Nowy
świat
Kiedy
wpadliśmy do biura Towen leżał na podłodze na plecach w wielkiej
kałuży bordowej krwi i ciężko oddychał. Próbował rzucać
jakieś zaklęcia ale ręce mu się trzęsły. Rzuciliśmy się na
ziemię.
Josh
od razu zapytał.
-
Co się stało? Kto ci to zrobił?
Towen
chciał coś powiedzieć, ale czerwona ciecz zalała mu usta i tylko
zakasłał. Wyciągnął dłoń po podłodze w stronę leżącego
obok czarnego kamienia. Kiedy przyjrzałam mu się bliżej
zorientowałam się, że to węgiel. Ostrożnie mu go podałam.
Przyłożył go do ust i zaczął coś szeptać.
-
To go uleczy? - spytałam roztrzęsiona.
-
Nie wiem. - zezłościł się Josh – Wyglądam na takiego, który
interesuje się magicznymi sztuczkami. Nie mam peleryny, ani wysokiego
kapelusza.
Kiedy
skończył wymawiać zaklęcia, nic się nie zmieniło. Krew nadal
przesiąkała przez jego ubranie coraz bardziej zabrudzając podłogę.
Wyciągnął
do mnie rękę i przyciągnął do siebie. Moja twarz znajdowała się
tuż obok niego.
-
Elyan będzie wiedział co zrobić. - wyszeptał tak cicho, że
ledwie go słyszałam.
Po
tych słowach jego ciało zaczęło świecić czerwono-białym
ogniem. Josh szybko mnie odsunął, samemu się przy tym oparzając.
Towen zaczął znikać w płomieniach. Kiedy wygasły on przepadł
razem z nimi. Została tylko ogromna plama krwi.
Zupełnie
nie wiedziałam co się stało. Zerknęłam na Raya, który stał
obok.
-
Kto mu to zrobił?
-
Nie wiem. Kiedy się pojawiłem on już tak leżał.
-
Musiałeś coś widzieć. - wstałam rozdrażniona.
-
Hej! - uspokoił mnie Josh. Stanął obok i obrócił w swoją
stronę. Dłonie i koszulkę miał umazane czerwoną cieczą podobnie
jak ja. - Co ci powiedział?
Spojrzałam
na trzymany w dłoni kamień.
-
Elyan. - szepnęłam
-
Co?
Nie
wiem czy nie usłyszał czy był za bardzo zaskoczony by cokolwiek
innego powiedzieć.
Minęłam
go i szybkim krokiem zbiegłam na dół. Podążył za mną. Nie
traciłam czasu na rozglądanie się po kuchni ani salonie. Od razu
pobiegłam do biblioteki. Elyan stał na końcu pomieszczenia przy
dużym witrażowym oknie i spoglądał na ogród.
Kiedy
nas zobaczył na jego twarzy pojawił się zarozumiały uśmiech.
-
Jakbym wiedział, że aż tak się pokłócicie nic bym nie mówił.
Rozumiem groźby słowne, ale żeby aż tak się poranić.
-
To nie nasza krew. - od razu wyjaśniłam. - Coś się stało z
Towenem? Ktoś go napadł.
Obróciłam
się w stronę Josha. Nie było go.
Elyan
zobaczył, że się rozglądam.
-
Poszedł od razu do zbrojowni. - powiedział.
-
Towen... on zniknął. Zastaliśmy go poważnie rannego w biurze. Dał
mi ten kamień i powiedział, że będziesz wiedział co robić. -
Rozłożyłam palce dłoni ukazując kawałek skały – Potem
zniknął w płomieniach. On chyba nie żyje. - wyjąkałam
-
Nie umarł. - powiedział od razu.
-
Skąd to możesz wiedzieć? - oburzyłam się.
-
To potężny czarownik. Żyje już ponad czterysta lat. Zapewne
deportował się do jakiegoś uzdrowiska czy coś.
Usłyszałam
za mną jakieś zamieszanie. Wszyscy weszli do biblioteki głośno
się sprzeczając. Josh wściekły kazał im wszystkim usiąść.
Jego głos był ostry więc, wszyscy spełnili jego żądanie bez
zastrzeżeń. Tylko Trevor stał i z gniewem wpatrywał się w
Elyana.
-
Dom jest pełen zabezpieczeń. - powiedział – Nikt obcy nie mógł
się tutaj dostać. Musiał to zrobić ktoś z wewnątrz. Chyba nawet
wiem kto.
Głowa
każdego teraz wpatrywała się z oszołomieniem w Elyana. Nikt się
nie odzywał. W końcu ja przerwałam milczenie.
-
To nie mógł być Elyan bo Towen...
-
To ja. - przerwał mi.
Spojrzałam
na niego z niedowierzaniem.
-
Gorzko tego pożałujesz. - zagroził Trevor. Już zmierzał w jego
stronę.
-
Chcesz ze mną walczyć? - Elyan rozłożył ręce. - Pozwól, że
zastosuję swój włsny sposób.
Wyciągnął
nóż, który miał przypięty do nogi. Chwycił mnie w talii i
przyłożył ostrze do gardła. Było to posunięcie, którego się
nie spodziewałam. Wszyscy od razu unieśli się z miejsc siedzących
i zrobili jeden krok do przodu. Josh ich powstrzymał.
-
Nie ruszajcie się.
-Słuchajcie
blondyna. - przyznał Elyan.
Jego
twardy, umięśniony brzuch był tuż przy moich plecach. Czułam
każde wypowiedziane prze niego słowo.
Wyszarpnął
mi z dłoni kamień zbliżając usta do mojego ucha.
-
Ufasz mi? - wyszeptał. Stałam jak zamurowana.
Zauważyłam
jak Josh wychodzi przed szereg.
-
Puść Nicole, a pozwolimy ci odejść. - zapewnił.
-
Albo stań do równej walki, tchórzu. - warknęła Gabrielle.
-
Wolę inne rozwiązanie.
Zamachnął
się ręką, którą wcześniej mnie trzymał i wybił okno. Jednak
ostre odłamki nie wyleciały na zewnątrz. Uniosły się wysoko i
popędziły w stronę Trevora i pozostałych. Widziałam jak Josh
upada na ziemię chroniąc się przed szkłem. W następnej chwili
Elyan zaczął coś szybko mówić w nieznanym mi języku. Opuścił
nóż, który trzymał mi na gardle i złapał mnie za dłoń.
Chciałam mu się wyrwać, ale znieruchomiałam kiedy w miejscu gdzie
powinno być okno zaczęło się pojawiać błękitne światło.
-
Chcesz ratować Matta? - spytał. - To nasza jedyna szansa.
Chwycił
coś wolną ręką i pociągnął mnie w stronę otchłani.
Usłyszałam dochodzący zza moich pleców krzyk Josha.
Czułam
jak serce podchodzi mi do gardła. Zaczęliśmy spadać w wydającą
się bezkresną przestrzeń jasnego światła. Czułam ciepłą dłoń
Elyana, która mnie trzymała, jednak nie mogłam go ujrzeć.
Otaczały mnie promienie tak jasne, że aż raziły w oczy.
Po
chwili poczułam mocne uderzenie w plecy. Leżałam na ziemi.
Widziałam nad sobą kremowe niebo. Chciałam się podnieść, ale
nie mogłam się poruszyć. Nagle nade mną pojawił się Elyan.
Posadził mnie i mocno uderzył w kręgosłup. Zachłannie nabrałam
powietrza jakby odblokował mi płuca. Potem zaczęłam kaszleć.
Czułam jakbym wdychała setki niewielkich igieł. Ból przeszywał
mnie od środka.
-
Trochę to potrwa zanim przyzwyczaisz się do tutejszego powietrza.
-zaśmiał się.
Pomógł
mi wstać. Udało mi się zapanować nad kaszlem, ale oddychanie
nadal nie było dla mnie przyjemne.
Podskoczyłam
przestraszona kiedy przed nami spadło jakieś ciało. Dopiero kiedy
mężczyzna zaczął się podnosić rozpoznałam go. Josh. Jak tylko
stanął pionowo ruszył z wyciągniętym mieczem w stronę Elyana,
który nie wydawał się tym specjalnie przejęty. Uchylił się
przed ciosem, kiedy Josh się zamachnął. Nie atakował tylko robił
uniki.
Chciałam
krzyknąć by przestali, ale z mojego gardła nie wydobył się żaden
dźwięk. Odchrząknęłam i spróbowałam ponownie. Udało się
dopiero za trzecim razem.
-
Przestańcie. - wychrypiałam.
Ich
walka nie trwała długo. Elyan wyczuł odpowiedni moment i chwycił
Josha za nadgarstek, wykręcając całe ramię do tyłu. Zdenerwowany
Josh chciał się wywinąć, ale Elyan mocno pchnął go na ziemię
tak, że tamten się przewrócił.
-
Skończ w końcu. - warknął Elyan. - Lepiej rozejrzyj się gdzie
jesteśmy.
Josh
odgarnął mokre włosy z czoła i rozdrażniony zaczął się
rozglądać.
Mimo,
że te słowa nie były do mnie odruchowo zaczęłam robić to samo.
Staliśmy na ogromnej łące. Trawa pod nami była sucha i co mnie
zdziwiło czerwona. W oddali widać było brązowo-bure lasy i
szczyty wysokich gór. Na niebie nie widziałam słońca. Było
czyste o kolorze bladej skóry. Krajobraz poza kolorami nie wydawał
się inny niż ziemski.
-
Gretilis?
-
Tak. - potwierdził Elyan. - Przeniosłem nas tutaj.
-
Jakim cudem? - warknął Josh unosząc ostrze na wysokości klatki
piersiowej, celując w Elyana..
-
Dzięki temu. - pokazał czarny kamień.
-
Ale dlaczego mi groziłeś? - spytałam w końcu już prawie
normalnym głosem.
-
Nie groziłem. Ani razu nie powiedziałem, że coś ci zrobię. To wy
tak sądziliście bo przystawiłem ci nóż do gardła.
-
Raczej każdy by tak pomyślał. Tylko nie mów, że chciałeś się
przytulić. - warknął Josh.
-
Może. - zaśmiał się. - Zrobiłem to by utrzymać was w dystansie.
Żeby nie widzieli portalu. Stąd też odłamki szkła.
-
Tylko po co?
-
Bo nie chciałem i nie mogłem przenieść was wszystkich. Gdybym wam
to powiedział to na znakomitą przygodę wyruszył by zupełnie kto
inny. Zapewne ty, nasz złoto włosy książę - wskazał na Josha.
- Trevor i czarnoskóry Tony.
-
I może byłoby wtedy lepiej. Nie sadzisz? - warknął Josh
-
A kto wtedy poszedłby na ratunek Mattowi?
Josh
odchylił się zaskoczony.
-
A więc to dlatego. - spojrzał na mnie. - Uwierzyłaś w jego
zaklinania, że pomoże ci uwolnić przyjaciela? Dlaczego mi nie
chciałaś zawierzyć?
-
Bo ty go nienawidzisz i chcesz tylko zabić jego ojca. - wrzasnęłam.
- A on jako jedyny o tym nie wspomniał. Ani razu. - Wskazałam na
Elyana, który już stracił zainteresowanie rozmową i bawił się
zabranymi wcześniej łańcuchami.
Widziałam
rozgoryczenie i gniew wypisane na twarzy Josha. Zmierzył mnie
wzrokiem tak chłodnym, że ledwo powstrzymałam się od opuszczenia
głowy i popatrzenia w innym kierunku.
-
Jesteś naiwna Nicole. - powiedział
-
Ale ma racje. - stwierdził Elyan bawiąc się swoją nową zabawką.
-
Czy to ty zaatakowałeś Towena? - spytałam
-
Nie. - wzruszył ramionami. - Zrobiłem to byś nie wypaplała im o
kamieniu. Bo wtedy.. Na litość boską, już to mówiłem.
-
Jasne. - prychnął Josh. - Chcesz przez to powiedzieć, że zrobiłeś
to dla Nicole? By pomóc jej odnaleźć Matta? Nie masz w tym żadnego
zysku?
-
Oczywiście, że mam. Rozrywkę. Teraz jest naprawdę mało miejsc, w
których można się rozerwać. A to miejsce...- rozłożył ręce.
Zaczął się rozglądać i zmarszczył brwi. - Świetnie. - warknął.
-
O co chodzi? - spytałam
-
Wskakując nieproszenie – podkreślił to słowo – do portalu,
zmieniłeś jego położenie w tym wymiarze. Jesteśmy jakiś dzień
drogi może dwa od miejsca, w którym powinniśmy się znaleźć. -
Opuścił ręcę delikatnie zniechęcony. - Możesz być z siebie
dumny.
-
Nie puściłbym Nicole samej z tobą. - przerwał na chwilę.
Wyglądał jakby nagle coś go natchnęło. - Więc to prawda, że
potrafisz używać magii. Jak to możliwe?
-
Poprawka. Potrafię z niej korzystać. Towen oddał trochę swojej i
umiejscowił ją w tym kamieniu. Dzięki czemu mogłem jej użyć by
stworzyć portal. Ponieważ musi wystarczyć jej na powrót nie
mogliśmy się tutaj zjawić wszyscy.
-
Wybryk gatunku. - zaszydził Josh.
-
Przy długoletnim szkoleniu sam byś tak potrafił. Magia bywa
bardziej przydatna niż miecz i pięści.
-
To nie jest ważne. - przerwałam im – Lepiej się zastanówmy co
robić dalej.
-
Wy musicie się doprowadzić do porządku. Nie brak tu krwiożerczych
bestii. Szybko nas przez was wytropią.
Spojrzałam
na siebie i Josha. Już prawie zapomniałam, że jesteśmy cali
umazani krwią Towena.
-
Nie znam Gretilis. - powiedział Josh.
-
Na nasze szczęście ja znam. Zbierajcie się.
Odwrócił
się i zaczął schodzić z pagórka. Przez moment staliśmy i na
niego patrzeliśmy.
-
Idziesz? - spytałam
-
Nie mam wyjścia. Obyśmy przez niego nie zginęli. - warknął
Wyminął
mnie i podążył za Elyanem. Rozejrzałam się by sprawdzić czy
nikogo nie ma. Staliśmy w centrum otwartej przestrzeni. Ktoś mógł
nas obserwować. Mój wzrok na chwilę zatrzymał się na kawałku
mniej oświetlonego lasu. Miałam wrażenie, że zauważyłam tam
jakiś ruch. Ruszyłam truchtem w stronę chłopców, by nie zostać
sama w tyle.
***
Nie
mieliśmy zegarków, nie było też tutaj słońca więc właściwie
nie mieliśmy jak określać czasu. Po zmęczeniu jakie odczuwałam
wywnioskowałam, że idziemy już kilka godzin. W milczeniu
przedzieraliśmy się przez gęsty las. Rośliny, które z daleka
przypominały drzewa z bliska wyglądały inaczej. Ich pnie były
pokryte mnóstwem pręcików o żółtym odcieniu natomiast korona,
pokryta była ostrymi liśćmi, które jak im się dokładniej
przyjrzeć bardziej przypominały szerokie igły. Ziemia pokryta była
albo ciemnym piachem i suchą ziemią lub czymś co przypominało
mech. Kiedy się na niego nacisnęło wyciekała woda. Chciałam jej
użyć by chociaż trochę oczyścić klejące się ręce, ale Elyan
ostrzegł, że źle to się dla mnie skończy. Powiedział, że
rośliny zawierają truciznę, na którą nie jesteśmy uodpornieni i
po zetknięciu ze skórą pojawiają się oparzenia i liczne
pęcherze, których ciężko jest się pozbyć. Postanowiłam więc
unikać te rośliny szerokim łukiem.
W
lesie było parno. Cała nasza trójka wyglądała jak nie wyciśnięty
mop. Mokrzy i sponiewierani kroczyliśmy już coraz mniej
energicznie. W ustach miałam sucho jakbym jadła wióry. Zabiłabym
dla łyka nieskażonej wody.
Mimo,
że spędziliśmy tu już sporo czasu nie widziałam jeszcze ani
jednej żywej istoty. Kiedy o to zapytałam, Elyan wyjaśnił, że
większość z nich wychodzi nocą kiedy jest zimniej. Dzięki temu
mogliśmy bezpiecznie się przemieszczać.
Kiedy
las się przerzedził naszym oczom ukazała się niewielka chatka.
Trochę mnie to zaskoczyło. Co prawda mówili, że mieszkają tutaj
czarownicy, ale myślałam, że trzymają się razem i tworzą osady
albo wioski.
Elyan
kazał nam gestem ręki się zatrzymać. Bezkrytycznie zrobiliśmy co
rozkazał. Cieszyłam się, że w końcu mogliśmy odpocząć. Z
trudem powstrzymałam się by nie usiąść na ziemi.
-
Coś jest nie w porządku. - szepnął Elyan
-
Czemu? - spytał beznamiętnie Josh.
-
Zostańcie tutaj. Sprawdzę to.
Skradając
się powoli zmierzał w stronę chatki.
-
Nienawidzę kiedy mi rozkazują. - rzucił Josh
-
Daj spokój i ciesz się, że możesz odetchnąć. Ja tam nie mam nic
przeciwko. Mam już dosyć tej dżungli.
Uśmiechnął
się do mnie wyniośle i poszedł za Elyanem.
-
Co robisz? - syknęłam
Nie
zareagował. Powoli poszłam za nim. Być może nie było tu teraz
dzikich stworzeń, ale wolałam nie ryzykować.
Weszliśmy
przez otwarte drzwi, które ledwo trzymały się na zawiasach. Reszta
domu nie wyglądała lepiej. Meble były porozrzucane, naczynia
potłuczone, a zasłony porwane na strzępy. Wszystko wyglądało tak
jakby przez środek przeszło tornado. Elyan kucał na środku i nad
czymś się pochylał. Kiedy podeszłam bliżej zobaczyłam, że jest
to starszy mężczyzna. Oczy miał otwarte, przerażone. Na klatce
piersiowej widniała ogromna plama zaschniętej krwi.
-
Nie żyje. - stwierdził Elyan. Albo mi się zdawało albo, wyczułam
u niego nutę rozpaczy.
Delikatnie
przejechał dłonią po twarzy starca zamykając mu oczy. Następnie
wstał i powiedział ochryple.
-
Zostajemy tutaj na noc. Poszukajcie jakiegoś wiadra albo
jakiegokolwiek innego naczynia z czystą wodą.
-
W domu nieboszczyka? - skrzywił się Josh
-
Wolisz w środku lasu? - zezłościł się Elyan. - Proszę bardzo.
Nie zatrzymuję cię. Nie przeżyjesz nawet godziny po zmroku.
Odepchnął
go na bok niezbyt przyjacielsko i wyszedł na zewnątrz.
-
A on co zamierza? Będzie się gapił w horyzont?
-
Mógłbyś chociaż raz bez słowa wykonać to o co prosi? - spytałam
zmęczona
-
On nie prosi. - stwierdził – Niech nie czuje się lepszy tylko
dlatego, że zna teren.
-
Więc jest lepszy. - rzuciłam – To stawia go na wyższej pozycji.
Jeśli nie możesz tego znieść to trudno. Chcesz czy nie musimy się
go słuchać. Nie przeżyjemy bez niego.
-
Skąd możesz to wiedzieć?
-
Bo nie znamy tego. - rozłożyłam ręce - Nie wiemy jakie
niebezpieczeństwa na nas czekają. Nie wiemy nic o roślinach, które
tu są, o zwierzętach. Nie wiemy nic. Gdybyśmy byli na Ziemi
mógłbyś się z nim spierać, ale nie tutaj. Nie tutaj. -
powtórzyłam by się upewnić czy zrozumiał.
-
Skoczyłabyś za nim w ogień, co? - zaśmiał się cierpko
-
Co to ma znaczyć?
-
Dobrze wiesz co. Cały czas go bronisz. Jego zachowanie, słowa,
wszystko.
Jego
postawa i mina pokazywała, że się nabija, jednak w oczach
widziałam niewyjaśniony ból. Być może próbował go ukryć tak
jak zawsze robił. Tym razem nieskutecznie.
-
O co ci chodzi? - spytałam spokojniej.
Nie
odpowiedział tylko wpatrywał się we mnie z uporem. Po chwili
machnęłam ręką i odwróciłam się by przeszukać sąsiednie
pomieszczenie.
-
Nie chcesz to nie mów.
Złapał
mnie za dłoń i mocno przyciągnął do siebie. Przez moment nasze
spojrzenia się spotkały. Pochylił się i dotknął wargami moich
ust. Stałam jak zamurowana, ale po chwili odwzajemniałam pocałunek.
Moje serce biło jak szalone. Zarzuciłam mu ręce na szyje, by go
objąć. Czułam ciepło jego ciała kiedy zacieśnił uścisk.
Pachniał lasem, solą, krwią i potem, ale mi to nie przeszkadzało.
Wiedziałam, że sama nie jestem w lepszym stanie. Wczepiłam palce w
jego wilgotne, posklejane włosy. Jego dłonie wędrowały po moich
plecach. Czułam każdy ich ruch pod cienką koszulką.
Powoli
się odsunął. Na jego twarzy pojawił się zarozumiały uśmiech.
Miałam cichą ochotę walnąć go za to w twarz. Pochylił się i
jeszcze raz musnął kąciki moich ust.
-
Chyba powinniśmy jednak poszukać tej wody. - wyszeptał.
Nie
byłam w stanie nic powiedzieć, więc tylko pokiwałam głową. Nie
skomentował tego ale widziałam, że był z siebie zadowolony.
Co
za romantyczna atmosfera - zakpiłam w myślach. Zdemolowany dom z
trupem w środku otoczony nieznanym, śmiertelnym światem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz