Odkrycie
prawdy
Otworzyłam
oczy. Byłam w lesie. Nadal w tym przeklętym miejscu. Powoli
uniosłam się na rękach. Leżałam gdzieś indziej. Nie było już
obozowiska tylko drzewa i gęste zarośla. Przede mną paliło się
ognisko. Byłam przykryta skórzaną kurtką. Rozejrzałam się.
Trochę dalej siedział Josh, odwrócony do mnie plecami, nagi od
pasa w górę. Zauważyłam, że nie jest wiele masywniejszy od
Matta. Był bardziej umięśniony, ale tak samo smukły. Kiedy się
garbił mogłam policzyć jego kręgi. Na prawym barku miał cztery
blizny. Wyglądały jak ślady po pazurach.
Głowę
miał schowaną w ramionach, a te z kolei oparte na kolanach.
Podeszłam do niego i usiadłam obok. Okryłam go, oddając kurtkę.
Nie poruszył się.
-
To prze mnie. Gdybym mu nie powiedziała...
-
Zapewne sama byś już nie żyła – wtrącił opanowany. Podniósł
głowę i oparł brodę na ręce.- Doskonale znał ryzyko.
-
Przykro mi. - wyszeptałam.
-
Zapewne zastanawiasz się co w ogóle wczoraj się stało. -
stwierdził – Nie masz pojęcia co się dzieje. Chcesz się
zapytać, ale wiesz, że to nie jest dobry moment. - Patrzył przed
siebie. Miał racje. Nic nie rozumiałam. Tak bardzo chciałam by
ktoś w końcu mi to wyjaśnił. - Naprawdę chcesz wiedzieć? -
spojrzał na mnie. Jego oczy były podpuchnięte i czerwone od
przelanych łez.
Ledwie
zauważalnie pokiwałam głową.
-
To nie byli zwykli ludzie, prawda? No i Ray. Był... Zwierzęciem.
-
To co teraz usłyszysz, zmieni wszystko w co wierzyłaś. Przewróci
twój świat do góry nogami. Wiem, że w końcu Towen i tak by ci
powiedział, ale teraz kiedy już i tak widziałaś co się stało
nie ma sensu nic przed tobą ukrywać.
Nastało
milczenie. Nie wiedziałam, czy chce mi powiedzieć czy nie. Po
prostu siedział obok i patrzył w las niemym spojrzeniem.
-
Ray mówił o wilkach, że to do nich poszedł Matthew. - zaczęłam
-
To prawda. Po części. Tamci ludzie w obozowisku byli wilkołakami.
Każdej nocy mogą zmieniać się w wilki. Jednak gdy jest pełnia są
do tego zmuszeni.
-
Wilkołaki? Te z książek i słabych filmów? Co jeszcze? Wampiry? -
mój ton nie był kpiący. Bardziej zaskoczony.
-
Te raczej siedzą w miastach. - stwierdził.
-
Czarownicy? Elfy? Krasnoludy?...
-
Wow. Spokojnie. Krasnoludów nie ma. Czarownicy tak, ale nie jest ich
za wielu. Elfy? Raczej nie istnieją. Może kiedyś były, ale nie
spotkałem żadnego przez całe życie.
To
było dużo informacji. To nie jest możliwe. Ten świat był
wymyślony. Takie stworzenia nie istniały. Jednak to co widziałam
wczoraj nie było przewidzeniem. Ray był czarną panterą.
-
A...
-
Ray? Nazywają nas Bakenakami lub Zmiennokształtnymi. Możemy
przybrać postać drapieżnika. Każda rodzina ma określony gatunek.
-
Nas? To znaczy, że ty też jesteś...
-
Tak. - potwierdził twardo. - Ale wolę swoją ludzką postać. -
zaśmiał się. - Dlatego też od dziecka trenowałem sztuki walki.
Wolałem być lepszym wojownikiem jako człowiek, a nie jako zwierze.
Czasami niektórzy z nas dziczeją gdy za często się zmieniają.
Wolałbym tego uniknąć.
-
A ja? Kim ja jestem?
-
Takie pytanie to pierwszy krok do szaleństwa, wiesz?
Szturchnęłam
go ramieniem.
-
Odmianą czarownika. Są oni odpowiedzialni za istnienie takich jak
ty i ja. Dlatego też Towen cię przygarnął i twoją matkę. Za nim
zapytasz. Towen jest czarownikiem. Chyba jedynym jakiego znam w
okolicach Jacksonville.
To
mnie tak nie zdziwiło. To wyjaśnia w jaki sposób przeniósł moje
rzeczy w ciągu trzech godzin, tajemnicze drzwi bez klamki oraz to,
że wiedział, że go podsłuchiwałam kiedy rozmawiał z Mattem.
Właśnie Matt. Dlaczego on był w to zamieszany?
-
Uznajmy, że to prawda, ale co z tym wszystkim ma wspólnego Matthew?
-
On podejrzewa, że jest Zmiennokształtnym. Szuka pomocy. Próbuje
się w tym odnaleźć.
Matthew
Zmiennokształtnym? Nigdy nie zauważyłam, żeby zachowywał się
podejrzanie. Zawsze wydawał się być siłą spokoju.
-
Ale dlaczego tak myśli? Jak się dowiadujecie, że jesteście tym
kim jesteście. Jak w ogóle...to wygląda?
-
Nie każdy z rodu posiada taką umiejętność. Od dziecka jesteśmy
do tego przygotowywani. Zazwyczaj dowiadujemy się tego miesiąc
przed pierwszą przemianą lub podczas rytuału, ale nie wszyscy go
doświadczają. Zazwyczaj tylko te bogatsze rody, ale wracając do
tematu. Nasze zachowanie się zmienia. Stajemy się drażliwi,
wybuchowi, wszystko nas irytuje. Próbujemy nad sobą panować, ale
jest to trudne. Jak to mówią dzika natura wychodzi na wierzch.
Przemiana, jeśli będzie to musi nastąpić do dwudziestego roku
życia inaczej nasz organizm tego nie przeżyje. Jest to moment kiedy
nasze kości zmieniają swój kształt. To najgorsza część.
Ból jest nie do wytrzymania. Marzysz tylko o tym by stracić
przytomność, ale to nigdy się nie dzieje. Jesteś świadomy każdej
zmiany jaka następuje. Im jesteś starszy tym jest gorzej jeśli
chodzi o ból fizyczny, ale łatwiej jest zapanować nad drugą
częścią. Kiedy już się zmienisz musisz opanować swoją
zwierzęcą naturę. Przezwyciężyć kryjącą się dzikość. Jeśli
tak się nie stanie pozostaniesz bestią na zawsze. Wtedy zazwyczaj
nas uśmiercają. Nie chcą dodatkowych problemów.
To
było okrutne. Widziałam, że jak mówił wzbierały w nim silne
emocje, jakby przeżywał to wszystko od nowa. Ręce miał zaciśnięte
w pięści, a ciało napięte.
-
Czy każda przemiana tak boli?
-
Nie. Tylko na początku. Potem już się przyzwyczajasz do tego, że
twoje ciało się zmienia. Matt był głupi. Poszedł do wilkołaków
by dowiedzieć się jak wywołać przemianę. Do jego dwudziestych
urodzin pozostały niecałe dwa tygodnie, więc jest trochę
spanikowany.
-
Więc dlaczego mu nie pomogliście? - wzburzyłam się
-
Bo on nie jest jednym z nas! - wrzasnął Josh.
-
Skąd ta pewność?
Rzucił
mi gniewne spojrzenie.
-
Nie potrzebujemy takich jak on w swoich szeregach. - wycedził
-
Nie o to ci chodzi, prawda? Jest inny powód. Nienawidzisz go za coś
i nikt nie wie za co. To dlatego nie chcesz mu pomóc. Kryje się za
tym coś więcej. Mam racje?
Josh
nagle wstał. Włożył ręce w rękawy kurtki. Podszedł do ogniska
i zaczął je zagrzebywać.
-
To i tak nie ważne. Wilkołaki go zabrały. Albo mu pomogą albo
zabiją. Tak czy inaczej znajdę ich i wypruje im wszystkim flaki,
rozumiesz? Ty – wskazał na mnie palcem. - Weźmiesz samochód i
wrócisz prosto do domu.
-
Nie ma mowy. Idę z tobą.
-
Po co? - rzucił – Na nic mi się nie przydasz. Będziesz tylko
przeszkadzać. Musisz zawieźć ciało Raya do Towena i opowiedzieć
co się stało.
Wstałam
i stanęłam na wprost niego. Zrobiło mi się trochę niedobrze
kiedy wyobraziłam sobie, że jadę przez miasto z leżącym ciałem
na tylnym siedzeniu. Szybko odpędziłam od siebie te obrazy.
-
Myślisz, że dam radę mu wyjaśnić. Sama nie wiem co dokładnie
miało miejsce. Teraz i tak nic już nie zrobisz. Lepiej wrócić
razem, a jutro się tym zająć. Skoro Towen jest czarodziejem to na
pewno coś wymyśli.
-
Już wystarczająco nam pomógł. - zirytował się. - Mógł
odprawić Matta z kwitkiem kiedy jeszcze miał okazję, ale on wolał
dowiedzieć się więcej. Spróbować mu pomóc. Gdyby odpuścił,
Matthew tak by się nie napalił. Znalazł by kogoś innego do
pomocy wcześniej. Ty nie dowiedziałabyś się gdzie on jest i Ray
nie poszedł by z tobą bo byś go nawet nie znała. A to równa się
temu, że nadal by żył. To wszystko przez Towena. On jest winny ,a
ja nie chcę od niego nic więcej. Miał nas wspierać, a zniszczył
wszystko. - każde jego słowo ociekało jadem i nienawiścią.
-
Wiem, że to wszystko jest trudne. - powiedziałam spokojnie
-
Trudne? - wybuchł – Trudne może być znalezienie własnych
spodni, a nie śmierć jedynej osoby, która była z tobą od
dziecka. On był dla mnie jak brat, Nicole. A przez ostatni miesiąc
każda nasza rozmowa zamieniała się w kłótnię przez twojego
kumpla. Mimo tego Ray poświęcił własne życie by ratować moje.
Nikt inny nie zrobił by czegoś takiego dla mnie po tylu
oskarżeniach i obelgach. Raniłem go w każdy możliwy sposób, ale
on zawsze był przy mnie. Nie mów mi więc, że jest ciężko ale
będzie lepiej bo to kłamstwo. Czas nie leczy ran. To tylko puste
słowa pocieszenia od osób, które nigdy nie zaznały prawdziwego
cierpienia.
Cała
ta wrogość i arogancja, jaką wcześniej u niego widziałam teraz
opadła ujawniając ból. Nie znałam jego historii, ale wiedziałam,
że nie pierwszy raz stracił kogoś na kim mu zależało. Odtrącał
od siebie ludzi by nie cierpieć kiedy ich straci. On nie chciał
mieć przy sobie nikogo.
Patrzył
na mnie i czekał na moją reakcje. Być może liczył, że zawrócę
i sobie pójdę, ale on również mnie nie znał. Nie jestem osobą,
która odwracała się od problemów. Zawsze stawiałam im czoła.
-
Nie będę cię pocieszać, skoro tego nie chcesz. - powiedziałam.
- Możesz być zdruzgotany, ale nie idź teraz. To nie skończy się
dobrze. Nie dasz im rady sam. Co chcesz zrobić? Zabić się? Nie
zrobisz tego, bo oznaczałoby to, że ofiara Raya poszła na marne. Czy
ci się to podoba czy nie, wracamy do samochodu razem.
Widziałam
u niego zaskoczenie. Nie spodziewał się takich słów. Podszedł do
mnie pewnym i szybkim krokiem z gniewną miną. Nie cofnęłam się
nawet o krok. Patrzyłam mu prosto w oczy. Nie zamierzałam ustąpić.
Po
chwili on to zrobił. Spojrzał niżej i westchnął. Zmarszczył
czoło i nad czymś się zastanawiał.
-
Nie zachwycaj się tak - zaczął łagodnie – ale jesteś pierwszą
osobą, która sprawiła, że uświadomiłem sobie o mojej pochopnej
decyzji. Powinienem to przemyśleć.
Uszło
ze mnie powietrze, chociaż starałam się, by nie było tego widać.
Poczułam ulgę. Poskromiłam zwierzę – zaśmiałam się w
myślach.
-
Prowadź zatem. - uśmiechnęłam się.
Wyminął
mnie i ruszył w las. Zrobiłam to samo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz