Czarny
zamek
-
Forteca mówiłeś? - zakpił Josh.
Po
długiej drodze przez las w końcu znaleźliśmy budynek, o którym
wspomniał Elyan. Jazda na grzbiecie tygrysa była jeszcze
trudniejsza niż na Qunisie. Mimo, że Josh starał się być
ostrożny i zatrzymywał się kiedy czuł, że zsuwam się z
grzbietu. Było to dla mnie trochę dziwne. Widziałam, że jako
tygrys jest zupełnie inny, ale nie mogłam pozbyć się uczucia, że
siedzę na plecach Josha.
Klimat
w tej części wymiaru rzeczywiście był chłodniejszy. W niektórych
miejscach było widać zaspy śniegu.
-
Nie wiedziałem, że jest taka... - Elyan nie mógł dobrać słów
-
Zaniedbana, opuszczona, zrujnowana, ledwo trzymająca się w pionie i
praktycznie nie widoczna przez swój niewielki rozmiar. To właśnie
chciałeś powiedzieć? - zaśmiał się Josh.
Oboje
już wrócili do swoich ludzkich postaci. Staliśmy przed budowlą co
najmniej trzy razy mniejszą niż dom Towena. Gdyby nie dwie
szpiczaste wieże i wysokie mury obronne z prowizoryczną fosą nie
wpadłabym na to, że jest to zamek. Czarne cegły wbrew temu co
powiedział Josh kontrastowały z suchą, żółtawą trawą i
szarobiałym śniegiem. Wątpiłam czy rzeczywiście trafiliśmy do
dobrego miejsca. Budynek ledwo się utrzymywał. Zdawało mi się, że
wieże lekko się kołyszą pod wpływem wiatru. Miałam wrażenie,
że tylko dzięki grubym konarom, które obrosły mur z każdej
strony, budowla jeszcze się trzyma.
-
Myślisz, że tutaj jest? - spytałam
Siedzieliśmy
schowani w krzakach i obserwowaliśmy teren.
-
Nie ma nawet patroli. Gdybym chciał się ukryć przed światem
wolałbym wiedzieć jakby ktoś się zbliżał. - stwierdził Josh.
-
To tutaj. - odpowiedział pewnie Elyan. - Spójrzcie
Wskazał
palcem na szczyt muru po prawej, najbardziej od nas oddalonej części.
Zauważyłam jakiś ruch. Zdaje się, że ktoś chodził po kamiennej
fasadzie.
-
Wilkołaki. - wysyczał Josh
Stał
napięty obok mnie. Jego ręka odruchowo powędrowała do noża
przypiętego na nodze i zacisnęła się na jego rękojeści. Wzrok
miał utkwiony prosto w przeciwnika. Dopiero po chwili zorientowałam
się, że szykował się do rzutu. Elyan szybkim ruchem powstrzymał
jego rękę.
-
Może ich być więcej. Zaalarmują Elvera, że ktoś się przedarł.
Lepiej zajdźmy zamek od tyłu. Wespniemy się po pnączach.
Jak
powiedział tak uczyniliśmy. Cicho jak myszy zakradliśmy się pod
kamienny mur w miejscu gdzie był najbliżej lasu tak by nie było
nas widać. Zdaje się, że nie było więcej strażników, bo nie
słyszeliśmy nagłych krzyków, ani rozkazów o ataku. Z bliska grube
pnącza były jeszcze bardziej potężne. Otaczały budynek jakby po
to właśnie tutaj wyrosły. Tworzyły zgrubiałą i mocną skorupę.
Wyglądały
imponująco choć w niektórych miejscach odrywały się od kamienia.
-
Pójdę pierwszy. - zaproponował Elyan – Nicole ty tuż za mną.
Jakby spadła staraj się ją złapać. - powiedział do Josha
-
Że co? - zawahałam się.
Nie
uzyskałam odpowiedzi bo Elyan już zaczął wspinać się po
pnączach. Patrząc na niego wydawało się to łatwe. Sprawnie
podciągał się rękoma i zapierał nogami jakby robił to od
dziecka.
-
Nie mamy zabezpieczeń. - powiedział Josh kiedy nadal stałam na
ziemi nie pewna tego czy dam radę. - Nie ma wyjścia. Ja musiałem
się zmienić by tu dotrzeć. Ty musisz użyć całej swojej
niewielkiej siły by wdrapać się na szczyt.
-
Nie jestem aż taka słaba. - broniłam się.
Widocznie
go nie przekonałam, bo wpatrywał się we mnie z wyzwaniem w oczach
i lekkim rozbawieniem. Nie udało mi się nawet wmówić tego sobie, a
co dopiero jemu.
Nie
mając innego wyboru chwyciłam pnącze, które wydawało mi się
najmocniejsze i podciągnęłam się rękoma.
-
Pamiętaj by opierać swój ciężar na nogach. One są silniejsze od
rąk. Nie wchodź wyżej jeśli nie będziesz miała gdzie postawić
stopy. - poradził z dołu.
Pokiwałam
głową na znak, że zrozumiałam radę i powoli ruszyłam w górę.
Droga była ciężka. W połowie nie czułam już w ogóle rąk. Nogi
też ledwo sobie radziły. Spojrzałam w górę sfrustrowana. Jeszcze
spory kawałek przede mną, a Elyan już prawie kończył wspinaczkę.
Dostrzegłam, że tuż pode mną pewnie podciąga się Josh.
Widziałam, że nie jest zafascynowany moim wolnym tempem, ale
powstrzymał się od uwag. Nie pospieszał mnie. Czasami tylko cicho
mówił gdzie postawić stopę lub za jaki korzeń się złapać.
Byłam wdzięczna za jego asekuracje. Zwłaszcza, że w pewnym
momencie noga ześlizgnęła mi się z pnączy. Gdyby nie jego ramię,
na którym się wsparłam runęłabym parę metrów w dół.
Mimo
ogromnych bóli mięśni i ogarniającego zmęczenia nie
rezygnowałam. Nie teraz kiedy byliśmy już tak blisko. Przybyłam
tutaj by uratować przyjaciela i nie mogę tego zawalić przez jakiś
czarny mur. Wysoki, czarny mur.
Pod
koniec zauważyłam, że Elyan się wychyla i wyciąga do mnie rękę.
Chwyciłam ją od razu. Bez problemu podciągnął mnie do góry,
kończąc moją męczarnie. Opadłam na podłogę wyczerpana.
Dziękowałam w duchu, że to już koniec bawienia się w zdobywce
szczytów.
Zaraz
za mną pojawił się Josh. Nie wyglądał nawet na zdyszanego. Jego
oddech był równy jakby był po lekkim spacerku ewentualnie po
przebieżce. Najwidoczniej tylko ja miałam tutaj słabą kondycję.
-
Jest tylko jeden strażnik po drugiej stronie. - stwierdził Elyan
-
Nie wydaje się to wam podejrzane. - rzucił Josh – Gość ściąga
do Gretilis watahy wilkołaków, tworzy armię i tylko jednego z nich
ustawia na obserwację terenu. Coś tutaj nie gra.
-
Lepiej dla nas. Nie ma co tracić czasu. W każdej chwili mogą
pojawić się inni. Podczas waszej długiej drogi tutaj, ja
zlokalizowałem schody prowadzące na dół. Wydają się czyste.
-
Czyste? - wydyszałam bo nadal ledwo mogłam nabrać powietrze.
-
Chodzi o to, że nie ma tam nieproszonych gości. - wyjaśnił. -
Dasz radę iść.
Odgarnęłam
przyklejone do czoła mokre włosy i podniosłam się z kamiennej
posadzki. Kiedy upewnili się, że utrzymam się na nogach ruszyli w
stronę jednej z wież. Na chwilę przystanęłam by się rozejrzeć.
Wbrew pozorom nie było tutaj wcale tak wysoko. Dach zamku ledwo co
wznosił się ponad czubki drzew. W oddali było jeszcze widać
przerzedzony dym unoszący się nad zdewastowaną wioską, ogromne
lasy, które obejmowały każdy skrawek terenu aż po sam horyzont, a
po drugiej stronie góry. Strome szczyty pokryte śniegiem i szarymi
skałami. Kiedy się tutaj przenieśliśmy i widziałam je z daleka,
nie wydawały się aż tak potężne.
-
Idziesz?
Głos
Josha wyrwał mnie z podziwiania krajobrazu. Otrząsnęłam się i
ruszyłam za nimi.
***
Schody
wieży prowadzące w dół były wąskie i śliskie. Podpierając się
ściany ostrożnie podążałam za Elyanem. Josh trzymał się z tyłu
i co jakiś czas zaglądał za siebie by sprawdzić czy nikt nas nie
zachodzi. Cytadela w środku była nie oświetlona. Czarny kamień
pokrywał podłogę, strop i ściany. Nie ułatwiało to marszu.
Zachowywaliśmy się cicho i staraliśmy się wychwycić każdy
dźwięk. Elyan wyciągnął zza paska lodowe ostrze, które było
moim punktem zaczepienia. Rzucało się w oczy przez swój wewnętrzny
blask.
-
Zaczekajcie. - wyszeptał po jakimś czasie Josh.
Oboje
obróciliśmy się w jego stronę w tym samym momencie.
-
O co chodzi? - spytałam szybko.
-
Wiem, że już to mówiłem, ale gdzie do cholery są wszyscy. Tu
jest cicho jak w grobie.
Jakby
na zawołanie z drugiego końca korytarza dobiegł do nas dźwięk
otwieranych drzwi. Głośny i skrzypiący. Elyan bez zastanowienia
niemal pobiegł w tamtym kierunku. Stałam oszołomiona w bezruchu.
-
Zdaje się, że twój wybawca cię zostawił. - zadrwił Josh – To
znaczy wybawca Matta. A tak się zaklinał, że ci pomoże.
-
Może tam jest Matt.- głos mi się załamał.
-
Przecież to idiotyczne. Zapewne jest trzymany gdzieś na samym dole
w jakiejś obskurnej klatce.
Przed
oczami stanął mi zeszły sen. Krzyk Matta wypełniający zimną
celę. Bat ze świstem przecinający jego posiniaczoną skórę.
-
Albo jest mu tutaj jak w niebie i cieszy się z towarzystwa
odnalezionego ojca. - dokończył
Posłałam
mu ponure spojrzenie, którego zapewne nie dostrzegł przez panującą
ciemność i ruszyłam w stronę, którą pobiegł Elyan. Usłyszałam
za plecami długie westchnienie, a potem kroki.
W
końcu korytarz się skończył. Po lewej stronie pojawiły się
ciężkie, drewniane drzwi z zardzewiałymi, potężnymi zawiasami.
Kiedy chciałam je pchnąć poczułam dłoń na ramieniu. Josh
odciągnął mnie do tyłu i wszedł pierwszy.
Jak
tylko wrota się otworzyły uderzyła mnie fala ciepła i światła.
Musiałam mrużyć oczy by przyzwyczaiły się do blasku. Kiedy tak
się stało niemal cofnęłam się do tyłu.
Staliśmy
w ogromnej sali. Na ścianach zawieszone były pochodnie, a każda
zapalona. Po środku niej stał długi, potężny stół z mnóstwem
krzeseł. Za jednym z nich stał Elver, a tuż przed nim nieruchomo na
podłodze leżał Elyan.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz