piątek, 7 lutego 2014

Rozdział 12

Lodowe ostrze

Wszyscy pozostali oprócz Towena siedzieli w kuchni i omawiali strategię. Jak tylko zobaczyłam, że nie ma tam czarodzieja chciałam wyjść, ale Josh mnie zatrzymał. Pociągnął mnie za ramię na korytarz. Zatrzymał się dopiero przy schodach.
- Puścisz mnie w końcu. - zdenerwowałam się – Potrafię chodzić bez niczyjej pomocy.
Miał na sobie ubranie bojowe. Oczywiście czarne, zrobione z specyficznego materiału. Dzięki czemu było wygodne, raczej dopasowane i lekko śliskie. Na ramiona miał narzuconą skórzaną kurtkę. 
Rozejrzał się jakby chciał się upewnić, że nikt nas nie usłyszy.
- Powiedział po co tutaj przyszedł?
- Kto? - odparłam zdezorientowana
- Rasac. - powiedział oburzony
- Chce nam pomóc.
- Czyli nie powiedział nic.
- O co ci chodzi? Powinieneś się cieszyć. Zwiększamy swoje szanse.
Przynajmniej moje zostały zwiększone-dodałam w myślach.
- Trzymaj się od niego z daleka. - ostrzegł
- Chyba żartujesz. Kim jesteś by mi zabraniać. On jest częścią zespołu.
- On nigdy nie współpracuje. - krzyknął – Działa na własną rękę.
- A ty?
Odsunął się jakbym go uderzyła. Na twarzy pojawiło się oszołomienie, które starał się ukryć.
Nic więcej nie powiedział, więc go ominęłam i rzuciłam na odchodne.
- Proszę zostaw mnie w spokoju.
Nie miałam zamiaru się nim przejmować, skoro on sam nie martwił się o siebie. Byłam już tym zmęczona. Jeśli uda się Towenowi przenieść z nami Raya to będzie jego problem, a nie mój. Musiałam uratować przyjaciela i to było teraz u mnie na pierwszym miejscu. 
Kiedy byłam już na schodach usłyszałam głos Trevora.
- Nicole idziemy do zbrojowni wybrać broń. Powinnaś pójść z nami.
- Chcę pomóc Towenowi. - wykręcałam się.
- Poradzi sobie. Nie możesz być bezbronna. - Ton jego głosu był przyjazny, ale stanowczy. 
Nie mogłam odmówić. Z powrotem powędrowałam w stronę biblioteki. Kiedy skręciliśmy w stronę sali treningowej zobaczyłam, że Elyan gdzieś się ulotnił. Chyba naprawdę nie przepadał za przyjaciółmi Trevora. Niechętnie szłam ostatnia. Josh szedł przede mną z pochyloną głową.
Jak tylko weszliśmy do środka wszyscy ochoczo zaczęli przebierać w sprzęcie, wybierając ten, który najbardziej im odpowiadał. Ja natomiast usiadłam przy dębowym stole w milczeniu. Nie chciałam się wpychać. Poza tym i tak nie znałam się na broni.
Tony od razu ruszył w stronę większych mieczy. Wybrał dwa srebrne. Skoro ruszaliśmy na wilkołaki ten metal był najcenniejszy. Gabrielle sięgnęła po łuk i kilka mniejszych sztyletów. Kelly miała swój ekwipunek. Wyłożyła go na stół przede mną i zaczęła go polerować. Miała kilka dysków do rzucania oraz shurikenów ale głównie miecze i szable. Wszystkie miały ozdobne wykończenia i wygrawerowane wzory. Wyglądały naprawdę imponująco.
Zauważyła, że jej się przyglądam.
- Podobają ci się?
- Są wspaniałe. - wskazałam na broń dalekodystansową.
Uśmiechnęła się szeroko.
- Umiesz się nimi posługiwać?
- Trochę trenowałam z Joshem. Rzucanie nożami wychodziło mi najlepiej. Właściwie to wątpię czy będę użyteczna w walce.
- Każdy na coś się przydaje.
Wyciągnęła białą ściereczkę i zaczęła przejeżdżać nią po ostrzach nadając im jeszcze większego połysku. Czułam się jak zahipnotyzowana, patrząc na jej smukłe, zadbane dłonie przesuwające się z wprawą po srebrze. Odwróciłam wzrok dopiero kiedy, ktoś rzucił na blat przede mną kilka niewielkich noży.
- Powinnaś je zabrać. - powiedział Josh.
Mimo, że byłam na niego zła, chciałam mu podziękować. Nie zdążyłam bo odwrócił się i odszedł. Spojrzałam na broń. Każdy sztylet był w pokrowcu, niektóre miały dodatkowe paski by przypiąć je do ciała.
- Pokłóciliście się? - spytała Kelly
- Można tak powiedzieć. - odpowiedziałam zapinając broń. Jeden przypięłam do nogi, a dwa schowałam do wysokich butów. Nie chciałam więcej. Już i tak czułam się nieswojo. Nie byłam żołnierzem, nigdy nie miałam styczności z prawdziwą walką. Tak naprawdę myślę, że przy spotkaniu z wrogiem będę w stanie tylko uciekać. 
- Nie łatwo z nim wytrzymać. - westchnęła.
- Nie w tym problem. On po prostu nie potrafi zrozumieć, że ktoś może się o niego martwić.
- Zbyt wcześnie stracił rodzinę – powiedziała – Stara się jakoś z tym poradzić. Pokazać, że jest niezależny. Prawda jest taka, że potrzebuje kogoś bliskiego, mimo że wszystkich na siłę odtrąca. Dlatego tak cenił Raya, który nigdy się od niego nie odwrócił. Jednak zawsze jest tak, że osoby na których mu zależy umierają na jego oczach. Nie jest mu przez to łatwiej do kogoś się zbliżyć. Rozumiesz?
Przez moment się zastanawiałam czy nie mieli kiedyś ze sobą czegoś wspólnego. Wcale by mnie to nie zaskoczyło bo Kelly była naprawdę ładna, ale jak dla mnie chyba trochę za stara.
- Ja... Lepiej już pójdę. Mam wszystko czego potrzebuję. Nie będę wam przeszkadzać. - mruknęłam.
Czułam się źle. Musiałam chociaż na chwilę się od nich odseparować. Odetchnąć od tego całego zamieszania.
Wymknęłam się po cichu z sali treningowej. W przedsionku, w którym znalazłam dziennik był Elyan. Przeszukiwał spoczywające tam kartony. Narobił większego bałaganu niż był tu wcześniej. Musiał niedawno zacząć bo jak wchodziliśmy do zbrojowni nikogo tutaj nie było. Od tego czasu minęło jakieś dziesięć może dwadzieścia minut, a on już zdążył przewrócić to miejsce do góry nogami. 
- Czego szukasz?
Liczyłam na to, że odsunie się spanikowany lub zażenowany swoim wścibstwem, ale on nawet nie drgnął. Nadal skoncentrowany był na wywalaniu śmieci z papierowych pudeł.
- Próbuję odzyskać swoją własność.
Chciałam powiedzieć, że to nie była odpowiedź na moje pytanie, ale się powstrzymałam. Miałam się od tego wszystkiego odsunąć, pobyć sama. Niech sobie robi co chce. Nie pozwolił mi jednak odejść, tylko zapytał. 
- Długo oni będą tam siedzieć?
- Nie wiem. A co boisz się, że cię zaskoczą podczas gdy ty grzebiesz w nie swoich rzeczach?
- Raczej chciałbym żeby mi nie przeszkadzali. Już są niezadowoleni z mojej obecności.
- Mówisz tak jakby cię to obchodziło.
Po opróżnieniu ostatniego kartonu, wyrzucił go na drugą stronę pomieszczenia z irytacją. Wstał i zaczął się rozglądać. Jego wzrok przykuła podrapana ściana. Podszedł do niej i odsunął wielką szafę, tak jak ja kiedyś. Przemknęło mi przez myśl, że może szukać dziennika, który znalazłam.
Jak tylko odsłonił ścianę, zainteresował się łańcuchami. Potrząsnął nimi próbując oderwać je od marmuru. Ani drgnęły. Obserwowałam go z zainteresowaniem. Wyciągnął z kieszeni niewielki nóż i zaczął zeskrobywać z nich rdze. Ukucnęłam obok.
- Czarci metal. - stwierdził.
Spojrzałam na obręcz kajdan W oczyszczonym miejscu miały czarny kolor zamiast brązowo pomarańczowego.
- I co? - spytałam
- Może się przydać. Trzeba go zabrać.
- Jest wbetonowany głęboko w ścianę. Musiałbyś go przeciąć.
- Najlepsze jest to, że się nie da. Wiesz kto tu spoczywał? - Pokiwałam głową. - To było jedyne co mogło go powstrzymać, a nawet zranić. - Wskazał na już ledwo widoczną zaschniętą krew na podłodze. 
- Myślisz, że można go tym zabić. Użyć tego zamiast złota.
- Obstawiam, że tak. Jeśli uda mi się znaleźć to czego szukam, będziemy w stanie zabrać ze sobą te łańcuchy.
Wstał i otrzepał kolana z kurzu. Wyglądało to dość zabawnie bo same spodnie nie wyglądały przez to dużo lepiej. Nadal były poprzecierane i wygniecione. Na to jednak nie zwracał uwagi.
- Powiesz mi co to jest? Nie zostało nam zbyt wiele czasu.
Przeciągnął dłonią po włosach i przez moment drapał się po głowie, rozważając moją propozycje.
- To miecz. Mniej więcej takiej długości. - rozciągnął ręce. Odległość między nimi wynosiła nie więcej niż półtora metra. - Wygląda jakby był wykonany z lodu.
- Skąd wiesz, że tutaj się znajduje?
- Sam go ukryłem w tym domu kilka lat temu. Ponieważ Towen lubi magiczne przemeblowania bardzo prawdopodobne, że zmienił swoje położenie.
- A gdzie wtedy go zostawiłeś?
- Jakbym pamiętał to już bym go znalazł.
- Jak mogłeś zapomnieć? - zdziwiłam się
- Byłem wtedy trochę pijany. - Minął mnie i ruszył w stronę biblioteki.
Nie skomentowałam jego ostatniego zdania choć bardzo chciałam.
- Jeśli ktoś go znalazł to na pewno jest w zbrojowni.
Zatrzymał się przy drzwiach.
- To idź i sprawdź. Ja pogrzebię w sypialniach.
Przewróciłam oczami i wróciłam do zbrojowni. Nie umknęło mojej uwadze, że cały czas wracam skąd przyszłam. Kręciłam się w kółko bo inni tego ode mnie oczekiwali.
Każdy miał już wybraną broń. Teraz ćwiczyli w sali. Walczyli i rzucali do celu. Przynajmniej mogłam swobodnie przeszukać wszystkie szafki. No nie do końca swobodnie bo Josh został przy stole. Nie odezwałam się do niego licząc, że nie będzie zwracał na mnie uwagi. Najpierw przeszukałam broń zawieszoną na ścianie. Na pierwszy rzut oka żadna nie przypominała lodu. Przeszłam więc do tej ukrytej w meblach. Czułam ciężar spojrzenia Josha. Na jego miejscu też bym się gapiła. Wcześniej nie chciałam żadnej broni, a teraz wróciłam i przeszukuje sprzęt. 
- Pomóc ci? - zaproponował
- Poradzę sobie. - odpowiedziałam szybko. Od razu pożałowałam swojej wrogiej odzywki. Miał dobre zamiary. - Przepraszam. Ja po prostu jestem trochę zdenerwowana. Gdzie trzymacie miecze?
- Chcesz walczyć mieczem? - zdziwił się rozbawiony.
- Może.
Wstał od stołu i otworzył największą z szaf.
- Jeśli Rasac chce broń może przyjść tutaj osobiście.
Na chwilę się zawahałam zanim zajrzałam do środka.
- Dlaczego uważasz, że to dla niego?
- Bo podczas naszych treningów ani razu nie chciałaś walczyć na szable.
Unikając jego spojrzenia przeleciałam wzrokiem po zawartości. Żaden nie pasował do opisu.
- Gdzieś jeszcze?
- Czego konkretnie chce?
Nie wiedziałam czy mogę mu powiedzieć.
- On chyba wolałby coś dłuższego.
- Daj mu włócznie. - zaśmiał się
- Mówię poważnie.
- Tu jest każdy rodzaj. Innych nie mamy. Chyba, że w schowku, ale raczej wątpię byś znalazła tam coś czego nie ma tutaj. Zazwyczaj gdy czegoś zabraknie jest to uzupełniane magicznie.
- A mogę zobaczyć?
- Nie wiem gdzie on jest. To dom Towena. Jest tu sporo pomieszczeń, do których tylko on ma dostęp.
- Pójdę go poszukać.
I tak wcześniej miałam do niego zajrzeć.
- Mogę iść z tobą? - spytał niepewnie.
Zaskoczyło mnie to pytanie. On nigdy się nie pytał. Robił to co chciał.
- Jasne.
Uśmiechnął się i razem ruszyliśmy w stronę biura Towena. Nie było go w bibliotece, więc powinien być właśnie tam. Na szczęście przedsionek, w którym wcześniej Elyan zrobił bałagan był zaciemniony dzięki czemu Josh nie zauważył chaosu jaki tam panował.
Szliśmy w ciszy. Czasami Josh wyglądał tak jakby chciał coś powiedzieć, ale ani razu się nie odezwał. Dopiero kiedy byliśmy na górze usłyszałam jego groźny ton.
- Co jest do cholery?
Nie wiedziałam o co mu chodziło kiedy biegiem ruszył w stronę swojego pokoju. Zauważyłam, że drzwi są uchylone. Pobiegłam za nim.
- Czego tu szukasz? - zapytał ostro
Wyszłam zza jego pleców by zobaczyć do kogo mówi. Jak na nieszczęście Elyan musiał zacząć poszukiwania od sypialni Josha. Jak zobaczyłam opłaciło się. Siedział na parapecie trzymając w reku miecz. Rzeczywiście wyglądał jak lód. Lekko przezroczysty na zewnątrz i białoszary w środku. Nawet rękojeść była z tego samego materiału. Ostrze wydawało się zaokrąglone, ale kiedy je obrócił ukazały się ostre brzegi. Wyglądał jak połączenie samurajskiego miecza i pirackiej szabli, zwężając się na środku. 
- Już znalazłem. Wybacz za taki stan swojego pokoju, ale trochę mi się spieszyło.
- Zostaw miecz i wynoś się stąd. - rozkazał Josh.
Elyan włożył miecz za pasek i ruszył pewnym krokiem w naszą stronę. Zatrzymał się tuż przed Joshem.
- Zejdź mi z drogi, chłopcze.
Dziwnie zabrzmiały jego słowa. Raczej nie był wiele starszy od Josha. Wyglądał na maksymalnie dwadzieścia pięć lat.
- Zabawny jesteś. Wchodzisz do mojego pokoju, przeszukujesz moje rzeczy i liczysz, że tak po prostu zabierzesz moją broń.
- Oczywiście, że nie. Wszedłem do twojego pokoju, przeszukałem twoje rzeczy i opuszczę twój pokój z moim mieczem. - Podkreślił swoje słowa przeciągając głoski. - Właściwie to nawet mnie nie dziwi to, że się nim zainteresowałeś. Jest piękny. Każdy by go zachował. 
- Nie zabierzesz go. - warknął
Ujrzałam błysk wyzwania w oczach Elyana.
Weszłam pomiędzy nich jakby to miało ich powstrzymać przed rzuceniem się na siebie.
- Daj spokój. - powiedziałam do Josha. Potrzebowaliśmy tego miecza. Musiałam go jakoś przekonać. - To tylko zwykły miecz. Po co się o niego kłócić.
- To nie jest zwykły miecz. - powiedział – Dostałem go od Raya.
- A! Nasz mały duszek. - zaśmiał się Elyan.
Miałam ochotę kopnąć go w kostkę za to co powiedział. Dyskretnie dałam mu znak oczami żeby się zamknął. Widziałam, że zrozumiał, ale i tak nie odpuścił.
- Z chęcią się dowiem gdzie go znalazł. Mogłabyś go zapytać?
- Zamknij się. - syknęłam
- O czym on mówi? - zapytał Josh.
- O niczym. Za dużo wypił.
- Nie obrażaj mnie. - udawał urażonego. - Już dawno zerwałem z tym nałogiem. Przerzuciłem się na papierosy. Powinniście sobie porozmawiać. - Poklepał nas oboje po ramionach. - Ja tymczasem pójdę na dół. 
Josh tym razem nie zareagował kiedy Elyan wyszedł z pokoju z jego mieczem. Wpatrywał się we mnie ostrym spojrzeniem, domagając się wyjaśnień.
Gwałtownie wypuściłam powietrze.
- Miałam iść do Towena.
- Już nie musisz skoro ma swój miecz. - Wskazał na drzwi przez, które przed chwilą wyszedł Elyan. - Powinnaś mi raczej powiedzieć o co mu chodziło.
- Już mówiłam, że o nic. Przecież wiesz, że on nie jest do końca normalny.
- To prawda, ale zazwyczaj ma racje. Widząc twoją nagłą reakcję teraz jest tak samo. - Był coraz bardziej podirytowany
Nie wiedziałam jak się z tego wykręcić. Nigdy nie byłam dobrym kłamcą.
Usiadłam na łóżku i zamknęłam oczy. Słyszałam przyspieszone bicie swojego serca i spokojny oddech Josha. Poczułam przeszywające zimno na dłoniach. Jakby lód wypełniał mnie od środka. Otworzyłam oczy. Na rękach miałam przezroczystą poświatę męskiej dłoni. Spojrzałam w prawo. Obok mnie spoczywał Ray.
- Powiedz mu. - powiedział. - I tak się dowie.
- Jesteś pewien? - wyszeptałam
- Czego? - spytał od razu Josh.
Ray ledwo zauważalnie pokiwał głową.
- Może nie przyjmie tego tak źle.
Uśmiechnęłam się.
- Hej. - potrząsnął mną Josh. - Nie bierz tego do siebie, ale chyba świrujesz.
Usłyszałam prychnięcie Raya. Moja twarz od razu przybrała kamienną maskę.
Drugi raz dzisiaj musiałam tłumaczyć, że widzę Raya jako ducha. Może od razu powinnam zwołać wszystkich by nie musieć znów się powtarzać.
- W porządku. Powiem ci. - odparłam. - Ale może lepiej usiądź.
- Jestem wybrykiem natury otoczonym przez jeszcze większych dziwaków. Naprawdę wiele widziałem i słyszałem. Myślisz, że z tym sobie nie poradzę? - Jego twarz wykrzywiła się w zarozumiałym uśmiechu.
Odetchnęłam i zaczęłam mu wszystko tłumaczyć. Słowa same wypływały z moich ust. Czułam się tak jakbym czytała przemowę z wcześniej napisanej kartki. Myślę, że nieumyślnie przygotowywałam się do tej rozmowy. Mimo obietnicy milczenia zdawałam sobie sprawę, że prędzej czy później będę musiała mu powiedzieć.
Josh ani razu się nie poruszył. Przez cały czas słuchał mnie z uwagą. Milczenie się przedłużało nawet po tym jak skończyłam mówić.
Kiedy doszedł do siebie zapytał:
- Dlaczego wcześniej mi nie powiedziałaś? Dlaczego Ray nie chciał mi powiedzieć? Gdzie on jest? - Wskazałam na miejsce obok siebie. Odwrócił się w tym kierunku. - Gdybyś miał swoje dawne ciało i czuł cokolwiek to dał bym ci w pysk. - Zagroził pustej przestrzeni. 
Ray się rozpromienił.
- Co jest? - spytałam go.
- Reaguje groźbami. To znaczy, że dobrze to przyjął. Zazwyczaj po prostu milczał albo naburmuszony wychodził. A teraz. Odezwał się! - powiedział z ulgą.
- Co on mówi? - zapytał Josh
- Ciszy się, że nie uciekłeś rzucić się pod pociąg. - zaśmiałam się
- Za duże ma mniemanie o sobie. - stwierdził wesoły. - Twierdzisz, że Towen chce go z nami przeteleportować. 
Pokiwałam głową.
- Tak w ogóle to dzięki, że go o to poprosiłaś. To wiele dla mnie znaczy. - wtrącił Ray.
- Może uda mu się sprawić bym ja też go widział. - kontynuował Josh.
- Nie pytałam o to. Miałeś nic nie wiedzieć. - wzruszyłam ramionami.
Czułam ulgę, że Josh się na mnie nie obraził. Może stosunki między nami nie były stabilne, ale świadomość, że nie jest tak całkowicie na mnie zły była kojąca.
- Pójdę sprawdzić jak mu idzie. - powiedział Ray.
Kiwnęłam głową w odpowiedzi i powiedziałam Joshowi, że Ray się ulotnił. Nie wiem po co. Może lepiej żeby o tym wiedział skoro i tak już zna prawdę. Na jego miejscu dziwnie bym się czuła. Ktoś może mnie obserwować kiedy ja tego nie chcę, podczas gdy go nie widzę. To strasznie deprymujące. Z drugiej strony to był Josh. Raczej nie miewał sytuacji, w których czułby się zażenowany albo skrępowany.
- Dlaczego właściwie pomagasz Rasacowi? - spytał nagle – Nie znasz go, a stanęłaś w jego obronie, kiedy tu wtargnął. Nie wykręcaj się tylko. Łatwo się zorientować. 
- On po prostu stoi po mojej stronie. Chyba.
- Przecież ja też. Możesz na mnie liczyć.
- Nie w tej sprawie. - zaprzeczyłam – Ty masz swój plan, a ja mam swój. 
- I wtajemniczasz w niego zupełnie obcą osobę? - zdziwił się
- To on wtajemniczył mnie. Uświadomił mi coś ważnego, z czego nie zdawałam sobie sprawy. Czuję, że mogę mu ufać.
Nie kłamałam. Przyciągał mnie swoją tajemniczością, a ja nie potrafiłam tego wyjaśnić. Wcześniej czegoś takiego nie czułam. Było tak jakby łączyła nas niewidzialna nić, która pokazała się w momencie kiedy go ujrzałam. 
- Obyś się nie myliła. - powiedział cierpko.
- Dlaczego właściwie go nie lubisz? Czemu wszyscy go nie lubią? Przynajmniej on tak twierdzi.
- Kiedyś był wspaniałym wojownikiem z ambicjami. Szalony, odważny, nieugięty. Łowca głów. Zarabiał na śmierci innych. Rada często go wynajmowała by zlikwidował jakąś nadnaturalną istotę. Mnóstwo osób go podziwiało za to, że zawsze wychodził zwycięsko. Otoczony był wieloma ludźmi, którym zaufał, a oni go zdradzili. Jego właśni przyjaciele wydali go wampirom. Od tamtej pory żyje samotnie. 
- To chyba nie powód by go nienawidzić.
- Pozwól mi dokończyć. Odseparował się od własnego gatunku. Zaczął krążyć wokół czarowników. Interesował się magią. Rada przestraszyła się...
- Że będzie taki jak Elver. - dokończyłam.
Potwierdził kiwnięciem.
- Zaczęli go obserwować. Wielu przez to zginęło. Po prostu ich zabił. Jakby się zastanowić to postąpił bym tak samo na jego miejscu. Jednak ci co ocaleli opowiadali dziwne historie. Mówili, że Elyan został opętany, że używa czarnej magii. To było dziwne. Zmiennokształtni nie potrafią używać magii. Nikt w to nie uwierzył. Pewnego razu jeden z członków Rady postanowił mu się przyjrzeć. Twierdził, że widział jak jego oczy błyszczą lodowym światłem tak samo jak palce dłoni. Magiczna energia. Elyan został wygnany. Zmiennokształtni się go wyparli. Spalili stronę w Księdze Życia z jego drzewem genealogicznym. Był uważany za gorszego od Elvera. Być może tamten zabił mnóstwo swoich, ale nie przestał być Bakenakiem. Tak naprawdę to nigdy nie udowodniono mu winy. Świadkami zawsze były pojedyncze osoby. Kiedy stanął przed sądem po prostu się przyznał, ale nie zaprezentował swoich umiejętności. Nie jest tak, że go nienawidzimy. Po prostu mu nie ufamy. Z jednej strony cieszę się, że tu jest bo to naprawdę doświadczony wojownik, ale mam przeczucie, że to się dla nas źle skończy. On jest dla nas nierozwiązaną zagadką. Sporo ryzykujesz zadając się z nim. Nie zabronię ci tego, ale ostrzegam. Lepiej byś zostawiła go w spokoju. 
Josh mówił szczerze. Miałam wrażenie, że naprawdę się o mnie boi. Być może będzie wiedział jak ja się czułam.
- Może to po prostu typ samotnika. Nie wygląda na jakiegoś zbrodniarza. Nie fatygowałby się by tutaj przyjść gdyby taki był, co nie?
- Też się nad tym zastanawiałem. Dlatego spytałem cię o to wcześniej. Teraz myślę, że przyszedł po ten miecz i już go nie zobaczymy.  
Na chwilę pomyślałam, że to może być prawda. Mówił, że potrzebuje go do wyciągnięcia łańcuchów, ale nie mogłam być tego pewna na sto procent. Miałam ochotę pobiec i sprawdzić, ale powstrzymałam się. Jeśli chciał się ulotnić to przecież i tak go nie powstrzymam. 
- Byłeś kiedyś w Gretilis? - spytałam
- Nie. Nigdy nie opuszczałem tego wymiaru, ale wiem, że to najmniej odkryty wymiar. Wiadomo, że nie jest tak duży, ale nie brak w nim niebezpieczeństw. Istnieje tam tylko jedna osada czarodziei. Reszta wolała nie mieszać się w sprawy Gretilis. Podobno wyglądem nie różni się bardzo od Krantis. To znaczy naszego wymiaru. 
- Skąd to wiesz?
- Uczono nas tego w szkole.
Zastanawiałam się jak wygląda nauka Bakenaków. Jakiej historii się uczą? Czy też mają oceny? Ich szkoła trwała krócej ale za to była bardziej pracochłonna. Matt ominął to wszystko. Nie poznał magicznego świata w ten sposób. Chodził do tej samej szkoły co ja. Ja nie jestem Bakenakiem, a nie mogę się odnaleźć w ich prawach i tradycjach. A co dopiero on. Nie zna świata, do którego należy. 
- Co jeśli Elver zrobił Mattowi to co sobie?
Josh na mnie spojrzał.
- Uratujemy go. - pocieszył mnie.
Złapał mnie za dłoń. Ten prosty gest sprawił, że nie czułam się samotnie. Coś mi mówiło, że Josh nie może wyruszać do Gretilis tylko po to by zemścić się na Elverze. Jeśli tak było to dobrze to ukrywał. Był opanowany. Nie chodził w tą i z powrotem ze zniecierpliwieniem.
- A co jeśli nam się nie uda?
- Elver nie jest jego największym problemem. Najgorsze co go czeka albo już spotkało to przemiana. Nie przeszedł szkolenia. Może tego nie przeżyć.
- Lepiej żebyś tego nie mówił. - odsunęłam się
- Musisz być na to przygotowana. Takie są fakty. Jest spora szansa, że nawet jeśli przejdzie przemianę nie będzie już Mattem jakiego znasz. A wtedy lepiej żebyś zostawiła to nam.
- Żebyście go zabili. - zarzuciłam
Jego usta otworzyły się, żeby coś powiedzieć. Odwrócił się jednak i je zamknął. Tak było lepiej. Nie chciałam czegoś takiego usłyszeć. Wolałam trzymać się zgubnej nadziei, że wszystko będzie dobrze.
Powietrze w pokoju zaczęło się zagęszczać. Przez ścianę przed nami wpadł Ray. Oczy miał szeroko otwarte i przerażone.
- Nicole! Ktoś napadł Towena w jego gabinecie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz