wtorek, 25 lutego 2014

Rozdział 17

Ratunek

Najpierw ogarnęło mnie przerażenie, które szybko zastąpiłam gniewem. Josh wyciągnął jeden z mieczy umocowanych do pleców. Jego spojrzenie utkwiło w postaci stojącej przed nami.
Elver wyglądał zupełnie tak jak w moim śnie. Te same rysy twarzy i długie włosy zaplecione w warkocze z tyłu głowy. Czarny, skórzany płaszcz do kolan i ciemne spodnie. Jego oczy obserwowały nas z triumfem i niemal radością.
Odruchowo złapałam Josha za nadgarstek w obawie, że zaatakuje Elvera, który podejrzanie w ogóle się nie bał.
- Czy twoi przyjaciele mają Księgę Życia? - zwrócił się do Elyana
Ten drgnął. Usłyszałam jego gwałtowny i nieopanowany kaszel, który szybko przeszedł w coś z rodzaju duszności.
- Nie dostaniesz jej. - wycharczał.
Elver rozłożył ręce jakby był załamany.
- Jesteście beznadziejni. - Pokiwał głową. – Przybywacie tutaj we trójkę by odbić przyjaciela, a nawet nie macie nic w zamian. W dodatku każdy z was czegoś chce. To trzy rzeczy za jedną.
- Gdzie jest Matt? - spytałam ostrym tonem
- Gdzie jest Księga? - uśmiechnął się złośliwie
Josh wystąpił przede mnie i podniósł miecz na wysokość przedramienia.
- Po co ci Księga Życia?
- To nie jest istotne. Na waszym miejscu rozpatrywałbym inne problemy. Nie wymienimy się bo żadne z was nie ma tego co jest mi potrzebne.
Elyan nagle podniósł głowę. Uniósł się do pozycji w pół klęczącej. Tuż przed nim podłoga była zalana krwią. Kiedy zobaczyłam jego czerwone usta domyśliłam się, że należy do niego. Nie wiedziałam tylko co mu się stało.
- Mam kwiat. - wyszeptał – Mam Nocny Kwiat.
W oczach Elvera pojawił się jakiś błysk, ale zbyt krótki bym mogła go rozszyfrować.
- Nie będzie żadnej wymiany. - wrzasnął Josh i rzucił się biegiem w stronę Elvera z wyciągniętą bronią. Ten zareagował błyskawicznie. Odparował cios i uskoczył do tyłu. Rozległy się dźwięki uderzania metalu.
- Idźcie poszukać Matta! - wrzasnął Josh kiedy na chwilę odsunął się od przeciwnika.
Przez moment się zawahałam.
- No już! - ponaglał.
Podbiegłam do Elyana, który próbował sam wstać. Podciągnęłam go do góry. Oparł się na mnie ramieniem, ale jak tylko stanął na prostych nogach odsunął się.
- Nie możemy go zostawić. - Pokręcił nerwowo głową. - Nie pokona go. Tylko czarci metal...- Wywrócił oczami i osunął się na mnie. Wykorzystując to, że był na pół przytomny wyprowadziłam go z sali, nadal bojąc się czy to dobry pomysł, żeby zostawić Josha samego z Elverem. Jak tylko drzwi się za nami zamknęły usłyszałam głośny śmiech Elvera, a potem radosny krzyk.
- W końcu mam okazję cię wykończyć samodzielnie.
- Nie trać czasu. - brzmiała odpowiedź Josha.
Elyan był ciężki. Po kilku minutach bezowocnego błądzenia po ciemnych, wyglądających tak samo korytarzach zamku rozbolały mnie plecy. Oparłam się o ścianę ciężko dysząc. Nie zdołałam dłużej przytrzymywać towarzysza. Opadł bezwładnie na podłogę. Na moment leżał na niej bez ruchu. Potem jego ciało przeszły drgawki, które zniknęły równie szybko jak się pojawiły. Przetarł dłonią twarz i odgarnął włosy z głowy zupełnie jakby dopiero co się obudził. Uniósł głowę. Jego oczy nie ukrywały zaskoczenia.
- Co się stało?
- Jak to? - Nie wiedziałam o co chodzi – Nie pamiętasz? 
Szybko odwrócił wzrok. Podniósł się i zapytał.
- Gdzie Josh?
Miałam ochotę nim potrząsnąć, ale byłam zbyt zmęczona.
- Został w sali z Elverem byśmy mogli znaleźć Matta.
Oczy Elyana rozszerzyły się jeszcze bardziej.
- Kamień. - wyszeptał
- Co?
- Kamień! - krzyknął – Miał przy sobie kamień?
Moja mina musiała mu powiedzieć, że nie mam pojęcia o czym on bredzi.
- Elver. - uściślił – Czy Elver miał przy sobie jakiś biały kamień?
- Nie widziałam.
Z drugiej strony nawet się nie przyglądałam. Nie chciałam na niego patrzeć.
Z Elyana uszło powietrze.
- W takim razie chodźmy poszukać Matta.
Pociągnął mnie za ramię, ale mu się wyrwałam.
- A gdyby miał ten kamień to co? Wróciłbyś tam? To po niego tutaj przybyłeś? Po jakiś głupi kawałek skały?
- Nic nie rozumiesz, więc lepiej się zamknij. - warknął
- To może mi wytłumacz. - nie odpuszczałam
- Nie mamy czasu! - wrzasnął – Jeśli chcesz odzyskać Matta to lepiej się rusz. Im szybciej wrócimy po Josha tym lepiej. W każdej chwili może zginąć.
Jak na zawołanie zalała mnie fala wspomnień. Snów. Śmierć Josha, którą widziałam wcześniej. Zakrwawiony gepard stojący nad jego martwym ciałem.
Zaczęłam szybko dyszeć. Nie miałam pojęcia co robić. Część mnie chciała pobiec odszukać przyjaciela, kiedy druga pragnęła zawrócić i pomóc Joshowi.
Elyan zauważył tą zmianę. Jego twarz nagle złagodniała.
- Musimy się pospieszyć. - stwierdził spokojnie.
Ruszyłam za nim szybkim krokiem. Wiedziałam, że i tak nie zdołałabym pomóc Joshowi, ale nie mogłam się pogodzić z myślą, że być może zostawiliśmy go na śmierć. Zaczęły mnie ogarniać wyrzuty sumienia. Przecież ja wiem co się stanie. Muszę jakoś działać. Muszę temu zapobiec. To jest mój obowiązek. Nie na darmo to widziałam by teraz nic nie zrobić.
Z myśli wyrwał mnie głos Elyana.
- Korytarz. Prowadzi w dół do piwnic.
Już chciał ruszyć schodami na dół, ale powstrzymałam go pociągając z powrotem na górę. Zdezorientowany na mnie spojrzał.
- Jedno z nas musi wrócić i pomóc Joshowi. - powiedziałam pewnym tonem.
- Nie zostawię cie samej. Znajdziemy Matta i wrócimy do Josha.
- Musimy mu pomóc. - powiedziałam trochę głośniej niż zamierzałam. - Inaczej on zginie. - ściszyłam głos.
- Co?
- Widziałam jego śmierć. Elver...On go zabije. - głos mi się załamywał. - Wróć do sali. Ja sama znajdę Matta.
Starałam się mówić tak by nie dostrzegł jak bardzo niepewna jestem swoich słów.
Przez chwilę stał i patrzył prosto w moje oczy.
- Jesteś pewna?
Pokiwałam głową. Kiedy nadal nie był przekonany wyciągnęłam jeden z noży. Na krótko się uśmiechnął, minął mnie i ruszył biegiem z powrotem.
Jak tylko zniknął mi z oczu odetchnęłam dwa razy i powoli zaczęłam schodzić po schodach. Stopnie były śliskie. Musiałam przytrzymywać się ściany by nie złamać sobie przez nie kostki. Na dole było chłodniej i bardziej wilgotno. Tak jak zawsze jest i powinno być w piwnicy. Po prawej stronie na ścianie co jakiś czas wisiała pochodnia., dzięki czemu nie było tutaj tak ciemno. Zupełnie jakby światło wskazywało mi drogę. Panująca cisza przyprawiała mnie o ciarki, a jednocześnie uspokajała. Skoro nie było nic słychać to znaczy, że nie ma tu nikogo kto mógłby mnie zaatakować. Widziałam, że to nie do końca prawda, ale wolałam nie rozpatrywać innych opcji. Mocno zacisnęłam spoconą dłoń na rękojeści noża by mi się nie wyślizgnął. Szłam powoli. Ostrożnie stawiając stopy na nierównej podłodze. Nagle z końca korytarza dobiegł mnie odgłos grzechoczących łańcuchów. Zatrzymałam się przerażona. Spojrzałam za siebie by upewnić się, że nie ma nikogo za mną. Towarzyszyła mi tylko pusta przestrzeń. Przez moment myślałam, że tylko się przesłyszałam, ale potem dźwięk się powtórzył. Ruszyłam przed siebie już trochę szybszym krokiem. Po kilku metrach po lewej stronie pokazały się cele. Takie same jak w moim śnie. Skalne wnęki zakratowane z jednej strony. Dokładnie przyglądałam się każdej z nich by mieć pewność, że nie przegapiłam tej właściwej. Kiedy już traciłam nadzieję w rogu jednej z nich coś się poruszyło. Jakiś cień skulony na ziemi. Chwyciłam za pręty celi. Drzwi były otwarte i ustąpiły bez żadnych protestów. W środku nie było światła. Pochodnie świeciły tylko na korytarzu, więc nie mogłam dostrzec kto jest naprzeciwko. Twarz miał schowaną w ramionach. 
- Matt? - wyszeptałam
Postać drgnęła, ale nie podniosła głowy. Podeszłam bliżej i ukucnęłam.
- Matt to ja Nicole. - powiedziałam trochę głośniej
Wtedy się obudził. Raptownie opuścił ręce i spojrzał na mnie. Zalała mnie fala ulgi, radości i przerażenia. To był Matt, mój Matt. Miał zapadnięte, podpuchnięte oczy, ale nie miałam wątpliwości, że to on. 
- Nicole. To naprawdę ty? - Jego słowa były ciche i przytłumione jakby wydobywały się nie z jego ust ale, ze środka. 
Pokiwałam głową bo nie mogłam wydobyć z siebie nic więcej. Zaschło mi w gardle. Miałam ochotę go uścisnąć, ale zauważyłam w jakim jest stanie. Ramiona i częściowo odsłonięte plecy miał posiniaczone i poranione. Jego ciało pokryte było świeżą oraz zaschniętą krwią. Był jeszcze chudszy niż zawsze. Wcześniej wydawało mi się to niemożliwe bo on nigdy nie grzeszył posturą, ani warstwą tłuszczu. Skołtunione, brudne włosy opadały mu na czoło zasłaniając oczy. 
- Wydostaniemy cię stąd. - zapewniłam
Lekko się uśmiechnął i uniósł rękę. Na nadgarstku miał zaczepiony łańcuch, który kończył się w kamiennej ścianie.
- Musisz mieć klucz.
Tracił świadomość. Powieki mu się zamykały, a następnie otwierały jakby powstrzymywał się przed zaśnięciem. 
- Gdzie on jest? - potrząsnęłam lekko jego ramionami – Matt powiedz mi.
- Nie możecie mnie uratować. - majaczył – Już jest za późno. Przepadłem na zawsze.
- Przestań tak mówić. Znajdę ten klucz i wracam. Rozumiesz?
- Jest na ścianie przy drzwiach. - zaśmiał się bez cienia wesołości.
Zerknęłam za siebie. Rzeczywiście. To było dla mnie podejrzane, ale nie traciłam czasu. Sięgnęłam po metalowy pęk i kolejno przymierzałam każdy z nich do zamka. Po kilku próbach kajdany ustąpiły i z łoskotem opadły na podłogę. 
- Wynosimy się.
Podparłam przyjaciela i pomogłam mu wstać. Podtrzymał się na mnie, a drugą ręką naparł na ścianę. Chciałam ruszyć do wyjścia, ale mnie odepchnął i został na swoim miejscu.
- Nie możesz mnie uratować. - powiedział słabym głosem – Nie możesz – kręcił głową
- Co ty wygadujesz? Właśnie po to tu przybyliśmy. 
Przekonana, że to przez zmęczenie opowiada takie głupoty, odciągnęłam go z kąta celi i wyprowadziłam na korytarz. Z Mattem było łatwiej niż z Elyanem. Po pierwsze był lżejszy i próbował iść o własnych siłach mimo licznych próśb bym go zostawiła. Źle się czułam widząc go w takim stanie. Matt, który zawsze był pełen życia i pozytywnej energii teraz sponiewierany i przygnębiony. Miałam ochotę zabić Elvera za to co mu zrobił. Nie wierzyłam, że można tak potraktować własnego syna. Rozumiem, że jest szaleńcem, ale co z rodzicielską miłością? Czy on w ogóle znał to pojęcie? 
Dotarliśmy do schodów prowadzących na górę. Wejście po nich zajęło nam tyle samo czasu co przejście korytarza, który był o wiele dłuższy. Kiedy nam się udało chwilę odpoczęliśmy. Matt opierał się o ścianę i ciężko dyszał.
- Nie byłem tutaj na górze. - powiedział między jednym oddechem, a drugim – Cały czas trzymał mnie w piwnicy. 
- Nie wrócisz tam. Obiecuję ci to. Nas jest więcej on jest sam.
- Nie jest Nicole. Wilkołaki...
Nie dokończył zdania. Przymknął oczy i odchylił głowę do tyłu.
- Musimy iść.
Pociągnęłam go i ruszyliśmy przed siebie. Nie do końca pamiętałam drogę, ale liczyłam na to, że kierujemy się w odpowiednim kierunku. Nie zawiodłam się. Kilka korytarzy później usłyszałam głosy. Elver i Elyan rozmawiali niezbyt przyjaznym tonem. Dotarliśmy do rozwidlenia. Przykleiłam się plecami do ściany i wychyliłam głowę by zobaczyć co się dzieje.
Elyan przyciskał Elvera trzymając nóż na jego gardle. Ten jednak znowu nie wydawał się przestraszony. Szeroko się uśmiechał. Twarz miał przemęczoną i mokrą od potu. Na czole widniało szerokie rozcięcie.
- Nie zabijesz mnie. - zaśmiał się
- Mógłbym. - Elyan mocniej przycisnął ostrze do skóry przeciwnika – Oddaj mi kamień
- Jesteś za słaby. To już cię zabija. Jeśli dam ci kamień twój koniec nadejdzie szybciej. Już nawet połączenie ci nie pomoże. Jedną już zabiłeś. Teraz to samo chcesz zrobić z drugą?
- Zerwę wiązanie. Dlatego potrzebuję kamienia. Nie ma opcji, że wyjdę stąd bez niego.
Wiedziałam, że nie chodzi mu tylko o Matta. Był taki sam jak oni wszyscy. Kłamał. Spojrzałam na przyjaciela. Stał obok i najwyraźniej cieszył się, że może chwilę odpocząć.
-Oddaj mi kamień. - krzyknął Elyan
Elver głośno się roześmiał
- Proszę bardzo. Weź go.
Sięgnął do kieszeni w płaszczu. Wyciągnął z niego jakiś błyszczący przedmiot. Kamień. Był piękny. Biało-błękitny, posiadający swój własny wewnętrzny blask. Materiał przypominał trochę Lodowe Ostrze.
- I tak go odzyskam po twojej śmierci. - dokończył.
Po tym wypowiedział jakieś słowa, których znaczenia nie rozumiałam i dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Została po nim tylko smuga złotego dymu. Elyan zakaszlał i sięgnął po kamień. Ręka mu drżała. Po chwili zobaczyłam, że jest cała pokryta krwią, spływającą z głębokiej rany na przedramieniu. 
Wyszłam zza rogu, pociągając za sobą ledwo przytomnego Matta. Spojrzał na mnie wesoły.
- Udało się.
- Widzę. - odpowiedziałam gorzko – Gdzie jest Josh?
Elyan schował kamień do kieszeni i odgarnął wilgotne włosy z czoła.
- Nie wierzę, że się udało.
Wywróciłam oczami i spytałam ponownie trochę ostrzejszym tonem.
- Gdzie jest Josh?
Spojrzał na mnie jakby dopiero teraz mnie ujrzał.
- Jest w sali. Dostał mocny cios w głowę i stracił przytomność, ale poza tym nic mu nie jest.
Posłałam mu ponure spojrzenie i z opierającym się o mnie Mattem szybko go wyminęłam. Dogonił mnie i zrównał swój krok z moim.
- Daj wezmę go. - powiedział
- Nie zbliżaj się do niego. - wrzasnęłam – Ani do mnie. Po prostu odeślij nas wszystkich do domu. Potem możesz wracać do swoich chorych marzeń. Nie chcę cię widzieć.
Czułam do niego odrazę, której sama nie potrafiłam wytłumaczyć. Liczyłam na niego i zaufałam mu. Wtedy w bibliotece nie miałam wątpliwości, że mówi szczerze, ale ostrzegano mnie, że on zawsze ma swój własny plan. Wykiwał mnie, a ja czułam się z tym beznadziejnie. 
- O co ci chodzi? - zdenerwował się
Starałam się iść szybciej ale nie było to możliwe.
- Dobrze wiesz.
- Jakbym wiedział to bym się nie pytał.
- Więc jesteś głupi. - warknęłam
Nic już więcej nie powiedział. Ja też się nie odzywałam. Razem dotarliśmy do sali, w której wcześniej zostawiłam Josha. Kiedy stanęliśmy w drzwiach właśnie się budził. Rozmasował głowę i powoli wstał. Kiedy nas zobaczył niemal do nas podbiegł.
- Nicole. Wszystko w porządku?
Pokiwałam głową. Widząc, że trzymam przyjaciela na barkach westchnął cicho i zabrał go ode mnie. W duchu dziękowałam, że moje ramiona w końcu odetchną.
- Zdaje się, że będzie mi wisiał przysługę. Nam wszystkim. - zaśmiał się zmęczony. Potem zwrócił się do Elyana. - Dasz radę nas przenieść?
Ten wypowiedział cicho kilka słów i przed nami zaczął się pojawiać portal. Podobny do tego, który był w bibliotece tylko mniejszy. Podeszliśmy do niego razem i zniknęliśmy w jego blasku. Żadne z nas nie obejrzało się by ostatni raz spojrzeć na salę. Nie chciałam mieć z tym miejscem nic więcej wspólnego i myślę, że oni również. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz