środa, 22 stycznia 2014

Rozdział 4

Odkrycie prawdy

Otworzyłam oczy. Byłam w lesie. Nadal w tym przeklętym miejscu. Powoli uniosłam się na rękach. Leżałam gdzieś indziej. Nie było już obozowiska tylko drzewa i gęste zarośla. Przede mną paliło się ognisko. Byłam przykryta skórzaną kurtką. Rozejrzałam się. Trochę dalej siedział Josh, odwrócony do mnie plecami, nagi od pasa w górę. Zauważyłam, że nie jest wiele masywniejszy od Matta. Był bardziej umięśniony, ale tak samo smukły. Kiedy się garbił mogłam policzyć jego kręgi. Na prawym barku miał cztery blizny. Wyglądały jak ślady po pazurach.
Głowę miał schowaną w ramionach, a te z kolei oparte na kolanach. Podeszłam do niego i usiadłam obok. Okryłam go, oddając kurtkę. Nie poruszył się.
- To prze mnie. Gdybym mu nie powiedziała...
- Zapewne sama byś już nie żyła – wtrącił opanowany. Podniósł głowę i oparł brodę na ręce.- Doskonale znał ryzyko.
- Przykro mi. - wyszeptałam.
- Zapewne zastanawiasz się co w ogóle wczoraj się stało. - stwierdził – Nie masz pojęcia co się dzieje. Chcesz się zapytać, ale wiesz, że to nie jest dobry moment. - Patrzył przed siebie. Miał racje. Nic nie rozumiałam. Tak bardzo chciałam by ktoś w końcu mi to wyjaśnił. - Naprawdę chcesz wiedzieć? - spojrzał na mnie. Jego oczy były podpuchnięte i czerwone od przelanych łez.
Ledwie zauważalnie pokiwałam głową.
- To nie byli zwykli ludzie, prawda? No i Ray. Był... Zwierzęciem.
- To co teraz usłyszysz, zmieni wszystko w co wierzyłaś. Przewróci twój świat do góry nogami. Wiem, że w końcu Towen i tak by ci powiedział, ale teraz kiedy już i tak widziałaś co się stało nie ma sensu nic przed tobą ukrywać.
Nastało milczenie. Nie wiedziałam, czy chce mi powiedzieć czy nie. Po prostu siedział obok i patrzył w las niemym spojrzeniem.
- Ray mówił o wilkach, że to do nich poszedł Matthew. - zaczęłam
- To prawda. Po części. Tamci ludzie w obozowisku byli wilkołakami. Każdej nocy mogą zmieniać się w wilki. Jednak gdy jest pełnia są do tego zmuszeni.
- Wilkołaki? Te z książek i słabych filmów? Co jeszcze? Wampiry? - mój ton nie był kpiący. Bardziej zaskoczony.
- Te raczej siedzą w miastach. - stwierdził.
- Czarownicy? Elfy? Krasnoludy?...
- Wow. Spokojnie. Krasnoludów nie ma. Czarownicy tak, ale nie jest ich za wielu. Elfy? Raczej nie istnieją. Może kiedyś były, ale nie spotkałem żadnego przez całe życie.
To było dużo informacji. To nie jest możliwe. Ten świat był wymyślony. Takie stworzenia nie istniały. Jednak to co widziałam wczoraj nie było przewidzeniem. Ray był czarną panterą.
- A...
- Ray? Nazywają nas Bakenakami lub Zmiennokształtnymi. Możemy przybrać postać drapieżnika. Każda rodzina ma określony gatunek.
- Nas? To znaczy, że ty też jesteś...
- Tak. - potwierdził twardo. - Ale wolę swoją ludzką postać. - zaśmiał się. - Dlatego też od dziecka trenowałem sztuki walki. Wolałem być lepszym wojownikiem jako człowiek, a nie jako zwierze. Czasami niektórzy z nas dziczeją gdy za często się zmieniają. Wolałbym tego uniknąć.
- A ja? Kim ja jestem?
- Takie pytanie to pierwszy krok do szaleństwa, wiesz?
Szturchnęłam go ramieniem.
- Odmianą czarownika. Są oni odpowiedzialni za istnienie takich jak ty i ja. Dlatego też Towen cię przygarnął i twoją matkę. Za nim zapytasz. Towen jest czarownikiem. Chyba jedynym jakiego znam w okolicach Jacksonville.
To mnie tak nie zdziwiło. To wyjaśnia w jaki sposób przeniósł moje rzeczy w ciągu trzech godzin, tajemnicze drzwi bez klamki oraz to, że wiedział, że go podsłuchiwałam kiedy rozmawiał z Mattem. Właśnie Matt. Dlaczego on był w to zamieszany?
- Uznajmy, że to prawda, ale co z tym wszystkim ma wspólnego Matthew?
- On podejrzewa, że jest Zmiennokształtnym. Szuka pomocy. Próbuje się w tym odnaleźć.
Matthew Zmiennokształtnym? Nigdy nie zauważyłam, żeby zachowywał się podejrzanie. Zawsze wydawał się być siłą spokoju.
- Ale dlaczego tak myśli? Jak się dowiadujecie, że jesteście tym kim jesteście. Jak w ogóle...to wygląda?
- Nie każdy z rodu posiada taką umiejętność. Od dziecka jesteśmy do tego przygotowywani. Zazwyczaj dowiadujemy się tego miesiąc przed pierwszą przemianą lub podczas rytuału, ale nie wszyscy go doświadczają. Zazwyczaj tylko te bogatsze rody, ale wracając do tematu. Nasze zachowanie się zmienia. Stajemy się drażliwi, wybuchowi, wszystko nas irytuje. Próbujemy nad sobą panować, ale jest to trudne. Jak to mówią dzika natura wychodzi na wierzch. Przemiana, jeśli będzie to musi nastąpić do dwudziestego roku życia inaczej nasz organizm tego nie przeżyje. Jest to moment kiedy nasze kości zmieniają swój kształt. To najgorsza część. Ból jest nie do wytrzymania. Marzysz tylko o tym by stracić przytomność, ale to nigdy się nie dzieje. Jesteś świadomy każdej zmiany jaka następuje. Im jesteś starszy tym jest gorzej jeśli chodzi o ból fizyczny, ale łatwiej jest zapanować nad drugą częścią. Kiedy już się zmienisz musisz opanować swoją zwierzęcą naturę. Przezwyciężyć kryjącą się dzikość. Jeśli tak się nie stanie pozostaniesz bestią na zawsze. Wtedy zazwyczaj nas uśmiercają. Nie chcą dodatkowych problemów.
To było okrutne. Widziałam, że jak mówił wzbierały w nim silne emocje, jakby przeżywał to wszystko od nowa. Ręce miał zaciśnięte w pięści, a ciało napięte.
- Czy każda przemiana tak boli?
- Nie. Tylko na początku. Potem już się przyzwyczajasz do tego, że twoje ciało się zmienia. Matt był głupi. Poszedł do wilkołaków by dowiedzieć się jak wywołać przemianę. Do jego dwudziestych urodzin pozostały niecałe dwa tygodnie, więc jest trochę spanikowany.
- Więc dlaczego mu nie pomogliście? - wzburzyłam się
- Bo on nie jest jednym z nas! - wrzasnął Josh.
- Skąd ta pewność?
Rzucił mi gniewne spojrzenie.
- Nie potrzebujemy takich jak on w swoich szeregach. - wycedził
- Nie o to ci chodzi, prawda? Jest inny powód. Nienawidzisz go za coś i nikt nie wie za co. To dlatego nie chcesz mu pomóc. Kryje się za tym coś więcej. Mam racje?
Josh nagle wstał. Włożył ręce w rękawy kurtki. Podszedł do ogniska i zaczął je zagrzebywać.
- To i tak nie ważne. Wilkołaki go zabrały. Albo mu pomogą albo zabiją. Tak czy inaczej znajdę ich i wypruje im wszystkim flaki, rozumiesz? Ty – wskazał na mnie palcem. - Weźmiesz samochód i wrócisz prosto do domu.
- Nie ma mowy. Idę z tobą.
- Po co? - rzucił – Na nic mi się nie przydasz. Będziesz tylko przeszkadzać. Musisz zawieźć ciało Raya do Towena i opowiedzieć co się stało.
Wstałam i stanęłam na wprost niego. Zrobiło mi się trochę niedobrze kiedy wyobraziłam sobie, że jadę przez miasto z leżącym ciałem na tylnym siedzeniu. Szybko odpędziłam od siebie te obrazy.
- Myślisz, że dam radę mu wyjaśnić. Sama nie wiem co dokładnie miało miejsce. Teraz i tak nic już nie zrobisz. Lepiej wrócić razem, a jutro się tym zająć. Skoro Towen jest czarodziejem to na pewno coś wymyśli.
- Już wystarczająco nam pomógł. - zirytował się. - Mógł odprawić Matta z kwitkiem kiedy jeszcze miał okazję, ale on wolał dowiedzieć się więcej. Spróbować mu pomóc. Gdyby odpuścił, Matthew tak by się nie napalił. Znalazł by kogoś innego do pomocy wcześniej. Ty nie dowiedziałabyś się gdzie on jest i Ray nie poszedł by z tobą bo byś go nawet nie znała. A to równa się temu, że nadal by żył. To wszystko przez Towena. On jest winny ,a ja nie chcę od niego nic więcej. Miał nas wspierać, a zniszczył wszystko. - każde jego słowo ociekało jadem i nienawiścią.
- Wiem, że to wszystko jest trudne. - powiedziałam spokojnie
- Trudne? - wybuchł – Trudne może być znalezienie własnych spodni, a nie śmierć jedynej osoby, która była z tobą od dziecka. On był dla mnie jak brat, Nicole. A przez ostatni miesiąc każda nasza rozmowa zamieniała się w kłótnię przez twojego kumpla. Mimo tego Ray poświęcił własne życie by ratować moje. Nikt inny nie zrobił by czegoś takiego dla mnie po tylu oskarżeniach i obelgach. Raniłem go w każdy możliwy sposób, ale on zawsze był przy mnie. Nie mów mi więc, że jest ciężko ale będzie lepiej bo to kłamstwo. Czas nie leczy ran. To tylko puste słowa pocieszenia od osób, które nigdy nie zaznały prawdziwego cierpienia.
Cała ta wrogość i arogancja, jaką wcześniej u niego widziałam teraz opadła ujawniając ból. Nie znałam jego historii, ale wiedziałam, że nie pierwszy raz stracił kogoś na kim mu zależało. Odtrącał od siebie ludzi by nie cierpieć kiedy ich straci. On nie chciał mieć przy sobie nikogo.
Patrzył na mnie i czekał na moją reakcje. Być może liczył, że zawrócę i sobie pójdę, ale on również mnie nie znał. Nie jestem osobą, która odwracała się od problemów. Zawsze stawiałam im czoła.
- Nie będę cię pocieszać, skoro tego nie chcesz. - powiedziałam. - Możesz być zdruzgotany, ale nie idź teraz. To nie skończy się dobrze. Nie dasz im rady sam. Co chcesz zrobić? Zabić się? Nie zrobisz tego, bo oznaczałoby to, że ofiara Raya poszła na marne. Czy ci się to podoba czy nie, wracamy do samochodu razem.
Widziałam u niego zaskoczenie. Nie spodziewał się takich słów. Podszedł do mnie pewnym i szybkim krokiem z gniewną miną. Nie cofnęłam się nawet o krok. Patrzyłam mu prosto w oczy. Nie zamierzałam ustąpić.
Po chwili on to zrobił. Spojrzał niżej i westchnął. Zmarszczył czoło i nad czymś się zastanawiał.
- Nie zachwycaj się tak - zaczął łagodnie – ale jesteś pierwszą osobą, która sprawiła, że uświadomiłem sobie o mojej pochopnej decyzji. Powinienem to przemyśleć.
Uszło ze mnie powietrze, chociaż starałam się, by nie było tego widać. Poczułam ulgę. Poskromiłam zwierzę – zaśmiałam się w myślach.
- Prowadź zatem. - uśmiechnęłam się.
Wyminął mnie i ruszył w las. Zrobiłam to samo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz