piątek, 21 lutego 2014

Rozdział 16

Czarny zamek

- Forteca mówiłeś? - zakpił Josh.
Po długiej drodze przez las w końcu znaleźliśmy budynek, o którym wspomniał Elyan. Jazda na grzbiecie tygrysa była jeszcze trudniejsza niż na Qunisie. Mimo, że Josh starał się być ostrożny i zatrzymywał się kiedy czuł, że zsuwam się z grzbietu. Było to dla mnie trochę dziwne. Widziałam, że jako tygrys jest zupełnie inny, ale nie mogłam pozbyć się uczucia, że siedzę na plecach Josha. 
Klimat w tej części wymiaru rzeczywiście był chłodniejszy. W niektórych miejscach było widać zaspy śniegu.
- Nie wiedziałem, że jest taka... - Elyan nie mógł dobrać słów
- Zaniedbana, opuszczona, zrujnowana, ledwo trzymająca się w pionie i praktycznie nie widoczna przez swój niewielki rozmiar. To właśnie chciałeś powiedzieć? - zaśmiał się Josh.
Oboje już wrócili do swoich ludzkich postaci. Staliśmy przed budowlą co najmniej trzy razy mniejszą niż dom Towena. Gdyby nie dwie szpiczaste wieże i wysokie mury obronne z prowizoryczną fosą nie wpadłabym na to, że jest to zamek. Czarne cegły wbrew temu co powiedział Josh kontrastowały z suchą, żółtawą trawą i szarobiałym śniegiem. Wątpiłam czy rzeczywiście trafiliśmy do dobrego miejsca. Budynek ledwo się utrzymywał. Zdawało mi się, że wieże lekko się kołyszą pod wpływem wiatru. Miałam wrażenie, że tylko dzięki grubym konarom, które obrosły mur z każdej strony, budowla jeszcze się trzyma.
- Myślisz, że tutaj jest? - spytałam
Siedzieliśmy schowani w krzakach i obserwowaliśmy teren.
- Nie ma nawet patroli. Gdybym chciał się ukryć przed światem wolałbym wiedzieć jakby ktoś się zbliżał. - stwierdził Josh.
- To tutaj. - odpowiedział pewnie Elyan. - Spójrzcie
Wskazał palcem na szczyt muru po prawej, najbardziej od nas oddalonej części. Zauważyłam jakiś ruch. Zdaje się, że ktoś chodził po kamiennej fasadzie.
- Wilkołaki. - wysyczał Josh
Stał napięty obok mnie. Jego ręka odruchowo powędrowała do noża przypiętego na nodze i zacisnęła się na jego rękojeści. Wzrok miał utkwiony prosto w przeciwnika. Dopiero po chwili zorientowałam się, że szykował się do rzutu. Elyan szybkim ruchem powstrzymał jego rękę.
- Może ich być więcej. Zaalarmują Elvera, że ktoś się przedarł. Lepiej zajdźmy zamek od tyłu. Wespniemy się po pnączach.
Jak powiedział tak uczyniliśmy. Cicho jak myszy zakradliśmy się pod kamienny mur w miejscu gdzie był najbliżej lasu tak by nie było nas widać. Zdaje się, że nie było więcej strażników, bo nie słyszeliśmy nagłych krzyków, ani rozkazów o ataku. Z bliska grube pnącza były jeszcze bardziej potężne. Otaczały budynek jakby po to właśnie tutaj wyrosły. Tworzyły zgrubiałą i mocną skorupę.  
Wyglądały imponująco choć w niektórych miejscach odrywały się od kamienia.
- Pójdę pierwszy. - zaproponował Elyan – Nicole ty tuż za mną. Jakby spadła staraj się ją złapać. - powiedział do Josha
- Że co? - zawahałam się.
Nie uzyskałam odpowiedzi bo Elyan już zaczął wspinać się po pnączach. Patrząc na niego wydawało się to łatwe. Sprawnie podciągał się rękoma i zapierał nogami jakby robił to od dziecka.
- Nie mamy zabezpieczeń. - powiedział Josh kiedy nadal stałam na ziemi nie pewna tego czy dam radę. - Nie ma wyjścia. Ja musiałem się zmienić by tu dotrzeć. Ty musisz użyć całej swojej niewielkiej siły by wdrapać się na szczyt.
- Nie jestem aż taka słaba. - broniłam się.
Widocznie go nie przekonałam, bo wpatrywał się we mnie z wyzwaniem w oczach i lekkim rozbawieniem. Nie udało mi się nawet wmówić tego sobie, a co dopiero jemu. 
Nie mając innego wyboru chwyciłam pnącze, które wydawało mi się najmocniejsze i podciągnęłam się rękoma.
- Pamiętaj by opierać swój ciężar na nogach. One są silniejsze od rąk. Nie wchodź wyżej jeśli nie będziesz miała gdzie postawić stopy. - poradził z dołu.
Pokiwałam głową na znak, że zrozumiałam radę i powoli ruszyłam w górę. Droga była ciężka. W połowie nie czułam już w ogóle rąk. Nogi też ledwo sobie radziły. Spojrzałam w górę sfrustrowana. Jeszcze spory kawałek przede mną, a Elyan już prawie kończył wspinaczkę. Dostrzegłam, że tuż pode mną pewnie podciąga się Josh. Widziałam, że nie jest zafascynowany moim wolnym tempem, ale powstrzymał się od uwag. Nie pospieszał mnie. Czasami tylko cicho mówił gdzie postawić stopę lub za jaki korzeń się złapać. Byłam wdzięczna za jego asekuracje. Zwłaszcza, że w pewnym momencie noga ześlizgnęła mi się z pnączy. Gdyby nie jego ramię, na którym się wsparłam runęłabym parę metrów w dół. 
Mimo ogromnych bóli mięśni i ogarniającego zmęczenia nie rezygnowałam. Nie teraz kiedy byliśmy już tak blisko. Przybyłam tutaj by uratować przyjaciela i nie mogę tego zawalić przez jakiś czarny mur. Wysoki, czarny mur.
Pod koniec zauważyłam, że Elyan się wychyla i wyciąga do mnie rękę. Chwyciłam ją od razu. Bez problemu podciągnął mnie do góry, kończąc moją męczarnie. Opadłam na podłogę wyczerpana. Dziękowałam w duchu, że to już koniec bawienia się w zdobywce szczytów.
Zaraz za mną pojawił się Josh. Nie wyglądał nawet na zdyszanego. Jego oddech był równy jakby był po lekkim spacerku ewentualnie po przebieżce. Najwidoczniej tylko ja miałam tutaj słabą kondycję.
- Jest tylko jeden strażnik po drugiej stronie. - stwierdził Elyan
- Nie wydaje się to wam podejrzane. - rzucił Josh – Gość ściąga do Gretilis watahy wilkołaków, tworzy armię i tylko jednego z nich ustawia na obserwację terenu. Coś tutaj nie gra.
- Lepiej dla nas. Nie ma co tracić czasu. W każdej chwili mogą pojawić się inni. Podczas waszej długiej drogi tutaj, ja zlokalizowałem schody prowadzące na dół. Wydają się czyste. 
- Czyste? - wydyszałam bo nadal ledwo mogłam nabrać powietrze. 
- Chodzi o to, że nie ma tam nieproszonych gości. - wyjaśnił. - Dasz radę iść.
Odgarnęłam przyklejone do czoła mokre włosy i podniosłam się z kamiennej posadzki. Kiedy upewnili się, że utrzymam się na nogach ruszyli w stronę jednej z wież. Na chwilę przystanęłam by się rozejrzeć. Wbrew pozorom nie było tutaj wcale tak wysoko. Dach zamku ledwo co wznosił się ponad czubki drzew. W oddali było jeszcze widać przerzedzony dym unoszący się nad zdewastowaną wioską, ogromne lasy, które obejmowały każdy skrawek terenu aż po sam horyzont, a po drugiej stronie góry. Strome szczyty pokryte śniegiem i szarymi skałami. Kiedy się tutaj przenieśliśmy i widziałam je z daleka, nie wydawały się aż tak potężne. 
- Idziesz?
Głos Josha wyrwał mnie z podziwiania krajobrazu. Otrząsnęłam się i ruszyłam za nimi.

***
Schody wieży prowadzące w dół były wąskie i śliskie. Podpierając się ściany ostrożnie podążałam za Elyanem. Josh trzymał się z tyłu i co jakiś czas zaglądał za siebie by sprawdzić czy nikt nas nie zachodzi. Cytadela w środku była nie oświetlona. Czarny kamień pokrywał podłogę, strop i ściany. Nie ułatwiało to marszu. Zachowywaliśmy się cicho i staraliśmy się wychwycić każdy dźwięk. Elyan wyciągnął zza paska lodowe ostrze, które było moim punktem zaczepienia. Rzucało się w oczy przez swój wewnętrzny blask.
- Zaczekajcie. - wyszeptał po jakimś czasie Josh.
Oboje obróciliśmy się w jego stronę w tym samym momencie.
- O co chodzi? - spytałam szybko.
- Wiem, że już to mówiłem, ale gdzie do cholery są wszyscy. Tu jest cicho jak w grobie.
Jakby na zawołanie z drugiego końca korytarza dobiegł do nas dźwięk otwieranych drzwi. Głośny i skrzypiący. Elyan bez zastanowienia niemal pobiegł w tamtym kierunku. Stałam oszołomiona w bezruchu.
- Zdaje się, że twój wybawca cię zostawił. - zadrwił Josh – To znaczy wybawca Matta. A tak się zaklinał, że ci pomoże.
- Może tam jest Matt.- głos mi się załamał.
- Przecież to idiotyczne. Zapewne jest trzymany gdzieś na samym dole w jakiejś obskurnej klatce.
Przed oczami stanął mi zeszły sen. Krzyk Matta wypełniający zimną celę. Bat ze świstem przecinający jego posiniaczoną skórę.
- Albo jest mu tutaj jak w niebie i cieszy się z towarzystwa odnalezionego ojca. - dokończył
Posłałam mu ponure spojrzenie, którego zapewne nie dostrzegł przez panującą ciemność i ruszyłam w stronę, którą pobiegł Elyan. Usłyszałam za plecami długie westchnienie, a potem kroki. 
W końcu korytarz się skończył. Po lewej stronie pojawiły się ciężkie, drewniane drzwi z zardzewiałymi, potężnymi zawiasami. Kiedy chciałam je pchnąć poczułam dłoń na ramieniu. Josh odciągnął mnie do tyłu i wszedł pierwszy.
Jak tylko wrota się otworzyły uderzyła mnie fala ciepła i światła. Musiałam mrużyć oczy by przyzwyczaiły się do blasku. Kiedy tak się stało niemal cofnęłam się do tyłu.
 Staliśmy w ogromnej sali. Na ścianach zawieszone były pochodnie, a każda zapalona. Po środku niej stał długi, potężny stół z mnóstwem krzeseł. Za jednym z nich stał Elver, a tuż przed nim nieruchomo na podłodze leżał Elyan.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz