sobota, 8 lutego 2014

Rozdział 13

Nowy świat

 Kiedy wpadliśmy do biura Towen leżał na podłodze na plecach w wielkiej kałuży bordowej krwi i ciężko oddychał. Próbował rzucać jakieś zaklęcia ale ręce mu się trzęsły. Rzuciliśmy się na ziemię.
Josh od razu zapytał.
- Co się stało? Kto ci to zrobił?
Towen chciał coś powiedzieć, ale czerwona ciecz zalała mu usta i tylko zakasłał. Wyciągnął dłoń po podłodze w stronę leżącego obok czarnego kamienia. Kiedy przyjrzałam mu się bliżej zorientowałam się, że to węgiel. Ostrożnie mu go podałam. Przyłożył go do ust i zaczął coś szeptać.
- To go uleczy? - spytałam roztrzęsiona.
- Nie wiem. - zezłościł się Josh – Wyglądam na takiego, który interesuje się magicznymi sztuczkami. Nie mam peleryny, ani wysokiego kapelusza. 
Kiedy skończył wymawiać zaklęcia, nic się nie zmieniło. Krew nadal przesiąkała przez jego ubranie coraz bardziej zabrudzając podłogę.
Wyciągnął do mnie rękę i przyciągnął do siebie. Moja twarz znajdowała się tuż obok niego.
- Elyan będzie wiedział co zrobić. - wyszeptał tak cicho, że ledwie go słyszałam.
Po tych słowach jego ciało zaczęło świecić czerwono-białym ogniem. Josh szybko mnie odsunął, samemu się przy tym oparzając. Towen zaczął znikać w płomieniach. Kiedy wygasły on przepadł razem z nimi. Została tylko ogromna plama krwi.
Zupełnie nie wiedziałam co się stało. Zerknęłam na Raya, który stał obok.
- Kto mu to zrobił?
- Nie wiem. Kiedy się pojawiłem on już tak leżał.
- Musiałeś coś widzieć. - wstałam rozdrażniona.
- Hej! - uspokoił mnie Josh. Stanął obok i obrócił w swoją stronę. Dłonie i koszulkę miał umazane czerwoną cieczą podobnie jak ja. - Co ci powiedział?
Spojrzałam na trzymany w dłoni kamień.
- Elyan. - szepnęłam
- Co?
Nie wiem czy nie usłyszał czy był za bardzo zaskoczony by cokolwiek innego powiedzieć.
Minęłam go i szybkim krokiem zbiegłam na dół. Podążył za mną. Nie traciłam czasu na rozglądanie się po kuchni ani salonie. Od razu pobiegłam do biblioteki. Elyan stał na końcu pomieszczenia przy dużym witrażowym oknie i spoglądał na ogród.
Kiedy nas zobaczył na jego twarzy pojawił się zarozumiały uśmiech.
- Jakbym wiedział, że aż tak się pokłócicie nic bym nie mówił. Rozumiem groźby słowne, ale żeby aż tak się poranić.
- To nie nasza krew. - od razu wyjaśniłam. - Coś się stało z Towenem? Ktoś go napadł.
Obróciłam się w stronę Josha. Nie było go.
Elyan zobaczył, że się rozglądam.
- Poszedł od razu do zbrojowni. - powiedział.
- Towen... on zniknął. Zastaliśmy go poważnie rannego w biurze. Dał mi ten kamień i powiedział, że będziesz wiedział co robić. - Rozłożyłam palce dłoni ukazując kawałek skały – Potem zniknął w płomieniach. On chyba nie żyje. - wyjąkałam
- Nie umarł. - powiedział od razu.
- Skąd to możesz wiedzieć? - oburzyłam się.
- To potężny czarownik. Żyje już ponad czterysta lat. Zapewne deportował się do jakiegoś uzdrowiska czy coś.
Usłyszałam za mną jakieś zamieszanie. Wszyscy weszli do biblioteki głośno się sprzeczając. Josh wściekły kazał im wszystkim usiąść. Jego głos był ostry więc, wszyscy spełnili jego żądanie bez zastrzeżeń. Tylko Trevor stał i z gniewem wpatrywał się w Elyana.
- Dom jest pełen zabezpieczeń. - powiedział – Nikt obcy nie mógł się tutaj dostać. Musiał to zrobić ktoś z wewnątrz. Chyba nawet wiem kto.
Głowa każdego teraz wpatrywała się z oszołomieniem w Elyana. Nikt się nie odzywał. W końcu ja przerwałam milczenie.
- To nie mógł być Elyan bo Towen...
- To ja. - przerwał mi.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
- Gorzko tego pożałujesz. - zagroził Trevor. Już zmierzał w jego stronę.
- Chcesz ze mną walczyć? - Elyan rozłożył ręce. - Pozwól, że zastosuję swój włsny sposób. 
Wyciągnął nóż, który miał przypięty do nogi. Chwycił mnie w talii i przyłożył ostrze do gardła. Było to posunięcie, którego się nie spodziewałam. Wszyscy od razu unieśli się z miejsc siedzących i zrobili jeden krok do przodu. Josh ich powstrzymał.
- Nie ruszajcie się.
-Słuchajcie blondyna. - przyznał Elyan.
Jego twardy, umięśniony brzuch był tuż przy moich plecach. Czułam każde wypowiedziane prze niego słowo.
Wyszarpnął mi z dłoni kamień zbliżając usta do mojego ucha.
- Ufasz mi? - wyszeptał. Stałam jak zamurowana.
Zauważyłam jak Josh wychodzi przed szereg.
- Puść Nicole, a pozwolimy ci odejść. - zapewnił.
- Albo stań do równej walki, tchórzu. - warknęła Gabrielle.
- Wolę inne rozwiązanie.
Zamachnął się ręką, którą wcześniej mnie trzymał i wybił okno. Jednak ostre odłamki nie wyleciały na zewnątrz. Uniosły się wysoko i popędziły w stronę Trevora i pozostałych. Widziałam jak Josh upada na ziemię chroniąc się przed szkłem. W następnej chwili Elyan zaczął coś szybko mówić w nieznanym mi języku. Opuścił nóż, który trzymał mi na gardle i złapał mnie za dłoń. Chciałam mu się wyrwać, ale znieruchomiałam kiedy w miejscu gdzie powinno być okno zaczęło się pojawiać błękitne światło.
- Chcesz ratować Matta? - spytał. - To nasza jedyna szansa.
Chwycił coś wolną ręką i pociągnął mnie w stronę otchłani. Usłyszałam dochodzący zza moich pleców krzyk Josha.
Czułam jak serce podchodzi mi do gardła. Zaczęliśmy spadać w wydającą się bezkresną przestrzeń jasnego światła. Czułam ciepłą dłoń Elyana, która mnie trzymała, jednak nie mogłam go ujrzeć. Otaczały mnie promienie tak jasne, że aż raziły w oczy.
Po chwili poczułam mocne uderzenie w plecy. Leżałam na ziemi. Widziałam nad sobą kremowe niebo. Chciałam się podnieść, ale nie mogłam się poruszyć. Nagle nade mną pojawił się Elyan. Posadził mnie i mocno uderzył w kręgosłup. Zachłannie nabrałam powietrza jakby odblokował mi płuca. Potem zaczęłam kaszleć. Czułam jakbym wdychała setki niewielkich igieł. Ból przeszywał mnie od środka.
- Trochę to potrwa zanim przyzwyczaisz się do tutejszego powietrza. -zaśmiał się.
Pomógł mi wstać. Udało mi się zapanować nad kaszlem, ale oddychanie nadal nie było dla mnie przyjemne.
Podskoczyłam przestraszona kiedy przed nami spadło jakieś ciało. Dopiero kiedy mężczyzna zaczął się podnosić rozpoznałam go. Josh. Jak tylko stanął pionowo ruszył z wyciągniętym mieczem w stronę Elyana, który nie wydawał się tym specjalnie przejęty. Uchylił się przed ciosem, kiedy Josh się zamachnął. Nie atakował tylko robił uniki.
Chciałam krzyknąć by przestali, ale z mojego gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Odchrząknęłam i spróbowałam ponownie. Udało się dopiero za trzecim razem.
- Przestańcie. - wychrypiałam.
Ich walka nie trwała długo. Elyan wyczuł odpowiedni moment i chwycił Josha za nadgarstek, wykręcając całe ramię do tyłu. Zdenerwowany Josh chciał się wywinąć, ale Elyan mocno pchnął go na ziemię tak, że tamten się przewrócił.
- Skończ w końcu. - warknął Elyan. - Lepiej rozejrzyj się gdzie jesteśmy.
Josh odgarnął mokre włosy z czoła i rozdrażniony zaczął się rozglądać.
Mimo, że te słowa nie były do mnie odruchowo zaczęłam robić to samo. Staliśmy na ogromnej łące. Trawa pod nami była sucha i co mnie zdziwiło czerwona. W oddali widać było brązowo-bure lasy i szczyty wysokich gór. Na niebie nie widziałam słońca. Było czyste o kolorze bladej skóry. Krajobraz poza kolorami nie wydawał się inny niż ziemski.
- Gretilis?
- Tak. - potwierdził Elyan. - Przeniosłem nas tutaj.
- Jakim cudem? - warknął Josh unosząc ostrze na wysokości klatki piersiowej, celując w Elyana..
- Dzięki temu. - pokazał czarny kamień.
- Ale dlaczego mi groziłeś? - spytałam w końcu już prawie normalnym głosem.
- Nie groziłem. Ani razu nie powiedziałem, że coś ci zrobię. To wy tak sądziliście bo przystawiłem ci nóż do gardła.
- Raczej każdy by tak pomyślał. Tylko nie mów, że chciałeś się przytulić. - warknął Josh.
- Może. - zaśmiał się. - Zrobiłem to by utrzymać was w dystansie. Żeby nie widzieli portalu. Stąd też odłamki szkła.
- Tylko po co?
- Bo nie chciałem i nie mogłem przenieść was wszystkich. Gdybym wam to powiedział to na znakomitą przygodę wyruszył by zupełnie kto inny. Zapewne ty, nasz złoto włosy książę - wskazał na Josha. - Trevor i czarnoskóry Tony. 
- I może byłoby wtedy lepiej. Nie sadzisz? - warknął Josh
- A kto wtedy poszedłby na ratunek Mattowi?
Josh odchylił się zaskoczony.
- A więc to dlatego. - spojrzał na mnie. - Uwierzyłaś w jego zaklinania, że pomoże ci uwolnić przyjaciela? Dlaczego mi nie chciałaś zawierzyć?
- Bo ty go nienawidzisz i chcesz tylko zabić jego ojca. - wrzasnęłam. - A on jako jedyny o tym nie wspomniał. Ani razu. - Wskazałam na Elyana, który już stracił zainteresowanie rozmową i bawił się zabranymi wcześniej łańcuchami. 
Widziałam rozgoryczenie i gniew wypisane na twarzy Josha. Zmierzył mnie wzrokiem tak chłodnym, że ledwo powstrzymałam się od opuszczenia głowy i popatrzenia w innym kierunku.
- Jesteś naiwna Nicole. - powiedział
- Ale ma racje. - stwierdził Elyan bawiąc się swoją nową zabawką.
- Czy to ty zaatakowałeś Towena? - spytałam
- Nie. - wzruszył ramionami. - Zrobiłem to byś nie wypaplała im o kamieniu. Bo wtedy.. Na litość boską, już to mówiłem.
- Jasne. - prychnął Josh. - Chcesz przez to powiedzieć, że zrobiłeś to dla Nicole? By pomóc jej odnaleźć Matta? Nie masz w tym żadnego zysku?
- Oczywiście, że mam. Rozrywkę. Teraz jest naprawdę mało miejsc, w których można się rozerwać. A to miejsce...- rozłożył ręce. Zaczął się rozglądać i zmarszczył brwi. - Świetnie. - warknął.
- O co chodzi? - spytałam
- Wskakując nieproszenie – podkreślił to słowo – do portalu, zmieniłeś jego położenie w tym wymiarze. Jesteśmy jakiś dzień drogi może dwa od miejsca, w którym powinniśmy się znaleźć. - Opuścił ręcę delikatnie zniechęcony. - Możesz być z siebie dumny. 
- Nie puściłbym Nicole samej z tobą. - przerwał na chwilę. Wyglądał jakby nagle coś go natchnęło. - Więc to prawda, że potrafisz używać magii. Jak to możliwe?
- Poprawka. Potrafię z niej korzystać. Towen oddał trochę swojej i umiejscowił ją w tym kamieniu. Dzięki czemu mogłem jej użyć by stworzyć portal. Ponieważ musi wystarczyć jej na powrót nie mogliśmy się tutaj zjawić wszyscy.
- Wybryk gatunku. - zaszydził Josh.
- Przy długoletnim szkoleniu sam byś tak potrafił. Magia bywa bardziej przydatna niż miecz i pięści.
- To nie jest ważne. - przerwałam im – Lepiej się zastanówmy co robić dalej.
- Wy musicie się doprowadzić do porządku. Nie brak tu krwiożerczych bestii. Szybko nas przez was wytropią.
Spojrzałam na siebie i Josha. Już prawie zapomniałam, że jesteśmy cali umazani krwią Towena.
- Nie znam Gretilis. - powiedział Josh.
- Na nasze szczęście ja znam. Zbierajcie się.
Odwrócił się i zaczął schodzić z pagórka. Przez moment staliśmy i na niego patrzeliśmy.
- Idziesz? - spytałam
- Nie mam wyjścia. Obyśmy przez niego nie zginęli. - warknął
Wyminął mnie i podążył za Elyanem. Rozejrzałam się by sprawdzić czy nikogo nie ma. Staliśmy w centrum otwartej przestrzeni. Ktoś mógł nas obserwować. Mój wzrok na chwilę zatrzymał się na kawałku mniej oświetlonego lasu. Miałam wrażenie, że zauważyłam tam jakiś ruch. Ruszyłam truchtem w stronę chłopców, by nie zostać sama w tyle.

***
Nie mieliśmy zegarków, nie było też tutaj słońca więc właściwie nie mieliśmy jak określać czasu. Po zmęczeniu jakie odczuwałam wywnioskowałam, że idziemy już kilka godzin. W milczeniu przedzieraliśmy się przez gęsty las. Rośliny, które z daleka przypominały drzewa z bliska wyglądały inaczej. Ich pnie były pokryte mnóstwem pręcików o żółtym odcieniu natomiast korona, pokryta była ostrymi liśćmi, które jak im się dokładniej przyjrzeć bardziej przypominały szerokie igły. Ziemia pokryta była albo ciemnym piachem i suchą ziemią lub czymś co przypominało mech. Kiedy się na niego nacisnęło wyciekała woda. Chciałam jej użyć by chociaż trochę oczyścić klejące się ręce, ale Elyan ostrzegł, że źle to się dla mnie skończy. Powiedział, że rośliny zawierają truciznę, na którą nie jesteśmy uodpornieni i po zetknięciu ze skórą pojawiają się oparzenia i liczne pęcherze, których ciężko jest się pozbyć. Postanowiłam więc unikać te rośliny szerokim łukiem.
W lesie było parno. Cała nasza trójka wyglądała jak nie wyciśnięty mop. Mokrzy i sponiewierani kroczyliśmy już coraz mniej energicznie. W ustach miałam sucho jakbym jadła wióry. Zabiłabym dla łyka nieskażonej wody.
Mimo, że spędziliśmy tu już sporo czasu nie widziałam jeszcze ani jednej żywej istoty. Kiedy o to zapytałam, Elyan wyjaśnił, że większość z nich wychodzi nocą kiedy jest zimniej. Dzięki temu mogliśmy bezpiecznie się przemieszczać.
Kiedy las się przerzedził naszym oczom ukazała się niewielka chatka. Trochę mnie to zaskoczyło. Co prawda mówili, że mieszkają tutaj czarownicy, ale myślałam, że trzymają się razem i tworzą osady albo wioski.
Elyan kazał nam gestem ręki się zatrzymać. Bezkrytycznie zrobiliśmy co rozkazał. Cieszyłam się, że w końcu mogliśmy odpocząć. Z trudem powstrzymałam się by nie usiąść na ziemi.
- Coś jest nie w porządku. - szepnął Elyan
- Czemu? - spytał beznamiętnie Josh.
- Zostańcie tutaj. Sprawdzę to.
Skradając się powoli zmierzał w stronę chatki.
- Nienawidzę kiedy mi rozkazują. - rzucił Josh
- Daj spokój i ciesz się, że możesz odetchnąć. Ja tam nie mam nic przeciwko. Mam już dosyć tej dżungli.
Uśmiechnął się do mnie wyniośle i poszedł za Elyanem.
- Co robisz? - syknęłam
Nie zareagował. Powoli poszłam za nim. Być może nie było tu teraz dzikich stworzeń, ale wolałam nie ryzykować.
 Weszliśmy przez otwarte drzwi, które ledwo trzymały się na zawiasach. Reszta domu nie wyglądała lepiej. Meble były porozrzucane, naczynia potłuczone, a zasłony porwane na strzępy. Wszystko wyglądało tak jakby przez środek przeszło tornado. Elyan kucał na środku i nad czymś się pochylał. Kiedy podeszłam bliżej zobaczyłam, że jest to starszy mężczyzna. Oczy miał otwarte, przerażone. Na klatce piersiowej widniała ogromna plama zaschniętej krwi. 
- Nie żyje. - stwierdził Elyan. Albo mi się zdawało albo, wyczułam u niego nutę rozpaczy.
Delikatnie przejechał dłonią po twarzy starca zamykając mu oczy. Następnie wstał i powiedział ochryple.
- Zostajemy tutaj na noc. Poszukajcie jakiegoś wiadra albo jakiegokolwiek innego naczynia z czystą wodą.
- W domu nieboszczyka? - skrzywił się Josh
- Wolisz w środku lasu? - zezłościł się Elyan. - Proszę bardzo. Nie zatrzymuję cię. Nie przeżyjesz nawet godziny po zmroku. 
Odepchnął go na bok niezbyt przyjacielsko i wyszedł na zewnątrz.
- A on co zamierza? Będzie się gapił w horyzont?
- Mógłbyś chociaż raz bez słowa wykonać to o co prosi? - spytałam zmęczona
- On nie prosi. - stwierdził – Niech nie czuje się lepszy tylko dlatego, że zna teren.
- Więc jest lepszy. - rzuciłam – To stawia go na wyższej pozycji. Jeśli nie możesz tego znieść to trudno. Chcesz czy nie musimy się go słuchać. Nie przeżyjemy bez niego.
- Skąd możesz to wiedzieć?
- Bo nie znamy tego. - rozłożyłam ręce - Nie wiemy jakie niebezpieczeństwa na nas czekają. Nie wiemy nic o roślinach, które tu są, o zwierzętach. Nie wiemy nic. Gdybyśmy byli na Ziemi mógłbyś się z nim spierać, ale nie tutaj. Nie tutaj. - powtórzyłam by się upewnić czy zrozumiał.
- Skoczyłabyś za nim w ogień, co? - zaśmiał się cierpko
- Co to ma znaczyć?
- Dobrze wiesz co. Cały czas go bronisz. Jego zachowanie, słowa, wszystko.
Jego postawa i mina pokazywała, że się nabija, jednak w oczach widziałam niewyjaśniony ból. Być może próbował go ukryć tak jak zawsze robił. Tym razem nieskutecznie.
- O co ci chodzi? - spytałam spokojniej.
Nie odpowiedział tylko wpatrywał się we mnie z uporem. Po chwili machnęłam ręką i odwróciłam się by przeszukać sąsiednie pomieszczenie.
- Nie chcesz to nie mów.
Złapał mnie za dłoń i mocno przyciągnął do siebie. Przez moment nasze spojrzenia się spotkały. Pochylił się i dotknął wargami moich ust. Stałam jak zamurowana, ale po chwili odwzajemniałam pocałunek. Moje serce biło jak szalone. Zarzuciłam mu ręce na szyje, by go objąć. Czułam ciepło jego ciała kiedy zacieśnił uścisk. Pachniał lasem, solą, krwią i potem, ale mi to nie przeszkadzało. Wiedziałam, że sama nie jestem w lepszym stanie. Wczepiłam palce w jego wilgotne, posklejane włosy. Jego dłonie wędrowały po moich plecach. Czułam każdy ich ruch pod cienką koszulką.
Powoli się odsunął. Na jego twarzy pojawił się zarozumiały uśmiech. Miałam cichą ochotę walnąć go za to w twarz. Pochylił się i jeszcze raz musnął kąciki moich ust.
- Chyba powinniśmy jednak poszukać tej wody. - wyszeptał.
Nie byłam w stanie nic powiedzieć, więc tylko pokiwałam głową. Nie skomentował tego ale widziałam, że był z siebie zadowolony.
Co za romantyczna atmosfera - zakpiłam w myślach. Zdemolowany dom z trupem w środku otoczony nieznanym, śmiertelnym światem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz