Co ty wygadujesz? Właśnie po to tu przybyliśmy. 
Przekonana, że to przez zmęczenie opowiada takie głupoty, odciągnęłam go z kąta celi i wyprowadziłam na korytarz. Z Mattem było łatwiej niż z Elyanem. Po pierwsze był lżejszy i próbował iść o własnych siłach mimo licznych próśb bym go zostawiła. Źle się czułam widząc go w takim stanie. Matt, który zawsze był pełen życia i pozytywnej energii teraz sponiewierany i przygnębiony. Miałam ochotę zabić Elvera za to co mu zrobił. Nie wierzyłam, że można tak potraktować własnego syna. Rozumiem, że jest szaleńcem, ale co z rodzicielską miłością? Czy on w ogóle znał to pojęcie? 
Dotarliśmy do schodów prowadzących na górę. Wejście po nich zajęło nam tyle samo czasu co przejście korytarza, który był o wiele dłuższy. Kiedy nam się udało chwilę odpoczęliśmy. Matt opierał się o ścianę i ciężko dyszał.
- Nie byłem tutaj na górze. - powiedział między jednym oddechem, a drugim – Cały czas trzymał mnie w piwnicy. 
- Nie wrócisz tam. Obiecuję ci to. Nas jest więcej on jest sam.
- Nie jest Nicole. Wilkołaki...
Nie dokończył zdania. Przymknął oczy i odchylił głowę do tyłu.
- Musimy iść.
Pociągnęłam go i ruszyliśmy przed siebie. Nie do końca pamiętałam drogę, ale liczyłam na to, że kierujemy się w odpowiednim kierunku. Nie zawiodłam się. Kilka korytarzy później usłyszałam głosy. Elver i Elyan rozmawiali niezbyt przyjaznym tonem. Dotarliśmy do rozwidlenia. Przykleiłam się plecami do ściany i wychyliłam głowę by zobaczyć co się dzieje.
Elyan przyciskał Elvera trzymając nóż na jego gardle. Ten jednak znowu nie wydawał się przestraszony. Szeroko się uśmiechał. Twarz miał przemęczoną i mokrą od potu. Na czole widniało szerokie rozcięcie.
- Nie zabijesz mnie. - zaśmiał się
- Mógłbym. - Elyan mocniej przycisnął ostrze do skóry przeciwnika – Oddaj mi kamień
- Jesteś za słaby. To już cię zabija. Jeśli dam ci kamień twój koniec nadejdzie szybciej. Już nawet połączenie ci nie pomoże. Jedną już zabiłeś. Teraz to samo chcesz zrobić z drugą?
- Zerwę wiązanie. Dlatego potrzebuję kamienia. Nie ma opcji, że wyjdę stąd bez niego.
Wiedziałam, że nie chodzi mu tylko o Matta. Był taki sam jak oni wszyscy. Kłamał. Spojrzałam na przyjaciela. Stał obok i najwyraźniej cieszył się, że może chwilę odpocząć.
-Oddaj mi kamień. - krzyknął Elyan
Elver głośno się roześmiał
- Proszę bardzo. Weź go.
Sięgnął do kieszeni w płaszczu. Wyciągnął z niego jakiś błyszczący przedmiot. Kamień. Był piękny. Biało-błękitny, posiadający swój własny wewnętrzny blask. Materiał przypominał trochę Lodowe Ostrze.
- I tak go odzyskam po twojej śmierci. - dokończył.
Po tym wypowiedział jakieś słowa, których znaczenia nie rozumiałam i dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Została po nim tylko smuga złotego dymu. Elyan zakaszlał i sięgnął po kamień. Ręka mu drżała. Po chwili zobaczyłam, że jest cała pokryta krwią, spływającą z głębokiej rany na przedramieniu. 
Wyszłam zza rogu, pociągając za sobą ledwo przytomnego Matta. Spojrzał na mnie wesoły.
- Udało się.
- Widzę. - odpowiedziałam gorzko – Gdzie jest Josh?
Elyan schował kamień do kieszeni i odgarnął wilgotne włosy z czoła.
- Nie wierzę, że się udało.
Wywróciłam oczami i spytałam ponownie trochę ostrzejszym tonem.
- Gdzie jest Josh?
Spojrzał na mnie jakby dopiero teraz mnie ujrzał.
- Jest w sali. Dostał mocny cios w głowę i stracił przytomność, ale poza tym nic mu nie jest.
Posłałam mu ponure spojrzenie i z opierającym się o mnie Mattem szybko go wyminęłam. Dogonił mnie i zrównał swój krok z moim.
- Daj wezmę go. - powiedział
- Nie zbliżaj się do niego. - wrzasnęłam – Ani do mnie. Po prostu odeślij nas wszystkich do domu. Potem możesz wracać do swoich chorych marzeń. Nie chcę cię widzieć.
Czułam do niego odrazę, której sama nie potrafiłam wytłumaczyć. Liczyłam na niego i zaufałam mu. Wtedy w bibliotece nie miałam wątpliwości, że mówi szczerze, ale ostrzegano mnie, że on zawsze ma swój własny plan. Wykiwał mnie, a ja czułam się z tym beznadziejnie. 
- O co ci chodzi? - zdenerwował się
Starałam się iść szybciej ale nie było to możliwe.
- Dobrze wiesz.
- Jakbym wiedział to bym się nie pytał.
- Więc jesteś głupi. - warknęłam
Nic już więcej nie powiedział. Ja też się nie odzywałam. Razem dotarliśmy do sali, w której wcześniej zostawiłam Josha. Kiedy stanęliśmy w drzwiach właśnie się budził. Rozmasował głowę i powoli wstał. Kiedy nas zobaczył niemal do nas podbiegł.
- Nicole. Wszystko w porządku?
Pokiwałam głową. Widząc, że trzymam przyjaciela na barkach westchnął cicho i zabrał go ode mnie. W duchu dziękowałam, że moje ramiona w końcu odetchną.
- Zdaje się, że będzie mi wisiał przysługę. Nam wszystkim. - zaśmiał się zmęczony. Potem zwrócił się do Elyana. - Dasz radę nas przenieść?
Ten wypowiedział cicho kilka słów i przed nami zaczął się pojawiać portal. Podobny do tego, który był w bibliotece tylko mniejszy. Podeszliśmy do niego razem i zniknęliśmy w jego blasku. Żadne z nas nie obejrzało się by ostatni raz spojrzeć na salę. Nie chciałam mieć z tym miejscem nic więcej wspólnego i myślę, że oni również. 

piątek, 21 lutego 2014

Rozdział 16

Czarny zamek

- Forteca mówiłeś? - zakpił Josh.
Po długiej drodze przez las w końcu znaleźliśmy budynek, o którym wspomniał Elyan. Jazda na grzbiecie tygrysa była jeszcze trudniejsza niż na Qunisie. Mimo, że Josh starał się być ostrożny i zatrzymywał się kiedy czuł, że zsuwam się z grzbietu. Było to dla mnie trochę dziwne. Widziałam, że jako tygrys jest zupełnie inny, ale nie mogłam pozbyć się uczucia, że siedzę na plecach Josha. 
Klimat w tej części wymiaru rzeczywiście był chłodniejszy. W niektórych miejscach było widać zaspy śniegu.
- Nie wiedziałem, że jest taka... - Elyan nie mógł dobrać słów
- Zaniedbana, opuszczona, zrujnowana, ledwo trzymająca się w pionie i praktycznie nie widoczna przez swój niewielki rozmiar. To właśnie chciałeś powiedzieć? - zaśmiał się Josh.
Oboje już wrócili do swoich ludzkich postaci. Staliśmy przed budowlą co najmniej trzy razy mniejszą niż dom Towena. Gdyby nie dwie szpiczaste wieże i wysokie mury obronne z prowizoryczną fosą nie wpadłabym na to, że jest to zamek. Czarne cegły wbrew temu co powiedział Josh kontrastowały z suchą, żółtawą trawą i szarobiałym śniegiem. Wątpiłam czy rzeczywiście trafiliśmy do dobrego miejsca. Budynek ledwo się utrzymywał. Zdawało mi się, że wieże lekko się kołyszą pod wpływem wiatru. Miałam wrażenie, że tylko dzięki grubym konarom, które obrosły mur z każdej strony, budowla jeszcze się trzyma.
- Myślisz, że tutaj jest? - spytałam
Siedzieliśmy schowani w krzakach i obserwowaliśmy teren.
- Nie ma nawet patroli. Gdybym chciał się ukryć przed światem wolałbym wiedzieć jakby ktoś się zbliżał. - stwierdził Josh.
- To tutaj. - odpowiedział pewnie Elyan. - Spójrzcie
Wskazał palcem na szczyt muru po prawej, najbardziej od nas oddalonej części. Zauważyłam jakiś ruch. Zdaje się, że ktoś chodził po kamiennej fasadzie.
- Wilkołaki. - wysyczał Josh
Stał napięty obok mnie. Jego ręka odruchowo powędrowała do noża przypiętego na nodze i zacisnęła się na jego rękojeści. Wzrok miał utkwiony prosto w przeciwnika. Dopiero po chwili zorientowałam się, że szykował się do rzutu. Elyan szybkim ruchem powstrzymał jego rękę.
- Może ich być więcej. Zaalarmują Elvera, że ktoś się przedarł. Lepiej zajdźmy zamek od tyłu. Wespniemy się po pnączach.
Jak powiedział tak uczyniliśmy. Cicho jak myszy zakradliśmy się pod kamienny mur w miejscu gdzie był najbliżej lasu tak by nie było nas widać. Zdaje się, że nie było więcej strażników, bo nie słyszeliśmy nagłych krzyków, ani rozkazów o ataku. Z bliska grube pnącza były jeszcze bardziej potężne. Otaczały budynek jakby po to właśnie tutaj wyrosły. Tworzyły zgrubiałą i mocną skorupę.  
Wyglądały imponująco choć w niektórych miejscach odrywały się od kamienia.
- Pójdę pierwszy. - zaproponował Elyan – Nicole ty tuż za mną. Jakby spadła staraj się ją złapać. - powiedział do Josha
- Że co? - zawahałam się.
Nie uzyskałam odpowiedzi bo Elyan już zaczął wspinać się po pnączach. Patrząc na niego wydawało się to łatwe. Sprawnie podciągał się rękoma i zapierał nogami jakby robił to od dziecka.
- Nie mamy zabezpieczeń. - powiedział Josh kiedy nadal stałam na ziemi nie pewna tego czy dam radę. - Nie ma wyjścia. Ja musiałem się zmienić by tu dotrzeć. Ty musisz użyć całej swojej niewielkiej siły by wdrapać się na szczyt.
- Nie jestem aż taka słaba. - broniłam się.
Widocznie go nie przekonałam, bo wpatrywał się we mnie z wyzwaniem w oczach i lekkim rozbawieniem. Nie udało mi się nawet wmówić tego sobie, a co dopiero jemu. 
Nie mając innego wyboru chwyciłam pnącze, które wydawało mi się najmocniejsze i podciągnęłam się rękoma.
- Pamiętaj by opierać swój ciężar na nogach. One są silniejsze od rąk. Nie wchodź wyżej jeśli nie będziesz miała gdzie postawić stopy. - poradził z dołu.
Pokiwałam głową na znak, że zrozumiałam radę i powoli ruszyłam w górę. Droga była ciężka. W połowie nie czułam już w ogóle rąk. Nogi też ledwo sobie radziły. Spojrzałam w górę sfrustrowana. Jeszcze spory kawałek przede mną, a Elyan już prawie kończył wspinaczkę. Dostrzegłam, że tuż pode mną pewnie podciąga się Josh. Widziałam, że nie jest zafascynowany moim wolnym tempem, ale powstrzymał się od uwag. Nie pospieszał mnie. Czasami tylko cicho mówił gdzie postawić stopę lub za jaki korzeń się złapać. Byłam wdzięczna za jego asekuracje. Zwłaszcza, że w pewnym momencie noga ześlizgnęła mi się z pnączy. Gdyby nie jego ramię, na którym się wsparłam runęłabym parę metrów w dół. 
Mimo ogromnych bóli mięśni i ogarniającego zmęczenia nie rezygnowałam. Nie teraz kiedy byliśmy już tak blisko. Przybyłam tutaj by uratować przyjaciela i nie mogę tego zawalić przez jakiś czarny mur. Wysoki, czarny mur.
Pod koniec zauważyłam, że Elyan się wychyla i wyciąga do mnie rękę. Chwyciłam ją od razu. Bez problemu podciągnął mnie do góry, kończąc moją męczarnie. Opadłam na podłogę wyczerpana. Dziękowałam w duchu, że to już koniec bawienia się w zdobywce szczytów.
Zaraz za mną pojawił się Josh. Nie wyglądał nawet na zdyszanego. Jego oddech był równy jakby był po lekkim spacerku ewentualnie po przebieżce. Najwidoczniej tylko ja miałam tutaj słabą kondycję.
- Jest tylko jeden strażnik po drugiej stronie. - stwierdził Elyan
- Nie wydaje się to wam podejrzane. - rzucił Josh – Gość ściąga do Gretilis watahy wilkołaków, tworzy armię i tylko jednego z nich ustawia na obserwację terenu. Coś tutaj nie gra.
- Lepiej dla nas. Nie ma co tracić czasu. W każdej chwili mogą pojawić się inni. Podczas waszej długiej drogi tutaj, ja zlokalizowałem schody prowadzące na dół. Wydają się czyste. 
- Czyste? - wydyszałam bo nadal ledwo mogłam nabrać powietrze. 
- Chodzi o to, że nie ma tam nieproszonych gości. - wyjaśnił. - Dasz radę iść.
Odgarnęłam przyklejone do czoła mokre włosy i podniosłam się z kamiennej posadzki. Kiedy upewnili się, że utrzymam się na nogach ruszyli w stronę jednej z wież. Na chwilę przystanęłam by się rozejrzeć. Wbrew pozorom nie było tutaj wcale tak wysoko. Dach zamku ledwo co wznosił się ponad czubki drzew. W oddali było jeszcze widać przerzedzony dym unoszący się nad zdewastowaną wioską, ogromne lasy, które obejmowały każdy skrawek terenu aż po sam horyzont, a po drugiej stronie góry. Strome szczyty pokryte śniegiem i szarymi skałami. Kiedy się tutaj przenieśliśmy i widziałam je z daleka, nie wydawały się aż tak potężne. 
- Idziesz?
Głos Josha wyrwał mnie z podziwiania krajobrazu. Otrząsnęłam się i ruszyłam za nimi.

***
Schody wieży prowadzące w dół były wąskie i śliskie. Podpierając się ściany ostrożnie podążałam za Elyanem. Josh trzymał się z tyłu i co jakiś czas zaglądał za siebie by sprawdzić czy nikt nas nie zachodzi. Cytadela w środku była nie oświetlona. Czarny kamień pokrywał podłogę, strop i ściany. Nie ułatwiało to marszu. Zachowywaliśmy się cicho i staraliśmy się wychwycić każdy dźwięk. Elyan wyciągnął zza paska lodowe ostrze, które było moim punktem zaczepienia. Rzucało się w oczy przez swój wewnętrzny blask.
- Zaczekajcie. - wyszeptał po jakimś czasie Josh.
Oboje obróciliśmy się w jego stronę w tym samym momencie.
- O co chodzi? - spytałam szybko.
- Wiem, że już to mówiłem, ale gdzie do cholery są wszyscy. Tu jest cicho jak w grobie.
Jakby na zawołanie z drugiego końca korytarza dobiegł do nas dźwięk otwieranych drzwi. Głośny i skrzypiący. Elyan bez zastanowienia niemal pobiegł w tamtym kierunku. Stałam oszołomiona w bezruchu.
- Zdaje się, że twój wybawca cię zostawił. - zadrwił Josh – To znaczy wybawca Matta. A tak się zaklinał, że ci pomoże.
- Może tam jest Matt.- głos mi się załamał.
- Przecież to idiotyczne. Zapewne jest trzymany gdzieś na samym dole w jakiejś obskurnej klatce.
Przed oczami stanął mi zeszły sen. Krzyk Matta wypełniający zimną celę. Bat ze świstem przecinający jego posiniaczoną skórę.
- Albo jest mu tutaj jak w niebie i cieszy się z towarzystwa odnalezionego ojca. - dokończył
Posłałam mu ponure spojrzenie, którego zapewne nie dostrzegł przez panującą ciemność i ruszyłam w stronę, którą pobiegł Elyan. Usłyszałam za plecami długie westchnienie, a potem kroki. 
W końcu korytarz się skończył. Po lewej stronie pojawiły się ciężkie, drewniane drzwi z zardzewiałymi, potężnymi zawiasami. Kiedy chciałam je pchnąć poczułam dłoń na ramieniu. Josh odciągnął mnie do tyłu i wszedł pierwszy.
Jak tylko wrota się otworzyły uderzyła mnie fala ciepła i światła. Musiałam mrużyć oczy by przyzwyczaiły się do blasku. Kiedy tak się stało niemal cofnęłam się do tyłu.
 Staliśmy w ogromnej sali. Na ścianach zawieszone były pochodnie, a każda zapalona. Po środku niej stał długi, potężny stół z mnóstwem krzeseł. Za jednym z nich stał Elver, a tuż przed nim nieruchomo na podłodze leżał Elyan.

wtorek, 11 lutego 2014

Rozdział 15

Zeru

 Jechaliśmy jeszcze przez około cztery godziny – przynajmniej tak mi się zdawało – kiedy na horyzoncie ujrzeliśmy smugi czarnoszarego dymu, unoszące się nad lasem. Bez słowa Elyan pogonił swojego Qunisa i galopem ruszyliśmy wzdłuż zbocza. Po kilku minutach wyjechaliśmy z lasu. Przed nami pojawiła się wioska, a raczej to co z niej zostało. Zniszczone budynki zajmowały powierzchnie kilku hektarów. Z większości z nich zostały już tylko fundamenty lub nadal pochłonięte płomieniami drewniane stelaże. Ubite dróżki pomiędzy nimi były zasłane ciałami ludzi, całkowicie rozszarpanych na strzępy. Wszędzie pełno było krwi i czarnej sadzy. W powietrzu unosił się zapach spalenizny. 
Siedzieliśmy zszokowani na Qunisach, które zaczęły przydreptywać w miejscu i powarkiwać. W końcu Elyan przerwał ciszę.
- Musimy się rozdzielić. Poszukać ocalałych.
- Nie mamy na to czasu. - stwierdził Josh sam nie pewny swoich słów.
Elyan spojrzał na niego twardo.
- To jedyna osada jaka znajduje się w tym wymiarze. - wysyczał – Nie możemy przejść obok nich obojętnie. Liczyłem, że uzupełnimy tutaj zapasy wody, zjemy coś i ruszymy dalej. - Głos lekko mu się załamał  
- Ale kto to zrobił? - spytałam zszokowana
- Elver. - odpowiedział od razy Elyan – A raczej jego zgraja wilkołaków.
Zsiadł z Qunisa i ruszył w głąb wioski prowadząc go za sznurek przywiązany do jego szyi. Przerzuciłam nogę przez grzbiet i zrobiłam to samo. Nogi miałam zdrętwiałe, a tyłek obolały. Powoli się wyprostowałam nie unikając w ten sposób bólu w kręgosłupie. Skrzywiłam się i ruszyłam za Elyanem. Usłyszałam jak Josh burczy coś pod nosem. Kiedy się obejrzałam on również zsiadał z Qunisa, który od razu pobiegł przed siebie za swoją wybranką. 
- Zdrajca. - rzucił Josh.
Zrównał się ze mną krokiem. Zioła najwyraźniej przestały działać. Wyglądał już normalnie. Szedł wyprostowany, pewnym krokiem.
 Kiedy już doganialiśmy Elyana jego Qunis nagle stanął dęba. Wydał z siebie dźwięk przypominający warkot traktora, wyrwał się Elyanowi i pobiegł w stronę lasu. Oczywiście drugi bez namysłu zrobił to samo.
- Cholera! - warknął Elyan.
Dopiero po chwili zorientowałam się, że nie zareagował tak na ucieczkę Qunisów tylko na to co je przestraszyło. Przed nami stało stado dziwnych stworzeń, które pożywiały się martwymi ludźmi rozrywając ich ciała między sobą.
Elyan zaczął się wycofywać lekko pochylony do przodu. Stanął obok nas zachowując absolutną ciszę. Spojrzałam przed siebie na stworzenia. Nie były strasznie duże, ale i tak budziły grozę. Ich ciało było pokryte brązowoczerwonymi łuskami. Miały długie ciała rozpoczynające się od smoczej głowy uzbrojonej w ostre, długie zęby, a kończące się na długim ogonie na końcu pokrytym czymś co z daleka przypominało złote pióra o ostrych końcówkach. Na łapach miały po cztery palce z wygiętymi szponami.
- Jeszcze nas nie zauważyły. - wyszeptał Elyan, lekko zaskoczony – Powoli się wycofujemy.
Kiedy nadal staliśmy jak zamurowani popędził nas gestem ręki. Oprzytomniałam i nie odwracając się zaczęłam stąpać tyłem po twardej ziemi. Jedno ze zwierząt wydało z siebie głośny ryk niepodobny do żadnego jaki kiedykolwiek słyszałam. Skrzekliwy i ogłuszający. Całe stado skierowało głowy w naszą stronę. Zaalarmował ich ten, który stał na kamiennym wzniesieniu. Miał na nas idealny widok. 
- Uciekamy! - krzyknął Elyan i pchnął nas w stronę lasu.
Cała nasza trójka puściła się biegiem, jednak one były szybsze. Dogoniły nas w połowie drogi do zarośli. Kątem oka dostrzegłam jak Elyan podejmuję decyzję o ataku. Szybko się odwrócił w momencie gdy jeden z nich był już blisko. Przeciągnął lodowym ostrzem po pysku zwierzęcia przez co na chwilę się zatrzymało. Już miał z powrotem ruszyć biegiem kiedy Josh go minął i ruszył w stronę bestii z wyciągniętą bronią.
- Zwariowałeś!?- krzyknął za nim Elyan. - Nie dasz...
Urwał w połowie kiedy zobaczył z jaką szybkością Josh powalił na ziemię jednego z drapieżników przebijając jego ciało na wylot ostrym sztyletem. Nie chcąc pozostać gorszym Elyan szybko stanął przy jego boku. Oboje uskakiwali przed ostrymi szponami i atakowali w momencie gdy zwierzę się odsłaniało.
Stałam za nimi z przerażeniem obserwując walkę. Nie zauważyłam kiedy jedno ze stworzeń zakradło się do mnie z boku. Poczułam mocne uderzenie w ramię, upadłam na ziemię widząc przed sobą śliski pysk wypełniony zębami. Sama byłam zaskoczona swoją reakcją, kiedy sięgnęłam do butów po nóż i wbiłam go w brzuch zwierzęcia zanim zdążył odgryźć mi głowę, co zapewne zamierzał. Przetoczył się na plecy i zaczął nerwowo poruszać nagami jakby chciał uciec. Ostrożnie wstałam. Miałam kutą ranę na obojczyku.
Spojrzałam na chłopców. Doskonale sobie radzili. Większość ze stworów uciekła. Zostały tylko dwa, które zaciekle walczyły. Josh podciął gardło jednemu z nich i ruszył na pomoc Elyanowi, który leżał na ziemi i uporczywie próbował odsunąć od siebie pysk potwora. Jego miecz leżał kawałek dalej. Musiał zostać wytrącony z jego ręki. Próbował jedną dłonią sięgnąć po mniejszy sztylet przy nodze, ale wtedy nie używał tyle siły by powstrzymać przeciwnika. Kiedy ten już zbliżał ostre zęby do jego szyi, Josh pojawił się tuż przed nim i wbił miecz w pierś zwierzęcia aż po samą rękojeść. Natychmiast znieruchomiało i opadło na ziemię.
Elyan spojrzał na stojącego obok Josha, który nie ukrywał triumfu. Głośno odetchnął i wstał bez jego pomocy.
- Chciałeś coś powiedzieć? - zaczął Josh
- Nienawidzę tego wymiaru. 
To nie było to co chciał usłyszeć, ale i tak nie powstrzymał się od uśmiechu pełnego satysfakcji.
- Co to było? - zapytałam podbiegając do nich.
- Zeru. - odpowiedział Elyan przypinając z powrotem lodowe ostrze do paska. - Padlinożercy. Zazwyczaj nie atakują innych stworzeń. Nie oznacza to jednak, że nie zasługują na szacunek. - Zerknął z ukosa na Josha. - Są silne i szybkie w dodatku...
Zmarszczył brwi i podszedł do ciała jednego z zeru leżącego tuż przed nim. Ukucnął i przejechał po jego podbrzuszu dłonią. Na palcach zostało mu trochę rudawych włosów, zabrudzonych krwią. Spojrzał na nie z mieszaniną przerażenia i zaskoczenia. - Sierść.
- Co jest? Niech zgadnę. Jesteś rozczarowany bo chciałeś sprzedać ich włosy na czarnym rynku albo użyć ich do jakiejś podstępnej mikstury. Teraz już chyba na nic się nie zdadzą. - stwierdził z przekąsem Josh.
- Nie jest dobrze. - zignorował uwagi Josha i zaczął sprawdzać każdego martwego zwierzaka.
- Czy on nigdy nie może nic normalne wyjaśnić? - westchnął Josh i zaczął uważnie przyglądać się poczynaniom towarzysza. - Nie czas na badania. Musimy ruszać. Może ich być więcej, a przecież są wielkie i zabójcze. - zaśmiał się. - Tak na serio, to widziałem szczeniaki bardziej groźne od tych Zenu.
- Zeru. - poprawiłam go.
Machnął ręką i spojrzał na mnie.
- Jesteś ranna. - stwierdził
- W porządku to małe draśnięcie. Jeden mnie zaatakował. - Wskazałam palcem na martwego stwora za mną.
Już chciał coś powiedzieć, ale Elyan mu przerwał.
- Musimy się zbierać. Ominiemy wioskę żeby się nie narażać i ruszymy w stronę gór.
- Skąd wiesz, że to dobry kierunek? - zapytałam
- Bo na miejscu Elvera właśnie tam bym się ukrył.
- Długa droga przypuszczeń i złych decyzji. - skomentował Josh
- Nie wiesz gdzie on jest? - wybuchałam – Myślałam, że od początku prowadziłeś nas do jego kryjówki. Tymczasem szedłeś na oślep.
- Nie do końca. - powiedział – Elver ma ze sobą stado wilkołaków, a one nie najlepiej znoszą ciepło. Gretilis to ciągły skwar i duchota. Dlatego było to dla mnie dziwne. Ale teraz wiem dlaczego tak postąpił. Klimat musi się zmieniać. - podniósł dłoń, w której trzymał garstkę sierści. - Zeru mieszkają w górach. Nigdy nie potrzebowały owłosienia. Teraz nagle każdy jest nią pokryty. Tam musi być najchłodniej. 
- Może to być inna odmiana. - wtrącił Josh. - Znasz każde stworzenie w tym wymiarze?
- Większość. - odpowiedział ostrym tonem.
- Czyli mniej niż wszystkie, ale więcej niż połowę. Bardzo przekonujące. - stwierdził kpiąco.
- Przestańcie. - powiedziałam – Nawet jeśli masz rację to przecież góry to dość szerokie pojęcie.
Spojrzałam ponad jego ramieniem. Na horyzoncie ukazane było długie pasmo wysokich wzniesień. Przeszukanie każdego zakamarka potrwałoby tygodnie, a my nie mieliśmy tyle czasu. 
- U zbocza pierwszego szczytu jest stara forteca. Zbudowali ją pierwsi czarownicy. Z powodu częstych ataków zeru wynieśli się stamtąd. Jest opuszczona od wielu lat. Jestem pewien, że tam jest Elver i jego kundle. - powiedział Elyan.
To było jak strzelanie z zawiązanymi oczami. To były tylko podejrzenia i pomysły. Starałam sobie przypomnieć mapę Towena na biurku w bibliotece. Przecież miał pozaznaczane miejsce pobytu. Dlaczego uważniej się wtedy nie przyjrzałam?
- Możemy spróbować. - stwierdziłam w końcu
Elyanowi widocznie ulżyło. Josh jednak nadal nie był pewien.
- Mamy tam dojść na piechotę? Urocze koniopsy uciekły.
- Pobiegniemy. - powiedział z uśmiechem Elyan.
Dopiero po chwili zrozumiałam co miał na myśli. Mina Josha mówiła wszystko.
- Nie będę się zmieniał. - zaprotestował ostro. - Poza tym jakbyś nie zauważył Nicole nie jest zmiennokształtnym.
- Nie mów, że jesteś za słaby by ją przewieść na swoim grzbiecie. Jeśli chcemy zyskać na czasie tak dotrzemy tam najszybciej. Oczywiście możemy znów rozpalić ognisko i przywołać Qunisy zapachem kwiatów, ale to potrwa pół dnia.
- Josh, proszę. - złapałam go za nadgarstek. - To tylko jedna zmiana. Wiem, że jesteś od tego silniejszy. Widziałam cię wtedy w bibliotece. To byłeś ty, a nie twoja zwierzęca natura. 
Chyba nigdy nie zapomnę tego dnia pełnego głośnych ryków, ostrych pazurów, krwi i spadających książek. Być może to nie był najgorszy moment w moim życiu, ale nie należał też do ulubionych lub całkiem przeciętnych. 
Josh po krótkiej chwili wewnętrznych kłótni ze samym sobą w końcu odsunął się ode mnie i upadł na kolana opierając ręce na trawie. Jego ciało w bardzo wolnym tempie zaczęło się zmieniać. Kręgosłup wygiął się pod nienaturalnym kątem, z zaciśniętych dłoni wyrosły pazury, ciało obrosło futrem, twarz całkowicie się zmieniła. Tylko oczy zostały te same. Głębokie, błękitne, kontrastujące ze złotym futrem. Lekko drżąc podszedł do mnie i obniżył się tak bym mogła na niego wsiąść. Na moment się zawahałam. Nie cieszyła mnie kolejna jazda. Nie byłam pewna czy to zniosę. Z drugiej strony ja chociaż nie musiałam biec.
Spojrzałam na Elyana, który nadal pozostał człowiekiem. Przez chwilę z dziwnym uśmiechem spoglądał na Josha, a następnie sam zaczął się zmieniać. Mocno wytężyłam wzrok zastanawiając się jakie jest jego rodowe zwierzę. 
Jego przemiana była inna. Szybsza i jakby bardziej naturalna. W jednym momencie był sobą, a w następnym stąpał po ziemi jako swoje drugie ja. Elyan był tygrysem. Nie takim jak Josh. Jego futro było białe jak kartka papieru. Pasy, które u Josha były czarne oraz połyskujące u Elyana jakby przydymione o jasno-szarej barwie.
Kiedy stanęli obok siebie zauważyłam, że Elyan był wyższy jednak bardziej smukły. Ich ludzka budowa nie wiele się różniła za to zwierzęca była inna. Ciekawe co wpływa na wygląd Bakenaka po przemianie. Musiałam o to potem zapytać.

niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział 14

Pierwsza noc

 Kiedy Elyan wrócił, my siedzieliśmy na pozostałości mebli. Obok nas stały dwa wiadra z wodą. Żadne z nas nie odważyło się jej spróbować, ani zamoczyć w niej ręki. To był dom czarodzieja, a oni lubią różnego rodzaju mikstury. 
- Tyle znaleźliśmy. - zaczął Josh wskazując na wiadra.
Elyan podszedł i spojrzał na połyskującą ciecz.
- Woda. - stwierdził – Jedną wykorzystamy by się umyć. Drugie zostawcie do wypicia.
Z ukosa zerknęłam na Josha. Mięśnie miał napięte jakby gotował się do ataku. Mimo to odwrócił się do mnie i podał pierwsze wiadro.
- Idź pierwsza. Tylko nie zużyj wszystkiego. - zaśmiał się.
- Zaczekaj. - powstrzymał mnie Elyan.
Wyszedł do sąsiedniego pomieszczenia, które jak wcześniej sprawdziliśmy było sypialnią. Jedynym pomieszczeniem, które nie było zniszczone. Szybko wrócił trzymając w dłoniach jakieś materiały.
- Musicie wyprać swoje ubrania. Do rana powinny wyschnąć. Do tego czasu załóżcie coś z tego.
Oboje ruszyliśmy w stronę ubrań. Sięgnęłam po nie pierwsza, bo Josh zatrzymał się tuż przed nimi i wygiął usta w grymasie. 
- Zawszone ciuchy starca. Lepiej być nie może.
Szturchnęłam go łokciem, dając do zrozumienia by się zamknął.
Elyan nie skomentował uwagi Josha. Podszedł do ciała i uklęknął. Ściągnął zawieszoną na szyi wąską klepsydrę z czarnym piaskiem, położył ją na klatce piersiowej mężczyzny w miejscu gdzie było już nie bijące serce i zakrył ją dłońmi. Głowę miał pochyloną tak, że włosy zasłaniały całą jego twarz. Zaczął coś szeptać. Nie rozpoznawałam słów mimo ciszy jaka panowała w środku.
- Co on robi? - spytałam szeptem Josha
- Nie wiem. Nie rozumiem mowy szaleńców.
Przewróciłam oczami. Wepchnęłam mu w ręce ubrania i podeszłam bliżej do Elyana. Nagle jego głowa mocno odchyliła się do tyłu. Jego tęczówki przybrały barwę srebra i wyraźnie świeciły.
Krzyknęłam i odsunęłam się do tyłu. Potknęłam się o coś. Najprawdopodobniej upadłabym na ziemię, ale Josh podtrzymał mnie ramionami. Kiedy stanęłam prosto, puścił mnie i sam podszedł do Elyana. Kiedy już miał go szturchnąć ten nagle zgiął się w pół, a z jego gardła wydobył się okrzyk bólu. Ręce opadły mu na podłogę podtrzymując drżące ciało. Widziałam jak jego klatka piersiowa szybko się porusza podczas gdy nabierał powietrza. 
- Trzeba coś zrobić. - powiedziałam przerażona. Chciałam rzucić się obok i jakoś mu pomóc, ale Josh objął mnie w pasie i odciągnął na bok. - Puść mnie. - rozkazałam
Nagle Elyan się uspokoił. Uniósł głowę. Wyglądał normalnie. Tak jakby zupełnie nic się nie stało. Jego twarz przed chwilą pełna napięcia i bólu teraz była bez wyrazu. Spojrzał na nas, ale nic nie powiedział. Mimo, że wpatrywaliśmy się w niego przerażeni i zdezorientowani.
- Co to było do cholery? - zdenerwował się Josh.
Elyan bez słowa założył wisiorek na szyję i wrócił do starca. Wyciągnął z kieszeni czarny kamień od Towena i ponownie zaczął coś mówić.
Josh stracił panowanie nad sobą. Podbiegł do Elyana i mocno szturchnął go w ramię, obracając w swoją stronę.
- Naprawdę nie lubię jak ludzie mnie ignorują. - warknął  
Elyan wstał i zrównał się z Joshem spojrzeniem.
- Ja natomiast wcale im się nie dziwię, że to robią. - powiedział ostro. - Mówiłem wam, żebyście się doprowadzili do porządku.
- Mieliśmy taki zamiar. - wtrąciłam się – To ty coś odwalasz.
Josh spojrzał na mnie zaskoczony i jednocześnie dumny.
- Potrzebuję magii by sprowadzić nas z powrotem. - wyjaśnił – To był czarodziej, teraz nie żyje więc nie będzie mu już potrzebna.
- Okradasz zmarłych?
- Robię wymianę. Przysługa za przysługę. On mi oddał swoją magię, a ja w podziękowaniu deportuję go w jego wymiar by został tam pochowany, a nie zeżarty przez miejscowe bestie. 
- Skąd wiesz, że nie chciałby być pochowany tutaj? - drążyłam temat
- A kto by chciał? To czyste piekło.
- Być może dla niego takie nie było.
- Wystarczy. - powstrzymał mnie Josh co było dla mnie zaskoczeniem. - Niech robi co chce. Wszyscy jesteśmy zmęczeni. To był ciężki dzień, powinniśmy odpocząć.
Przetarłam twarz, wzięłam wiadro wody, ciuchy i wyszłam do pomieszczenia, które wcześniej mogło być spiżarnią. Tylko ono było oddzielone działającymi drzwiami więc, mogłam bez krępacji doprowadzić się do ładu. 

* * *

Kiedy wróciłam z powrotem do głównego pomieszczenia, poczułam ogromną falę ciepła oraz mocny kwiatowy zapach. Na środku paliło się ognisko. Nie było obawy przed zapaleniem całego domu, gdyż podłoga zrobiona była ze zbitej ziemi. Zauważyłam, że przynieśli materac z łóżka i kilka znalezionych ubrań. Elyan siedział na jednej z nich natomiast Josh stał z boku. Kiedy zobaczył, że wyszłam z prowizorycznej łazienki od razu ruszył w jej stronę. Bez słowa mnie minął i zamknął za sobą drzwi.
- Materac jest dla ciebie. - powiedział Elyan wpatrując się w ogień. Płomienie oświetlały jego bladą twarz, uwydatniając wymalowane na niej zmęczenie.
Zajęłam przeznaczone dla mnie miejsce. Miło z ich strony, że mi je oddali, podczas gdy sami musieli zadowolić się zwykłymi ścierkami.
Dookoła ogniska porozkładane były jakieś bezlistne rośliny. Miały długie, twarde łodygi zakończone licznymi żółtymi kwiatami, które były najbliżej ognia. Kiedy się nad nimi pochyliłam, zorientowałam się, że to one wydają ten zapach, który przepełnił całą przestrzeń. Intensywny, połączenie cynamonu oraz cytrusów.
- To odstrasza owady? - spytałam
Spojrzał na mnie kpiąco.
- Nie. Działa wręcz przeciwnie, ale nie na owady. Nie ma ich w tym wymiarze. - Ton jego głosu sugerował, że kolejne pytania nie są mile widziane. Zmienił się od momentu przybycia. Wydawał się wrogi. - Nie zasłużył na śmierć. - powiedział – Nikomu nie zagrażał. Żył tutaj samotnie. Nie powinni go zabijać.
- Kto to był? Znałeś go, prawda?
- Był moim mentorem. - wyjaśnił ochryple – Żywą encyklopedią. Wiedział wszystko o wszystkim. Kiedy coś było dla niego zagadką, dociekał aż w końcu ją odkrył. Nauczył mnie, że wiedza to potężne narzędzie, a w połączeniu z magią może okazać się niebezpieczne. 
- Jak właściwie nauczyłeś się jej używać? - wtrąciłam – Myślałam, że tylko czarownicy to potrafią.
- Magia nie należy do nikogo. Jest obojętną energią, ale łatwo się przywiązuje. Dlatego tak boli kiedy się ją komuś odbiera lub oddaje. To tak jakby oderwać kawałek siebie. Korzystanie z niej wymaga ogromnej koncentracji oraz pracy umysłu. Czarownicy uczą się tego od małego, rodzą się z magią dlatego jest im łatwiej. Ja spędziłem lata by się tego nauczyć.
- Myślałam, że byłeś zabójcą. - wyrwało mi się
Spojrzał na mnie jakby chciał się zapytać skąd to wiem.
- Byłem. Doszedłem do wniosku, że siła fizyczna czasami zawodzi. Postanowiłem obrać inną ścieżkę.
- Więc kim teraz jesteś? Zmiennokształtnym czy czarodziejem?
- Nie można zmienić tego kim się jest, a jedynie to udoskonalić. Jestem i zawsze będę jednym z Bakenaków nawet jeśli nie znajduję się już w Księdze Życia.
To musiało być straszne. Pozbawionym własnego dziedzictwa, swojego drzewa genealogicznego. Co prawda ja takowego nie posiadałam, ale wiem jak wiele ono znaczy dla Zmiennokształtnych. Musi skoro tak ostrożnie obchodzą się z tą księgą. 
- Pierwszy zajmę wartę. - powiedział Josh
Nawet nie zauważyłam kiedy wszedł do pokoju.
- Jak chcesz. - zgodził się Elyan. Myślałam, że się sprzeciwi i znowu będzie awantura. Najwyraźniej był bardziej zmarnowany niż myślałam. - Obudź mnie jak coś zobaczysz. Jakikolwiek ruch za oknem.
Po tych słowach położył się na ziemi i przykrył czymś co wcześniej służyło za zasłonę.
Josh podszedł do mnie z jakimś drewnianym naczyniem.
- Trzymaj. To woda z drugiego wiadra. My już piliśmy.
Zupełnie zapomniałam o pragnieniu. Wzięłam od niego kubek.
- Dziękuję. - uśmiechnęłam się.
Jego usta lekko się wygięły. Odsunął się i podszedł do okna. Zauważyłam, że podczas gdy ja się myłam oni naprawili drzwi. Już nie wisiały na zawiasach, tylko stały pionowo oparte o ścianę, częściowo zasłaniając wejście.
Wypiłam całą porcje wody i położyłam się na materacu.

***

 Stałam w brudnym, ciemnym i wilgotnym pomieszczeniu, otoczona przez smród zgnilizny i pleśni. Powietrze było chłodne i ciężkie. Z daleka dochodził do mnie męski głos. Powoli ruszyłam w jego kierunku po kamiennej posadce. Ściany były wykonane z tego samego materiału. Wielkie, szare i nierówne cegły. Po prawej stronie zaczęły się pojawiać więzienne cele. Malutkie, umieszczone w ścianach wnęki zagrodzone kratami. Z jednej z nich ujrzałam dochodzące żółte światło. 
- Nigdy nie będę taki jak ty! - usłyszałam krzyk.
Od razu rozpoznałam głos. To był Matthew. Rzuciłam się biegiem w stronę blasku. Kiedy skręciłam przed oczami pojawił mi się straszny obraz. Zakryłam usta dłonią powstrzymując krzyk.
Matt wisiał w powietrzu, przypięty kajdanami do sufitu. Z jego nadgarstków ściekała krew. Oczy miał podpuchnięte. Całe ciało pokrywały cięte rany i siniaki. Nie miał koszuli przez co widziałam jaki był chudy. Mogłam policzyć jego żebra i kręgi. Włosy straciły swój czarny połysk. Teraz były wyblakłe i pokryte kurzem.
- Już się taki stajesz. Musisz jeszcze tylko się zmienić. - powiedział mężczyzna stojący przed nim. Był odwrócony do mnie plecami, ale od razu go rozpoznałam mimo, że widziałam go tylko w swoich wizjach. Długie czarne warkocze sięgały połowy jego pleców. 
Wyminęłam go by spojrzeć na całą sytuacje z boku. Nie zwracali na mnie uwagi. Zupełnie jakby mnie tam nie było.
- Nie zmienię się. - wychrypiał Matt – Nie będę częścią twojego chorego planu.
- Przemiana nastąpi. Wiem to. Trzeba tylko jakoś ją wywołać skoro sam ją powstrzymujesz. Nie będziesz zadowolony ze środków, ale zależy mi na czasie. - uśmiechnął się z wyższością.
Mimo nikłego światła, które pochodziło z pochodni zawieszonej na ścianie zauważyłam błysk w jego oczach. Odsunął się pod ścianę. Zza jego pleców wyszło dwóch mężczyzn. Rozpoznałam jednego z nich. Był w lesie kiedy przybyliśmy po Matta. Drugi miał w ręku długi brązowy bicz. Obraz zaczął się rozmazywać w momencie kiedy wystrzelił nim przecinając plecy Matta.
Wrzasnęłam kiedy jego ciało wygięło się pod wpływem bólu.
Poczułam, że spadam. Więzienna cela zaczęła się pomniejszać. Wszystko było jakby za szkłem, poza odgłosem bicza uderzanego o skórę przyjaciela....
 Otworzyłam oczy przerażona. Leżałam na materacu. Kołdra była całkowicie zmiętolona u moich stóp. Ognisko jeż się nie paliło. Po drugiej stronie spokojnie spał Josh. Jego klatka powoli unosiła się i opadała. Wcześniej nie zauważyłam, że tak naprawdę się nie przebierał. Jego ubranie było czyste. Nie było już na nim krwi. Podczas gdy ja miałam na sobie podarte i drażniące skórę ciuchy zmarłego gospodarza. 
W domku było cicho poza głuchymi dźwiękami dobiegającymi z sąsiedniego pomieszczenia. Szybko się ubrałam i poszłam sprawdzić co się dzieje. Sypialnia wczoraj jeszcze będąca w normalnym stanie dziś wyglądała jak reszta domu. Łóżko wywrócone było do góry nogami. Wszystko co stało na półkach walało się teraz na ziemi. Elyan siedział na podłodze i nerwowo przerzucał strony książek czegoś szukając.
- Tak szanujesz pamięć po przyjacielu? - skomentowałam
Moje słowa nie oderwały go od poszukiwań. Przykleił się do ściany i zaczął w nią pukać, dokładnie przy tym nasłuchując.
- Złotowłosy książę już się obudził? - spytał kiedy zrezygnował ze sprawdzania kamiennej ściany.
- Jeszcze nie. Która właściwie jest godzina?
- Czas płynie tu trochę inaczej. Ale na zewnątrz widno jest od jakiś pięciu godzin.- Minął mnie i wyszedł do głównego pomieszczenia. Podparł się pod boki i westchnął. - Mogłem trochę przesadzić. - stwierdził patrząc z uśmiechem na Josha
- Z czym?
- Wiedziałem, że nie będzie chciał tak łatwo zasnąć, ale musiał odpocząć kiedy miałem zmienić wartę, więc rozpuściłem mu trochę ziół nasennych w kubku z wodą.
- Josh chciał herbatę nasenną? - zdziwiłam się.
- Nie. - zaśmiał się Elyan.- Powiedzmy, że nie był świadomy tego co pije.
Wybałuszyłam oczy ze zdziwienia.
- Zwariowałeś? Zabije cię kiedy się dowie.
Odgarnął włosy z twarzy i uśmiechnął się do siebie rozbawiony moimi słowami lub tym co sobie po nich wyobraził.
- Póki co wydaje się nie groźny. Szkoda, że nie ssie kciuka. - zażartował.
Na chwilę zniknął w spiżarni, w której wczoraj się przebierałam. Kiedy wrócił miał ze sobą drewnianą tacę z czymś ciemnym co z wyglądu przypominało ciasto. Przełamał jeden z nich na pół i oddał mi kawałek.
Kiedy niepewnie patrzyłam na jego rękę, wyjaśnił.
- To coś w rodzaju chleba. Zjedz. Jest dobry. Nie mamy co liczyć na lepszy posiłek.
Sięgnęłam po jedzenie. Faktycznie wyglądał i smakował jak normalny chleb. Był tylko trochę słodszy i miał inną barwę, ciemniejszą w niektórych miejscach trochę fioletową. Dopiero kiedy skończyłam jeść uświadomiłam sobie jaka byłam głodna. Sięgnęłam po jeszcze jeden kawałek i zjadłam go już mniej zachłannie.
- Z czego właściwie jest zrobiony? - spytałam z pełną buzią.
- Z tutejszych roślin. Mój nauczyciel uwielbiał je badać. Odkrył, że większość znajdujących się tutaj kwiatów ma podobne właściwości do tych znajdujących się w naszym wymiarze. Zawsze był lekko szalony. Sam próbował wszystkich przysmaków. Nie raz przez to chorował. Kiedyś spróbował owoców rosnących na niskich krzewach, które z wyglądu przypominały maliny. Był pewien, że nie będą groźne. Zadziałały od razu. Przez tydzień leżał sparaliżowany. Mógł jedynie ruszać ustami, choć i to czasami było trudne. Miał szczęście, że wtedy byłem w pobliżu. Akurat miałem wyjeżdżać. Szukałem go by się pożegnać. Znalazłem go w lesie leżącego sztywno na ziemi. Zaniosłem go do łóżka. Kazał mi przynosić różne zioła by odwrócić efekt owoców. W końcu objawy przeszły same. Powoli odzyskiwał czucie w kończynach. Pamiętam jak byłem na niego wściekły, że tak ryzykuje. On tylko się uśmiechnął i powiedział, że warto jest się poświęcić w imię nauki. Totalny świr. - zaśmiał się – Potem jeszcze przez trzy dni udawał, że jest chory. Latałem dookoła niego jak służący. Oczywiście był zadowolony dopóki nie przyłapałem go jak chodzi po pokoju. Tłumaczył się, że chciał trochę dłużej poodpoczywać bo łóżko jest dla niego największym skarbem od razu po wiedzy. Wbrew pozorom był strasznie leniwym człowiekiem. Specjalnie musiałem wracać do jego domu w Krantis by przywieść mu materac... - przerwał nagle i spojrzał na podłogę w miejsce gdzie spałam. - A to cwany szczur! - warknął.
Odrzucił jedzenie z powrotem na tace i podbiegł do materaca. Wyciągnął trzymany przy nodze nóż i rozciął materiał. Chciałam coś krzyknąć by tego nie robił, ale się powstrzymałam. Myślałam, że być może jeszcze będziemy go potrzebować. 
Na podłogę wysypały się białe piankowe kulki przypominające płatki śniegu. Zaczął grzebać we wnętrznościach materaca, szybko wyrzucając wszystko na zewnątrz. Sprężyny wyleciały na posadzkę z głośnym brzękiem. Odruchowo spojrzałam na Josha. Nie zareagował. Nadal spokojnie przewracał się na podłodze.
- Jest. - krzyknął zadowolony Elyan.
W ręce trzymał żółtą kopertę. Nie wyglądała jakoś szczególnie. Rozerwał ją nerwowo i wyciągnął foliowy woreczek. Podeszłam bliżej by się przyjrzeć temu czego tak uporczywie szukał. W środku była jakaś wysuszona gałązka z biało-granatowym kwiatem o złotych pręcikach. Wyglądała naprawdę niezwykle. Nie była dłuższa niż ludzka dłoń. Łodygę oplatały czarne liście z białymi żyłkami. Nigdy czegoś takiego nie widziałam.
- Co to? - spytałam oszołomiona.
- Nocny kwiat. - powiedział ochrypłym głosem. - Przez lata czekałem aż mi go podaruje. Brakuje jeszcze tylko...- urwał i otrząsnął się. Odchrząknął nerwowo. Schował woreczek z kwiatem do kieszeni i powiedział poważnym głosem. - Myślę, że możemy już opuścić ten dom. Szkoda czasu.
Miałam ochotę na niego nakrzyczeń. Byłam przekonana, że gdyby go nie znalazł nie chciałby stąd wychodzić. Zaczęłam się zastanawiać czy powodem jego przybycia tutaj nie była właśnie ta roślina. Powstrzymałam się od komentarza. Skoro miał swój własny plan poznam go w inny sposób. Okaże się, czy naprawdę chce mi pomóc czy tylko myśli o swoich zachciankach.
- W porządku. - powiedziałam opanowanym głosem.
Wyglądał jakby mu ulżyło. Nie wykonał jakiś mówiących o tym gestów, ale widziałam to w jego oczach. Być może obawiał się, że zacznę go wypytywać. Póki co nie miałam takiego zamiaru. 
- Choć. - powiedział. - Pokażę ci nasz transport.
- Transport? - zdziwiłam się
Podążyłam za nim na zewnątrz.
- Pamiętasz rośliny przy ognisku, które wydawały tak mocny zapach? - Niepewnie pokiwałam głową – Były po to by je zwabić. 
Wskazał ręką przed siebie. Wzrokiem powędrowałam w kierunku, który wskazywał. Cofnęłam się o krok kiedy zobaczyłam co pokazywał. Przed nami stały dwa dziwaczne stworzenia przywiązane sznurem do jednego z drzew. Wyglądały jak połączenie konia z psem lub wilkiem. Miały długie owłosione łapy zakończone pazurami, szorstką sierść w odcieniach brązowego złota przeplatającego się z bielą i czerwienią. Ogon zdecydowanie wyglądał jak koński. Był długi i prosty. Wzrostem mogły nawet przewyższać ziemskie wierzchowce. Najbardziej specyficzny był pysk. Kufa jak u psa, ale uszy długie i szpiczaste jak u zwierząt kopytnych. Zaczęłam się zastanawiać jak wyglądają ich zęby. 
- To Qunisy. - wyjaśnił. - Żyją w górach. Uwielbiają kwiaty, które przyniosłem. Niezwykłe stworzenia. Gracja i siła konia, ale wierność i zawziętość wilka. Udamy się na nich w dalszą drogę.
- Nie ma mowy. - Wycofywałam się. – Nie wsiądę na to. 
Zauważyłam błysk jego białych zębów kiedy szyderczo się uśmiechnął. Nim zdążyłam uciec złapał mnie w tali i siłą zaciągnął pod pysk zwierzęcia. Wyrywałam się krzycząc, ale nie zareagował.
- Nie bój się. Są przyjacielskie.
Przykleiłam się plecami do niego kiedy zwierzę zaczęło mnie obwąchiwać. Nagle się cofnęło i zaczęło przebierać nogami w miejscu.
- Co on robi?
- Zapomniałem – powiedział nerwowo. - One nienawidzą brunetek.
- Jak to? - zesztywniałam
Poczułam jego wibrujący brzuch kiedy się zaśmiał.
- To nie jest zabawne. - warknęłam.
- Wyluzuj.
Podniósł mnie do góry i mimo licznych kopniaków jakie mu zadałam posadził mnie na grzbiecie Qunisa. Był bardzo wysoki. Spojrzałam w dół na twarz Elyana. Szeroko się uśmiechał.
- Lubi cię. - stwierdził.
- Skąd wiesz?
- Qunisy to w większości samce. A te nigdy nie odmawiają towarzystwa uroczych dam.
Podszedł do drzewa i zaczął odwiązywać sznurek.
- Zaczekaj! - zaprotestowałam. - Ja nie wiem jak kierować?
- Nie musisz umieć. Ja pokieruję alfą. - wskazał na zwierzę obok. - Twój podąży za moim nawet w ogień. Łączą ich silne więzi. Zwłaszcza, że są parą.
Zwierzę nawet nie drgnęło kiedy je uwolnił. Spokojnie stało obok swojej wybranki. Czułam jego każdy ruch. Jego klatkę piersiową kiedy spokojnie oddychał przez ogromne końskie nozdrza. Gęstą sierść, która z daleka wydawała się szorstka w rzeczywistości okazała się delikatna i puszysta. Ostrożnie pogłaskałam zwierzę po długiej szyi.
- One są do tego przyzwyczajone? - spytałam – Do tego, że ktoś na nich jeździ?
- Te tak. Zostały oswojone.
- Prze kogo?
- Prze mnie. Chyba nie sądzisz, że cały swój czas spędziłem na nauce. Miałem inne rozrywki. - mrugnął okiem.
Wolałam sobie nie wyobrażać jakie.
- A co z Joshem? - spytałam. - Są tylko dwa Qunisy. Poza tym on jest całkowicie nieprzytomny.
- Mogę go przerzucić przez grzbiet.
Rzuciłam mu gniewne spojrzenie.
- Nie może po prostu bezwładnie zwisać. - zaprotestowałam
- No to go zostawimy. - westchnął
- Elyan! - krzyknęłam nie za głośno by nie spłoszyć zwierząt.
- Dobra. - podniósł ręce w geście poddania. - Może uda się go jakoś obudzić.
Ruszył z powrotem w stronę domku. Powoli przerzuciłam nogę przez grzbiet Qunisa i opadłam na ziemię zupełnie pozbawiona gracji. Kiedy chwiejnie stałam na ziemi, samiec wydawał się jeszcze wyższy niż kiedy na nim siedziałam. Wyciągnął głowę w moim kierunku. Powstrzymałam odruch cofnięcia reki i pogłaskałam zwierzę po pysku, który okazał się mniej owłosiony niż reszta ciała. Był cieplejszy i delikatniejszy niczym skóra dziecka. 
- Nienawidzę cię. - usłyszałam cichy pomruk za plecami. Odwróciłam się. Elyan wyprowadził Josha na zewnątrz podpierając go ramieniem. Ten ledwo trzymał się na nogach. Oczy miał zamroczone, ale uporczywie próbował stanąć o własnych siłach. - Otrułeś mnie. - silił się na oskarżycielski ton.
Elyan był bardzo rozbawiony. Z uśmiechem i niemal łzami w oczach spoglądał na pół przytomnego Josha.
- To był jedyny sposób byś oddał mi wartę bez żadnych sprzeciwień. Przynajmniej dobrze się wyspałeś.
Josh nagle się zdenerwował. Odepchnął Elyana na bok, tak że ten cofnął się od niego na kilka kroków. Siła jakiej musiał w to użyć całkowicie zwaliła go z nóg. Zachwiał się do tyłu i upadł. Muszę przyznać, że to było zabawne. Z trudem ukryłam uśmiech. Podeszłam do Josha, który miał wyraźny problem by samemu wstać. Nogi się pod nim uginały jak tylko się na nich wspierał.
- Cholera! - wrzasnął w końcu zrezygnowany. - Nie panuję nad własnym ciałem.
Elyan podszedł do grzecznie czekających Qunisów. Usłyszałam jego cichy śmiech.
Uklękłam obok Josha.
- Będziemy jechać na tych stworzeniach. - wskazałam palcem w ich stronę – Możesz jechać ze mną. Będziesz musiał po prostu mocno się trzymać.
- Nigdzie się nie ruszam dopóki nie będę mógł normalnie funkcjonować.
- Nie możemy czekać, aż zioła przestaną działać. Nie wiadomo ile to potrwa. Nie mamy tyle czasu. - przekonywałam go, ale on był nieugięty.
- Masz mnie odczarować. - krzyknął do Elyana. - Potrafisz używać magii. To nie powinno być dla ciebie trudne.
- Nie będę jej na ciebie marnował. - odpowiedział
Josh może i był lekko otumaniony, ale nadal szybko się poruszał. Przynajmniej rękoma, które były bardziej sprawne. W mgnieniu oka wyciągnął jeden ze swoich krótkich sztyletów i rzucił nim w kierunku Elyana. Nóż wbił się aż po rękojeść w pień drzewa. Przestraszone Qunisy odskoczyły na bok. Byłam pewna, że gdyby nie sznurek puściły by się biegiem w stronę lasu.
- Obiecuję ci, że pożałujesz tego jak tylko odzyskam siły. - syknął.
- Aż cały drżę – zakpił Elyan.
- Przestańcie. - przerwałam. - Ruszamy w drogę. Oprzyj się o mnie.
Josh odepchnął moją rękę zirytowany i ponownie sam spróbował wstać. Oczywiście nogi odmówiły mu posłuszeństwa i z powrotem opadł tym razem na kolana.
- Ty idioto! - rzuciłam – Zapomnij na chwilę o swojej dumie i pozwól sobie pomóc.
- Nie potrzebowałbym jej gdyby nie ten zarozumiały, wszystkowiedzący spec od odbierających siłę herbatek. Jestem wojownikiem. Podnosiłem się po gorszych rzeczach sam i tym razem nie będzie inaczej. Skoro wam to nie odpowiada to mnie tutaj zostawcie. Widzę, że dobrze razem się bawicie. - wyrzygiwał.
- Nie zostawimy cię. - powiedziałam. - Działamy razem.
- Nie – zaprzeczył bez wahania. Chciał coś jeszcze dodać ale jego usta z powrotem się zamknęły. Wyciągnął jeden z mieczy, które miał na plecach i mocno wbił go w ziemię. Wspierając się na nim powoli się podniósł. Stanął prosto, dumnie spoglądając na Elyana.
Z niewielką moją pomocą i asekuracją razem dotarliśmy do Qunisa, który nie był zadowolony z obecności Josha. Mimo tego pozwolił na siebie wsiąść. Kiedy już był na grzbiecie wyciągnął do mnie rękę. Zadziwiające z jaką łatwością pociągnął mnie tak, że usiadłam tuż za nim skoro przed momentem nie był w stanie samotnie stać. Najwyraźniej chęć udowodnienia własnej siły była dużą motywacją.
Elyan dosiadł samice alfa, a ta wyskoczyła do przodu biegiem. Nasz samiec bez wahania podążył za nią. Mocno objęłam Josha w pasie by nie spaść. 
Jazda okazała się wygodna. Zwierzęta poruszały się harmonijnie i równomiernie. Szybko przystosowałam się do bujania oraz podskakiwania. Tylko momenty przeskoków przez wywrócone drzewa lub większe skały były straszne. Rytm wtedy ulegał zmianie. Musiałam mocniej zaciskać ramiona i uda by nie zostać w tyle.

sobota, 8 lutego 2014

Rozdział 13

Nowy świat

 Kiedy wpadliśmy do biura Towen leżał na podłodze na plecach w wielkiej kałuży bordowej krwi i ciężko oddychał. Próbował rzucać jakieś zaklęcia ale ręce mu się trzęsły. Rzuciliśmy się na ziemię.
Josh od razu zapytał.
- Co się stało? Kto ci to zrobił?
Towen chciał coś powiedzieć, ale czerwona ciecz zalała mu usta i tylko zakasłał. Wyciągnął dłoń po podłodze w stronę leżącego obok czarnego kamienia. Kiedy przyjrzałam mu się bliżej zorientowałam się, że to węgiel. Ostrożnie mu go podałam. Przyłożył go do ust i zaczął coś szeptać.
- To go uleczy? - spytałam roztrzęsiona.
- Nie wiem. - zezłościł się Josh – Wyglądam na takiego, który interesuje się magicznymi sztuczkami. Nie mam peleryny, ani wysokiego kapelusza. 
Kiedy skończył wymawiać zaklęcia, nic się nie zmieniło. Krew nadal przesiąkała przez jego ubranie coraz bardziej zabrudzając podłogę.
Wyciągnął do mnie rękę i przyciągnął do siebie. Moja twarz znajdowała się tuż obok niego.
- Elyan będzie wiedział co zrobić. - wyszeptał tak cicho, że ledwie go słyszałam.
Po tych słowach jego ciało zaczęło świecić czerwono-białym ogniem. Josh szybko mnie odsunął, samemu się przy tym oparzając. Towen zaczął znikać w płomieniach. Kiedy wygasły on przepadł razem z nimi. Została tylko ogromna plama krwi.
Zupełnie nie wiedziałam co się stało. Zerknęłam na Raya, który stał obok.
- Kto mu to zrobił?
- Nie wiem. Kiedy się pojawiłem on już tak leżał.
- Musiałeś coś widzieć. - wstałam rozdrażniona.
- Hej! - uspokoił mnie Josh. Stanął obok i obrócił w swoją stronę. Dłonie i koszulkę miał umazane czerwoną cieczą podobnie jak ja. - Co ci powiedział?
Spojrzałam na trzymany w dłoni kamień.
- Elyan. - szepnęłam
- Co?
Nie wiem czy nie usłyszał czy był za bardzo zaskoczony by cokolwiek innego powiedzieć.
Minęłam go i szybkim krokiem zbiegłam na dół. Podążył za mną. Nie traciłam czasu na rozglądanie się po kuchni ani salonie. Od razu pobiegłam do biblioteki. Elyan stał na końcu pomieszczenia przy dużym witrażowym oknie i spoglądał na ogród.
Kiedy nas zobaczył na jego twarzy pojawił się zarozumiały uśmiech.
- Jakbym wiedział, że aż tak się pokłócicie nic bym nie mówił. Rozumiem groźby słowne, ale żeby aż tak się poranić.
- To nie nasza krew. - od razu wyjaśniłam. - Coś się stało z Towenem? Ktoś go napadł.
Obróciłam się w stronę Josha. Nie było go.
Elyan zobaczył, że się rozglądam.
- Poszedł od razu do zbrojowni. - powiedział.
- Towen... on zniknął. Zastaliśmy go poważnie rannego w biurze. Dał mi ten kamień i powiedział, że będziesz wiedział co robić. - Rozłożyłam palce dłoni ukazując kawałek skały – Potem zniknął w płomieniach. On chyba nie żyje. - wyjąkałam
- Nie umarł. - powiedział od razu.
- Skąd to możesz wiedzieć? - oburzyłam się.
- To potężny czarownik. Żyje już ponad czterysta lat. Zapewne deportował się do jakiegoś uzdrowiska czy coś.
Usłyszałam za mną jakieś zamieszanie. Wszyscy weszli do biblioteki głośno się sprzeczając. Josh wściekły kazał im wszystkim usiąść. Jego głos był ostry więc, wszyscy spełnili jego żądanie bez zastrzeżeń. Tylko Trevor stał i z gniewem wpatrywał się w Elyana.
- Dom jest pełen zabezpieczeń. - powiedział – Nikt obcy nie mógł się tutaj dostać. Musiał to zrobić ktoś z wewnątrz. Chyba nawet wiem kto.
Głowa każdego teraz wpatrywała się z oszołomieniem w Elyana. Nikt się nie odzywał. W końcu ja przerwałam milczenie.
- To nie mógł być Elyan bo Towen...
- To ja. - przerwał mi.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
- Gorzko tego pożałujesz. - zagroził Trevor. Już zmierzał w jego stronę.
- Chcesz ze mną walczyć? - Elyan rozłożył ręce. - Pozwól, że zastosuję swój włsny sposób. 
Wyciągnął nóż, który miał przypięty do nogi. Chwycił mnie w talii i przyłożył ostrze do gardła. Było to posunięcie, którego się nie spodziewałam. Wszyscy od razu unieśli się z miejsc siedzących i zrobili jeden krok do przodu. Josh ich powstrzymał.
- Nie ruszajcie się.
-Słuchajcie blondyna. - przyznał Elyan.
Jego twardy, umięśniony brzuch był tuż przy moich plecach. Czułam każde wypowiedziane prze niego słowo.
Wyszarpnął mi z dłoni kamień zbliżając usta do mojego ucha.
- Ufasz mi? - wyszeptał. Stałam jak zamurowana.
Zauważyłam jak Josh wychodzi przed szereg.
- Puść Nicole, a pozwolimy ci odejść. - zapewnił.
- Albo stań do równej walki, tchórzu. - warknęła Gabrielle.
- Wolę inne rozwiązanie.
Zamachnął się ręką, którą wcześniej mnie trzymał i wybił okno. Jednak ostre odłamki nie wyleciały na zewnątrz. Uniosły się wysoko i popędziły w stronę Trevora i pozostałych. Widziałam jak Josh upada na ziemię chroniąc się przed szkłem. W następnej chwili Elyan zaczął coś szybko mówić w nieznanym mi języku. Opuścił nóż, który trzymał mi na gardle i złapał mnie za dłoń. Chciałam mu się wyrwać, ale znieruchomiałam kiedy w miejscu gdzie powinno być okno zaczęło się pojawiać błękitne światło.
- Chcesz ratować Matta? - spytał. - To nasza jedyna szansa.
Chwycił coś wolną ręką i pociągnął mnie w stronę otchłani. Usłyszałam dochodzący zza moich pleców krzyk Josha.
Czułam jak serce podchodzi mi do gardła. Zaczęliśmy spadać w wydającą się bezkresną przestrzeń jasnego światła. Czułam ciepłą dłoń Elyana, która mnie trzymała, jednak nie mogłam go ujrzeć. Otaczały mnie promienie tak jasne, że aż raziły w oczy.
Po chwili poczułam mocne uderzenie w plecy. Leżałam na ziemi. Widziałam nad sobą kremowe niebo. Chciałam się podnieść, ale nie mogłam się poruszyć. Nagle nade mną pojawił się Elyan. Posadził mnie i mocno uderzył w kręgosłup. Zachłannie nabrałam powietrza jakby odblokował mi płuca. Potem zaczęłam kaszleć. Czułam jakbym wdychała setki niewielkich igieł. Ból przeszywał mnie od środka.
- Trochę to potrwa zanim przyzwyczaisz się do tutejszego powietrza. -zaśmiał się.
Pomógł mi wstać. Udało mi się zapanować nad kaszlem, ale oddychanie nadal nie było dla mnie przyjemne.
Podskoczyłam przestraszona kiedy przed nami spadło jakieś ciało. Dopiero kiedy mężczyzna zaczął się podnosić rozpoznałam go. Josh. Jak tylko stanął pionowo ruszył z wyciągniętym mieczem w stronę Elyana, który nie wydawał się tym specjalnie przejęty. Uchylił się przed ciosem, kiedy Josh się zamachnął. Nie atakował tylko robił uniki.
Chciałam krzyknąć by przestali, ale z mojego gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Odchrząknęłam i spróbowałam ponownie. Udało się dopiero za trzecim razem.
- Przestańcie. - wychrypiałam.
Ich walka nie trwała długo. Elyan wyczuł odpowiedni moment i chwycił Josha za nadgarstek, wykręcając całe ramię do tyłu. Zdenerwowany Josh chciał się wywinąć, ale Elyan mocno pchnął go na ziemię tak, że tamten się przewrócił.
- Skończ w końcu. - warknął Elyan. - Lepiej rozejrzyj się gdzie jesteśmy.
Josh odgarnął mokre włosy z czoła i rozdrażniony zaczął się rozglądać.
Mimo, że te słowa nie były do mnie odruchowo zaczęłam robić to samo. Staliśmy na ogromnej łące. Trawa pod nami była sucha i co mnie zdziwiło czerwona. W oddali widać było brązowo-bure lasy i szczyty wysokich gór. Na niebie nie widziałam słońca. Było czyste o kolorze bladej skóry. Krajobraz poza kolorami nie wydawał się inny niż ziemski.
- Gretilis?
- Tak. - potwierdził Elyan. - Przeniosłem nas tutaj.
- Jakim cudem? - warknął Josh unosząc ostrze na wysokości klatki piersiowej, celując w Elyana..
- Dzięki temu. - pokazał czarny kamień.
- Ale dlaczego mi groziłeś? - spytałam w końcu już prawie normalnym głosem.
- Nie groziłem. Ani razu nie powiedziałem, że coś ci zrobię. To wy tak sądziliście bo przystawiłem ci nóż do gardła.
- Raczej każdy by tak pomyślał. Tylko nie mów, że chciałeś się przytulić. - warknął Josh.
- Może. - zaśmiał się. - Zrobiłem to by utrzymać was w dystansie. Żeby nie widzieli portalu. Stąd też odłamki szkła.
- Tylko po co?
- Bo nie chciałem i nie mogłem przenieść was wszystkich. Gdybym wam to powiedział to na znakomitą przygodę wyruszył by zupełnie kto inny. Zapewne ty, nasz złoto włosy książę - wskazał na Josha. - Trevor i czarnoskóry Tony. 
- I może byłoby wtedy lepiej. Nie sadzisz? - warknął Josh
- A kto wtedy poszedłby na ratunek Mattowi?
Josh odchylił się zaskoczony.
- A więc to dlatego. - spojrzał na mnie. - Uwierzyłaś w jego zaklinania, że pomoże ci uwolnić przyjaciela? Dlaczego mi nie chciałaś zawierzyć?
- Bo ty go nienawidzisz i chcesz tylko zabić jego ojca. - wrzasnęłam. - A on jako jedyny o tym nie wspomniał. Ani razu. - Wskazałam na Elyana, który już stracił zainteresowanie rozmową i bawił się zabranymi wcześniej łańcuchami. 
Widziałam rozgoryczenie i gniew wypisane na twarzy Josha. Zmierzył mnie wzrokiem tak chłodnym, że ledwo powstrzymałam się od opuszczenia głowy i popatrzenia w innym kierunku.
- Jesteś naiwna Nicole. - powiedział
- Ale ma racje. - stwierdził Elyan bawiąc się swoją nową zabawką.
- Czy to ty zaatakowałeś Towena? - spytałam
- Nie. - wzruszył ramionami. - Zrobiłem to byś nie wypaplała im o kamieniu. Bo wtedy.. Na litość boską, już to mówiłem.
- Jasne. - prychnął Josh. - Chcesz przez to powiedzieć, że zrobiłeś to dla Nicole? By pomóc jej odnaleźć Matta? Nie masz w tym żadnego zysku?
- Oczywiście, że mam. Rozrywkę. Teraz jest naprawdę mało miejsc, w których można się rozerwać. A to miejsce...- rozłożył ręce. Zaczął się rozglądać i zmarszczył brwi. - Świetnie. - warknął.
- O co chodzi? - spytałam
- Wskakując nieproszenie – podkreślił to słowo – do portalu, zmieniłeś jego położenie w tym wymiarze. Jesteśmy jakiś dzień drogi może dwa od miejsca, w którym powinniśmy się znaleźć. - Opuścił ręcę delikatnie zniechęcony. - Możesz być z siebie dumny. 
- Nie puściłbym Nicole samej z tobą. - przerwał na chwilę. Wyglądał jakby nagle coś go natchnęło. - Więc to prawda, że potrafisz używać magii. Jak to możliwe?
- Poprawka. Potrafię z niej korzystać. Towen oddał trochę swojej i umiejscowił ją w tym kamieniu. Dzięki czemu mogłem jej użyć by stworzyć portal. Ponieważ musi wystarczyć jej na powrót nie mogliśmy się tutaj zjawić wszyscy.
- Wybryk gatunku. - zaszydził Josh.
- Przy długoletnim szkoleniu sam byś tak potrafił. Magia bywa bardziej przydatna niż miecz i pięści.
- To nie jest ważne. - przerwałam im – Lepiej się zastanówmy co robić dalej.
- Wy musicie się doprowadzić do porządku. Nie brak tu krwiożerczych bestii. Szybko nas przez was wytropią.
Spojrzałam na siebie i Josha. Już prawie zapomniałam, że jesteśmy cali umazani krwią Towena.
- Nie znam Gretilis. - powiedział Josh.
- Na nasze szczęście ja znam. Zbierajcie się.
Odwrócił się i zaczął schodzić z pagórka. Przez moment staliśmy i na niego patrzeliśmy.
- Idziesz? - spytałam
- Nie mam wyjścia. Obyśmy przez niego nie zginęli. - warknął
Wyminął mnie i podążył za Elyanem. Rozejrzałam się by sprawdzić czy nikogo nie ma. Staliśmy w centrum otwartej przestrzeni. Ktoś mógł nas obserwować. Mój wzrok na chwilę zatrzymał się na kawałku mniej oświetlonego lasu. Miałam wrażenie, że zauważyłam tam jakiś ruch. Ruszyłam truchtem w stronę chłopców, by nie zostać sama w tyle.

***
Nie mieliśmy zegarków, nie było też tutaj słońca więc właściwie nie mieliśmy jak określać czasu. Po zmęczeniu jakie odczuwałam wywnioskowałam, że idziemy już kilka godzin. W milczeniu przedzieraliśmy się przez gęsty las. Rośliny, które z daleka przypominały drzewa z bliska wyglądały inaczej. Ich pnie były pokryte mnóstwem pręcików o żółtym odcieniu natomiast korona, pokryta była ostrymi liśćmi, które jak im się dokładniej przyjrzeć bardziej przypominały szerokie igły. Ziemia pokryta była albo ciemnym piachem i suchą ziemią lub czymś co przypominało mech. Kiedy się na niego nacisnęło wyciekała woda. Chciałam jej użyć by chociaż trochę oczyścić klejące się ręce, ale Elyan ostrzegł, że źle to się dla mnie skończy. Powiedział, że rośliny zawierają truciznę, na którą nie jesteśmy uodpornieni i po zetknięciu ze skórą pojawiają się oparzenia i liczne pęcherze, których ciężko jest się pozbyć. Postanowiłam więc unikać te rośliny szerokim łukiem.
W lesie było parno. Cała nasza trójka wyglądała jak nie wyciśnięty mop. Mokrzy i sponiewierani kroczyliśmy już coraz mniej energicznie. W ustach miałam sucho jakbym jadła wióry. Zabiłabym dla łyka nieskażonej wody.
Mimo, że spędziliśmy tu już sporo czasu nie widziałam jeszcze ani jednej żywej istoty. Kiedy o to zapytałam, Elyan wyjaśnił, że większość z nich wychodzi nocą kiedy jest zimniej. Dzięki temu mogliśmy bezpiecznie się przemieszczać.
Kiedy las się przerzedził naszym oczom ukazała się niewielka chatka. Trochę mnie to zaskoczyło. Co prawda mówili, że mieszkają tutaj czarownicy, ale myślałam, że trzymają się razem i tworzą osady albo wioski.
Elyan kazał nam gestem ręki się zatrzymać. Bezkrytycznie zrobiliśmy co rozkazał. Cieszyłam się, że w końcu mogliśmy odpocząć. Z trudem powstrzymałam się by nie usiąść na ziemi.
- Coś jest nie w porządku. - szepnął Elyan
- Czemu? - spytał beznamiętnie Josh.
- Zostańcie tutaj. Sprawdzę to.
Skradając się powoli zmierzał w stronę chatki.
- Nienawidzę kiedy mi rozkazują. - rzucił Josh
- Daj spokój i ciesz się, że możesz odetchnąć. Ja tam nie mam nic przeciwko. Mam już dosyć tej dżungli.
Uśmiechnął się do mnie wyniośle i poszedł za Elyanem.
- Co robisz? - syknęłam
Nie zareagował. Powoli poszłam za nim. Być może nie było tu teraz dzikich stworzeń, ale wolałam nie ryzykować.
 Weszliśmy przez otwarte drzwi, które ledwo trzymały się na zawiasach. Reszta domu nie wyglądała lepiej. Meble były porozrzucane, naczynia potłuczone, a zasłony porwane na strzępy. Wszystko wyglądało tak jakby przez środek przeszło tornado. Elyan kucał na środku i nad czymś się pochylał. Kiedy podeszłam bliżej zobaczyłam, że jest to starszy mężczyzna. Oczy miał otwarte, przerażone. Na klatce piersiowej widniała ogromna plama zaschniętej krwi. 
- Nie żyje. - stwierdził Elyan. Albo mi się zdawało albo, wyczułam u niego nutę rozpaczy.
Delikatnie przejechał dłonią po twarzy starca zamykając mu oczy. Następnie wstał i powiedział ochryple.
- Zostajemy tutaj na noc. Poszukajcie jakiegoś wiadra albo jakiegokolwiek innego naczynia z czystą wodą.
- W domu nieboszczyka? - skrzywił się Josh
- Wolisz w środku lasu? - zezłościł się Elyan. - Proszę bardzo. Nie zatrzymuję cię. Nie przeżyjesz nawet godziny po zmroku. 
Odepchnął go na bok niezbyt przyjacielsko i wyszedł na zewnątrz.
- A on co zamierza? Będzie się gapił w horyzont?
- Mógłbyś chociaż raz bez słowa wykonać to o co prosi? - spytałam zmęczona
- On nie prosi. - stwierdził – Niech nie czuje się lepszy tylko dlatego, że zna teren.
- Więc jest lepszy. - rzuciłam – To stawia go na wyższej pozycji. Jeśli nie możesz tego znieść to trudno. Chcesz czy nie musimy się go słuchać. Nie przeżyjemy bez niego.
- Skąd możesz to wiedzieć?
- Bo nie znamy tego. - rozłożyłam ręce - Nie wiemy jakie niebezpieczeństwa na nas czekają. Nie wiemy nic o roślinach, które tu są, o zwierzętach. Nie wiemy nic. Gdybyśmy byli na Ziemi mógłbyś się z nim spierać, ale nie tutaj. Nie tutaj. - powtórzyłam by się upewnić czy zrozumiał.
- Skoczyłabyś za nim w ogień, co? - zaśmiał się cierpko
- Co to ma znaczyć?
- Dobrze wiesz co. Cały czas go bronisz. Jego zachowanie, słowa, wszystko.
Jego postawa i mina pokazywała, że się nabija, jednak w oczach widziałam niewyjaśniony ból. Być może próbował go ukryć tak jak zawsze robił. Tym razem nieskutecznie.
- O co ci chodzi? - spytałam spokojniej.
Nie odpowiedział tylko wpatrywał się we mnie z uporem. Po chwili machnęłam ręką i odwróciłam się by przeszukać sąsiednie pomieszczenie.
- Nie chcesz to nie mów.
Złapał mnie za dłoń i mocno przyciągnął do siebie. Przez moment nasze spojrzenia się spotkały. Pochylił się i dotknął wargami moich ust. Stałam jak zamurowana, ale po chwili odwzajemniałam pocałunek. Moje serce biło jak szalone. Zarzuciłam mu ręce na szyje, by go objąć. Czułam ciepło jego ciała kiedy zacieśnił uścisk. Pachniał lasem, solą, krwią i potem, ale mi to nie przeszkadzało. Wiedziałam, że sama nie jestem w lepszym stanie. Wczepiłam palce w jego wilgotne, posklejane włosy. Jego dłonie wędrowały po moich plecach. Czułam każdy ich ruch pod cienką koszulką.
Powoli się odsunął. Na jego twarzy pojawił się zarozumiały uśmiech. Miałam cichą ochotę walnąć go za to w twarz. Pochylił się i jeszcze raz musnął kąciki moich ust.
- Chyba powinniśmy jednak poszukać tej wody. - wyszeptał.
Nie byłam w stanie nic powiedzieć, więc tylko pokiwałam głową. Nie skomentował tego ale widziałam, że był z siebie zadowolony.
Co za romantyczna atmosfera - zakpiłam w myślach. Zdemolowany dom z trupem w środku otoczony nieznanym, śmiertelnym światem.