Pierwsza
noc
Kiedy
Elyan wrócił, my siedzieliśmy na pozostałości mebli. Obok nas
stały dwa wiadra z wodą. Żadne z nas nie odważyło się jej
spróbować, ani zamoczyć w niej ręki. To był dom czarodzieja, a oni
lubią różnego rodzaju mikstury.
-
Tyle znaleźliśmy. - zaczął Josh wskazując na wiadra.
Elyan
podszedł i spojrzał na połyskującą ciecz.
-
Woda. - stwierdził – Jedną wykorzystamy by się umyć. Drugie
zostawcie do wypicia.
Z
ukosa zerknęłam na Josha. Mięśnie miał napięte jakby gotował
się do ataku. Mimo to odwrócił się do mnie i podał pierwsze
wiadro.
-
Idź pierwsza. Tylko nie zużyj wszystkiego. - zaśmiał się.
-
Zaczekaj. - powstrzymał mnie Elyan.
Wyszedł
do sąsiedniego pomieszczenia, które jak wcześniej sprawdziliśmy
było sypialnią. Jedynym pomieszczeniem, które nie było
zniszczone. Szybko wrócił trzymając w dłoniach jakieś materiały.
-
Musicie wyprać swoje ubrania. Do rana powinny wyschnąć. Do tego
czasu załóżcie coś z tego.
Oboje
ruszyliśmy w stronę ubrań. Sięgnęłam po nie pierwsza, bo Josh
zatrzymał się tuż przed nimi i wygiął usta w grymasie.
-
Zawszone ciuchy starca. Lepiej być nie może.
Szturchnęłam
go łokciem, dając do zrozumienia by się zamknął.
Elyan
nie skomentował uwagi Josha. Podszedł do ciała i uklęknął.
Ściągnął zawieszoną na szyi wąską klepsydrę z czarnym
piaskiem, położył ją na klatce piersiowej mężczyzny w miejscu
gdzie było już nie bijące serce i zakrył ją dłońmi. Głowę
miał pochyloną tak, że włosy zasłaniały całą jego twarz.
Zaczął coś szeptać. Nie rozpoznawałam słów mimo ciszy jaka
panowała w środku.
-
Co on robi? - spytałam szeptem Josha
-
Nie wiem. Nie rozumiem mowy szaleńców.
Przewróciłam
oczami. Wepchnęłam mu w ręce ubrania i podeszłam bliżej do
Elyana. Nagle jego głowa mocno odchyliła się do tyłu. Jego
tęczówki przybrały barwę srebra i wyraźnie świeciły.
Krzyknęłam
i odsunęłam się do tyłu. Potknęłam się o coś.
Najprawdopodobniej upadłabym na ziemię, ale Josh podtrzymał mnie
ramionami. Kiedy stanęłam prosto, puścił mnie i sam podszedł do
Elyana. Kiedy już miał go szturchnąć ten nagle zgiął się w pół,
a z jego gardła wydobył się okrzyk bólu. Ręce opadły mu na
podłogę podtrzymując drżące ciało. Widziałam jak jego klatka
piersiowa szybko się porusza podczas gdy nabierał powietrza.
-
Trzeba coś zrobić. - powiedziałam przerażona. Chciałam rzucić
się obok i jakoś mu pomóc, ale Josh objął mnie w pasie i
odciągnął na bok. - Puść mnie. - rozkazałam
Nagle
Elyan się uspokoił. Uniósł głowę. Wyglądał normalnie. Tak
jakby zupełnie nic się nie stało. Jego twarz przed chwilą pełna
napięcia i bólu teraz była bez wyrazu. Spojrzał na nas, ale nic
nie powiedział. Mimo, że wpatrywaliśmy się w niego przerażeni i
zdezorientowani.
-
Co to było do cholery? - zdenerwował się Josh.
Elyan
bez słowa założył wisiorek na szyję i wrócił do starca.
Wyciągnął z kieszeni czarny kamień od Towena i ponownie zaczął
coś mówić.
Josh
stracił panowanie nad sobą. Podbiegł do Elyana i mocno szturchnął
go w ramię, obracając w swoją stronę.
-
Naprawdę nie lubię jak ludzie mnie ignorują. - warknął
Elyan
wstał i zrównał się z Joshem spojrzeniem.
-
Ja natomiast wcale im się nie dziwię, że to robią. - powiedział
ostro. - Mówiłem wam, żebyście się doprowadzili do porządku.
-
Mieliśmy taki zamiar. - wtrąciłam się – To ty coś odwalasz.
Josh
spojrzał na mnie zaskoczony i jednocześnie dumny.
-
Potrzebuję magii by sprowadzić nas z powrotem. - wyjaśnił – To
był czarodziej, teraz nie żyje więc nie będzie mu już potrzebna.
-
Okradasz zmarłych?
-
Robię wymianę. Przysługa za przysługę. On mi oddał swoją magię,
a ja w podziękowaniu deportuję go w jego wymiar by został tam
pochowany, a nie zeżarty przez miejscowe bestie.
-
Skąd wiesz, że nie chciałby być pochowany tutaj? - drążyłam
temat
-
A kto by chciał? To czyste piekło.
-
Być może dla niego takie nie było.
-
Wystarczy. - powstrzymał mnie Josh co było dla mnie zaskoczeniem. -
Niech robi co chce. Wszyscy jesteśmy zmęczeni. To był ciężki
dzień, powinniśmy odpocząć.
Przetarłam
twarz, wzięłam wiadro wody, ciuchy i wyszłam do pomieszczenia,
które wcześniej mogło być spiżarnią. Tylko ono było oddzielone
działającymi drzwiami więc, mogłam bez krępacji doprowadzić się do
ładu.
*
* *
Kiedy
wróciłam z powrotem do głównego pomieszczenia, poczułam ogromną
falę ciepła oraz mocny kwiatowy zapach. Na środku paliło się
ognisko. Nie było obawy przed zapaleniem całego domu, gdyż podłoga
zrobiona była ze zbitej ziemi. Zauważyłam, że przynieśli materac
z łóżka i kilka znalezionych ubrań. Elyan siedział na jednej z
nich natomiast Josh stał z boku. Kiedy zobaczył, że wyszłam z
prowizorycznej łazienki od razu ruszył w jej stronę. Bez słowa
mnie minął i zamknął za sobą drzwi.
-
Materac jest dla ciebie. - powiedział Elyan wpatrując się w ogień.
Płomienie oświetlały jego bladą twarz, uwydatniając wymalowane
na niej zmęczenie.
Zajęłam
przeznaczone dla mnie miejsce. Miło z ich strony, że mi je oddali,
podczas gdy sami musieli zadowolić się zwykłymi ścierkami.
Dookoła
ogniska porozkładane były jakieś bezlistne rośliny. Miały
długie, twarde łodygi zakończone licznymi żółtymi kwiatami,
które były najbliżej ognia. Kiedy się nad nimi pochyliłam,
zorientowałam się, że to one wydają ten zapach, który przepełnił
całą przestrzeń. Intensywny, połączenie cynamonu oraz cytrusów.
-
To odstrasza owady? - spytałam
Spojrzał
na mnie kpiąco.
-
Nie. Działa wręcz przeciwnie, ale nie na owady. Nie ma ich w tym
wymiarze. - Ton jego głosu sugerował, że kolejne pytania nie są
mile widziane. Zmienił się od momentu przybycia. Wydawał się
wrogi. - Nie zasłużył na śmierć. - powiedział – Nikomu nie
zagrażał. Żył tutaj samotnie. Nie powinni go zabijać.
-
Kto to był? Znałeś go, prawda?
-
Był moim mentorem. - wyjaśnił ochryple – Żywą encyklopedią.
Wiedział wszystko o wszystkim. Kiedy coś było dla niego zagadką,
dociekał aż w końcu ją odkrył. Nauczył mnie, że wiedza to
potężne narzędzie, a w połączeniu z magią może okazać się
niebezpieczne.
-
Jak właściwie nauczyłeś się jej używać? - wtrąciłam –
Myślałam, że tylko czarownicy to potrafią.
-
Magia nie należy do nikogo. Jest obojętną energią, ale łatwo się
przywiązuje. Dlatego tak boli kiedy się ją komuś odbiera lub
oddaje. To tak jakby oderwać kawałek siebie. Korzystanie z niej
wymaga ogromnej koncentracji oraz pracy umysłu. Czarownicy uczą się
tego od małego, rodzą się z magią dlatego jest im łatwiej. Ja
spędziłem lata by się tego nauczyć.
-
Myślałam, że byłeś zabójcą. - wyrwało mi się
Spojrzał
na mnie jakby chciał się zapytać skąd to wiem.
-
Byłem. Doszedłem do wniosku, że siła fizyczna czasami zawodzi.
Postanowiłem obrać inną ścieżkę.
-
Więc kim teraz jesteś? Zmiennokształtnym czy czarodziejem?
-
Nie można zmienić tego kim się jest, a jedynie to udoskonalić.
Jestem i zawsze będę jednym z Bakenaków nawet jeśli nie znajduję
się już w Księdze Życia.
To
musiało być straszne. Pozbawionym własnego dziedzictwa, swojego
drzewa genealogicznego. Co prawda ja takowego nie posiadałam, ale wiem
jak wiele ono znaczy dla Zmiennokształtnych. Musi skoro tak
ostrożnie obchodzą się z tą księgą.
-
Pierwszy zajmę wartę. - powiedział Josh
Nawet
nie zauważyłam kiedy wszedł do pokoju.
-
Jak chcesz. - zgodził się Elyan. Myślałam, że się sprzeciwi i
znowu będzie awantura. Najwyraźniej był bardziej zmarnowany niż
myślałam. - Obudź mnie jak coś zobaczysz. Jakikolwiek ruch za
oknem.
Po
tych słowach położył się na ziemi i przykrył czymś co
wcześniej służyło za zasłonę.
Josh
podszedł do mnie z jakimś drewnianym naczyniem.
-
Trzymaj. To woda z drugiego wiadra. My już piliśmy.
Zupełnie
zapomniałam o pragnieniu. Wzięłam od niego kubek.
-
Dziękuję. - uśmiechnęłam się.
Jego
usta lekko się wygięły. Odsunął się i podszedł do okna.
Zauważyłam, że podczas gdy ja się myłam oni naprawili drzwi. Już
nie wisiały na zawiasach, tylko stały pionowo oparte o ścianę,
częściowo zasłaniając wejście.
Wypiłam
całą porcje wody i położyłam się na materacu.
***
Stałam
w brudnym, ciemnym i wilgotnym pomieszczeniu, otoczona przez smród
zgnilizny i pleśni. Powietrze było chłodne i ciężkie. Z daleka
dochodził do mnie męski głos. Powoli ruszyłam w jego kierunku po
kamiennej posadce. Ściany były wykonane z tego samego materiału.
Wielkie, szare i nierówne cegły. Po prawej stronie zaczęły się
pojawiać więzienne cele. Malutkie, umieszczone w ścianach wnęki
zagrodzone kratami. Z jednej z nich ujrzałam dochodzące żółte
światło.
-
Nigdy nie będę taki jak ty! - usłyszałam krzyk.
Od
razu rozpoznałam głos. To był Matthew. Rzuciłam się biegiem w
stronę blasku. Kiedy skręciłam przed oczami pojawił mi się
straszny obraz. Zakryłam usta dłonią powstrzymując krzyk.
Matt
wisiał w powietrzu, przypięty kajdanami do sufitu. Z jego
nadgarstków ściekała krew. Oczy miał podpuchnięte. Całe ciało
pokrywały cięte rany i siniaki. Nie miał koszuli przez co
widziałam jaki był chudy. Mogłam policzyć jego żebra i kręgi.
Włosy straciły swój czarny połysk. Teraz były wyblakłe i
pokryte kurzem.
-
Już się taki stajesz. Musisz jeszcze tylko się zmienić. -
powiedział mężczyzna stojący przed nim. Był odwrócony do mnie
plecami, ale od razu go rozpoznałam mimo, że widziałam go tylko w
swoich wizjach. Długie czarne warkocze sięgały połowy jego
pleców.
Wyminęłam
go by spojrzeć na całą sytuacje z boku. Nie zwracali na mnie
uwagi. Zupełnie jakby mnie tam nie było.
-
Nie zmienię się. - wychrypiał Matt – Nie będę częścią
twojego chorego planu.
-
Przemiana nastąpi. Wiem to. Trzeba tylko jakoś ją wywołać skoro
sam ją powstrzymujesz. Nie będziesz zadowolony ze środków, ale
zależy mi na czasie. - uśmiechnął się z wyższością.
Mimo
nikłego światła, które pochodziło z pochodni zawieszonej na
ścianie zauważyłam błysk w jego oczach. Odsunął się pod
ścianę. Zza jego pleców wyszło dwóch mężczyzn. Rozpoznałam
jednego z nich. Był w lesie kiedy przybyliśmy po Matta. Drugi miał
w ręku długi brązowy bicz. Obraz zaczął się rozmazywać w
momencie kiedy wystrzelił nim przecinając plecy Matta.
Wrzasnęłam
kiedy jego ciało wygięło się pod wpływem bólu.
Poczułam,
że spadam. Więzienna cela zaczęła się pomniejszać. Wszystko
było jakby za szkłem, poza odgłosem bicza uderzanego o skórę
przyjaciela....
Otworzyłam
oczy przerażona. Leżałam na materacu. Kołdra była całkowicie
zmiętolona u moich stóp. Ognisko jeż się nie paliło. Po drugiej
stronie spokojnie spał Josh. Jego klatka powoli unosiła się i
opadała. Wcześniej nie zauważyłam, że tak naprawdę się nie
przebierał. Jego ubranie było czyste. Nie było już na nim krwi.
Podczas gdy ja miałam na sobie podarte i drażniące skórę ciuchy
zmarłego gospodarza.
W
domku było cicho poza głuchymi dźwiękami dobiegającymi z
sąsiedniego pomieszczenia. Szybko się ubrałam i poszłam sprawdzić
co się dzieje. Sypialnia wczoraj jeszcze będąca w normalnym stanie
dziś wyglądała jak reszta domu. Łóżko wywrócone było do góry
nogami. Wszystko co stało na półkach walało się teraz na ziemi.
Elyan siedział na podłodze i nerwowo przerzucał strony książek
czegoś szukając.
-
Tak szanujesz pamięć po przyjacielu? - skomentowałam
Moje
słowa nie oderwały go od poszukiwań. Przykleił się do ściany i
zaczął w nią pukać, dokładnie przy tym nasłuchując.
-
Złotowłosy książę już się obudził? - spytał kiedy
zrezygnował ze sprawdzania kamiennej ściany.
-
Jeszcze nie. Która właściwie jest godzina?
-
Czas płynie tu trochę inaczej. Ale na zewnątrz widno jest od jakiś
pięciu godzin.- Minął mnie i wyszedł do głównego
pomieszczenia. Podparł się pod boki i westchnął. - Mogłem trochę
przesadzić. - stwierdził patrząc z uśmiechem na Josha
-
Z czym?
-
Wiedziałem, że nie będzie chciał tak łatwo zasnąć, ale musiał
odpocząć kiedy miałem zmienić wartę, więc rozpuściłem mu
trochę ziół nasennych w kubku z wodą.
-
Josh chciał herbatę nasenną? - zdziwiłam się.
-
Nie. - zaśmiał się Elyan.- Powiedzmy, że nie był świadomy tego
co pije.
Wybałuszyłam
oczy ze zdziwienia.
-
Zwariowałeś? Zabije cię kiedy się dowie.
Odgarnął
włosy z twarzy i uśmiechnął się do siebie rozbawiony moimi
słowami lub tym co sobie po nich wyobraził.
-
Póki co wydaje się nie groźny. Szkoda, że nie ssie kciuka. -
zażartował.
Na
chwilę zniknął w spiżarni, w której wczoraj się przebierałam.
Kiedy wrócił miał ze sobą drewnianą tacę z czymś ciemnym co z
wyglądu przypominało ciasto. Przełamał jeden z nich na pół i
oddał mi kawałek.
Kiedy
niepewnie patrzyłam na jego rękę, wyjaśnił.
-
To coś w rodzaju chleba. Zjedz. Jest dobry. Nie mamy co liczyć na
lepszy posiłek.
Sięgnęłam
po jedzenie. Faktycznie wyglądał i smakował jak normalny chleb.
Był tylko trochę słodszy i miał inną barwę, ciemniejszą w
niektórych miejscach trochę fioletową. Dopiero kiedy skończyłam
jeść uświadomiłam sobie jaka byłam głodna. Sięgnęłam po
jeszcze jeden kawałek i zjadłam go już mniej zachłannie.
-
Z czego właściwie jest zrobiony? - spytałam z pełną buzią.
-
Z tutejszych roślin. Mój nauczyciel uwielbiał je badać. Odkrył,
że większość znajdujących się tutaj kwiatów ma podobne
właściwości do tych znajdujących się w naszym wymiarze. Zawsze
był lekko szalony. Sam próbował wszystkich przysmaków. Nie raz
przez to chorował. Kiedyś spróbował owoców rosnących na niskich
krzewach, które z wyglądu przypominały maliny. Był pewien, że
nie będą groźne. Zadziałały od razu. Przez tydzień leżał
sparaliżowany. Mógł jedynie ruszać ustami, choć i to czasami
było trudne. Miał szczęście, że wtedy byłem w pobliżu. Akurat
miałem wyjeżdżać. Szukałem go by się pożegnać. Znalazłem go
w lesie leżącego sztywno na ziemi. Zaniosłem go do łóżka. Kazał
mi przynosić różne zioła by odwrócić efekt owoców. W końcu
objawy przeszły same. Powoli odzyskiwał czucie w kończynach.
Pamiętam jak byłem na niego wściekły, że tak ryzykuje. On tylko
się uśmiechnął i powiedział, że warto jest się poświęcić w
imię nauki. Totalny świr. - zaśmiał się – Potem jeszcze przez
trzy dni udawał, że jest chory. Latałem dookoła niego jak
służący. Oczywiście był zadowolony dopóki nie przyłapałem go
jak chodzi po pokoju. Tłumaczył się, że chciał trochę dłużej
poodpoczywać bo łóżko jest dla niego największym skarbem od
razu po wiedzy. Wbrew pozorom był strasznie leniwym człowiekiem.
Specjalnie musiałem wracać do jego domu w Krantis by przywieść mu
materac... - przerwał nagle i spojrzał na podłogę w miejsce gdzie
spałam. - A to cwany szczur! - warknął.
Odrzucił
jedzenie z powrotem na tace i podbiegł do materaca. Wyciągnął
trzymany przy nodze nóż i rozciął materiał. Chciałam coś
krzyknąć by tego nie robił, ale się powstrzymałam. Myślałam, że
być może jeszcze będziemy go potrzebować.
Na
podłogę wysypały się białe piankowe kulki przypominające płatki
śniegu. Zaczął grzebać we wnętrznościach materaca, szybko
wyrzucając wszystko na zewnątrz. Sprężyny wyleciały na posadzkę
z głośnym brzękiem. Odruchowo spojrzałam na Josha. Nie
zareagował. Nadal spokojnie przewracał się na podłodze.
-
Jest. - krzyknął zadowolony Elyan.
W
ręce trzymał żółtą kopertę. Nie wyglądała jakoś
szczególnie. Rozerwał ją nerwowo i wyciągnął foliowy woreczek.
Podeszłam bliżej by się przyjrzeć temu czego tak uporczywie
szukał. W środku była jakaś wysuszona gałązka z
biało-granatowym kwiatem o złotych pręcikach. Wyglądała naprawdę
niezwykle. Nie była dłuższa niż ludzka dłoń. Łodygę oplatały
czarne liście z białymi żyłkami. Nigdy czegoś takiego nie
widziałam.
-
Co to? - spytałam oszołomiona.
-
Nocny kwiat. - powiedział ochrypłym głosem. - Przez lata czekałem
aż mi go podaruje. Brakuje jeszcze tylko...- urwał i otrząsnął
się. Odchrząknął nerwowo. Schował woreczek z kwiatem do kieszeni
i powiedział poważnym głosem. - Myślę, że możemy już opuścić
ten dom. Szkoda czasu.
Miałam
ochotę na niego nakrzyczeń. Byłam przekonana, że gdyby go nie
znalazł nie chciałby stąd wychodzić. Zaczęłam się zastanawiać
czy powodem jego przybycia tutaj nie była właśnie ta roślina.
Powstrzymałam się od komentarza. Skoro miał swój własny plan
poznam go w inny sposób. Okaże się, czy naprawdę chce mi pomóc
czy tylko myśli o swoich zachciankach.
-
W porządku. - powiedziałam opanowanym głosem.
Wyglądał
jakby mu ulżyło. Nie wykonał jakiś mówiących o tym gestów, ale
widziałam to w jego oczach. Być może obawiał się, że zacznę go
wypytywać. Póki co nie miałam takiego zamiaru.
-
Choć. - powiedział. - Pokażę ci nasz transport.
-
Transport? - zdziwiłam się
Podążyłam
za nim na zewnątrz.
-
Pamiętasz rośliny przy ognisku, które wydawały tak mocny zapach?
- Niepewnie pokiwałam głową – Były po to by je zwabić.
Wskazał
ręką przed siebie. Wzrokiem powędrowałam w kierunku, który
wskazywał. Cofnęłam się o krok kiedy zobaczyłam co pokazywał.
Przed nami stały dwa dziwaczne stworzenia przywiązane sznurem do
jednego z drzew. Wyglądały jak połączenie konia z psem lub
wilkiem. Miały długie owłosione łapy zakończone pazurami,
szorstką sierść w odcieniach brązowego złota przeplatającego
się z bielą i czerwienią. Ogon zdecydowanie wyglądał jak koński.
Był długi i prosty. Wzrostem mogły nawet przewyższać ziemskie
wierzchowce. Najbardziej specyficzny był pysk. Kufa jak u psa, ale
uszy długie i szpiczaste jak u zwierząt kopytnych. Zaczęłam się
zastanawiać jak wyglądają ich zęby.
-
To Qunisy. - wyjaśnił. - Żyją w górach. Uwielbiają kwiaty,
które przyniosłem. Niezwykłe stworzenia. Gracja i siła konia, ale
wierność i zawziętość wilka. Udamy się na nich w dalszą drogę.
-
Nie ma mowy. - Wycofywałam się. – Nie wsiądę na to.
Zauważyłam
błysk jego białych zębów kiedy szyderczo się uśmiechnął. Nim
zdążyłam uciec złapał mnie w tali i siłą zaciągnął pod pysk
zwierzęcia. Wyrywałam się krzycząc, ale nie zareagował.
-
Nie bój się. Są przyjacielskie.
Przykleiłam
się plecami do niego kiedy zwierzę zaczęło mnie obwąchiwać.
Nagle się cofnęło i zaczęło przebierać nogami w miejscu.
-
Co on robi?
-
Zapomniałem – powiedział nerwowo. - One nienawidzą brunetek.
-
Jak to? - zesztywniałam
Poczułam
jego wibrujący brzuch kiedy się zaśmiał.
-
To nie jest zabawne. - warknęłam.
-
Wyluzuj.
Podniósł
mnie do góry i mimo licznych kopniaków jakie mu zadałam posadził
mnie na grzbiecie Qunisa. Był bardzo wysoki. Spojrzałam w dół na
twarz Elyana. Szeroko się uśmiechał.
-
Lubi cię. - stwierdził.
-
Skąd wiesz?
-
Qunisy to w większości samce. A te nigdy nie odmawiają towarzystwa
uroczych dam.
Podszedł
do drzewa i zaczął odwiązywać sznurek.
-
Zaczekaj! - zaprotestowałam. - Ja nie wiem jak kierować?
-
Nie musisz umieć. Ja pokieruję alfą. - wskazał na zwierzę obok.
- Twój podąży za moim nawet w ogień. Łączą ich silne więzi.
Zwłaszcza, że są parą.
Zwierzę
nawet nie drgnęło kiedy je uwolnił. Spokojnie stało obok swojej
wybranki. Czułam jego każdy ruch. Jego klatkę piersiową kiedy
spokojnie oddychał przez ogromne końskie nozdrza. Gęstą sierść,
która z daleka wydawała się szorstka w rzeczywistości okazała
się delikatna i puszysta. Ostrożnie pogłaskałam zwierzę po
długiej szyi.
-
One są do tego przyzwyczajone? - spytałam – Do tego, że ktoś na
nich jeździ?
-
Te tak. Zostały oswojone.
-
Prze kogo?
-
Prze mnie. Chyba nie sądzisz, że cały swój czas spędziłem na
nauce. Miałem inne rozrywki. - mrugnął okiem.
Wolałam
sobie nie wyobrażać jakie.
-
A co z Joshem? - spytałam. - Są tylko dwa Qunisy. Poza tym on jest
całkowicie nieprzytomny.
-
Mogę go przerzucić przez grzbiet.
Rzuciłam
mu gniewne spojrzenie.
-
Nie może po prostu bezwładnie zwisać. - zaprotestowałam
-
No to go zostawimy. - westchnął
-
Elyan! - krzyknęłam nie za głośno by nie spłoszyć zwierząt.
-
Dobra. - podniósł ręce w geście poddania. - Może uda się go
jakoś obudzić.
Ruszył
z powrotem w stronę domku. Powoli przerzuciłam nogę przez grzbiet
Qunisa i opadłam na ziemię zupełnie pozbawiona gracji. Kiedy
chwiejnie stałam na ziemi, samiec wydawał się jeszcze wyższy niż
kiedy na nim siedziałam. Wyciągnął głowę w moim kierunku.
Powstrzymałam odruch cofnięcia reki i pogłaskałam zwierzę po
pysku, który okazał się mniej owłosiony niż reszta ciała. Był
cieplejszy i delikatniejszy niczym skóra dziecka.
-
Nienawidzę cię. - usłyszałam cichy pomruk za plecami. Odwróciłam
się. Elyan wyprowadził Josha na zewnątrz podpierając go
ramieniem. Ten ledwo trzymał się na nogach. Oczy miał zamroczone,
ale uporczywie próbował stanąć o własnych siłach. - Otrułeś
mnie. - silił się na oskarżycielski ton.
Elyan
był bardzo rozbawiony. Z uśmiechem i niemal łzami w oczach
spoglądał na pół przytomnego Josha.
-
To był jedyny sposób byś oddał mi wartę bez żadnych
sprzeciwień. Przynajmniej dobrze się wyspałeś.
Josh
nagle się zdenerwował. Odepchnął Elyana na bok, tak że ten
cofnął się od niego na kilka kroków. Siła jakiej musiał w to
użyć całkowicie zwaliła go z nóg. Zachwiał się do tyłu i
upadł. Muszę przyznać, że to było zabawne. Z trudem ukryłam
uśmiech. Podeszłam do Josha, który miał wyraźny problem by
samemu wstać. Nogi się pod nim uginały jak tylko się na nich
wspierał.
-
Cholera! - wrzasnął w końcu zrezygnowany. - Nie panuję nad
własnym ciałem.
Elyan
podszedł do grzecznie czekających Qunisów. Usłyszałam jego cichy
śmiech.
Uklękłam
obok Josha.
-
Będziemy jechać na tych stworzeniach. - wskazałam palcem w ich
stronę – Możesz jechać ze mną. Będziesz musiał po prostu
mocno się trzymać.
-
Nigdzie się nie ruszam dopóki nie będę mógł normalnie
funkcjonować.
-
Nie możemy czekać, aż zioła przestaną działać. Nie wiadomo ile
to potrwa. Nie mamy tyle czasu. - przekonywałam go, ale on był
nieugięty.
-
Masz mnie odczarować. - krzyknął do Elyana. - Potrafisz używać
magii. To nie powinno być dla ciebie trudne.
-
Nie będę jej na ciebie marnował. - odpowiedział
Josh
może i był lekko otumaniony, ale nadal szybko się poruszał.
Przynajmniej rękoma, które były bardziej sprawne. W mgnieniu oka
wyciągnął jeden ze swoich krótkich sztyletów i rzucił nim w
kierunku Elyana. Nóż wbił się aż po rękojeść w pień drzewa.
Przestraszone Qunisy odskoczyły na bok. Byłam pewna, że gdyby nie
sznurek puściły by się biegiem w stronę lasu.
-
Obiecuję ci, że pożałujesz tego jak tylko odzyskam siły. -
syknął.
-
Aż cały drżę – zakpił Elyan.
-
Przestańcie. - przerwałam. - Ruszamy w drogę. Oprzyj się o mnie.
Josh
odepchnął moją rękę zirytowany i ponownie sam spróbował wstać.
Oczywiście nogi odmówiły mu posłuszeństwa i z powrotem opadł
tym razem na kolana.
-
Ty idioto! - rzuciłam – Zapomnij na chwilę o swojej dumie i
pozwól sobie pomóc.
-
Nie potrzebowałbym jej gdyby nie ten zarozumiały, wszystkowiedzący
spec od odbierających siłę herbatek. Jestem wojownikiem.
Podnosiłem się po gorszych rzeczach sam i tym razem nie będzie
inaczej. Skoro wam to nie odpowiada to mnie tutaj zostawcie. Widzę,
że dobrze razem się bawicie. - wyrzygiwał.
-
Nie zostawimy cię. - powiedziałam. - Działamy razem.
-
Nie – zaprzeczył bez wahania. Chciał coś jeszcze dodać ale jego
usta z powrotem się zamknęły. Wyciągnął jeden z mieczy, które
miał na plecach i mocno wbił go w ziemię. Wspierając się na nim
powoli się podniósł. Stanął prosto, dumnie spoglądając na
Elyana.
Z
niewielką moją pomocą i asekuracją razem dotarliśmy do Qunisa,
który nie był zadowolony z obecności Josha. Mimo tego pozwolił na
siebie wsiąść. Kiedy już był na grzbiecie wyciągnął do mnie
rękę. Zadziwiające z jaką łatwością pociągnął mnie tak, że
usiadłam tuż za nim skoro przed momentem nie był w stanie samotnie
stać. Najwyraźniej chęć udowodnienia własnej siły była dużą
motywacją.
Elyan
dosiadł samice alfa, a ta wyskoczyła do przodu biegiem. Nasz samiec
bez wahania podążył za nią. Mocno objęłam Josha w pasie by nie
spaść.
Jazda
okazała się wygodna. Zwierzęta poruszały się harmonijnie i
równomiernie. Szybko przystosowałam się do bujania oraz
podskakiwania. Tylko momenty przeskoków przez wywrócone drzewa lub
większe skały były straszne. Rytm wtedy ulegał zmianie. Musiałam
mocniej zaciskać ramiona i uda by nie zostać w tyle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz