Więź
Kiedy
wróciliśmy Elyan szybko opuścił bibliotekę. Josh pomógł mi
zanieść Matta do jednego z pokoi i sam również zniknął. Zaraz
potem z pomocą przyszedł Towen. Już zdrowy i prawie w pełni sił
zaopiekował się moim przyjacielem.
Powiedział, że reszta zespołu po naszym opuszczeniu tego wymiaru wpadła w szał. Jak najszybciej chcieli zrobić to samo, ale czarodziej nie miał tyle siły by stworzyć portal. Kiedy zniknął po tym jak został ranny nie było go przez cały dzień. Niestety nie pamiętał kto go zaatakował. W ogóle niewiele sobie przypominał z tego dnia.
Powiedział, że reszta zespołu po naszym opuszczeniu tego wymiaru wpadła w szał. Jak najszybciej chcieli zrobić to samo, ale czarodziej nie miał tyle siły by stworzyć portal. Kiedy zniknął po tym jak został ranny nie było go przez cały dzień. Niestety nie pamiętał kto go zaatakował. W ogóle niewiele sobie przypominał z tego dnia.
Towen
nie mógł jeszcze czarować, więc nie zdołał uleczyć Matta magią.
Podawał mu za to jakieś zioła i herbaty, które powinny go
wzmocnić. Zabandażował też liczne rany. Kiedy skończył Matthew
wyglądał prawie jak mumia. Polecił żebym zajęła się
sobą, a on posiedzi tutaj. Z niechętną miną wyszłam z pokoju.
Kiedy
wróciłam Towen siedział w czerwonym fotelu i wpatrywał się w
okno. Zajęłam miejsce przy łóżku rannego. Matt był strasznie
blady. Cienie pod oczami były prawie fioletowe.
-
Nicole wiem, że to nie jest odpowiedni moment, ale powinnaś o tym
wiedzieć. - przerwał ciszę Towen
Domyślałam
się co chce powiedzieć.
-
Matthew jeszcze się nie przemienił. - kontynuował czarownik –
Straciłem rachubę ile czasu mu zostało, ale myślę, że jego stan
fizyczny po części jest spowodowany powstrzymywaniem się od
zmiany. To go wykańcza.
-
On nie chce się zmienić. - Nie wiedziałam czy to pytanie czy
stwierdzenie.
-
Z jakiegoś powodu tak jest. Uważam, że nawet gdyby spróbował
jego organizm jest za słaby by to wytrzymać. Wiem jak
zaangażowaliście się podczas wyprawy... - Proszę
nie mów tego, powtarzałam w głowie. -
...Myślę, że to już kwestia czasu zanim on odejdzie.
Poczułam
jego ciepłą dłoń na ramieniu. Roztrzęsiona wytarłam mokre
policzki. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że płaczę.
-
Przykro mi. - Po tych słowach opuścił pokój
Cisza
panująca w pokoju była przerywana tylko poprzez słaby oddech Matta
i mój bardziej zachłanny i nierówny. Płakałam. Wszystko to co
się przydarzyło uderzyło we mnie niczym rozpędzony samochód.
Emocje wypłynęły na wierzch. Nie chciałam płakać, ale nie
miałam siły by to zatrzymać.
-
Nie możesz odejść. - szeptałam – Nie możesz tak po prostu
odejść. Nie po tym wszystkim co dla ciebie zrobiliśmy. - Oparłam
głowę na łóżku tuż obok jego dłoni. - Nie umrzesz. -
powtarzałam.
***
Każdą
minutę dnia spędzałam w pokoju Matta. Siedziałam przy nim
obserwując i wsłuchując się w coraz słabsze bicie jego serca.
Właściwie nie miałam pojęcia dlaczego je słyszę. Być może to
było coś innego, być może tylko sobie je wyobrażałam. Wszystko
zaczęło mi się zlewać. Traciłam rachubę czasu, który wydawał
się dla mnie zatrzymać. Jedynym dowodem temu przeczącym był
Towen, który co jakiś czas przychodził by zbadać Matta.
Powtarzał, że powinnam coś zjeść albo iść się położyć, ale
nie słuchałam. Wyłączyłam się. Liczył się tylko Matt. Skoro w
każdym momencie mógł odejść musiałam wykorzystać każdą
chwilę, która nam została. Nawet jeśli on nie wiedział, że przy
nim jestem, że czuwam.
-
Pociesz się tym, że będziesz mogła widywać go jako ducha.
Gdybym
nie była przygnębiona i wyczerpana zapewne zareagowałbym na
znajomy głos, który wyrwał mnie z własnych myśli i przerwał
ciszę.
Lekko
odchyliłam głowę. Tuż przy łóżku pojawił się Ray.
-
Chcę przyjaciela, do którego będę mogła się przytulić, który
pocieszy mnie swoim dotykiem, a nie tylko słowem. - wymamrotałam
-
Wiem.
-
Przepraszam. - powiedziałam i szybko dokończyłam kiedy zobaczyłam
jego smutny uśmiech. - Nie tylko za to co powiedziałam. Za to, że
nie udało nam się zabrać cię ze sobą do Gretilis. Wszystko
wydarzyło się tak szybko no i jeszcze atak na Towena.
-
Właściwie to chciałbym z tobą o tym porozmawiać.
-
Naprawdę chciałam, żebyś tam z nami był. - kontynuowałam - Na
pewno gdyby to Towen stworzył bramę to wymyśliłby coś na
ciebie...
-
Ale ja tam byłem – wtrącił. Spojrzałam na niego zdziwiona. -
Ten kamień, który dał ci Towen. To dzięki niemu przeniosłem się
z wami do Gretilis.
-
Ale...- Nie wiedziałam jak to możliwe – Nie widziałam cię.
-
Trzymałem się z dala od was. Kiedy Elyan otworzył portal trzymał
w dłoni ten kamień. Myślał, że w nim znajduje się energia
Towena, a nie moja. Rzucając zaklęcie złączył się ze mną przez
co przeniosłem się razem z nim. Od tej pory on może mnie dostrzec,
a ja nie chciałem by wiedział o mojej obecności.
Przypomniał
mi się dziwny ruch pod drzewami jak tylko dotarliśmy do Gretilis.
To musiał być Ray.
-
Dlaczego? - zdziwiłam się
-
Bo mu nie ufam. On coś knuje. Przez cały czas go śledziłem. Nawet
wtedy gdy się rozdzieliliście w tamtym zamku. Poszedłem za nim.
Podejrzane było dla mnie jego zachowanie. To, że szukał tego
miecza, a potem kwiatu. Jakby do czegoś się szykował. Potem zdobył
kamień. Boję się, że to ma jakiś wpływ z tobą.
-
Ze mną? Co masz na myśli.
-
Kiedy kłócił się z Elverem padło nazwisko Blake. Mówili coś o
jakimś powiązaniu waszego rodu z nim - z Elyanem – i że chce je
za wszelką cenę zerwać bo...
-
Bo? - zaczęłam się denerwować.
-
Bo jedna osoba już przez to zginęła. - odwrócił wzrok
-
Moja matka? - powiedziałam prawie bezgłośnie.
Ray
ledwo widocznie pokiwał głową. Serce niemal mi stanęło. Zrobiło
mi się niedobrze. Gdyby to, że nie miałam nic w żołądku na
pewno bym zwymiotowała. Zaczęłam szybciej oddychać.
-
Ale przecież mówili, że zginęła w wypadku. - Spróbowałam
racjonalnego myślenia.
-
Bo zginęła. Znaleziono ją martwą w samochodzie na poboczu. Cała
przednia maska była zmiażdżona bo wjechała w drzewo. Problem
polega na tym, że to była prosta droga z szerokim poboczem. Wypadki
praktycznie się tam nie zdarzają.
Nagle
wstałam z krzesła. Tego było już za wiele. Mógł mnie oszukiwać
co do celu swojej wyprawy, ale jeśli miał coś wspólnego ze
śmiercią mojej matki...
-
Gdzie on jest? - spytałam
-
Nicole, wątpię by cokolwiek ci powiedział.
-
Gdzie on jest? - powtórzyłam głośno
-
Odkąd przybyliśmy prawie nie wychodzi z pokoju. Bardzo
prawdopodobne, że...
Nie
dowiedziałam się co jest bardzo prawdopodobne, bo opuściłam
pokój. Zapomniałam na moment o przyjacielu. Teraz miałam inny
cel. Nie bardziej lub mniej ważny. Po prostu nie byłam na tyle
cierpliwa na to by sam mi to powiedział jeśli w ogóle kiedyś
zamierzał. Problem polegał na tym, że nie wiedziałam gdzie był
jego pokój. Postanowiłam sprawdzić każdy z nich. Po czterech
nieudanych próbach naciskania na klamki zamkniętych drzwi w końcu
trafiłam na jedne otwarte. Wparowałam do pokoju bez pukania. Na
szczęście to było odpowiednie pomieszczenie. Elyan siedział w
fotelu przy oknie i coś czytał. Jak tylko mnie zobaczył, wstał
szybko.
Bez
ogródek zapytałam oskarżycielsko.
-
Co zrobiłeś mojej matce?
Jego
oczy pozostały bez wyrazu.
-
Dzień dobry. Mi też miło cię widzieć.
-
Przestań z tymi uprzejmościami i odpowiedz.
-
Powiedz kiedy ostatnio spałaś albo coś jadłaś. Nie długo nie
będziesz się różnić od swojego przyjaciela.
-
Odpowiedz! - wrzasnęłam – Czy to przez ciebie zginęła?
Nic
nie powiedział. Straciłam cierpliwość i rzuciłam się na niego z
pięściami. Właściwie to nie do końca wiedziałam co robię.
Miałam ochotę go uderzyć, pobić. Oczywiście był gotowy na każdy
cios. Złapał mnie za nadgarstek jak tylko się do niego zbliżyłam.
Kiedy zamachnęłam się drugą ręką, ją również zablokował.
-
Opanuj się. Twoje wzburzenie jest dowodem na to, że nie jesteś
gotowa na żadne informację bo cokolwiek usłyszysz ja i tak będę
winny. Po co mnie pytasz skoro już wydałaś wyrok? Uważasz, że
jestem winien śmierci Isabel. Czy jakiekolwiek słowa, a zwłaszcza
moje to zmienią? Czy uwierzyłabyś, że to nie do końca prawda?
-
Nie wiem co jest prawdą. - krzyknęłam nie za głośno – Wiem, że
coś planujesz. Zbierasz jakieś artefakty. Miecz, kwiat, biały
kamień. Do czego ci one? Jaką więź chcesz zerwać? I co ja mam z
tym wspólnego? Ja albo moja matka.
-
To dużo pytań naraz. Może zdecyduj się na jedno, bo ja już
zapomniałem pierwszego.
Westchnęłam
i rozluźniłam się. Widząc to poluźnił chwyt dzięki czemu
mogłam zabrać ręce.
-
Po prostu wyjaśnij. Wszystko.
-
Myślałem, że nie chcesz mnie widzieć. - Spróbował jeszcze raz
-
Bo nie chciałam i nadal nie chcę. Uknułeś coś za moimi plecami.
Kłamałeś, że jesteś po mojej stronie.
-
Przecież pomogłem ci uratować przyjaciela co jak wiadomo było
daremne bo i tak umrze.
Mimo,
że sama wiedziałam, że tak może się stać, to gdy ktoś to
wymawiał jeszcze z takką lekkością sprawiało, że do oczu
napływały mi łzy. Choć teraz tak się nie stało i tak poczułam
ukłucie bólu i niemiły dreszcz.
-
Nie mów, że nic na tym nie zyskałeś.
-
Dlaczego wszyscy tutaj mówią o moich zyskach. Głupie pytania co z
tego będę miał. Zdobyłem co chciałem, ale nie odwróciłem się
od twojego celu.
-
Poprowadziłbyś nas do tego zamku gdyby nie było tam tego kamienia?
Gdyby Elver go nie miał? - spytałam gwałtownie
-
Oczywiście, że tak. Obiecałem przecież. - odpowiedział od
niechcenia.
Zapadło
krótkie milczenie. Nie wiedziałam czy mówi prawdę. Jego twarz
pozostała bez wyrazu jak zawsze.
-
W porządku. - odpuściłam – Zostawmy to. Nie o to teraz cię
oskarżam.
-
Powiem ci co chcesz wiedzieć. Tylko już nie pytaj. Zadajesz
zdecydowanie za dużo pytań. Usiądź. - wskazał ręką na sofę
obok siebie. Podążyłam za jego gestem i umiejscowiłam się tak
by wyraźnie go widzieć. - W końcu i tak musiałbym ci powiedzieć.
- dokończył bardziej do siebie.
-
A więc co... - urwałam gdy zobaczyłam jego gniewne spojrzenie. -
Ach tak. Żadnych pytań.
-
Przynajmniej na razie. Daj mi chociaż zacząć. - Pokiwałam
głową i zamknęłam usta powstrzymując się od mówienia.-
Pozwól, że ominę szczegóły mojego życia i przejdę do momentu,
w którym pojawiła się twoja matka. Z powodów, których nie będę
ci tłumaczył zacząłem interesować się magią. Była ona dla
mnie czymś nowym co zawsze mnie w jakiś sposób fascynowało.
Czasami gdy zawodzi siła fizyczna przydaje się dodatkowy atut,
którego wrogowie nie będą się spodziewać. Magia u Bakenaka nie
jest czymś normalnym dlatego jeszcze bardziej mnie to przyciągało.
-
Oryginalność jak mówiłeś. - wtrąciłam niechcący
-
Dowiedziałem się jak ją przechwytywać i utrzymywać. -
kontynuował bez reakcji na moje poprzednie słowa – Ponieważ nie
jestem czarodziejem nie może ona być częścią mojego ciała.
Dlatego trzymam ją w przedmiotach. - Wskazał na klepsydrę
zawieszoną na szyi. - Nauka korzystania z niej była trudniejsza.
Zajęła mi lata. Kiedy w końcu się udało używałem jej do byle
jakich głupstw, które mógłbym zrobić sam. Byłem jak pod wpływem
narkotyku. Im więcej czarowałem tym lepiej się czułem. Euforia,
którą czułem była nie do opisania. Po jakimś czasie pojawiły
się skutki uboczne. Na początku niegroźne. Ataki kaszlu lub
krwawienie z nosa. Potem jednak się nasiliły. Magia miażdżyła
mnie od środka. Miałem krwotoki wewnętrzne, dławiłem się krwią,
traciłem przytomność na kilka dni. Postanowiłem zostawić magię
czarownikom. Na początku nie szło tak źle, ale przyjemność,
której doświadczyłem podczas czarowania.... Nie mogłem o tym
zapomnieć. To do mnie wracało. Czułem się tak jakby brakowało
części mnie. Powróciłem do czarów. Nie zważałem na
niebezpieczeństwo, przestałem dbać o własne życie bo wiedziałem,
że i tak w końcu umrę. Wtedy pojawiła się twoja matka. Znalazła
mnie. Wiedziała, że czaruje i chciała mnie ostrzec, ale dla mnie
było już za późno. To w co się wpakowałem było gorsze niż
zwykłe uzależnienie. Magia utrzymywała mnie przy zdrowym rozsądku.
Mój umysł nie przetrwałby rozstania z nią. Wolałem zginąć niż
być chory psychicznie. Isabel to rozumiała. Wiedziała co czuję i chciała mi pomóc. Nie pytaj mnie dlaczego. Nigdy mi nie powiedziała,
a ja nie pytałem. W końcu miałem jakąś stałą osobę w swoim
życiu i w tym wymiarze. - zaśmiał się. - Przynosiła mi różne
zioła, które odwracały moją uwagę od magii. Polepszało mi się
przez jakiś czas. Potem nawet jej pomysły były daremne. Mówiłem,
że to już koniec, ale ona się nie poddawała. Robiła dziwne
eksperymenty. Pobierała mi krew, brała próbki włosów. Naprawdę zaczęła
mnie przerażać. Postanowiłem na trochę się od niej odsunąć.
Wyjechałem z miasta i starałem się nie korzystać z magii. Udawało
się, ale pewnego dnia zaatakowała mnie banda wampirów. Mieli
ogromną przewagę. Nie miałem wyjścia. Potężny czar obronny był
dla mnie jedyną nadzieją. Oczywiście mogłem zaryzykować i
walczyć wręcz, ale wybrałem łatwiejszą ścieżkę. Bałem się,
że to może mnie przerosnąć, że mój organizm tego nie wytrzyma.
O dziwo nic mi się nie stało. Tylko lekki kaszel i trochę krwi, ale
nic poza tym. Następnego dnia dostałem wiadomość o śmierci
twojej matki i zrozumiałem. Zrozumiałem po co były jej potrzebne
moje włosy i krew. Isabel związała się ze mną. Zabrała mój
ból, dosłownie. Stworzyła między nami więź dzięki, której
energia, która mnie mogła zniszczyć przechodziła w połowie na
nią. Musiała dostać ataku podczas jazdy samochodem. Stąd ten
wypadek.
Wpatrywał
się w okno. Spojrzałam na niego, ale nie czułam już gniewu, ani
wściekłości. O dziwo rozumiałam co się stało. Chyba nawet
lepiej niż on. Miałam swoją wersję tego co mogło się zdarzyć.
Ja to samo czułam całkiem niedawno. Tak desperacką chęć
ratowania czyjegoś życia czuje się wtedy gdy się kogoś kocha
lub... gdy widziało się jego śmierć jeden lub więcej razy. Być
może mamy dotyczyły obie te kwestie. Jeśli to co mówił Elyan
było prawdą, a gdzieś w środku uważałam, że tak właśnie jest,
to moja mama sama podjęła decyzję. Bolało mnie tylko to, że
postawiła swoje życie oraz moje ponad jego. Postanowiła zostawić
własną córkę by go uratować. Tylko jeszcze jedno mnie
intrygowało.
-
Ale po co w takim razie ci te przedmioty? Jakie powiązanie mają z
tą sprawą?
Odwrócił
głowę i spojrzał na mnie. Na jego twarzy malował się smutek i
przygnębienie.
-
Więź nie znikła wraz z jej śmiercią tak samo jak jej dar widzenia
przyszłości. Może gdyby była kimś innym tak właśnie by się
stało. Odziedziczyłaś po niej nie tylko dobre umiejętności, ale
też więź, która może cię zabić.
-
Co? - Wzdrygnęłam się i odchyliłam do tyłu jakbym dostała
pięścią w twarz.
-
Chcę zerwać to połączenie. - stwierdził – Dlatego potrzebuję
tych przedmiotów.
-
Więc czemu mi nie powiedziałeś?
-
Zdaje się, że miałaś dużo na głowie.
-
Ale zaraz, przecież czarowałeś przy mnie. Stworzyłeś portal. Dwa
razy.
Uśmiechnął
się.
-
Też mnie to zastanawiało. Pokopałem trochę jeśli chodzi o to
zaklęcie, które nas związało i dowiedziałem się, że więź
jest słabsza jeśli osoby między, którymi jest wytworzona są
bliżej siebie.
-
Trochę to dziwne. Powinno być raczej odwrotnie.
-
Ale nie jest. - skomentował.
Koniec
jeśli chodzi o jego smutek. Znów powróciła obojętność, lekkość
i zupełny brak przejmowania się czymkolwiek. Przynajmniej tak się
wydawało gdy się na niego patrzyło. Kto wie co tak naprawdę
odczuwał w środku.
-
Co trzeba zrobić by to zerwać? - spytałam bo zdaje się, że sam
nie zamierzał mi nic mówić.
-
Wszystko co jest potrzebne już mam. Muszę jeszcze tylko ustalić
parę szczegółów.
-
Jakich?
Wyciągnął
ręce do góry jakby się spodziewał pomocy.
-
Dlatego nic nie chciałem ci mówić. Sam się tym zajmę. Nie
mieszaj się w to. Zachowuj się tak jakbyś nic nie wiedziała.
-
Chyba żartujesz. - oburzyłam się
-
A czy ktoś tutaj się śmieje? - Rozejrzał się nerwowo po pokoju –
Popatrz nikogo tu nie ma. - Wstał z fotela – Lepiej idź do
swojego przyjaciela. Zdaje się, że już za długo kona samotnie.
-
Szkoda, że ta więź nie wpływa na cechy. Mógłbyś zabrać trochę
tych dobrych od mojej mamy.
-
Na pewno nie chcę ich od ciebie. Idź już. - ponaglał
Wstałam
z kanapy. Dopiero teraz zauważyłam, że jego pokój jest większy
niż każda sypialnia, którą widziałam w tym domu. Chociaż nie
byłam tego taka pewna zważywszy na bałagan jaki tutaj panował. Po
podłodze walały się książki i różnego rodzaju oraz długości
noże. Pościel była sfałdowana w dole łóżka, prześcieradło w
połowie ściągnięte z materaca. Szuflady w niektórych szafkach
były otwarte. Wychodziły z nich jakieś ubrania. Ciekawe czy w
ogóle kiedyś je nosił zważywszy, że miał na sobie dokładnie to
samo co zawsze. Jeansowe spodnie z podartymi nogawkami, T-shirt i
rozpiętą koszulę z krótkim rękawem.
Nie
skomentowałam tego jednak i wyszłam z pokoju. Oczywiście miałam
wiele pytań jakie chciałam mu zadać, ale wiedziałam, że i tak
nie uzyskałabym odpowiedzi na żadne z nich.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz