Ratunek
Najpierw
ogarnęło mnie przerażenie, które szybko zastąpiłam gniewem.
Josh wyciągnął jeden z mieczy umocowanych do pleców. Jego
spojrzenie utkwiło w postaci stojącej przed nami.
Elver
wyglądał zupełnie tak jak w moim śnie. Te same rysy twarzy i
długie włosy zaplecione w warkocze z tyłu głowy. Czarny, skórzany
płaszcz do kolan i ciemne spodnie. Jego oczy obserwowały nas z
triumfem i niemal radością.
Odruchowo
złapałam Josha za nadgarstek w obawie, że zaatakuje Elvera, który
podejrzanie w ogóle się nie bał.
-
Czy twoi przyjaciele mają Księgę Życia? - zwrócił się do
Elyana
Ten
drgnął. Usłyszałam jego gwałtowny i nieopanowany kaszel, który
szybko przeszedł w coś z rodzaju duszności.
-
Nie dostaniesz jej. - wycharczał.
Elver
rozłożył ręce jakby był załamany.
-
Jesteście beznadziejni. - Pokiwał głową. – Przybywacie tutaj we
trójkę by odbić przyjaciela, a nawet nie macie nic w zamian. W
dodatku każdy z was czegoś chce. To trzy rzeczy za jedną.
-
Gdzie jest Matt? - spytałam ostrym tonem
-
Gdzie jest Księga? - uśmiechnął się złośliwie
Josh
wystąpił przede mnie i podniósł miecz na wysokość
przedramienia.
-
Po co ci Księga Życia?
-
To nie jest istotne. Na waszym miejscu rozpatrywałbym inne problemy.
Nie wymienimy się bo żadne z was nie ma tego co jest mi potrzebne.
Elyan
nagle podniósł głowę. Uniósł się do pozycji w pół klęczącej.
Tuż przed nim podłoga była zalana krwią. Kiedy zobaczyłam jego
czerwone usta domyśliłam się, że należy do niego. Nie wiedziałam
tylko co mu się stało.
-
Mam kwiat. - wyszeptał – Mam Nocny Kwiat.
W
oczach Elvera pojawił się jakiś błysk, ale zbyt krótki bym mogła
go rozszyfrować.
-
Nie będzie żadnej wymiany. - wrzasnął Josh i rzucił się biegiem
w stronę Elvera z wyciągniętą bronią. Ten zareagował
błyskawicznie. Odparował cios i uskoczył do tyłu. Rozległy się
dźwięki uderzania metalu.
-
Idźcie poszukać Matta! - wrzasnął Josh kiedy na chwilę odsunął
się od przeciwnika.
Przez
moment się zawahałam.
-
No już! - ponaglał.
Podbiegłam
do Elyana, który próbował sam wstać. Podciągnęłam go do góry.
Oparł się na mnie ramieniem, ale jak tylko stanął na prostych
nogach odsunął się.
-
Nie możemy go zostawić. - Pokręcił nerwowo głową. - Nie pokona
go. Tylko czarci metal...- Wywrócił oczami i osunął się na mnie.
Wykorzystując to, że był na pół przytomny wyprowadziłam go z
sali, nadal bojąc się czy to dobry pomysł, żeby zostawić Josha
samego z Elverem. Jak tylko drzwi się za nami zamknęły usłyszałam
głośny śmiech Elvera, a potem radosny krzyk.
-
W końcu mam okazję cię wykończyć samodzielnie.
-
Nie trać czasu. - brzmiała odpowiedź Josha.
Elyan
był ciężki. Po kilku minutach bezowocnego błądzenia po ciemnych,
wyglądających tak samo korytarzach zamku rozbolały mnie plecy.
Oparłam się o ścianę ciężko dysząc. Nie zdołałam dłużej
przytrzymywać towarzysza. Opadł bezwładnie na podłogę. Na moment
leżał na niej bez ruchu. Potem jego ciało przeszły drgawki, które
zniknęły równie szybko jak się pojawiły. Przetarł dłonią
twarz i odgarnął włosy z głowy zupełnie jakby dopiero co się
obudził. Uniósł głowę. Jego oczy nie ukrywały zaskoczenia.
-
Co się stało?
-
Jak to? - Nie wiedziałam o co chodzi – Nie pamiętasz?
Szybko
odwrócił wzrok. Podniósł się i zapytał.
-
Gdzie Josh?
Miałam
ochotę nim potrząsnąć, ale byłam zbyt zmęczona.
-
Został w sali z Elverem byśmy mogli znaleźć Matta.
Oczy
Elyana rozszerzyły się jeszcze bardziej.
-
Kamień. - wyszeptał
-
Co?
-
Kamień! - krzyknął – Miał przy sobie kamień?
Moja
mina musiała mu powiedzieć, że nie mam pojęcia o czym on bredzi.
-
Elver. - uściślił – Czy Elver miał przy sobie jakiś biały
kamień?
-
Nie widziałam.
Z
drugiej strony nawet się nie przyglądałam. Nie chciałam na niego
patrzeć.
Z
Elyana uszło powietrze.
-
W takim razie chodźmy poszukać Matta.
Pociągnął
mnie za ramię, ale mu się wyrwałam.
-
A gdyby miał ten kamień to co? Wróciłbyś tam? To po niego tutaj
przybyłeś? Po jakiś głupi kawałek skały?
-
Nic nie rozumiesz, więc lepiej się zamknij. - warknął
-
To może mi wytłumacz. - nie odpuszczałam
-
Nie mamy czasu! - wrzasnął – Jeśli chcesz odzyskać Matta to
lepiej się rusz. Im szybciej wrócimy po Josha tym lepiej. W każdej
chwili może zginąć.
Jak
na zawołanie zalała mnie fala wspomnień. Snów. Śmierć Josha,
którą widziałam wcześniej. Zakrwawiony gepard stojący nad jego
martwym ciałem.
Zaczęłam
szybko dyszeć. Nie miałam pojęcia co robić. Część mnie chciała
pobiec odszukać przyjaciela, kiedy druga pragnęła zawrócić i
pomóc Joshowi.
Elyan
zauważył tą zmianę. Jego twarz nagle złagodniała.
-
Musimy się pospieszyć. - stwierdził spokojnie.
Ruszyłam
za nim szybkim krokiem. Wiedziałam, że i tak nie zdołałabym pomóc
Joshowi, ale nie mogłam się pogodzić z myślą, że być może
zostawiliśmy go na śmierć. Zaczęły mnie ogarniać wyrzuty
sumienia. Przecież ja wiem co się stanie. Muszę jakoś działać.
Muszę temu zapobiec. To jest mój obowiązek. Nie na darmo to
widziałam by teraz nic nie zrobić.
Z
myśli wyrwał mnie głos Elyana.
-
Korytarz. Prowadzi w dół do piwnic.
Już
chciał ruszyć schodami na dół, ale powstrzymałam go pociągając
z powrotem na górę. Zdezorientowany na mnie spojrzał.
-
Jedno z nas musi wrócić i pomóc Joshowi. - powiedziałam pewnym
tonem.
-
Nie zostawię cie samej. Znajdziemy Matta i wrócimy do Josha.
-
Musimy mu pomóc. - powiedziałam trochę głośniej niż
zamierzałam. - Inaczej on zginie. - ściszyłam głos.
-
Co?
-
Widziałam jego śmierć. Elver...On go zabije. - głos mi się
załamywał. - Wróć do sali. Ja sama znajdę Matta.
Starałam
się mówić tak by nie dostrzegł jak bardzo niepewna jestem swoich
słów.
Przez
chwilę stał i patrzył prosto w moje oczy.
-
Jesteś pewna?
Pokiwałam
głową. Kiedy nadal nie był przekonany wyciągnęłam jeden z noży.
Na krótko się uśmiechnął, minął mnie i ruszył biegiem z
powrotem.
Jak
tylko zniknął mi z oczu odetchnęłam dwa razy i powoli zaczęłam
schodzić po schodach. Stopnie były śliskie. Musiałam
przytrzymywać się ściany by nie złamać sobie przez nie kostki.
Na dole było chłodniej i bardziej wilgotno. Tak jak zawsze jest i
powinno być w piwnicy. Po prawej stronie na ścianie co jakiś czas
wisiała pochodnia., dzięki czemu nie było tutaj tak ciemno.
Zupełnie jakby światło wskazywało mi drogę. Panująca cisza
przyprawiała mnie o ciarki, a jednocześnie uspokajała. Skoro nie
było nic słychać to znaczy, że nie ma tu nikogo kto mógłby mnie
zaatakować. Widziałam, że to nie do końca prawda, ale wolałam
nie rozpatrywać innych opcji. Mocno zacisnęłam spoconą dłoń na
rękojeści noża by mi się nie wyślizgnął. Szłam powoli.
Ostrożnie stawiając stopy na nierównej podłodze. Nagle z końca
korytarza dobiegł mnie odgłos grzechoczących łańcuchów.
Zatrzymałam się przerażona. Spojrzałam za siebie by upewnić się,
że nie ma nikogo za mną. Towarzyszyła mi tylko pusta przestrzeń.
Przez moment myślałam, że tylko się przesłyszałam, ale potem
dźwięk się powtórzył. Ruszyłam przed siebie już trochę
szybszym krokiem. Po kilku metrach po lewej stronie pokazały się
cele. Takie same jak w moim śnie. Skalne wnęki zakratowane z jednej
strony. Dokładnie przyglądałam się każdej z nich by mieć
pewność, że nie przegapiłam tej właściwej. Kiedy już traciłam
nadzieję w rogu jednej z nich coś się poruszyło. Jakiś cień
skulony na ziemi. Chwyciłam za pręty celi. Drzwi były otwarte i
ustąpiły bez żadnych protestów. W środku nie było światła.
Pochodnie świeciły tylko na korytarzu, więc nie mogłam dostrzec
kto jest naprzeciwko. Twarz miał schowaną w ramionach.
-
Matt? - wyszeptałam
Postać
drgnęła, ale nie podniosła głowy. Podeszłam bliżej i ukucnęłam.
-
Matt to ja Nicole. - powiedziałam trochę głośniej
Wtedy
się obudził. Raptownie opuścił ręce i spojrzał na mnie. Zalała
mnie fala ulgi, radości i przerażenia. To był Matt, mój Matt.
Miał zapadnięte, podpuchnięte oczy, ale nie miałam wątpliwości,
że to on.
-
Nicole. To naprawdę ty? - Jego słowa były ciche i przytłumione
jakby wydobywały się nie z jego ust ale, ze środka.
Pokiwałam
głową bo nie mogłam wydobyć z siebie nic więcej. Zaschło mi w
gardle. Miałam ochotę go uścisnąć, ale zauważyłam w jakim jest
stanie. Ramiona i częściowo odsłonięte plecy miał posiniaczone i
poranione. Jego ciało pokryte było świeżą oraz zaschniętą
krwią. Był jeszcze chudszy niż zawsze. Wcześniej wydawało mi się
to niemożliwe bo on nigdy nie grzeszył posturą, ani warstwą
tłuszczu. Skołtunione, brudne włosy opadały mu na czoło
zasłaniając oczy.
-
Wydostaniemy cię stąd. - zapewniłam
Lekko
się uśmiechnął i uniósł rękę. Na nadgarstku miał zaczepiony
łańcuch, który kończył się w kamiennej ścianie.
-
Musisz mieć klucz.
Tracił
świadomość. Powieki mu się zamykały, a następnie otwierały
jakby powstrzymywał się przed zaśnięciem.
-
Gdzie on jest? - potrząsnęłam lekko jego ramionami – Matt
powiedz mi.
-
Nie możecie mnie uratować. - majaczył – Już jest za późno.
Przepadłem na zawsze.
-
Przestań tak mówić. Znajdę ten klucz i wracam. Rozumiesz?
-
Jest na ścianie przy drzwiach. - zaśmiał się bez cienia
wesołości.
Zerknęłam
za siebie. Rzeczywiście. To było dla mnie podejrzane, ale nie
traciłam czasu. Sięgnęłam po metalowy pęk i kolejno
przymierzałam każdy z nich do zamka. Po kilku próbach kajdany
ustąpiły i z łoskotem opadły na podłogę.
-
Wynosimy się.
Podparłam
przyjaciela i pomogłam mu wstać. Podtrzymał się na mnie, a drugą
ręką naparł na ścianę. Chciałam ruszyć do wyjścia, ale mnie
odepchnął i został na swoim miejscu.
-
Nie możesz mnie uratować. - powiedział słabym głosem – Nie
możesz – kręcił głową
-
Co ty wygadujesz? Właśnie po to tu przybyliśmy.
Przekonana,
że to przez zmęczenie opowiada takie głupoty, odciągnęłam go z
kąta celi i wyprowadziłam na korytarz. Z Mattem było łatwiej niż
z Elyanem. Po pierwsze był lżejszy i próbował iść o własnych
siłach mimo licznych próśb bym go zostawiła. Źle się czułam
widząc go w takim stanie. Matt, który zawsze był pełen życia i
pozytywnej energii teraz sponiewierany i przygnębiony. Miałam
ochotę zabić Elvera za to co mu zrobił. Nie wierzyłam, że można
tak potraktować własnego syna. Rozumiem, że jest szaleńcem, ale
co z rodzicielską miłością? Czy on w ogóle znał to pojęcie?
Dotarliśmy
do schodów prowadzących na górę. Wejście po nich zajęło nam
tyle samo czasu co przejście korytarza, który był o wiele dłuższy.
Kiedy nam się udało chwilę odpoczęliśmy. Matt opierał się o
ścianę i ciężko dyszał.
-
Nie byłem tutaj na górze. - powiedział między jednym oddechem, a
drugim – Cały czas trzymał mnie w piwnicy.
-
Nie wrócisz tam. Obiecuję ci to. Nas jest więcej on jest sam.
-
Nie jest Nicole. Wilkołaki...
Nie
dokończył zdania. Przymknął oczy i odchylił głowę do tyłu.
-
Musimy iść.
Pociągnęłam
go i ruszyliśmy przed siebie. Nie do końca pamiętałam drogę, ale
liczyłam na to, że kierujemy się w odpowiednim kierunku. Nie
zawiodłam się. Kilka korytarzy później usłyszałam głosy. Elver
i Elyan rozmawiali niezbyt przyjaznym tonem. Dotarliśmy do
rozwidlenia. Przykleiłam się plecami do ściany i wychyliłam głowę
by zobaczyć co się dzieje.
Elyan
przyciskał Elvera trzymając nóż na jego gardle. Ten jednak znowu
nie wydawał się przestraszony. Szeroko się uśmiechał. Twarz miał
przemęczoną i mokrą od potu. Na czole widniało szerokie rozcięcie.
-
Nie zabijesz mnie. - zaśmiał się
-
Mógłbym. - Elyan mocniej przycisnął ostrze do skóry przeciwnika
– Oddaj mi kamień
-
Jesteś za słaby. To już cię zabija. Jeśli dam ci kamień twój
koniec nadejdzie szybciej. Już nawet połączenie ci nie pomoże.
Jedną już zabiłeś. Teraz to samo chcesz zrobić z drugą?
-
Zerwę wiązanie. Dlatego potrzebuję kamienia. Nie ma opcji, że
wyjdę stąd bez niego.
Wiedziałam,
że nie chodzi mu tylko o Matta. Był taki sam jak oni wszyscy.
Kłamał. Spojrzałam na przyjaciela. Stał obok i najwyraźniej
cieszył się, że może chwilę odpocząć.
-Oddaj
mi kamień. - krzyknął Elyan
Elver
głośno się roześmiał
-
Proszę bardzo. Weź go.
Sięgnął
do kieszeni w płaszczu. Wyciągnął z niego jakiś błyszczący
przedmiot. Kamień. Był piękny. Biało-błękitny, posiadający
swój własny wewnętrzny blask. Materiał przypominał trochę
Lodowe Ostrze.
-
I tak go odzyskam po twojej śmierci. - dokończył.
Po tym wypowiedział jakieś słowa, których znaczenia nie
rozumiałam i dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Została po
nim tylko smuga złotego dymu. Elyan zakaszlał i sięgnął po
kamień. Ręka mu drżała. Po chwili zobaczyłam, że jest cała
pokryta krwią, spływającą z głębokiej rany na przedramieniu.
Wyszłam
zza rogu, pociągając za sobą ledwo przytomnego Matta. Spojrzał na
mnie wesoły.
-
Udało się.
-
Widzę. - odpowiedziałam gorzko – Gdzie jest Josh?
Elyan
schował kamień do kieszeni i odgarnął wilgotne włosy z czoła.
-
Nie wierzę, że się udało.
Wywróciłam
oczami i spytałam ponownie trochę ostrzejszym tonem.
-
Gdzie jest Josh?
Spojrzał
na mnie jakby dopiero teraz mnie ujrzał.
-
Jest w sali. Dostał mocny cios w głowę i stracił przytomność,
ale poza tym nic mu nie jest.
Posłałam
mu ponure spojrzenie i z opierającym się o mnie Mattem szybko go
wyminęłam. Dogonił mnie i zrównał swój krok z moim.
-
Daj wezmę go. - powiedział
-
Nie zbliżaj się do niego. - wrzasnęłam – Ani do mnie. Po prostu
odeślij nas wszystkich do domu. Potem możesz wracać do swoich
chorych marzeń. Nie chcę cię widzieć.
Czułam
do niego odrazę, której sama nie potrafiłam wytłumaczyć.
Liczyłam na niego i zaufałam mu. Wtedy w bibliotece nie miałam
wątpliwości, że mówi szczerze, ale ostrzegano mnie, że on zawsze
ma swój własny plan. Wykiwał mnie, a ja czułam się z tym
beznadziejnie.
-
O co ci chodzi? - zdenerwował się
Starałam
się iść szybciej ale nie było to możliwe.
-
Dobrze wiesz.
-
Jakbym wiedział to bym się nie pytał.
-
Więc jesteś głupi. - warknęłam
Nic
już więcej nie powiedział. Ja też się nie odzywałam. Razem
dotarliśmy do sali, w której wcześniej zostawiłam Josha. Kiedy
stanęliśmy w drzwiach właśnie się budził. Rozmasował głowę i
powoli wstał. Kiedy nas zobaczył niemal do nas podbiegł.
-
Nicole. Wszystko w porządku?
Pokiwałam
głową. Widząc, że trzymam przyjaciela na barkach westchnął
cicho i zabrał go ode mnie. W duchu dziękowałam, że moje ramiona
w końcu odetchną.
-
Zdaje się, że będzie mi wisiał przysługę. Nam wszystkim. -
zaśmiał się zmęczony. Potem zwrócił się do Elyana. - Dasz radę
nas przenieść?
Ten
wypowiedział cicho kilka słów i przed nami zaczął się pojawiać
portal. Podobny do tego, który był w bibliotece tylko mniejszy.
Podeszliśmy do niego razem i zniknęliśmy w jego blasku. Żadne z
nas nie obejrzało się by ostatni raz spojrzeć na salę. Nie
chciałam mieć z tym miejscem nic więcej wspólnego i myślę, że
oni również.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz