niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział 14

Pierwsza noc

 Kiedy Elyan wrócił, my siedzieliśmy na pozostałości mebli. Obok nas stały dwa wiadra z wodą. Żadne z nas nie odważyło się jej spróbować, ani zamoczyć w niej ręki. To był dom czarodzieja, a oni lubią różnego rodzaju mikstury. 
- Tyle znaleźliśmy. - zaczął Josh wskazując na wiadra.
Elyan podszedł i spojrzał na połyskującą ciecz.
- Woda. - stwierdził – Jedną wykorzystamy by się umyć. Drugie zostawcie do wypicia.
Z ukosa zerknęłam na Josha. Mięśnie miał napięte jakby gotował się do ataku. Mimo to odwrócił się do mnie i podał pierwsze wiadro.
- Idź pierwsza. Tylko nie zużyj wszystkiego. - zaśmiał się.
- Zaczekaj. - powstrzymał mnie Elyan.
Wyszedł do sąsiedniego pomieszczenia, które jak wcześniej sprawdziliśmy było sypialnią. Jedynym pomieszczeniem, które nie było zniszczone. Szybko wrócił trzymając w dłoniach jakieś materiały.
- Musicie wyprać swoje ubrania. Do rana powinny wyschnąć. Do tego czasu załóżcie coś z tego.
Oboje ruszyliśmy w stronę ubrań. Sięgnęłam po nie pierwsza, bo Josh zatrzymał się tuż przed nimi i wygiął usta w grymasie. 
- Zawszone ciuchy starca. Lepiej być nie może.
Szturchnęłam go łokciem, dając do zrozumienia by się zamknął.
Elyan nie skomentował uwagi Josha. Podszedł do ciała i uklęknął. Ściągnął zawieszoną na szyi wąską klepsydrę z czarnym piaskiem, położył ją na klatce piersiowej mężczyzny w miejscu gdzie było już nie bijące serce i zakrył ją dłońmi. Głowę miał pochyloną tak, że włosy zasłaniały całą jego twarz. Zaczął coś szeptać. Nie rozpoznawałam słów mimo ciszy jaka panowała w środku.
- Co on robi? - spytałam szeptem Josha
- Nie wiem. Nie rozumiem mowy szaleńców.
Przewróciłam oczami. Wepchnęłam mu w ręce ubrania i podeszłam bliżej do Elyana. Nagle jego głowa mocno odchyliła się do tyłu. Jego tęczówki przybrały barwę srebra i wyraźnie świeciły.
Krzyknęłam i odsunęłam się do tyłu. Potknęłam się o coś. Najprawdopodobniej upadłabym na ziemię, ale Josh podtrzymał mnie ramionami. Kiedy stanęłam prosto, puścił mnie i sam podszedł do Elyana. Kiedy już miał go szturchnąć ten nagle zgiął się w pół, a z jego gardła wydobył się okrzyk bólu. Ręce opadły mu na podłogę podtrzymując drżące ciało. Widziałam jak jego klatka piersiowa szybko się porusza podczas gdy nabierał powietrza. 
- Trzeba coś zrobić. - powiedziałam przerażona. Chciałam rzucić się obok i jakoś mu pomóc, ale Josh objął mnie w pasie i odciągnął na bok. - Puść mnie. - rozkazałam
Nagle Elyan się uspokoił. Uniósł głowę. Wyglądał normalnie. Tak jakby zupełnie nic się nie stało. Jego twarz przed chwilą pełna napięcia i bólu teraz była bez wyrazu. Spojrzał na nas, ale nic nie powiedział. Mimo, że wpatrywaliśmy się w niego przerażeni i zdezorientowani.
- Co to było do cholery? - zdenerwował się Josh.
Elyan bez słowa założył wisiorek na szyję i wrócił do starca. Wyciągnął z kieszeni czarny kamień od Towena i ponownie zaczął coś mówić.
Josh stracił panowanie nad sobą. Podbiegł do Elyana i mocno szturchnął go w ramię, obracając w swoją stronę.
- Naprawdę nie lubię jak ludzie mnie ignorują. - warknął  
Elyan wstał i zrównał się z Joshem spojrzeniem.
- Ja natomiast wcale im się nie dziwię, że to robią. - powiedział ostro. - Mówiłem wam, żebyście się doprowadzili do porządku.
- Mieliśmy taki zamiar. - wtrąciłam się – To ty coś odwalasz.
Josh spojrzał na mnie zaskoczony i jednocześnie dumny.
- Potrzebuję magii by sprowadzić nas z powrotem. - wyjaśnił – To był czarodziej, teraz nie żyje więc nie będzie mu już potrzebna.
- Okradasz zmarłych?
- Robię wymianę. Przysługa za przysługę. On mi oddał swoją magię, a ja w podziękowaniu deportuję go w jego wymiar by został tam pochowany, a nie zeżarty przez miejscowe bestie. 
- Skąd wiesz, że nie chciałby być pochowany tutaj? - drążyłam temat
- A kto by chciał? To czyste piekło.
- Być może dla niego takie nie było.
- Wystarczy. - powstrzymał mnie Josh co było dla mnie zaskoczeniem. - Niech robi co chce. Wszyscy jesteśmy zmęczeni. To był ciężki dzień, powinniśmy odpocząć.
Przetarłam twarz, wzięłam wiadro wody, ciuchy i wyszłam do pomieszczenia, które wcześniej mogło być spiżarnią. Tylko ono było oddzielone działającymi drzwiami więc, mogłam bez krępacji doprowadzić się do ładu. 

* * *

Kiedy wróciłam z powrotem do głównego pomieszczenia, poczułam ogromną falę ciepła oraz mocny kwiatowy zapach. Na środku paliło się ognisko. Nie było obawy przed zapaleniem całego domu, gdyż podłoga zrobiona była ze zbitej ziemi. Zauważyłam, że przynieśli materac z łóżka i kilka znalezionych ubrań. Elyan siedział na jednej z nich natomiast Josh stał z boku. Kiedy zobaczył, że wyszłam z prowizorycznej łazienki od razu ruszył w jej stronę. Bez słowa mnie minął i zamknął za sobą drzwi.
- Materac jest dla ciebie. - powiedział Elyan wpatrując się w ogień. Płomienie oświetlały jego bladą twarz, uwydatniając wymalowane na niej zmęczenie.
Zajęłam przeznaczone dla mnie miejsce. Miło z ich strony, że mi je oddali, podczas gdy sami musieli zadowolić się zwykłymi ścierkami.
Dookoła ogniska porozkładane były jakieś bezlistne rośliny. Miały długie, twarde łodygi zakończone licznymi żółtymi kwiatami, które były najbliżej ognia. Kiedy się nad nimi pochyliłam, zorientowałam się, że to one wydają ten zapach, który przepełnił całą przestrzeń. Intensywny, połączenie cynamonu oraz cytrusów.
- To odstrasza owady? - spytałam
Spojrzał na mnie kpiąco.
- Nie. Działa wręcz przeciwnie, ale nie na owady. Nie ma ich w tym wymiarze. - Ton jego głosu sugerował, że kolejne pytania nie są mile widziane. Zmienił się od momentu przybycia. Wydawał się wrogi. - Nie zasłużył na śmierć. - powiedział – Nikomu nie zagrażał. Żył tutaj samotnie. Nie powinni go zabijać.
- Kto to był? Znałeś go, prawda?
- Był moim mentorem. - wyjaśnił ochryple – Żywą encyklopedią. Wiedział wszystko o wszystkim. Kiedy coś było dla niego zagadką, dociekał aż w końcu ją odkrył. Nauczył mnie, że wiedza to potężne narzędzie, a w połączeniu z magią może okazać się niebezpieczne. 
- Jak właściwie nauczyłeś się jej używać? - wtrąciłam – Myślałam, że tylko czarownicy to potrafią.
- Magia nie należy do nikogo. Jest obojętną energią, ale łatwo się przywiązuje. Dlatego tak boli kiedy się ją komuś odbiera lub oddaje. To tak jakby oderwać kawałek siebie. Korzystanie z niej wymaga ogromnej koncentracji oraz pracy umysłu. Czarownicy uczą się tego od małego, rodzą się z magią dlatego jest im łatwiej. Ja spędziłem lata by się tego nauczyć.
- Myślałam, że byłeś zabójcą. - wyrwało mi się
Spojrzał na mnie jakby chciał się zapytać skąd to wiem.
- Byłem. Doszedłem do wniosku, że siła fizyczna czasami zawodzi. Postanowiłem obrać inną ścieżkę.
- Więc kim teraz jesteś? Zmiennokształtnym czy czarodziejem?
- Nie można zmienić tego kim się jest, a jedynie to udoskonalić. Jestem i zawsze będę jednym z Bakenaków nawet jeśli nie znajduję się już w Księdze Życia.
To musiało być straszne. Pozbawionym własnego dziedzictwa, swojego drzewa genealogicznego. Co prawda ja takowego nie posiadałam, ale wiem jak wiele ono znaczy dla Zmiennokształtnych. Musi skoro tak ostrożnie obchodzą się z tą księgą. 
- Pierwszy zajmę wartę. - powiedział Josh
Nawet nie zauważyłam kiedy wszedł do pokoju.
- Jak chcesz. - zgodził się Elyan. Myślałam, że się sprzeciwi i znowu będzie awantura. Najwyraźniej był bardziej zmarnowany niż myślałam. - Obudź mnie jak coś zobaczysz. Jakikolwiek ruch za oknem.
Po tych słowach położył się na ziemi i przykrył czymś co wcześniej służyło za zasłonę.
Josh podszedł do mnie z jakimś drewnianym naczyniem.
- Trzymaj. To woda z drugiego wiadra. My już piliśmy.
Zupełnie zapomniałam o pragnieniu. Wzięłam od niego kubek.
- Dziękuję. - uśmiechnęłam się.
Jego usta lekko się wygięły. Odsunął się i podszedł do okna. Zauważyłam, że podczas gdy ja się myłam oni naprawili drzwi. Już nie wisiały na zawiasach, tylko stały pionowo oparte o ścianę, częściowo zasłaniając wejście.
Wypiłam całą porcje wody i położyłam się na materacu.

***

 Stałam w brudnym, ciemnym i wilgotnym pomieszczeniu, otoczona przez smród zgnilizny i pleśni. Powietrze było chłodne i ciężkie. Z daleka dochodził do mnie męski głos. Powoli ruszyłam w jego kierunku po kamiennej posadce. Ściany były wykonane z tego samego materiału. Wielkie, szare i nierówne cegły. Po prawej stronie zaczęły się pojawiać więzienne cele. Malutkie, umieszczone w ścianach wnęki zagrodzone kratami. Z jednej z nich ujrzałam dochodzące żółte światło. 
- Nigdy nie będę taki jak ty! - usłyszałam krzyk.
Od razu rozpoznałam głos. To był Matthew. Rzuciłam się biegiem w stronę blasku. Kiedy skręciłam przed oczami pojawił mi się straszny obraz. Zakryłam usta dłonią powstrzymując krzyk.
Matt wisiał w powietrzu, przypięty kajdanami do sufitu. Z jego nadgarstków ściekała krew. Oczy miał podpuchnięte. Całe ciało pokrywały cięte rany i siniaki. Nie miał koszuli przez co widziałam jaki był chudy. Mogłam policzyć jego żebra i kręgi. Włosy straciły swój czarny połysk. Teraz były wyblakłe i pokryte kurzem.
- Już się taki stajesz. Musisz jeszcze tylko się zmienić. - powiedział mężczyzna stojący przed nim. Był odwrócony do mnie plecami, ale od razu go rozpoznałam mimo, że widziałam go tylko w swoich wizjach. Długie czarne warkocze sięgały połowy jego pleców. 
Wyminęłam go by spojrzeć na całą sytuacje z boku. Nie zwracali na mnie uwagi. Zupełnie jakby mnie tam nie było.
- Nie zmienię się. - wychrypiał Matt – Nie będę częścią twojego chorego planu.
- Przemiana nastąpi. Wiem to. Trzeba tylko jakoś ją wywołać skoro sam ją powstrzymujesz. Nie będziesz zadowolony ze środków, ale zależy mi na czasie. - uśmiechnął się z wyższością.
Mimo nikłego światła, które pochodziło z pochodni zawieszonej na ścianie zauważyłam błysk w jego oczach. Odsunął się pod ścianę. Zza jego pleców wyszło dwóch mężczyzn. Rozpoznałam jednego z nich. Był w lesie kiedy przybyliśmy po Matta. Drugi miał w ręku długi brązowy bicz. Obraz zaczął się rozmazywać w momencie kiedy wystrzelił nim przecinając plecy Matta.
Wrzasnęłam kiedy jego ciało wygięło się pod wpływem bólu.
Poczułam, że spadam. Więzienna cela zaczęła się pomniejszać. Wszystko było jakby za szkłem, poza odgłosem bicza uderzanego o skórę przyjaciela....
 Otworzyłam oczy przerażona. Leżałam na materacu. Kołdra była całkowicie zmiętolona u moich stóp. Ognisko jeż się nie paliło. Po drugiej stronie spokojnie spał Josh. Jego klatka powoli unosiła się i opadała. Wcześniej nie zauważyłam, że tak naprawdę się nie przebierał. Jego ubranie było czyste. Nie było już na nim krwi. Podczas gdy ja miałam na sobie podarte i drażniące skórę ciuchy zmarłego gospodarza. 
W domku było cicho poza głuchymi dźwiękami dobiegającymi z sąsiedniego pomieszczenia. Szybko się ubrałam i poszłam sprawdzić co się dzieje. Sypialnia wczoraj jeszcze będąca w normalnym stanie dziś wyglądała jak reszta domu. Łóżko wywrócone było do góry nogami. Wszystko co stało na półkach walało się teraz na ziemi. Elyan siedział na podłodze i nerwowo przerzucał strony książek czegoś szukając.
- Tak szanujesz pamięć po przyjacielu? - skomentowałam
Moje słowa nie oderwały go od poszukiwań. Przykleił się do ściany i zaczął w nią pukać, dokładnie przy tym nasłuchując.
- Złotowłosy książę już się obudził? - spytał kiedy zrezygnował ze sprawdzania kamiennej ściany.
- Jeszcze nie. Która właściwie jest godzina?
- Czas płynie tu trochę inaczej. Ale na zewnątrz widno jest od jakiś pięciu godzin.- Minął mnie i wyszedł do głównego pomieszczenia. Podparł się pod boki i westchnął. - Mogłem trochę przesadzić. - stwierdził patrząc z uśmiechem na Josha
- Z czym?
- Wiedziałem, że nie będzie chciał tak łatwo zasnąć, ale musiał odpocząć kiedy miałem zmienić wartę, więc rozpuściłem mu trochę ziół nasennych w kubku z wodą.
- Josh chciał herbatę nasenną? - zdziwiłam się.
- Nie. - zaśmiał się Elyan.- Powiedzmy, że nie był świadomy tego co pije.
Wybałuszyłam oczy ze zdziwienia.
- Zwariowałeś? Zabije cię kiedy się dowie.
Odgarnął włosy z twarzy i uśmiechnął się do siebie rozbawiony moimi słowami lub tym co sobie po nich wyobraził.
- Póki co wydaje się nie groźny. Szkoda, że nie ssie kciuka. - zażartował.
Na chwilę zniknął w spiżarni, w której wczoraj się przebierałam. Kiedy wrócił miał ze sobą drewnianą tacę z czymś ciemnym co z wyglądu przypominało ciasto. Przełamał jeden z nich na pół i oddał mi kawałek.
Kiedy niepewnie patrzyłam na jego rękę, wyjaśnił.
- To coś w rodzaju chleba. Zjedz. Jest dobry. Nie mamy co liczyć na lepszy posiłek.
Sięgnęłam po jedzenie. Faktycznie wyglądał i smakował jak normalny chleb. Był tylko trochę słodszy i miał inną barwę, ciemniejszą w niektórych miejscach trochę fioletową. Dopiero kiedy skończyłam jeść uświadomiłam sobie jaka byłam głodna. Sięgnęłam po jeszcze jeden kawałek i zjadłam go już mniej zachłannie.
- Z czego właściwie jest zrobiony? - spytałam z pełną buzią.
- Z tutejszych roślin. Mój nauczyciel uwielbiał je badać. Odkrył, że większość znajdujących się tutaj kwiatów ma podobne właściwości do tych znajdujących się w naszym wymiarze. Zawsze był lekko szalony. Sam próbował wszystkich przysmaków. Nie raz przez to chorował. Kiedyś spróbował owoców rosnących na niskich krzewach, które z wyglądu przypominały maliny. Był pewien, że nie będą groźne. Zadziałały od razu. Przez tydzień leżał sparaliżowany. Mógł jedynie ruszać ustami, choć i to czasami było trudne. Miał szczęście, że wtedy byłem w pobliżu. Akurat miałem wyjeżdżać. Szukałem go by się pożegnać. Znalazłem go w lesie leżącego sztywno na ziemi. Zaniosłem go do łóżka. Kazał mi przynosić różne zioła by odwrócić efekt owoców. W końcu objawy przeszły same. Powoli odzyskiwał czucie w kończynach. Pamiętam jak byłem na niego wściekły, że tak ryzykuje. On tylko się uśmiechnął i powiedział, że warto jest się poświęcić w imię nauki. Totalny świr. - zaśmiał się – Potem jeszcze przez trzy dni udawał, że jest chory. Latałem dookoła niego jak służący. Oczywiście był zadowolony dopóki nie przyłapałem go jak chodzi po pokoju. Tłumaczył się, że chciał trochę dłużej poodpoczywać bo łóżko jest dla niego największym skarbem od razu po wiedzy. Wbrew pozorom był strasznie leniwym człowiekiem. Specjalnie musiałem wracać do jego domu w Krantis by przywieść mu materac... - przerwał nagle i spojrzał na podłogę w miejsce gdzie spałam. - A to cwany szczur! - warknął.
Odrzucił jedzenie z powrotem na tace i podbiegł do materaca. Wyciągnął trzymany przy nodze nóż i rozciął materiał. Chciałam coś krzyknąć by tego nie robił, ale się powstrzymałam. Myślałam, że być może jeszcze będziemy go potrzebować. 
Na podłogę wysypały się białe piankowe kulki przypominające płatki śniegu. Zaczął grzebać we wnętrznościach materaca, szybko wyrzucając wszystko na zewnątrz. Sprężyny wyleciały na posadzkę z głośnym brzękiem. Odruchowo spojrzałam na Josha. Nie zareagował. Nadal spokojnie przewracał się na podłodze.
- Jest. - krzyknął zadowolony Elyan.
W ręce trzymał żółtą kopertę. Nie wyglądała jakoś szczególnie. Rozerwał ją nerwowo i wyciągnął foliowy woreczek. Podeszłam bliżej by się przyjrzeć temu czego tak uporczywie szukał. W środku była jakaś wysuszona gałązka z biało-granatowym kwiatem o złotych pręcikach. Wyglądała naprawdę niezwykle. Nie była dłuższa niż ludzka dłoń. Łodygę oplatały czarne liście z białymi żyłkami. Nigdy czegoś takiego nie widziałam.
- Co to? - spytałam oszołomiona.
- Nocny kwiat. - powiedział ochrypłym głosem. - Przez lata czekałem aż mi go podaruje. Brakuje jeszcze tylko...- urwał i otrząsnął się. Odchrząknął nerwowo. Schował woreczek z kwiatem do kieszeni i powiedział poważnym głosem. - Myślę, że możemy już opuścić ten dom. Szkoda czasu.
Miałam ochotę na niego nakrzyczeń. Byłam przekonana, że gdyby go nie znalazł nie chciałby stąd wychodzić. Zaczęłam się zastanawiać czy powodem jego przybycia tutaj nie była właśnie ta roślina. Powstrzymałam się od komentarza. Skoro miał swój własny plan poznam go w inny sposób. Okaże się, czy naprawdę chce mi pomóc czy tylko myśli o swoich zachciankach.
- W porządku. - powiedziałam opanowanym głosem.
Wyglądał jakby mu ulżyło. Nie wykonał jakiś mówiących o tym gestów, ale widziałam to w jego oczach. Być może obawiał się, że zacznę go wypytywać. Póki co nie miałam takiego zamiaru. 
- Choć. - powiedział. - Pokażę ci nasz transport.
- Transport? - zdziwiłam się
Podążyłam za nim na zewnątrz.
- Pamiętasz rośliny przy ognisku, które wydawały tak mocny zapach? - Niepewnie pokiwałam głową – Były po to by je zwabić. 
Wskazał ręką przed siebie. Wzrokiem powędrowałam w kierunku, który wskazywał. Cofnęłam się o krok kiedy zobaczyłam co pokazywał. Przed nami stały dwa dziwaczne stworzenia przywiązane sznurem do jednego z drzew. Wyglądały jak połączenie konia z psem lub wilkiem. Miały długie owłosione łapy zakończone pazurami, szorstką sierść w odcieniach brązowego złota przeplatającego się z bielą i czerwienią. Ogon zdecydowanie wyglądał jak koński. Był długi i prosty. Wzrostem mogły nawet przewyższać ziemskie wierzchowce. Najbardziej specyficzny był pysk. Kufa jak u psa, ale uszy długie i szpiczaste jak u zwierząt kopytnych. Zaczęłam się zastanawiać jak wyglądają ich zęby. 
- To Qunisy. - wyjaśnił. - Żyją w górach. Uwielbiają kwiaty, które przyniosłem. Niezwykłe stworzenia. Gracja i siła konia, ale wierność i zawziętość wilka. Udamy się na nich w dalszą drogę.
- Nie ma mowy. - Wycofywałam się. – Nie wsiądę na to. 
Zauważyłam błysk jego białych zębów kiedy szyderczo się uśmiechnął. Nim zdążyłam uciec złapał mnie w tali i siłą zaciągnął pod pysk zwierzęcia. Wyrywałam się krzycząc, ale nie zareagował.
- Nie bój się. Są przyjacielskie.
Przykleiłam się plecami do niego kiedy zwierzę zaczęło mnie obwąchiwać. Nagle się cofnęło i zaczęło przebierać nogami w miejscu.
- Co on robi?
- Zapomniałem – powiedział nerwowo. - One nienawidzą brunetek.
- Jak to? - zesztywniałam
Poczułam jego wibrujący brzuch kiedy się zaśmiał.
- To nie jest zabawne. - warknęłam.
- Wyluzuj.
Podniósł mnie do góry i mimo licznych kopniaków jakie mu zadałam posadził mnie na grzbiecie Qunisa. Był bardzo wysoki. Spojrzałam w dół na twarz Elyana. Szeroko się uśmiechał.
- Lubi cię. - stwierdził.
- Skąd wiesz?
- Qunisy to w większości samce. A te nigdy nie odmawiają towarzystwa uroczych dam.
Podszedł do drzewa i zaczął odwiązywać sznurek.
- Zaczekaj! - zaprotestowałam. - Ja nie wiem jak kierować?
- Nie musisz umieć. Ja pokieruję alfą. - wskazał na zwierzę obok. - Twój podąży za moim nawet w ogień. Łączą ich silne więzi. Zwłaszcza, że są parą.
Zwierzę nawet nie drgnęło kiedy je uwolnił. Spokojnie stało obok swojej wybranki. Czułam jego każdy ruch. Jego klatkę piersiową kiedy spokojnie oddychał przez ogromne końskie nozdrza. Gęstą sierść, która z daleka wydawała się szorstka w rzeczywistości okazała się delikatna i puszysta. Ostrożnie pogłaskałam zwierzę po długiej szyi.
- One są do tego przyzwyczajone? - spytałam – Do tego, że ktoś na nich jeździ?
- Te tak. Zostały oswojone.
- Prze kogo?
- Prze mnie. Chyba nie sądzisz, że cały swój czas spędziłem na nauce. Miałem inne rozrywki. - mrugnął okiem.
Wolałam sobie nie wyobrażać jakie.
- A co z Joshem? - spytałam. - Są tylko dwa Qunisy. Poza tym on jest całkowicie nieprzytomny.
- Mogę go przerzucić przez grzbiet.
Rzuciłam mu gniewne spojrzenie.
- Nie może po prostu bezwładnie zwisać. - zaprotestowałam
- No to go zostawimy. - westchnął
- Elyan! - krzyknęłam nie za głośno by nie spłoszyć zwierząt.
- Dobra. - podniósł ręce w geście poddania. - Może uda się go jakoś obudzić.
Ruszył z powrotem w stronę domku. Powoli przerzuciłam nogę przez grzbiet Qunisa i opadłam na ziemię zupełnie pozbawiona gracji. Kiedy chwiejnie stałam na ziemi, samiec wydawał się jeszcze wyższy niż kiedy na nim siedziałam. Wyciągnął głowę w moim kierunku. Powstrzymałam odruch cofnięcia reki i pogłaskałam zwierzę po pysku, który okazał się mniej owłosiony niż reszta ciała. Był cieplejszy i delikatniejszy niczym skóra dziecka. 
- Nienawidzę cię. - usłyszałam cichy pomruk za plecami. Odwróciłam się. Elyan wyprowadził Josha na zewnątrz podpierając go ramieniem. Ten ledwo trzymał się na nogach. Oczy miał zamroczone, ale uporczywie próbował stanąć o własnych siłach. - Otrułeś mnie. - silił się na oskarżycielski ton.
Elyan był bardzo rozbawiony. Z uśmiechem i niemal łzami w oczach spoglądał na pół przytomnego Josha.
- To był jedyny sposób byś oddał mi wartę bez żadnych sprzeciwień. Przynajmniej dobrze się wyspałeś.
Josh nagle się zdenerwował. Odepchnął Elyana na bok, tak że ten cofnął się od niego na kilka kroków. Siła jakiej musiał w to użyć całkowicie zwaliła go z nóg. Zachwiał się do tyłu i upadł. Muszę przyznać, że to było zabawne. Z trudem ukryłam uśmiech. Podeszłam do Josha, który miał wyraźny problem by samemu wstać. Nogi się pod nim uginały jak tylko się na nich wspierał.
- Cholera! - wrzasnął w końcu zrezygnowany. - Nie panuję nad własnym ciałem.
Elyan podszedł do grzecznie czekających Qunisów. Usłyszałam jego cichy śmiech.
Uklękłam obok Josha.
- Będziemy jechać na tych stworzeniach. - wskazałam palcem w ich stronę – Możesz jechać ze mną. Będziesz musiał po prostu mocno się trzymać.
- Nigdzie się nie ruszam dopóki nie będę mógł normalnie funkcjonować.
- Nie możemy czekać, aż zioła przestaną działać. Nie wiadomo ile to potrwa. Nie mamy tyle czasu. - przekonywałam go, ale on był nieugięty.
- Masz mnie odczarować. - krzyknął do Elyana. - Potrafisz używać magii. To nie powinno być dla ciebie trudne.
- Nie będę jej na ciebie marnował. - odpowiedział
Josh może i był lekko otumaniony, ale nadal szybko się poruszał. Przynajmniej rękoma, które były bardziej sprawne. W mgnieniu oka wyciągnął jeden ze swoich krótkich sztyletów i rzucił nim w kierunku Elyana. Nóż wbił się aż po rękojeść w pień drzewa. Przestraszone Qunisy odskoczyły na bok. Byłam pewna, że gdyby nie sznurek puściły by się biegiem w stronę lasu.
- Obiecuję ci, że pożałujesz tego jak tylko odzyskam siły. - syknął.
- Aż cały drżę – zakpił Elyan.
- Przestańcie. - przerwałam. - Ruszamy w drogę. Oprzyj się o mnie.
Josh odepchnął moją rękę zirytowany i ponownie sam spróbował wstać. Oczywiście nogi odmówiły mu posłuszeństwa i z powrotem opadł tym razem na kolana.
- Ty idioto! - rzuciłam – Zapomnij na chwilę o swojej dumie i pozwól sobie pomóc.
- Nie potrzebowałbym jej gdyby nie ten zarozumiały, wszystkowiedzący spec od odbierających siłę herbatek. Jestem wojownikiem. Podnosiłem się po gorszych rzeczach sam i tym razem nie będzie inaczej. Skoro wam to nie odpowiada to mnie tutaj zostawcie. Widzę, że dobrze razem się bawicie. - wyrzygiwał.
- Nie zostawimy cię. - powiedziałam. - Działamy razem.
- Nie – zaprzeczył bez wahania. Chciał coś jeszcze dodać ale jego usta z powrotem się zamknęły. Wyciągnął jeden z mieczy, które miał na plecach i mocno wbił go w ziemię. Wspierając się na nim powoli się podniósł. Stanął prosto, dumnie spoglądając na Elyana.
Z niewielką moją pomocą i asekuracją razem dotarliśmy do Qunisa, który nie był zadowolony z obecności Josha. Mimo tego pozwolił na siebie wsiąść. Kiedy już był na grzbiecie wyciągnął do mnie rękę. Zadziwiające z jaką łatwością pociągnął mnie tak, że usiadłam tuż za nim skoro przed momentem nie był w stanie samotnie stać. Najwyraźniej chęć udowodnienia własnej siły była dużą motywacją.
Elyan dosiadł samice alfa, a ta wyskoczyła do przodu biegiem. Nasz samiec bez wahania podążył za nią. Mocno objęłam Josha w pasie by nie spaść. 
Jazda okazała się wygodna. Zwierzęta poruszały się harmonijnie i równomiernie. Szybko przystosowałam się do bujania oraz podskakiwania. Tylko momenty przeskoków przez wywrócone drzewa lub większe skały były straszne. Rytm wtedy ulegał zmianie. Musiałam mocniej zaciskać ramiona i uda by nie zostać w tyle.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz