Ostatni
Kiedy
weszłam do pokoju panował w nim półmrok. Jedynym źródłem
światła była nocna lampka stojąca obok dwuosobowego łóżka, na
którym siedział Travis. Głowę miał schowaną w dłoniach. Coś
mruczał pod nosem. Cicho przymknęłam za sobą drzwi.
-
Chciałam sprawdzić czy wszystko w porządku. Dasz sobie dalej radę?
- Nie odpowiedział. Usiadłam obok niego. - Będzie łatwiej. -
pocieszałam go. - Uwierz mi. Ja po śmierci matki też nie mogłam
się pozbierać.
-
Nic nie rozumiesz. - wybełkotał – To miało być inaczej.
Opuścił
ręce i zaczął machać głową.
-
Być może. Nie dowiemy się tego. Stało się. Nic na to nie
poradzimy. - Poklepałam go po plecach.
-
Ale ja go znajdę. Wiem gdzie jest. Zapłaci za to.
-
O czym ty mówisz?
-
Pożałuje, że się ze mną układał.
Uznałam,
że alkohol zrobił swoje i Travis zaczął gadać bzdury.
-
Jeśli czegoś byś potrzebował to możesz się do mnie zwrócić.
Postaram się pomóc.
Podniosłam
się z łóżka, ale on chwycił moją rękę i zatrzymał mnie.
Wstał powoli i na mnie spojrzał. Jego oczy były na wpół
przymknięte.
-
Jest coś co możesz zrobić.
Przysunął
się bliżej i położył dłoń na moim policzku. Chciałam się
odsunąć, ale złapał mnie w tali. Pochylił głowę i oparł ją o
moje ramię.
-
Zostałem ostatni. - szepnął – Ród Darkwoodów nie może
przeminąć. Czarna pantera nie wyginie.
Zorientowałam
się o czym mówi, kiedy jego ręce zjechały niżej do moich spodni.
-
Nie Travis. Przestań! - zaprotestowałam stanowczo.
-
Powiedziałaś, że pomożesz. - złapał moje ramiona kiedy
próbowałam się wyrwać. Podniósł głowę.
-
Ale nie w tym. Daj spokój.
Gwałtownie
mnie przyciągnął i mocno pocałował. Próbowałam go odepchnąć,
ale mimo tego, że był kompletnie pijany i tak przewyższał mnie
siłą. Nie zamierzał przestać, więc,ugryzłam go w wargę.
Odsunął
się ode mnie. Przeciągnął dłonią po ustach. Była pokryta
krwią. Jak ją zobaczył jego twarz zmieniła się. Teraz spoglądał
na mnie gniewnym wzrokiem.
-
Chciałem po dobroci. - wysyczał.
Szybko
ruszyłam w stronę wyjścia, ale mnie złapał i rzucił w stronę
łóżka. Nie wycelował. Upadłam przy półce mocno uderzając
biodrem o jej kąt. Chciałam się podnieść, ale on już był nade
mną. Miotałam się i wyrywałam. Jego ręce znajdowały się na
mojej talii. Nie mógł mnie przytrzymać. Poczułam, że coś
przebija moją skórę. Spojrzałam w dół. Jego palce były
zakończone ostrymi pazurami. Oczy przybrały złoty kolor.
Tego
było już za wiele. Poczułam wzbierający we mnie gniew. Kiedy
schylił się by ponownie mnie pocałować, wyciągnęłam ręce do
góry. Nerwowo zaczęłam szukać lampki, która stała na półce.
Jak tylko jej dosięgnęłam, mocno się zamachnęłam i uderzyłam
go w głowę. Żarówka pękła i rozsypała się w jego włosach. Na
chwile się odsunął. Wykorzystałam ten moment by podkulić nogi, a
następnie wymierzyć kopniaka. Podziałało. Upadł na podłogę
kawałek dalej. Szybko się podniosłam i wybiegłam z pokoju.
Poczułam ból po prawej stronie biodra. Zwolniłam jak tylko
znalazłam się przy schodach. Utykając wspięłam się na górę.
Koszulkę miałam podziurawioną i zakrwawioną w miejscach gdzie
przebiły ją pazury.
Szybko
weszłam do pokoju, starając się by nikt mnie nie usłyszał. Od
razu skierowałam się w stronę łazienki. Ściągnęłam T-shirt i
rzuciłam go na podłogę. Po obu stronach brzucha miałam cztery
szramy. Zaczęłam przemywać skórę wodą. Odetchnęłam z ulgą
kiedy udało mi się zatamować krwawienie. Nie były to duże rany,
ale za to głębokie. Czułam też odrętwienie po prawej stronie, w
miejscu gdzie uderzyłam o szafkę nocną. Będzie siniak jak nic.
Usłyszałam
pukanie do drzwi. Przez chwilę przeraziłam się, że może to być
Travis. Stwierdziłam jednak, że nie dałby rady wejść po tych
schodach w takim stanie, zresztą wątpiłam by chciał ryzykować.
To
musiał być Josh. Sama chciałam z nim porozmawiać. Wyszłam z
łazienki, szybko ubrałam pierwszą lepszą koszulkę i otworzyłam
drzwi.
Tak
jak przewidziałam w wejściu stał Josh. Wpuściłam go do środka.
-
Przebrałaś się dla mnie? - spytał zadowolony.
Odpowiedziałam
mu wrednym uśmiechem i powoli podeszłam do łóżka, starając się
iść w miarę równo, by nie zauważył, że utykam. Uznałam, że
ból się zmniejszy kiedy będę siedzieć. Nie myliłam się.
-
Ja chciałam cię przeprosić za to co ostatnio powiedziałam. -
zaczęłam patrząc we własne dłonie. Było mi głupio. Bałam się
spojrzeć mu w oczy. - Nie powinnam tyle gadać. Po prostu byłam
zdenerwowana całą tą sytuacją. Boje się o Matta. To mój
najlepszy przyjaciel. Znam go od dziecka i czuje się beznadziejnie,
że nie potrafię mu pomóc.
-
Miałaś trochę racji. - stwierdził po krótkiej ciszy. - Brakowało
mi Raya. Zawsze był przy mnie. Dziwnie się czułem kiedy go
zabrakło. Kiedy razem ćwiczyliśmy po prostu o tym zapomniałem.
Spojrzałam
na niego. Stał oparty o biurko i mi się przyglądał.
-
Wiem dlaczego nienawidzisz Matta – wyrzuciłam. Nie chciałam robić
bezsensownego wstępu. Musiałam się upewnić czy mam rację.
-
Bo przeczytałaś to. - podniósł dziennik Elvera.
Serce
mi przyspieszyło. Musiałam go upuścić w kuchni. Znalazł go kiedy
po nas sprzątał.
-
Ojciec Matta zabił twoich rodziców. - stwierdziłam.
-
Nie! - podniósł głos. Podszedł do mnie szybkim krokiem i rzucił
pamiętnik na łóżko. - On ich zniszczył.
-
Dlaczego sądzisz, że Matt jest taki sam? On by tak nie postąpił.
-
Nie wiesz tego. - pogroził palcem – Nie wiesz co dzieje się
podczas pierwszej przemiany. W ich ród wpisane jest okrucieństwo.
Każdy potomek Elvera da Visterna będzie taki sam. To klątwa, którą
na siebie ściągnął.
Przypomniałam
sobie czerwony konar drzewa przy jego zdjęciu. Musiał oznaczać
przekleństwo.
-
Matthew nie jest przeklęty. Nie ma go w Księdze Życia.
-
Bo jeszcze się nie zmienił. Każdego dnia tam zaglądam by się
upewnić czy przypadkiem ich drzewo genealogiczne się nie
powiększyło. Cieszę się, że tak nie jest. Nie uda mu się.
Został mu już tylko tydzień. Nie zdąży.
-
Jak możesz tak mówić? - Z trudem opanowałam pokusę by nie wstać.
-
Tak będzie lepiej dla wszystkich.
Starałam
się równo oddychać. Nie mogłam znowu wybuchnąć. Nie o to w tym
chodzi.
-
Czy tylko ty wiesz, że Matthew jest synem Elvera?
-
Nie zapomniałbym twarzy mordercy mojej matki! - krzyknął – Nie
musiał jej zabijać. Ona nie była Zmiennokształtną. Ale on
właśnie taki był. Okrutny. Wiedział, że jej śmierć będzie dla
mojego ojca większym ciosem niż przebicie serca złotym ostrzem.
Był
bliski płaczu choć starał się opanować. Wiedziałam, że nigdy
wcześniej nikomu tego nie mówił. Dlatego tak bardzo go to bolało.
Podszedł
do okna i oparł ręce o parapet. Głowę miał spuszczoną.
Wstałam
z łóżka, próbując nie zwracać uwagi na przeszywający ból.
Podeszłam do niego i położyłam dłoń na jego. Spojrzał na mnie.
-
Co się dalej wydarzyło? - Musiałam go zmusić by w końcu to z
siebie wyrzucił. Poczuł, że może mi zaufać.
Jego
oczy były zaszklone od wzbierających łez.
-
Ojciec oszalał. - powiedział w końcu. - Zmienił się w zwierzę.
Zaczął zabijać ludzi. Byłem jego pierwszą ofiarą. Rozorał mi
ramię pazurami. Gdyby nie mieszkająca z nami służąca, która
odwróciła jego uwagę zabiłby mnie. Widziałem to w jego oczach,
kiedy czaił się do ataku. Miałem dopiero pięć lat. Nie umiałbym
się obronić. Mówiłem do niego. Starałem się go uspokoić.
Przekonywałem, że nie jest taki. Nie słuchał. To już nie był
mój ojciec. Pozwolił by pokierowały nim emocje. W tamtym momencie
to jego zwierzęca natura przewyższała ludzką. Wszyscy uznali go
za zagrożenie. Każdy przyjaciel zwrócił się przeciw niemu.
Polowali na niego. Wytropili go w lesie i przebili włócznią. Nie
dali mu szansy na zmianę, którą później obdarzyli prawdziwego
zbrodniarza.
To
była smutna historia. Był niewinnym dzieckiem, który w młodym
wieku był świadkiem morderstwa obojga rodziców. Nie zasłużył na
to.
-
Wierzyłeś, że twój ojciec mógłby się zmienić tak jak ja teraz
wierzę. Nawet jeśli Matthew jest przeklęty to i tak zasługuje na
szansę. Jest niewinny tak samo jak twoi rodzice. Musimy chociaż
spróbować mu pomóc.
-
Wiem. - przyznał – Ale kiedy na niego patrzę widzę jego ojca,
pochylającego się nad ciałem mojej matki. Za każdym razem
przeżywam tamten przeklęty wieczór na nowo. Nie potrafię tego
powstrzymać.
-
Nie musisz w tym uczestniczyć. - powiedziałam – Znajdziemy Matta
razem z Towenem.
-
To się nie uda. Tamto stado zniknęło. Na pewno są już daleko za
miastem. Nikt ich nie widział od tamtego dnia.
Ja
wiedziałam dlaczego. Musiałam jeszcze tylko zaczekać na Raya.
Modliłam się, że on czegoś się dowie. Wierzyłam, że tak
będzie. Nie może wrócić z pustymi rękami. Jest duchem. Dla
takiego nie ma miejsc, do których by nie dotarł.
Kiedy
spojrzałam na Josha, zobaczyłam, że uważnie mi się przygląda.
-
Nie wykłócasz się. - stwierdził. - Wiesz coś, czego ja nie wiem.
-
Co? - odparłam spanikowana. - Niby jakim cudem. Przez cały ten czas
nawet nie wychodziłam z domu.
Nie
ustępował. Wwiercał się we mnie wzrokiem, jakby próbował coś z
nich wyczytać. Tak samo patrzył na mnie Matthew. Zawsze bałam się,
że może przeczytać moje myśli.
-
Przestań! - odsunęłam się nagłym ruchem, przez co ból w biodrze
powrócił. Noga mi zdrętwiała kiedy na niej stanęłam. Zachwiałam
się do przodu. Josh złapał mnie w tali, ratując przed upadkiem.
Syknęłam z bólu, kiedy dotknął dłonią ran.
-
Co ci jest? - spytał
-
Nic! - powiedziałam nieco za ostrym tonem
Wyszłam
z jego objęć. Złapał mnie za ramię i przyciągnął z powrotem.
Stanęłam przed nim. Uniósł spód mojej bluzki, odsłaniając rany
i duże zaczerwienienie, które już zaczynało zmieniać się w
siniaka.
Jego
twarz spoważniała.
-
Travis! - wysyczał - Co on ci zrobił?
-
Nic mi nie jest! - Opuściłam koszulkę.
-
To są ślady po pazurach. Nie jestem głupi.
-
On po prostu za dużo wypił. Jestem pewna, że jutro będzie mnie za
to przepraszał. - Starałam się załagodzić sytuacje.
-
Co on ci zrobił? - powtórzył
-
Na prawdę nie ma o czym mówić.
-
Nicole! - krzyknął
-
Dobierał się do mnie! - odpowiedziałam zdenerwowana. - Zadowolony?
Jego
oczy się rozszerzyły, a usta lekko otworzyły.
-
Nie! Ale będę jak go dopadnę.
Ruszył
w stronę wyjścia. Powstrzymałam go, zastępując mu drogę
-
Nie ma sensu. On jest zupełnie pijany. Co ci to da?
-
On cię skrzywdził! Jak możesz go bronić?
-
Wiem, że nie zrobiłby tego gdyby nie stan w jakim się znajduje.
Stracił brata i jest zagubiony.
-
Dlatego rani bezbronnych? - wykłócał się
-
Proszę odpuść. - westchnęłam.
Rozluźnił
dłonie, które wcześniej zacisnął w pięści. Wypuścił
powietrze i bez słowa mnie minął.
-
Jak chcesz. - powiedział na odchodne.
Zamknął
drzwi z trzaskiem, potem usłyszałam kolejny dochodzący z jego
pokoju. Odetchnęłam. Przynajmniej nie zszedł na dół. Wiedziałam,
że i tak o tym nie zapomni. Prędzej czy później, ale jednak
dojdzie do kłótni między nimi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz