niedziela, 2 marca 2014

Rozdział 18

Więź

Kiedy wróciliśmy Elyan szybko opuścił bibliotekę. Josh pomógł mi zanieść Matta do jednego z pokoi i sam również zniknął. Zaraz potem z pomocą przyszedł Towen. Już zdrowy i prawie w pełni sił zaopiekował się moim przyjacielem.
Powiedział, że reszta zespołu po naszym opuszczeniu tego wymiaru wpadła w szał. Jak najszybciej chcieli zrobić to samo, ale czarodziej nie miał tyle siły by stworzyć portal. Kiedy zniknął po tym jak został ranny nie było go przez cały dzień. Niestety nie pamiętał kto go zaatakował. W ogóle niewiele sobie przypominał z tego dnia.
 Towen nie mógł jeszcze czarować, więc nie zdołał uleczyć Matta magią. Podawał mu za to jakieś zioła i herbaty, które powinny go wzmocnić. Zabandażował też liczne rany. Kiedy skończył Matthew wyglądał prawie jak mumia. Polecił żebym zajęła się sobą, a on posiedzi tutaj. Z niechętną miną wyszłam z pokoju. 
Kiedy wróciłam Towen siedział w czerwonym fotelu i wpatrywał się w okno. Zajęłam miejsce przy łóżku rannego. Matt był strasznie blady. Cienie pod oczami były prawie fioletowe.
- Nicole wiem, że to nie jest odpowiedni moment, ale powinnaś o tym wiedzieć. - przerwał ciszę Towen
Domyślałam się co chce powiedzieć.
- Matthew jeszcze się nie przemienił. - kontynuował czarownik – Straciłem rachubę ile czasu mu zostało, ale myślę, że jego stan fizyczny po części jest spowodowany powstrzymywaniem się od zmiany. To go wykańcza.
- On nie chce się zmienić. - Nie wiedziałam czy to pytanie czy stwierdzenie. 
- Z jakiegoś powodu tak jest. Uważam, że nawet gdyby spróbował jego organizm jest za słaby by to wytrzymać. Wiem jak zaangażowaliście się podczas wyprawy... - Proszę nie mów tego, powtarzałam w głowie. - ...Myślę, że to już kwestia czasu zanim on odejdzie. 
Poczułam jego ciepłą dłoń na ramieniu. Roztrzęsiona wytarłam mokre policzki. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że płaczę.
- Przykro mi. - Po tych słowach opuścił pokój
Cisza panująca w pokoju była przerywana tylko poprzez słaby oddech Matta i mój bardziej zachłanny i nierówny. Płakałam. Wszystko to co się przydarzyło uderzyło we mnie niczym rozpędzony samochód. Emocje wypłynęły na wierzch. Nie chciałam płakać, ale nie miałam siły by to zatrzymać.
- Nie możesz odejść. - szeptałam – Nie możesz tak po prostu odejść. Nie po tym wszystkim co dla ciebie zrobiliśmy. - Oparłam głowę na łóżku tuż obok jego dłoni. - Nie umrzesz. - powtarzałam.

***

 Każdą minutę dnia spędzałam w pokoju Matta. Siedziałam przy nim obserwując i wsłuchując się w coraz słabsze bicie jego serca. Właściwie nie miałam pojęcia dlaczego je słyszę. Być może to było coś innego, być może tylko sobie je wyobrażałam. Wszystko zaczęło mi się zlewać. Traciłam rachubę czasu, który wydawał się dla mnie zatrzymać. Jedynym dowodem temu przeczącym był Towen, który co jakiś czas przychodził by zbadać Matta. Powtarzał, że powinnam coś zjeść albo iść się położyć, ale nie słuchałam. Wyłączyłam się. Liczył się tylko Matt. Skoro w każdym momencie mógł odejść musiałam wykorzystać każdą chwilę, która nam została. Nawet jeśli on nie wiedział, że przy nim jestem, że czuwam. 
- Pociesz się tym, że będziesz mogła widywać go jako ducha.
Gdybym nie była przygnębiona i wyczerpana zapewne zareagowałbym na znajomy głos, który wyrwał mnie z własnych myśli i przerwał ciszę.
Lekko odchyliłam głowę. Tuż przy łóżku pojawił się Ray.
- Chcę przyjaciela, do którego będę mogła się przytulić, który pocieszy mnie swoim dotykiem, a nie tylko słowem. - wymamrotałam 
- Wiem.
- Przepraszam. - powiedziałam i szybko dokończyłam kiedy zobaczyłam jego smutny uśmiech. - Nie tylko za to co powiedziałam. Za to, że nie udało nam się zabrać cię ze sobą do Gretilis. Wszystko wydarzyło się tak szybko no i jeszcze atak na Towena.
- Właściwie to chciałbym z tobą o tym porozmawiać.
- Naprawdę chciałam, żebyś tam z nami był. - kontynuowałam - Na pewno gdyby to Towen stworzył bramę to wymyśliłby coś na ciebie...
- Ale ja tam byłem – wtrącił. Spojrzałam na niego zdziwiona. - Ten kamień, który dał ci Towen. To dzięki niemu przeniosłem się z wami do Gretilis.
- Ale...- Nie wiedziałam jak to możliwe – Nie widziałam cię.
- Trzymałem się z dala od was. Kiedy Elyan otworzył portal trzymał w dłoni ten kamień. Myślał, że w nim znajduje się energia Towena, a nie moja. Rzucając zaklęcie złączył się ze mną przez co przeniosłem się razem z nim. Od tej pory on może mnie dostrzec, a ja nie chciałem by wiedział o mojej obecności. 
Przypomniał mi się dziwny ruch pod drzewami jak tylko dotarliśmy do Gretilis. To musiał być Ray.
- Dlaczego? - zdziwiłam się
- Bo mu nie ufam. On coś knuje. Przez cały czas go śledziłem. Nawet wtedy gdy się rozdzieliliście w tamtym zamku. Poszedłem za nim. Podejrzane było dla mnie jego zachowanie. To, że szukał tego miecza, a potem kwiatu. Jakby do czegoś się szykował. Potem zdobył kamień. Boję się, że to ma jakiś wpływ z tobą.
- Ze mną? Co masz na myśli.
- Kiedy kłócił się z Elverem padło nazwisko Blake. Mówili coś o jakimś powiązaniu waszego rodu z nim - z Elyanem – i że chce je za wszelką cenę zerwać bo...
- Bo? - zaczęłam się denerwować.
- Bo jedna osoba już przez to zginęła. - odwrócił wzrok
- Moja matka? - powiedziałam prawie bezgłośnie.
Ray ledwo widocznie pokiwał głową. Serce niemal mi stanęło. Zrobiło mi się niedobrze. Gdyby to, że nie miałam nic w żołądku na pewno bym zwymiotowała. Zaczęłam szybciej oddychać.
- Ale przecież mówili, że zginęła w wypadku. - Spróbowałam racjonalnego myślenia. 
- Bo zginęła. Znaleziono ją martwą w samochodzie na poboczu. Cała przednia maska była zmiażdżona bo wjechała w drzewo. Problem polega na tym, że to była prosta droga z szerokim poboczem. Wypadki praktycznie się tam nie zdarzają. 
Nagle wstałam z krzesła. Tego było już za wiele. Mógł mnie oszukiwać co do celu swojej wyprawy, ale jeśli miał coś wspólnego ze śmiercią mojej matki...
- Gdzie on jest? - spytałam
- Nicole, wątpię by cokolwiek ci powiedział.
- Gdzie on jest? - powtórzyłam głośno
- Odkąd przybyliśmy prawie nie wychodzi z pokoju. Bardzo prawdopodobne, że...
Nie dowiedziałam się co jest bardzo prawdopodobne, bo opuściłam pokój. Zapomniałam na moment o przyjacielu. Teraz miałam inny cel. Nie bardziej lub mniej ważny. Po prostu nie byłam na tyle cierpliwa na to by sam mi to powiedział jeśli w ogóle kiedyś zamierzał. Problem polegał na tym, że nie wiedziałam gdzie był jego pokój. Postanowiłam sprawdzić każdy z nich. Po czterech nieudanych próbach naciskania na klamki zamkniętych drzwi w końcu trafiłam na jedne otwarte. Wparowałam do pokoju bez pukania. Na szczęście to było odpowiednie pomieszczenie. Elyan siedział w fotelu przy oknie i coś czytał. Jak tylko mnie zobaczył, wstał szybko. 
Bez ogródek zapytałam oskarżycielsko.
- Co zrobiłeś mojej matce?
Jego oczy pozostały bez wyrazu.
- Dzień dobry. Mi też miło cię widzieć.
- Przestań z tymi uprzejmościami i odpowiedz.
- Powiedz kiedy ostatnio spałaś albo coś jadłaś. Nie długo nie będziesz się różnić od swojego przyjaciela.
- Odpowiedz! - wrzasnęłam – Czy to przez ciebie zginęła?
Nic nie powiedział. Straciłam cierpliwość i rzuciłam się na niego z pięściami. Właściwie to nie do końca wiedziałam co robię. Miałam ochotę go uderzyć, pobić. Oczywiście był gotowy na każdy cios. Złapał mnie za nadgarstek jak tylko się do niego zbliżyłam. Kiedy zamachnęłam się drugą ręką, ją również zablokował.
- Opanuj się. Twoje wzburzenie jest dowodem na to, że nie jesteś gotowa na żadne informację bo cokolwiek usłyszysz ja i tak będę winny. Po co mnie pytasz skoro już wydałaś wyrok? Uważasz, że jestem winien śmierci Isabel. Czy jakiekolwiek słowa, a zwłaszcza moje to zmienią? Czy uwierzyłabyś, że to nie do końca prawda?
- Nie wiem co jest prawdą. - krzyknęłam nie za głośno – Wiem, że coś planujesz. Zbierasz jakieś artefakty. Miecz, kwiat, biały kamień. Do czego ci one? Jaką więź chcesz zerwać? I co ja mam z tym wspólnego? Ja albo moja matka.
- To dużo pytań naraz. Może zdecyduj się na jedno, bo ja już zapomniałem pierwszego.
Westchnęłam i rozluźniłam się. Widząc to poluźnił chwyt dzięki czemu mogłam zabrać ręce.
- Po prostu wyjaśnij. Wszystko.
- Myślałem, że nie chcesz mnie widzieć. - Spróbował jeszcze raz
- Bo nie chciałam i nadal nie chcę. Uknułeś coś za moimi plecami. Kłamałeś, że jesteś po mojej stronie.
- Przecież pomogłem ci uratować przyjaciela co jak wiadomo było daremne bo i tak umrze.
Mimo, że sama wiedziałam, że tak może się stać, to gdy ktoś to wymawiał jeszcze z takką lekkością sprawiało, że do oczu napływały mi łzy. Choć teraz tak się nie stało i tak poczułam ukłucie bólu i niemiły dreszcz.
- Nie mów, że nic na tym nie zyskałeś.
- Dlaczego wszyscy tutaj mówią o moich zyskach. Głupie pytania co z tego będę miał. Zdobyłem co chciałem, ale nie odwróciłem się od twojego celu. 
- Poprowadziłbyś nas do tego zamku gdyby nie było tam tego kamienia? Gdyby Elver go nie miał? - spytałam gwałtownie
- Oczywiście, że tak. Obiecałem przecież. - odpowiedział od niechcenia.
Zapadło krótkie milczenie. Nie wiedziałam czy mówi prawdę. Jego twarz pozostała bez wyrazu jak zawsze.
- W porządku. - odpuściłam – Zostawmy to. Nie o to teraz cię oskarżam.
- Powiem ci co chcesz wiedzieć. Tylko już nie pytaj. Zadajesz zdecydowanie za dużo pytań. Usiądź. - wskazał ręką na sofę obok siebie. Podążyłam za jego gestem i umiejscowiłam się tak by wyraźnie go widzieć. - W końcu i tak musiałbym ci powiedzieć. - dokończył bardziej do siebie.
- A więc co... - urwałam gdy zobaczyłam jego gniewne spojrzenie. - Ach tak. Żadnych pytań.
- Przynajmniej na razie. Daj mi chociaż zacząć. - Pokiwałam głową i zamknęłam usta powstrzymując się od mówienia.- Pozwól, że ominę szczegóły mojego życia i przejdę do momentu, w którym pojawiła się twoja matka. Z powodów, których nie będę ci tłumaczył zacząłem interesować się magią. Była ona dla mnie czymś nowym co zawsze mnie w jakiś sposób fascynowało. Czasami gdy zawodzi siła fizyczna przydaje się dodatkowy atut, którego wrogowie nie będą się spodziewać. Magia u Bakenaka nie jest czymś normalnym dlatego jeszcze bardziej mnie to przyciągało. 
- Oryginalność jak mówiłeś. - wtrąciłam niechcący
- Dowiedziałem się jak ją przechwytywać i utrzymywać. - kontynuował bez reakcji na moje poprzednie słowa – Ponieważ nie jestem czarodziejem nie może ona być częścią mojego ciała. Dlatego trzymam ją w przedmiotach. - Wskazał na klepsydrę zawieszoną na szyi. - Nauka korzystania z niej była trudniejsza. Zajęła mi lata. Kiedy w końcu się udało używałem jej do byle jakich głupstw, które mógłbym zrobić sam. Byłem jak pod wpływem narkotyku. Im więcej czarowałem tym lepiej się czułem. Euforia, którą czułem była nie do opisania. Po jakimś czasie pojawiły się skutki uboczne. Na początku niegroźne. Ataki kaszlu lub krwawienie z nosa. Potem jednak się nasiliły. Magia miażdżyła mnie od środka. Miałem krwotoki wewnętrzne, dławiłem się krwią, traciłem przytomność na kilka dni. Postanowiłem zostawić magię czarownikom. Na początku nie szło tak źle, ale przyjemność, której doświadczyłem podczas czarowania.... Nie mogłem o tym zapomnieć. To do mnie wracało. Czułem się tak jakby brakowało części mnie. Powróciłem do czarów. Nie zważałem na niebezpieczeństwo, przestałem dbać o własne życie bo wiedziałem, że i tak w końcu umrę. Wtedy pojawiła się twoja matka. Znalazła mnie. Wiedziała, że czaruje i chciała mnie ostrzec, ale dla mnie było już za późno. To w co się wpakowałem było gorsze niż zwykłe uzależnienie. Magia utrzymywała mnie przy zdrowym rozsądku. Mój umysł nie przetrwałby rozstania z nią. Wolałem zginąć niż być chory psychicznie. Isabel to rozumiała. Wiedziała co czuję i chciała mi pomóc. Nie pytaj mnie dlaczego. Nigdy mi nie powiedziała, a ja nie pytałem. W końcu miałem jakąś stałą osobę w swoim życiu i w tym wymiarze. - zaśmiał się. - Przynosiła mi różne zioła, które odwracały moją uwagę od magii. Polepszało mi się przez jakiś czas. Potem nawet jej pomysły były daremne. Mówiłem, że to już koniec, ale ona się nie poddawała. Robiła dziwne eksperymenty. Pobierała mi krew, brała próbki włosów. Naprawdę zaczęła mnie przerażać. Postanowiłem na trochę się od niej odsunąć. Wyjechałem z miasta i starałem się nie korzystać z magii. Udawało się, ale pewnego dnia zaatakowała mnie banda wampirów. Mieli ogromną przewagę. Nie miałem wyjścia. Potężny czar obronny był dla mnie jedyną nadzieją. Oczywiście mogłem zaryzykować i walczyć wręcz, ale wybrałem łatwiejszą ścieżkę. Bałem się, że to może mnie przerosnąć, że mój organizm tego nie wytrzyma. O dziwo nic mi się nie stało. Tylko lekki kaszel i trochę krwi, ale nic poza tym. Następnego dnia dostałem wiadomość o śmierci twojej matki i zrozumiałem. Zrozumiałem po co były jej potrzebne moje włosy i krew. Isabel związała się ze mną. Zabrała mój ból, dosłownie. Stworzyła między nami więź dzięki, której energia, która mnie mogła zniszczyć przechodziła w połowie na nią. Musiała dostać ataku podczas jazdy samochodem. Stąd ten wypadek. 
Wpatrywał się w okno. Spojrzałam na niego, ale nie czułam już gniewu, ani wściekłości. O dziwo rozumiałam co się stało. Chyba nawet lepiej niż on. Miałam swoją wersję tego co mogło się zdarzyć. Ja to samo czułam całkiem niedawno. Tak desperacką chęć ratowania czyjegoś życia czuje się wtedy gdy się kogoś kocha lub... gdy widziało się jego śmierć jeden lub więcej razy. Być może mamy dotyczyły obie te kwestie. Jeśli to co mówił Elyan było prawdą, a gdzieś w środku uważałam, że tak właśnie jest, to moja mama sama podjęła decyzję. Bolało mnie tylko to, że postawiła swoje życie oraz moje ponad jego. Postanowiła zostawić własną córkę by go uratować. Tylko jeszcze jedno mnie intrygowało.
- Ale po co w takim razie ci te przedmioty? Jakie powiązanie mają z tą sprawą?
Odwrócił głowę i spojrzał na mnie. Na jego twarzy malował się smutek i przygnębienie.
- Więź nie znikła wraz z jej śmiercią tak samo jak jej dar widzenia przyszłości. Może gdyby była kimś innym tak właśnie by się stało. Odziedziczyłaś po niej nie tylko dobre umiejętności, ale też więź, która może cię zabić.
- Co? - Wzdrygnęłam się i odchyliłam do tyłu jakbym dostała pięścią w twarz.
- Chcę zerwać to połączenie. - stwierdził – Dlatego potrzebuję tych przedmiotów.
- Więc czemu mi nie powiedziałeś?
- Zdaje się, że miałaś dużo na głowie.
- Ale zaraz, przecież czarowałeś przy mnie. Stworzyłeś portal. Dwa razy.
Uśmiechnął się.
- Też mnie to zastanawiało. Pokopałem trochę jeśli chodzi o to zaklęcie, które nas związało i dowiedziałem się, że więź jest słabsza jeśli osoby między, którymi jest wytworzona są bliżej siebie.
- Trochę to dziwne. Powinno być raczej odwrotnie.
- Ale nie jest. - skomentował.
Koniec jeśli chodzi o jego smutek. Znów powróciła obojętność, lekkość i zupełny brak przejmowania się czymkolwiek. Przynajmniej tak się wydawało gdy się na niego patrzyło. Kto wie co tak naprawdę odczuwał w środku.
- Co trzeba zrobić by to zerwać? - spytałam bo zdaje się, że sam nie zamierzał mi nic mówić.
- Wszystko co jest potrzebne już mam. Muszę jeszcze tylko ustalić parę szczegółów. 
- Jakich?
Wyciągnął ręce do góry jakby się spodziewał pomocy.
- Dlatego nic nie chciałem ci mówić. Sam się tym zajmę. Nie mieszaj się w to. Zachowuj się tak jakbyś nic nie wiedziała.
- Chyba żartujesz. - oburzyłam się
- A czy ktoś tutaj się śmieje? - Rozejrzał się nerwowo po pokoju – Popatrz nikogo tu nie ma. - Wstał z fotela – Lepiej idź do swojego przyjaciela. Zdaje się, że już za długo kona samotnie.  
- Szkoda, że ta więź nie wpływa na cechy. Mógłbyś zabrać trochę tych dobrych od mojej mamy.
- Na pewno nie chcę ich od ciebie. Idź już. - ponaglał
Wstałam z kanapy. Dopiero teraz zauważyłam, że jego pokój jest większy niż każda sypialnia, którą widziałam w tym domu. Chociaż nie byłam tego taka pewna zważywszy na bałagan jaki tutaj panował. Po podłodze walały się książki i różnego rodzaju oraz długości noże. Pościel była sfałdowana w dole łóżka, prześcieradło w połowie ściągnięte z materaca. Szuflady w niektórych szafkach były otwarte. Wychodziły z nich jakieś ubrania. Ciekawe czy w ogóle kiedyś je nosił zważywszy, że miał na sobie dokładnie to samo co zawsze. Jeansowe spodnie z podartymi nogawkami, T-shirt i rozpiętą koszulę z krótkim rękawem.
Nie skomentowałam tego jednak i wyszłam z pokoju. Oczywiście miałam wiele pytań jakie chciałam mu zadać, ale wiedziałam, że i tak nie uzyskałabym odpowiedzi na żadne z nich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz