Lodowe
ostrze
Wszyscy
pozostali oprócz Towena siedzieli w kuchni i omawiali strategię.
Jak tylko zobaczyłam, że nie ma tam czarodzieja chciałam wyjść,
ale Josh mnie zatrzymał. Pociągnął mnie za ramię na korytarz.
Zatrzymał się dopiero przy schodach.
-
Puścisz mnie w końcu. - zdenerwowałam się – Potrafię chodzić
bez niczyjej pomocy.
Miał
na sobie ubranie bojowe. Oczywiście czarne, zrobione z specyficznego
materiału. Dzięki czemu było wygodne, raczej dopasowane i lekko
śliskie. Na ramiona miał narzuconą skórzaną kurtkę.
Rozejrzał
się jakby chciał się upewnić, że nikt nas nie usłyszy.
-
Powiedział po co tutaj przyszedł?
-
Kto? - odparłam zdezorientowana
-
Rasac. - powiedział oburzony
-
Chce nam pomóc.
-
Czyli nie powiedział nic.
-
O co ci chodzi? Powinieneś się cieszyć. Zwiększamy swoje szanse.
Przynajmniej
moje zostały zwiększone-dodałam w myślach.
-
Trzymaj się od niego z daleka. - ostrzegł
-
Chyba żartujesz. Kim jesteś by mi zabraniać. On jest częścią
zespołu.
-
On nigdy nie współpracuje. - krzyknął – Działa na własną
rękę.
-
A ty?
Odsunął
się jakbym go uderzyła. Na twarzy pojawiło się oszołomienie,
które starał się ukryć.
Nic
więcej nie powiedział, więc go ominęłam i rzuciłam na odchodne.
-
Proszę zostaw mnie w spokoju.
Nie
miałam zamiaru się nim przejmować, skoro on sam nie martwił się
o siebie. Byłam już tym zmęczona. Jeśli uda się Towenowi
przenieść z nami Raya to będzie jego problem, a nie mój. Musiałam
uratować przyjaciela i to było teraz u mnie na pierwszym miejscu.
Kiedy
byłam już na schodach usłyszałam głos Trevora.
-
Nicole idziemy do zbrojowni wybrać broń. Powinnaś pójść z nami.
-
Chcę pomóc Towenowi. - wykręcałam się.
-
Poradzi sobie. Nie możesz być bezbronna. - Ton jego głosu był
przyjazny, ale stanowczy.
Nie
mogłam odmówić. Z powrotem powędrowałam w stronę biblioteki.
Kiedy skręciliśmy w stronę sali treningowej zobaczyłam, że Elyan
gdzieś się ulotnił. Chyba naprawdę nie przepadał za przyjaciółmi
Trevora. Niechętnie szłam ostatnia. Josh szedł przede mną z
pochyloną głową.
Jak
tylko weszliśmy do środka wszyscy ochoczo zaczęli przebierać w
sprzęcie, wybierając ten, który najbardziej im odpowiadał. Ja
natomiast usiadłam przy dębowym stole w milczeniu. Nie chciałam
się wpychać. Poza tym i tak nie znałam się na broni.
Tony
od razu ruszył w stronę większych mieczy. Wybrał dwa srebrne.
Skoro ruszaliśmy na wilkołaki ten metal był najcenniejszy.
Gabrielle sięgnęła po łuk i kilka mniejszych sztyletów. Kelly
miała swój ekwipunek. Wyłożyła go na stół przede mną i
zaczęła go polerować. Miała kilka dysków do rzucania oraz
shurikenów ale głównie miecze i szable. Wszystkie miały ozdobne
wykończenia i wygrawerowane wzory. Wyglądały naprawdę imponująco.
Zauważyła,
że jej się przyglądam.
-
Podobają ci się?
-
Są wspaniałe. - wskazałam na broń dalekodystansową.
Uśmiechnęła
się szeroko.
-
Umiesz się nimi posługiwać?
-
Trochę trenowałam z Joshem. Rzucanie nożami wychodziło mi
najlepiej. Właściwie to wątpię czy będę użyteczna w walce.
-
Każdy na coś się przydaje.
Wyciągnęła
białą ściereczkę i zaczęła przejeżdżać nią po ostrzach
nadając im jeszcze większego połysku. Czułam się jak
zahipnotyzowana, patrząc na jej smukłe, zadbane dłonie
przesuwające się z wprawą po srebrze. Odwróciłam wzrok dopiero
kiedy, ktoś rzucił na blat przede mną kilka niewielkich noży.
-
Powinnaś je zabrać. - powiedział Josh.
Mimo,
że byłam na niego zła, chciałam mu podziękować. Nie zdążyłam
bo odwrócił się i odszedł. Spojrzałam na broń. Każdy sztylet
był w pokrowcu, niektóre miały dodatkowe paski by przypiąć je do
ciała.
-
Pokłóciliście się? - spytała Kelly
-
Można tak powiedzieć. - odpowiedziałam zapinając broń. Jeden
przypięłam do nogi, a dwa schowałam do wysokich butów. Nie
chciałam więcej. Już i tak czułam się nieswojo. Nie byłam
żołnierzem, nigdy nie miałam styczności z prawdziwą walką. Tak
naprawdę myślę, że przy spotkaniu z wrogiem będę w stanie tylko
uciekać.
-
Nie łatwo z nim wytrzymać. - westchnęła.
-
Nie w tym problem. On po prostu nie potrafi zrozumieć, że ktoś
może się o niego martwić.
-
Zbyt wcześnie stracił rodzinę – powiedziała – Stara się
jakoś z tym poradzić. Pokazać, że jest niezależny. Prawda jest
taka, że potrzebuje kogoś bliskiego, mimo że wszystkich na siłę
odtrąca. Dlatego tak cenił Raya, który nigdy się od niego nie
odwrócił. Jednak zawsze jest tak, że osoby na których mu zależy
umierają na jego oczach. Nie jest mu przez to łatwiej do kogoś się
zbliżyć. Rozumiesz?
Przez
moment się zastanawiałam czy nie mieli kiedyś ze sobą czegoś
wspólnego. Wcale by mnie to nie zaskoczyło bo Kelly była naprawdę
ładna, ale jak dla mnie chyba trochę za stara.
-
Ja... Lepiej już pójdę. Mam wszystko czego potrzebuję. Nie będę
wam przeszkadzać. - mruknęłam.
Czułam
się źle. Musiałam chociaż na chwilę się od nich odseparować.
Odetchnąć od tego całego zamieszania.
Wymknęłam
się po cichu z sali treningowej. W przedsionku, w którym znalazłam
dziennik był Elyan. Przeszukiwał spoczywające tam kartony. Narobił
większego bałaganu niż był tu wcześniej. Musiał niedawno zacząć
bo jak wchodziliśmy do zbrojowni nikogo tutaj nie było. Od tego
czasu minęło jakieś dziesięć może dwadzieścia minut, a on już
zdążył przewrócić to miejsce do góry nogami.
-
Czego szukasz?
Liczyłam
na to, że odsunie się spanikowany lub zażenowany swoim wścibstwem,
ale on nawet nie drgnął. Nadal skoncentrowany był na wywalaniu
śmieci z papierowych pudeł.
-
Próbuję odzyskać swoją własność.
Chciałam
powiedzieć, że to nie była odpowiedź na moje pytanie, ale się
powstrzymałam. Miałam się od tego wszystkiego odsunąć, pobyć
sama. Niech sobie robi co chce. Nie pozwolił mi jednak odejść,
tylko zapytał.
-
Długo oni będą tam siedzieć?
-
Nie wiem. A co boisz się, że cię zaskoczą podczas gdy ty
grzebiesz w nie swoich rzeczach?
-
Raczej chciałbym żeby mi nie przeszkadzali. Już są niezadowoleni
z mojej obecności.
-
Mówisz tak jakby cię to obchodziło.
Po
opróżnieniu ostatniego kartonu, wyrzucił go na drugą stronę
pomieszczenia z irytacją. Wstał i zaczął się rozglądać. Jego
wzrok przykuła podrapana ściana. Podszedł do niej i odsunął
wielką szafę, tak jak ja kiedyś. Przemknęło mi przez myśl, że
może szukać dziennika, który znalazłam.
Jak
tylko odsłonił ścianę, zainteresował się łańcuchami.
Potrząsnął nimi próbując oderwać je od marmuru. Ani drgnęły.
Obserwowałam go z zainteresowaniem. Wyciągnął z kieszeni
niewielki nóż i zaczął zeskrobywać z nich rdze. Ukucnęłam
obok.
-
Czarci metal. - stwierdził.
Spojrzałam
na obręcz kajdan W oczyszczonym miejscu miały czarny kolor zamiast
brązowo pomarańczowego.
-
I co? - spytałam
-
Może się przydać. Trzeba go zabrać.
-
Jest wbetonowany głęboko w ścianę. Musiałbyś go przeciąć.
-
Najlepsze jest to, że się nie da. Wiesz kto tu spoczywał? -
Pokiwałam głową. - To było jedyne co mogło go powstrzymać, a
nawet zranić. - Wskazał na już ledwo widoczną zaschniętą krew
na podłodze.
-
Myślisz, że można go tym zabić. Użyć tego zamiast złota.
-
Obstawiam, że tak. Jeśli uda mi się znaleźć to czego szukam,
będziemy w stanie zabrać ze sobą te łańcuchy.
Wstał
i otrzepał kolana z kurzu. Wyglądało to dość zabawnie bo same
spodnie nie wyglądały przez to dużo lepiej. Nadal były
poprzecierane i wygniecione. Na to jednak nie zwracał uwagi.
-
Powiesz mi co to jest? Nie zostało nam zbyt wiele czasu.
Przeciągnął
dłonią po włosach i przez moment drapał się po głowie,
rozważając moją propozycje.
-
To miecz. Mniej więcej takiej długości. - rozciągnął ręce.
Odległość między nimi wynosiła nie więcej niż półtora metra.
- Wygląda jakby był wykonany z lodu.
-
Skąd wiesz, że tutaj się znajduje?
-
Sam go ukryłem w tym domu kilka lat temu. Ponieważ Towen lubi
magiczne przemeblowania bardzo prawdopodobne, że zmienił swoje
położenie.
-
A gdzie wtedy go zostawiłeś?
-
Jakbym pamiętał to już bym go znalazł.
-
Jak mogłeś zapomnieć? - zdziwiłam się
-
Byłem wtedy trochę pijany. - Minął mnie i ruszył w stronę
biblioteki.
Nie
skomentowałam jego ostatniego zdania choć bardzo chciałam.
-
Jeśli ktoś go znalazł to na pewno jest w zbrojowni.
Zatrzymał
się przy drzwiach.
-
To idź i sprawdź. Ja pogrzebię w sypialniach.
Przewróciłam
oczami i wróciłam do zbrojowni. Nie umknęło mojej uwadze, że
cały czas wracam skąd przyszłam. Kręciłam się w kółko bo inni
tego ode mnie oczekiwali.
Każdy
miał już wybraną broń. Teraz ćwiczyli w sali. Walczyli i rzucali
do celu. Przynajmniej mogłam swobodnie przeszukać wszystkie szafki.
No nie do końca swobodnie bo Josh został przy stole. Nie odezwałam
się do niego licząc, że nie będzie zwracał na mnie uwagi.
Najpierw przeszukałam broń zawieszoną na ścianie. Na pierwszy
rzut oka żadna nie przypominała lodu. Przeszłam więc do tej
ukrytej w meblach. Czułam ciężar spojrzenia Josha. Na jego miejscu
też bym się gapiła. Wcześniej nie chciałam żadnej broni, a teraz
wróciłam i przeszukuje sprzęt.
-
Pomóc ci? - zaproponował
-
Poradzę sobie. - odpowiedziałam szybko. Od razu pożałowałam
swojej wrogiej odzywki. Miał dobre zamiary. - Przepraszam. Ja po
prostu jestem trochę zdenerwowana. Gdzie trzymacie miecze?
-
Chcesz walczyć mieczem? - zdziwił się rozbawiony.
-
Może.
Wstał
od stołu i otworzył największą z szaf.
-
Jeśli Rasac chce broń może przyjść tutaj osobiście.
Na
chwilę się zawahałam zanim zajrzałam do środka.
-
Dlaczego uważasz, że to dla niego?
-
Bo podczas naszych treningów ani razu nie chciałaś walczyć na
szable.
Unikając
jego spojrzenia przeleciałam wzrokiem po zawartości. Żaden nie
pasował do opisu.
-
Gdzieś jeszcze?
-
Czego konkretnie chce?
Nie
wiedziałam czy mogę mu powiedzieć.
-
On chyba wolałby coś dłuższego.
-
Daj mu włócznie. - zaśmiał się
-
Mówię poważnie.
-
Tu jest każdy rodzaj. Innych nie mamy. Chyba, że w schowku, ale
raczej wątpię byś znalazła tam coś czego nie ma tutaj. Zazwyczaj
gdy czegoś zabraknie jest to uzupełniane magicznie.
-
A mogę zobaczyć?
-
Nie wiem gdzie on jest. To dom Towena. Jest tu sporo pomieszczeń, do
których tylko on ma dostęp.
-
Pójdę go poszukać.
I
tak wcześniej miałam do niego zajrzeć.
-
Mogę iść z tobą? - spytał niepewnie.
Zaskoczyło
mnie to pytanie. On nigdy się nie pytał. Robił to co chciał.
-
Jasne.
Uśmiechnął
się i razem ruszyliśmy w stronę biura Towena. Nie było go w
bibliotece, więc powinien być właśnie tam. Na szczęście
przedsionek, w którym wcześniej Elyan zrobił bałagan był
zaciemniony dzięki czemu Josh nie zauważył chaosu jaki tam
panował.
Szliśmy
w ciszy. Czasami Josh wyglądał tak jakby chciał coś powiedzieć,
ale ani razu się nie odezwał. Dopiero kiedy byliśmy na górze
usłyszałam jego groźny ton.
-
Co jest do cholery?
Nie
wiedziałam o co mu chodziło kiedy biegiem ruszył w stronę swojego
pokoju. Zauważyłam, że drzwi są uchylone. Pobiegłam za nim.
-
Czego tu szukasz? - zapytał ostro
Wyszłam
zza jego pleców by zobaczyć do kogo mówi. Jak na nieszczęście
Elyan musiał zacząć poszukiwania od sypialni Josha. Jak zobaczyłam
opłaciło się. Siedział na parapecie trzymając w reku miecz.
Rzeczywiście wyglądał jak lód. Lekko przezroczysty na zewnątrz i
białoszary w środku. Nawet rękojeść była z tego samego
materiału. Ostrze wydawało się zaokrąglone, ale kiedy je obrócił
ukazały się ostre brzegi. Wyglądał jak połączenie samurajskiego
miecza i pirackiej szabli, zwężając się na środku.
-
Już znalazłem. Wybacz za taki stan swojego pokoju, ale trochę mi
się spieszyło.
-
Zostaw miecz i wynoś się stąd. - rozkazał Josh.
Elyan
włożył miecz za pasek i ruszył pewnym krokiem w naszą stronę.
Zatrzymał się tuż przed Joshem.
-
Zejdź mi z drogi, chłopcze.
Dziwnie
zabrzmiały jego słowa. Raczej nie był wiele starszy od Josha.
Wyglądał na maksymalnie dwadzieścia pięć lat.
-
Zabawny jesteś. Wchodzisz do mojego pokoju, przeszukujesz moje
rzeczy i liczysz, że tak po prostu zabierzesz moją broń.
-
Oczywiście, że nie. Wszedłem do twojego pokoju, przeszukałem
twoje rzeczy i opuszczę twój pokój z moim mieczem. - Podkreślił
swoje słowa przeciągając głoski. - Właściwie to nawet mnie nie
dziwi to, że się nim zainteresowałeś. Jest piękny. Każdy by go
zachował.
-
Nie zabierzesz go. - warknął
Ujrzałam
błysk wyzwania w oczach Elyana.
Weszłam
pomiędzy nich jakby to miało ich powstrzymać przed rzuceniem się
na siebie.
-
Daj spokój. - powiedziałam do Josha. Potrzebowaliśmy tego miecza.
Musiałam go jakoś przekonać. - To tylko zwykły miecz. Po co się
o niego kłócić.
-
To nie jest zwykły miecz. - powiedział – Dostałem go od Raya.
-
A! Nasz mały duszek. - zaśmiał się Elyan.
Miałam
ochotę kopnąć go w kostkę za to co powiedział. Dyskretnie dałam
mu znak oczami żeby się zamknął. Widziałam, że zrozumiał, ale
i tak nie odpuścił.
-
Z chęcią się dowiem gdzie go znalazł. Mogłabyś go zapytać?
-
Zamknij się. - syknęłam
-
O czym on mówi? - zapytał Josh.
-
O niczym. Za dużo wypił.
-
Nie obrażaj mnie. - udawał urażonego. - Już dawno zerwałem z tym
nałogiem. Przerzuciłem się na papierosy. Powinniście sobie
porozmawiać. - Poklepał nas oboje po ramionach. - Ja tymczasem
pójdę na dół.
Josh
tym razem nie zareagował kiedy Elyan wyszedł z pokoju z jego
mieczem. Wpatrywał się we mnie ostrym spojrzeniem, domagając się
wyjaśnień.
Gwałtownie
wypuściłam powietrze.
-
Miałam iść do Towena.
-
Już nie musisz skoro ma swój miecz. - Wskazał na drzwi przez,
które przed chwilą wyszedł Elyan. - Powinnaś mi raczej
powiedzieć o co mu chodziło.
-
Już mówiłam, że o nic. Przecież wiesz, że on nie jest do końca
normalny.
-
To prawda, ale zazwyczaj ma racje. Widząc twoją nagłą reakcję
teraz jest tak samo. - Był coraz bardziej podirytowany
Nie
wiedziałam jak się z tego wykręcić. Nigdy nie byłam dobrym
kłamcą.
Usiadłam
na łóżku i zamknęłam oczy. Słyszałam przyspieszone bicie
swojego serca i spokojny oddech Josha. Poczułam przeszywające zimno
na dłoniach. Jakby lód wypełniał mnie od środka. Otworzyłam
oczy. Na rękach miałam przezroczystą poświatę męskiej dłoni.
Spojrzałam w prawo. Obok mnie spoczywał Ray.
-
Powiedz mu. - powiedział. - I tak się dowie.
-
Jesteś pewien? - wyszeptałam
-
Czego? - spytał od razu Josh.
Ray
ledwo zauważalnie pokiwał głową.
-
Może nie przyjmie tego tak źle.
Uśmiechnęłam
się.
-
Hej. - potrząsnął mną Josh. - Nie bierz tego do siebie, ale chyba
świrujesz.
Usłyszałam
prychnięcie Raya. Moja twarz od razu przybrała kamienną maskę.
Drugi
raz dzisiaj musiałam tłumaczyć, że widzę Raya jako ducha. Może
od razu powinnam zwołać wszystkich by nie musieć znów się
powtarzać.
-
W porządku. Powiem ci. - odparłam. - Ale może lepiej usiądź.
-
Jestem wybrykiem natury otoczonym przez jeszcze większych dziwaków.
Naprawdę wiele widziałem i słyszałem. Myślisz, że z tym sobie
nie poradzę? - Jego twarz wykrzywiła się w zarozumiałym uśmiechu.
Odetchnęłam
i zaczęłam mu wszystko tłumaczyć. Słowa same wypływały z moich
ust. Czułam się tak jakbym czytała przemowę z wcześniej
napisanej kartki. Myślę, że nieumyślnie przygotowywałam się do
tej rozmowy. Mimo obietnicy milczenia zdawałam sobie sprawę, że
prędzej czy później będę musiała mu powiedzieć.
Josh
ani razu się nie poruszył. Przez cały czas słuchał mnie z uwagą.
Milczenie się przedłużało nawet po tym jak skończyłam mówić.
Kiedy
doszedł do siebie zapytał:
-
Dlaczego wcześniej mi nie powiedziałaś? Dlaczego Ray nie chciał
mi powiedzieć? Gdzie on jest? - Wskazałam na miejsce obok siebie.
Odwrócił się w tym kierunku. - Gdybyś miał swoje dawne ciało i
czuł cokolwiek to dał bym ci w pysk. - Zagroził pustej
przestrzeni.
Ray
się rozpromienił.
-
Co jest? - spytałam go.
-
Reaguje groźbami. To znaczy, że dobrze to przyjął. Zazwyczaj po
prostu milczał albo naburmuszony wychodził. A teraz. Odezwał się!
- powiedział z ulgą.
-
Co on mówi? - zapytał Josh
-
Ciszy się, że nie uciekłeś rzucić się pod pociąg. - zaśmiałam
się
-
Za duże ma mniemanie o sobie. - stwierdził wesoły. - Twierdzisz,
że Towen chce go z nami przeteleportować.
Pokiwałam
głową.
-
Tak w ogóle to dzięki, że go o to poprosiłaś. To wiele dla mnie
znaczy. - wtrącił Ray.
-
Może uda mu się sprawić bym ja też go widział. - kontynuował
Josh.
-
Nie pytałam o to. Miałeś nic nie wiedzieć. - wzruszyłam
ramionami.
Czułam
ulgę, że Josh się na mnie nie obraził. Może stosunki między
nami nie były stabilne, ale świadomość, że nie jest tak
całkowicie na mnie zły była kojąca.
-
Pójdę sprawdzić jak mu idzie. - powiedział Ray.
Kiwnęłam
głową w odpowiedzi i powiedziałam Joshowi, że Ray się ulotnił.
Nie wiem po co. Może lepiej żeby o tym wiedział skoro i tak już
zna prawdę. Na jego miejscu dziwnie bym się czuła. Ktoś może
mnie obserwować kiedy ja tego nie chcę, podczas gdy go nie widzę.
To strasznie deprymujące. Z drugiej strony to był Josh. Raczej nie
miewał sytuacji, w których czułby się zażenowany albo
skrępowany.
-
Dlaczego właściwie pomagasz Rasacowi? - spytał nagle – Nie znasz
go, a stanęłaś w jego obronie, kiedy tu wtargnął. Nie wykręcaj
się tylko. Łatwo się zorientować.
-
On po prostu stoi po mojej stronie. Chyba.
-
Przecież ja też. Możesz na mnie liczyć.
-
Nie w tej sprawie. - zaprzeczyłam – Ty masz swój plan, a ja mam
swój.
-
I wtajemniczasz w niego zupełnie obcą osobę? - zdziwił się
-
To on wtajemniczył mnie. Uświadomił mi coś ważnego, z czego nie
zdawałam sobie sprawy. Czuję, że mogę mu ufać.
Nie
kłamałam. Przyciągał mnie swoją tajemniczością, a ja nie
potrafiłam tego wyjaśnić. Wcześniej czegoś takiego nie czułam.
Było tak jakby łączyła nas niewidzialna nić, która pokazała
się w momencie kiedy go ujrzałam.
-
Obyś się nie myliła. - powiedział cierpko.
-
Dlaczego właściwie go nie lubisz? Czemu wszyscy go nie lubią?
Przynajmniej on tak twierdzi.
-
Kiedyś był wspaniałym wojownikiem z ambicjami. Szalony, odważny,
nieugięty. Łowca głów. Zarabiał na śmierci innych. Rada często
go wynajmowała by zlikwidował jakąś nadnaturalną istotę.
Mnóstwo osób go podziwiało za to, że zawsze wychodził zwycięsko.
Otoczony był wieloma ludźmi, którym zaufał, a oni go zdradzili.
Jego właśni przyjaciele wydali go wampirom. Od tamtej pory żyje
samotnie.
-
To chyba nie powód by go nienawidzić.
-
Pozwól mi dokończyć. Odseparował się od własnego gatunku.
Zaczął krążyć wokół czarowników. Interesował się magią.
Rada przestraszyła się...
-
Że będzie taki jak Elver. - dokończyłam.
Potwierdził
kiwnięciem.
-
Zaczęli go obserwować. Wielu przez to zginęło. Po prostu ich
zabił. Jakby się zastanowić to postąpił bym tak samo na jego
miejscu. Jednak ci co ocaleli opowiadali dziwne historie. Mówili, że
Elyan został opętany, że używa czarnej magii. To było dziwne.
Zmiennokształtni nie potrafią używać magii. Nikt w to nie
uwierzył. Pewnego razu jeden z członków Rady postanowił mu się
przyjrzeć. Twierdził, że widział jak jego oczy błyszczą lodowym
światłem tak samo jak palce dłoni. Magiczna energia. Elyan został
wygnany. Zmiennokształtni się go wyparli. Spalili stronę w Księdze
Życia z jego drzewem genealogicznym. Był uważany za gorszego od
Elvera. Być może tamten zabił mnóstwo swoich, ale nie przestał
być Bakenakiem. Tak naprawdę to nigdy nie udowodniono mu winy.
Świadkami zawsze były pojedyncze osoby. Kiedy stanął przed sądem
po prostu się przyznał, ale nie zaprezentował swoich umiejętności.
Nie jest tak, że go nienawidzimy. Po prostu mu nie ufamy. Z jednej
strony cieszę się, że tu jest bo to naprawdę doświadczony
wojownik, ale mam przeczucie, że to się dla nas źle skończy. On
jest dla nas nierozwiązaną zagadką. Sporo ryzykujesz zadając się
z nim. Nie zabronię ci tego, ale ostrzegam. Lepiej byś zostawiła
go w spokoju.
Josh
mówił szczerze. Miałam wrażenie, że naprawdę się o mnie boi.
Być może będzie wiedział jak ja się czułam.
-
Może to po prostu typ samotnika. Nie wygląda na jakiegoś
zbrodniarza. Nie fatygowałby się by tutaj przyjść gdyby taki był,
co nie?
-
Też się nad tym zastanawiałem. Dlatego spytałem cię o to
wcześniej. Teraz myślę, że przyszedł po ten miecz i już go nie
zobaczymy.
Na
chwilę pomyślałam, że to może być prawda. Mówił, że
potrzebuje go do wyciągnięcia łańcuchów, ale nie mogłam być
tego pewna na sto procent. Miałam ochotę pobiec i sprawdzić, ale
powstrzymałam się. Jeśli chciał się ulotnić to przecież i tak
go nie powstrzymam.
-
Byłeś kiedyś w Gretilis? - spytałam
-
Nie. Nigdy nie opuszczałem tego wymiaru, ale wiem, że to najmniej
odkryty wymiar. Wiadomo, że nie jest tak duży, ale nie brak w nim
niebezpieczeństw. Istnieje tam tylko jedna osada czarodziei. Reszta
wolała nie mieszać się w sprawy Gretilis. Podobno wyglądem nie
różni się bardzo od Krantis. To znaczy naszego wymiaru.
-
Skąd to wiesz?
-
Uczono nas tego w szkole.
Zastanawiałam
się jak wygląda nauka Bakenaków. Jakiej historii się uczą? Czy
też mają oceny? Ich szkoła trwała krócej ale za to była
bardziej pracochłonna. Matt ominął to wszystko. Nie poznał
magicznego świata w ten sposób. Chodził do tej samej szkoły co
ja. Ja nie jestem Bakenakiem, a nie mogę się odnaleźć w ich
prawach i tradycjach. A co dopiero on. Nie zna świata, do którego
należy.
-
Co jeśli Elver zrobił Mattowi to co sobie?
Josh
na mnie spojrzał.
-
Uratujemy go. - pocieszył mnie.
Złapał
mnie za dłoń. Ten prosty gest sprawił, że nie czułam się
samotnie. Coś mi mówiło, że Josh nie może wyruszać do Gretilis
tylko po to by zemścić się na Elverze. Jeśli tak było to dobrze
to ukrywał. Był opanowany. Nie chodził w tą i z powrotem ze
zniecierpliwieniem.
-
A co jeśli nam się nie uda?
-
Elver nie jest jego największym problemem. Najgorsze co go czeka
albo już spotkało to przemiana. Nie przeszedł szkolenia. Może
tego nie przeżyć.
-
Lepiej żebyś tego nie mówił. - odsunęłam się
-
Musisz być na to przygotowana. Takie są fakty. Jest spora szansa,
że nawet jeśli przejdzie przemianę nie będzie już Mattem jakiego
znasz. A wtedy lepiej żebyś zostawiła to nam.
-
Żebyście go zabili. - zarzuciłam
Jego
usta otworzyły się, żeby coś powiedzieć. Odwrócił się jednak
i je zamknął. Tak było lepiej. Nie chciałam czegoś takiego
usłyszeć. Wolałam trzymać się zgubnej nadziei, że wszystko
będzie dobrze.
Powietrze
w pokoju zaczęło się zagęszczać. Przez ścianę przed nami wpadł
Ray. Oczy miał szeroko otwarte i przerażone.
-
Nicole! Ktoś napadł Towena w jego gabinecie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz