niedziela, 26 stycznia 2014

Rozdział 8

Ostatni

Kiedy weszłam do pokoju panował w nim półmrok. Jedynym źródłem światła była nocna lampka stojąca obok dwuosobowego łóżka, na którym siedział Travis. Głowę miał schowaną w dłoniach. Coś mruczał pod nosem. Cicho przymknęłam za sobą drzwi.
- Chciałam sprawdzić czy wszystko w porządku. Dasz sobie dalej radę? - Nie odpowiedział. Usiadłam obok niego. - Będzie łatwiej. - pocieszałam go. - Uwierz mi. Ja po śmierci matki też nie mogłam się pozbierać.
- Nic nie rozumiesz. - wybełkotał – To miało być inaczej.
Opuścił ręce i zaczął machać głową.
- Być może. Nie dowiemy się tego. Stało się. Nic na to nie poradzimy. - Poklepałam go po plecach.
- Ale ja go znajdę. Wiem gdzie jest. Zapłaci za to.
- O czym ty mówisz?
- Pożałuje, że się ze mną układał.
Uznałam, że alkohol zrobił swoje i Travis zaczął gadać bzdury.
- Jeśli czegoś byś potrzebował to możesz się do mnie zwrócić. Postaram się pomóc.
Podniosłam się z łóżka, ale on chwycił moją rękę i zatrzymał mnie. Wstał powoli i na mnie spojrzał. Jego oczy były na wpół przymknięte.
- Jest coś co możesz zrobić.
Przysunął się bliżej i położył dłoń na moim policzku. Chciałam się odsunąć, ale złapał mnie w tali. Pochylił głowę i oparł ją o moje ramię.
- Zostałem ostatni. - szepnął – Ród Darkwoodów nie może przeminąć. Czarna pantera nie wyginie.
Zorientowałam się o czym mówi, kiedy jego ręce zjechały niżej do moich spodni.
- Nie Travis. Przestań! - zaprotestowałam stanowczo.
- Powiedziałaś, że pomożesz. - złapał moje ramiona kiedy próbowałam się wyrwać. Podniósł głowę.
- Ale nie w tym. Daj spokój.
Gwałtownie mnie przyciągnął i mocno pocałował. Próbowałam go odepchnąć, ale mimo tego, że był kompletnie pijany i tak przewyższał mnie siłą. Nie zamierzał przestać, więc,ugryzłam go w wargę.
Odsunął się ode mnie. Przeciągnął dłonią po ustach. Była pokryta krwią. Jak ją zobaczył jego twarz zmieniła się. Teraz spoglądał na mnie gniewnym wzrokiem.
- Chciałem po dobroci. - wysyczał.
Szybko ruszyłam w stronę wyjścia, ale mnie złapał i rzucił w stronę łóżka. Nie wycelował. Upadłam przy półce mocno uderzając biodrem o jej kąt. Chciałam się podnieść, ale on już był nade mną. Miotałam się i wyrywałam. Jego ręce znajdowały się na mojej talii. Nie mógł mnie przytrzymać. Poczułam, że coś przebija moją skórę. Spojrzałam w dół. Jego palce były zakończone ostrymi pazurami. Oczy przybrały złoty kolor.
Tego było już za wiele. Poczułam wzbierający we mnie gniew. Kiedy schylił się by ponownie mnie pocałować, wyciągnęłam ręce do góry. Nerwowo zaczęłam szukać lampki, która stała na półce. Jak tylko jej dosięgnęłam, mocno się zamachnęłam i uderzyłam go w głowę. Żarówka pękła i rozsypała się w jego włosach. Na chwile się odsunął. Wykorzystałam ten moment by podkulić nogi, a następnie wymierzyć kopniaka. Podziałało. Upadł na podłogę kawałek dalej. Szybko się podniosłam i wybiegłam z pokoju. Poczułam ból po prawej stronie biodra. Zwolniłam jak tylko znalazłam się przy schodach. Utykając wspięłam się na górę. Koszulkę miałam podziurawioną i zakrwawioną w miejscach gdzie przebiły ją pazury.
Szybko weszłam do pokoju, starając się by nikt mnie nie usłyszał. Od razu skierowałam się w stronę łazienki. Ściągnęłam T-shirt i rzuciłam go na podłogę. Po obu stronach brzucha miałam cztery szramy. Zaczęłam przemywać skórę wodą. Odetchnęłam z ulgą kiedy udało mi się zatamować krwawienie. Nie były to duże rany, ale za to głębokie. Czułam też odrętwienie po prawej stronie, w miejscu gdzie uderzyłam o szafkę nocną. Będzie siniak jak nic.
Usłyszałam pukanie do drzwi. Przez chwilę przeraziłam się, że może to być Travis. Stwierdziłam jednak, że nie dałby rady wejść po tych schodach w takim stanie, zresztą wątpiłam by chciał ryzykować.
To musiał być Josh. Sama chciałam z nim porozmawiać. Wyszłam z łazienki, szybko ubrałam pierwszą lepszą koszulkę i otworzyłam drzwi.
Tak jak przewidziałam w wejściu stał Josh. Wpuściłam go do środka.
- Przebrałaś się dla mnie? - spytał zadowolony.
Odpowiedziałam mu wrednym uśmiechem i powoli podeszłam do łóżka, starając się iść w miarę równo, by nie zauważył, że utykam. Uznałam, że ból się zmniejszy kiedy będę siedzieć. Nie myliłam się.
- Ja chciałam cię przeprosić za to co ostatnio powiedziałam. - zaczęłam patrząc we własne dłonie. Było mi głupio. Bałam się spojrzeć mu w oczy. - Nie powinnam tyle gadać. Po prostu byłam zdenerwowana całą tą sytuacją. Boje się o Matta. To mój najlepszy przyjaciel. Znam go od dziecka i czuje się beznadziejnie, że nie potrafię mu pomóc.
- Miałaś trochę racji. - stwierdził po krótkiej ciszy. - Brakowało mi Raya. Zawsze był przy mnie. Dziwnie się czułem kiedy go zabrakło. Kiedy razem ćwiczyliśmy po prostu o tym zapomniałem.
Spojrzałam na niego. Stał oparty o biurko i mi się przyglądał.
- Wiem dlaczego nienawidzisz Matta – wyrzuciłam. Nie chciałam robić bezsensownego wstępu. Musiałam się upewnić czy mam rację.
- Bo przeczytałaś to. - podniósł dziennik Elvera.
Serce mi przyspieszyło. Musiałam go upuścić w kuchni. Znalazł go kiedy po nas sprzątał.
- Ojciec Matta zabił twoich rodziców. - stwierdziłam.
- Nie! - podniósł głos. Podszedł do mnie szybkim krokiem i rzucił pamiętnik na łóżko. - On ich zniszczył.
- Dlaczego sądzisz, że Matt jest taki sam? On by tak nie postąpił.
- Nie wiesz tego. - pogroził palcem – Nie wiesz co dzieje się podczas pierwszej przemiany. W ich ród wpisane jest okrucieństwo. Każdy potomek Elvera da Visterna będzie taki sam. To klątwa, którą na siebie ściągnął.
Przypomniałam sobie czerwony konar drzewa przy jego zdjęciu. Musiał oznaczać przekleństwo.
- Matthew nie jest przeklęty. Nie ma go w Księdze Życia.
- Bo jeszcze się nie zmienił. Każdego dnia tam zaglądam by się upewnić czy przypadkiem ich drzewo genealogiczne się nie powiększyło. Cieszę się, że tak nie jest. Nie uda mu się. Został mu już tylko tydzień. Nie zdąży.
- Jak możesz tak mówić? - Z trudem opanowałam pokusę by nie wstać.
- Tak będzie lepiej dla wszystkich.
Starałam się równo oddychać. Nie mogłam znowu wybuchnąć. Nie o to w tym chodzi.
- Czy tylko ty wiesz, że Matthew jest synem Elvera?
- Nie zapomniałbym twarzy mordercy mojej matki! - krzyknął – Nie musiał jej zabijać. Ona nie była Zmiennokształtną. Ale on właśnie taki był. Okrutny. Wiedział, że jej śmierć będzie dla mojego ojca większym ciosem niż przebicie serca złotym ostrzem.
Był bliski płaczu choć starał się opanować. Wiedziałam, że nigdy wcześniej nikomu tego nie mówił. Dlatego tak bardzo go to bolało.
Podszedł do okna i oparł ręce o parapet. Głowę miał spuszczoną.
Wstałam z łóżka, próbując nie zwracać uwagi na przeszywający ból. Podeszłam do niego i położyłam dłoń na jego. Spojrzał na mnie.
- Co się dalej wydarzyło? - Musiałam go zmusić by w końcu to z siebie wyrzucił. Poczuł, że może mi zaufać.
Jego oczy były zaszklone od wzbierających łez.
- Ojciec oszalał. - powiedział w końcu. - Zmienił się w zwierzę. Zaczął zabijać ludzi. Byłem jego pierwszą ofiarą. Rozorał mi ramię pazurami. Gdyby nie mieszkająca z nami służąca, która odwróciła jego uwagę zabiłby mnie. Widziałem to w jego oczach, kiedy czaił się do ataku. Miałem dopiero pięć lat. Nie umiałbym się obronić. Mówiłem do niego. Starałem się go uspokoić. Przekonywałem, że nie jest taki. Nie słuchał. To już nie był mój ojciec. Pozwolił by pokierowały nim emocje. W tamtym momencie to jego zwierzęca natura przewyższała ludzką. Wszyscy uznali go za zagrożenie. Każdy przyjaciel zwrócił się przeciw niemu. Polowali na niego. Wytropili go w lesie i przebili włócznią. Nie dali mu szansy na zmianę, którą później obdarzyli prawdziwego zbrodniarza.
To była smutna historia. Był niewinnym dzieckiem, który w młodym wieku był świadkiem morderstwa obojga rodziców. Nie zasłużył na to.
- Wierzyłeś, że twój ojciec mógłby się zmienić tak jak ja teraz wierzę. Nawet jeśli Matthew jest przeklęty to i tak zasługuje na szansę. Jest niewinny tak samo jak twoi rodzice. Musimy chociaż spróbować mu pomóc.
- Wiem. - przyznał – Ale kiedy na niego patrzę widzę jego ojca, pochylającego się nad ciałem mojej matki. Za każdym razem przeżywam tamten przeklęty wieczór na nowo. Nie potrafię tego powstrzymać.
- Nie musisz w tym uczestniczyć. - powiedziałam – Znajdziemy Matta razem z Towenem.
- To się nie uda. Tamto stado zniknęło. Na pewno są już daleko za miastem. Nikt ich nie widział od tamtego dnia.
Ja wiedziałam dlaczego. Musiałam jeszcze tylko zaczekać na Raya. Modliłam się, że on czegoś się dowie. Wierzyłam, że tak będzie. Nie może wrócić z pustymi rękami. Jest duchem. Dla takiego nie ma miejsc, do których by nie dotarł.
Kiedy spojrzałam na Josha, zobaczyłam, że uważnie mi się przygląda.
- Nie wykłócasz się. - stwierdził. - Wiesz coś, czego ja nie wiem.
- Co? - odparłam spanikowana. - Niby jakim cudem. Przez cały ten czas nawet nie wychodziłam z domu.
Nie ustępował. Wwiercał się we mnie wzrokiem, jakby próbował coś z nich wyczytać. Tak samo patrzył na mnie Matthew. Zawsze bałam się, że może przeczytać moje myśli.
- Przestań! - odsunęłam się nagłym ruchem, przez co ból w biodrze powrócił. Noga mi zdrętwiała kiedy na niej stanęłam. Zachwiałam się do przodu. Josh złapał mnie w tali, ratując przed upadkiem. Syknęłam z bólu, kiedy dotknął dłonią ran.
- Co ci jest? - spytał
- Nic! - powiedziałam nieco za ostrym tonem
Wyszłam z jego objęć. Złapał mnie za ramię i przyciągnął z powrotem. Stanęłam przed nim. Uniósł spód mojej bluzki, odsłaniając rany i duże zaczerwienienie, które już zaczynało zmieniać się w siniaka.
Jego twarz spoważniała.
- Travis! - wysyczał - Co on ci zrobił?
- Nic mi nie jest! - Opuściłam koszulkę.
- To są ślady po pazurach. Nie jestem głupi.
- On po prostu za dużo wypił. Jestem pewna, że jutro będzie mnie za to przepraszał. - Starałam się załagodzić sytuacje.
- Co on ci zrobił? - powtórzył
- Na prawdę nie ma o czym mówić.
- Nicole! - krzyknął
- Dobierał się do mnie! - odpowiedziałam zdenerwowana. - Zadowolony?
Jego oczy się rozszerzyły, a usta lekko otworzyły.
- Nie! Ale będę jak go dopadnę.
Ruszył w stronę wyjścia. Powstrzymałam go, zastępując mu drogę
- Nie ma sensu. On jest zupełnie pijany. Co ci to da?
- On cię skrzywdził! Jak możesz go bronić?
- Wiem, że nie zrobiłby tego gdyby nie stan w jakim się znajduje. Stracił brata i jest zagubiony.
- Dlatego rani bezbronnych? - wykłócał się
- Proszę odpuść. - westchnęłam.
Rozluźnił dłonie, które wcześniej zacisnął w pięści. Wypuścił powietrze i bez słowa mnie minął.
- Jak chcesz. - powiedział na odchodne.
Zamknął drzwi z trzaskiem, potem usłyszałam kolejny dochodzący z jego pokoju. Odetchnęłam. Przynajmniej nie zszedł na dół. Wiedziałam, że i tak o tym nie zapomni. Prędzej czy później, ale jednak dojdzie do kłótni między nimi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz