Prawdziwi
i fałszywi sojusznicy
-
Czego się dowiedziałeś? - spytałam od razu jak tylko Ray pojawił
się u mnie w pokoju.
Było
późne popołudnie. Ponieważ wczoraj przesiedziałam prawie całą
noc to dziś obudziłam się kilka minut przed dwunastą. Wstawanie
tak późną porą zawsze było dla mnie męczące. Tym razem byłam
tak ciekawa tego co ma mi przekazać Ray, że nie odczuwałam nic
poza rozpierającą mnie energią.
Kiedy
się nie odzywał zaczęłam mu opowiadać to co odkryliśmy. Między
innymi o tym, że Elver znajduje się w innym wymiarze. Pominęłam
tylko to, że Josh walczył z jego bratem. Wspomniałam, że Travis
nas odwiedził, ale nic więcej nie wyjawiłam.
-
Tak podejrzewałem. Musi mieć po swojej stronie czarodzieja.
Wilkołaki najwyraźniej szykują się do ataku. Z tego co słyszałem
Elver zaczął werbować członków ich gatunku. Tworzy armię.
Obiecał im wyginięcie Zmiennokształtnych. Jak zapewne się
domyślasz są z tego faktu bardzo zadowoleni. Nie rozumiem tylko po
co mu Matthew? Wcześniej nie interesował się swoim synem. Szczerze
to nie miałem pojęcia, że Elver jest jego ojcem.
-
Zapewne Matthew też o tym nie wiedział. Powiedziałby mi.
Nie
byłam tego taka pewna. W końcu ukrywał przede mną wiele kwestii.
-
Dzisiaj chcecie przenieść się do Gretilis? - zapytał
-
Tak mówili. Jeśli Trevor zdobędzie mapę.
-
Nie będę mógł pójść z wami. Duchy nie przemieszczają się
między wymiarami. - posmutniał
Chciałam
położyć dłoń na jego ramieniu by go pocieszyć. Powstrzymałam
się w ostatnim momencie. I tak by tego nie poczuł. Tak samo jak ja.
-
Dziękuję za to co zrobiłeś.
-
Musisz powiedzieć Towenowi, że Elver ma po swojej stronie
wilkołaki.
Nie
patrzył na mnie. Usiadł na łóżku i wpatrywał się w podłogę.
Włosy zasłoniły mu twarz, ale i tak wiedziałam, że nie cieszy
się z tego powodu. Chciał być przy swoim przyjacielu, ochraniać
go na każdy możliwy sposób, a napotkał na swojej drodze przeszkodę
nie do pokonania.
Przeszedł
mi przez myśl pewien pomysł. By sprawdzić czy jego wykonanie jest
możliwe musiałabym porozmawiać z Towenem.
-
Będziesz tutaj kiedy będziemy...wyjeżdżać? - Nie bardzo
wiedziałam jak to nazwać
-
Pytasz się czy będę patrzył na was być może ostatni raz? Czy
się pożegnam? Chciałbym. Chciałbym podejść do Josha mocno go
uściskać i życzyć mu powodzenia, powiedzieć coś co dodałoby mu
otuchy.
Dopiero
teraz zauważyłam jak bardzo czuje się bezradny. Dlatego tak chciał
nam pomóc, na coś się przydać.
-
Zrobiłeś ile mogłeś. Jestem pewna, że Josh by to docenił. Może
powinnam...
-
Nie. - zaprzeczył od razu. - Nie mów mu. Musi o mnie zapomnieć.
-
Wiesz, że to niemożliwe.
Westchnął
głośno. Nie wiedziałam, że duchy w ogóle coś takiego potrafią.
Przetarł twarz dłonią, a potem wstał.
-
Zobaczymy się później. Wpadnę zanim...znikniecie.
Uśmiechnęłam
się lekko. Nie zauważył tego. Odwrócił się i przeniknął przez
ścianę.
Postanowiłam
zejść na dół by odszukać Towena. W korytarzu panowało małe
zamieszanie. Trevor stał na środku i coś tłumaczył trzem
nieznanym mi osobom. Podeszłam bliżej by się przywitać. Wypadało
poznać sojuszników.
Trevor
od razu mnie zauważył. Wyciągnął w moją stronę ręce.
-
Przyjaciele. Poznajcie Nicole Blake. Córkę Isabel Blake, naszej
wyroczni.
Pierwszy
raz od dawna usłyszałam imię własnej matki. Poczułam ból, który
zniknął kiedy pierwsza z dwóch kobiet podeszła do mnie i
uścisnęła mi rękę.
-
Kelly Seganti
Była
wysoka. Przewyższała mnie o głowę. Z pochodzenia musiała być
hinduską. Miała długie, czarne, lekko falowane włosy, hebanową
karnację i brązowe oczy. Mimo zwyczajnego, sportowego ubrania jakie
miała na sobie, wyglądała pięknie.
Następna
podeszła niska szatynka. Jej włosy były proste i krótko obcięte.
Zupełnie różniła się od poprzedniczki. Miała na sobie obcisłe
skórzane spodnie i krótki top. Była mojego wzrostu, ale tylko
dlatego, że nosiła buty na wysokim obcasie.
-
Gabrielle Anderson. - powiedziała. Ton jej głosu był specyficzny.
Nie wredny, ale dziwnie obojętny. Tak jakby poznawanie ludzi było
dla niej czymś rutynowym, przez co musiała przechodzić codziennie.
Ostatni
był czarnoskóry mężczyzna. Wyglądem przypominał trochę
gangstera z amerykańskich filmów. Był łysy, z krótką bródką.
Miał na sobie biały podkoszulek i workowate spodnie. Szyje zdobił
srebrny łańcuch, który odróżniał się od jego karnacji.
-
Tony Duncan.
-
Miło mi. - powiedziałam jak już wszyscy się przedstawili. Każdy
z nich miał mniej więcej dwadzieścia siedem lat. Razem wyglądali
jak grupka przyjaciół, która urządziła sobie spotkanie po
latach.
Odciągnęłam
Trevora na chwilę na bok.
-
Z chęcią bym z nimi jeszcze posiedziała, ale muszę znaleźć
Towena. Wiesz gdzie on jest?
-
Ostatnio był w bibliotece. Przygotowuje bramę. Jeśli wszystko się
uda jeszcze dziś wieczorem będziemy w Gretilis.
-
Świetnie. - odpowiedziałam nie bardzo zadowolona i ruszyłam do
biblioteki.
Przez
chwilę się zastanawiałam gdzie jest Josh. Nie widziałam go w
korytarzu. Być może siedzi obrażony w swoim pokoju, ale to byłoby
do niego niepodobne.
Trevor
się nie mylił. Towen siedział przy swoim dębowym biurku.
Rozpoznałam zwój papieru po jego lewej stronie. Mapa wymiarów.
Przed sobą miał otwartą inną. Domyśliłam się, że to jest ta,
którą miał zdobyć Trevor.
-
Jak ci idzie? - spytałam
-
Radzę sobie. Choć nie ukrywam, że jestem nieco zestresowany. To
potężne zaklęcie. Będzie mnie kosztowało sporo energii.
Usiadłam
na kanapie stojącej obok. Musiałam mu powiedzieć o wilkołakach.
Żeby nie uznał mnie za wariatkę...
-
Widuję Raya. - powiedziałam pewnie.
Oderwał
się od mapy i na chwilę na mnie spojrzał, zmęczonym wzrokiem.
-
Ja też czasami.
Wiedziałam,
że nie załapie od razu.
-
Nie o to mi chodzi. Ray jest duchem, a ja mogę go zobaczyć. -
Upuścił ołówek, który trzymał w ręce. - Od tygodnia szpieguje
wilkołaki z Jacksonville. Wczoraj był na jednym z ich większych
spotkań. Powiedział, że Elver buduje armie wilkołaków... -
mówiłam szybko.
-
Zaraz, zaraz. - Powstrzymał mnie gestem ręki – Jak to widzisz
Raya?
-
To nie jest istotne. - wypaliłam – Nie damy rady w siedem osób
pokonać całej hordy.
-
Słyszałem kiedyś o takiej zdolności. - Zachwycił się zupełnie
nie zwracając uwagi na moje poprzednie słowa. Podbiegł do mnie i
złapał mnie za dłonie. - Widziałaś jeszcze jakiegoś innego
ducha? - spytał zafascynowany
-
Towen! - krzyknęłam
-
Tak, tak. Wilkołaki. Słyszałem, ale co z duchami? Czy Ray jest
teraz gdzieś tutaj blisko?
Uderzyłam
dłonią o własne czoło, zrezygnowana.
-
Nie ma go. - powiedziałam z zamkniętymi oczami. - Nie widuje innych
poza nim.
-
To genialne. Jak on się czuje? Jak wygląda?
-
Mówimy o duchu. - Widząc, że nie odpuści odpowiedziałam mimo
woli. - Wygląda tak jak wyglądał w momencie śmierci. Chce nam
pomóc. Proszę tylko nie mów o tym nikomu. Zwłaszcza Joshowi. Ray
tego nie chce.
-
Oczywiście. - pokiwał szybko głową.
-
Mówię ci o tym bo mam pytanie. Dałoby się go przenieść razem z
nami? Mówił, że duchy nie mogą wędrować między wymiarami, ale
ty jesteś czarodziejem. Nie ma żadnego sposobu?
Przez
chwilę się zastanawiał.
-
Duch byłby ogromną przewagą. - stwierdził cicho.
-
Zwłaszcza, że wyruszamy naprzeciw być może setkom wilkołaków. -
stwierdziłam gniewnie bo Towen najwyraźniej się tym nie
przejmował.
-
Gdybym związał go z jakąś osobą lub przedmiotem istniałaby
szansa, że przeniósłby się razem z wami.
Z wami? Wstałam i podeszłam do biurka.
Z wami? Wstałam i podeszłam do biurka.
-
Chwila! Ty nie idziesz z nami?
-
Będę bezużyteczny. - odpowiedział przeglądając regał z
książkami.
Wszystkie
były już na swoim miejscu po poprzednim dniu. Biblioteka wyglądała
tak jakby nic w niej nie zaszło. Uporządkowanie wszystkiego z
powrotem musiało zająć Towenowi całą noc. Nawet jeśli używał
do tego magii.
-
Nie będę w stanie wykonać żadnego większego zaklęcia przez
kolejny tydzień. To cena jaką się ponosi za stworzenie bramy. Coś
w rodzaju siedmiodniowej grypy albo kaca. Tylko bym was spowalniał.
-
Więc zostaje nas sześcioro. - stwierdziłam ponuro.
-
Siedmioro. - powiedział ktoś z drugiego końca pomieszczenia. -
Ośmioro jeśli uda wam się z duchem.
Oboje
spojrzeliśmy w stronę drzwi. Przy wejściu stał z założonymi
rękami wysoki, chudy mężczyzna oparty o framugę. Przykuwał uwagę
swoją obojętną postawą, która dodawała mu groźnego wyglądu.
Było w nim coś dziwnego, ale nie mogłam dostrzec co. Poza jasnymi,
prawie białymi, dziwnie ułożonymi włosami, opadającymi na oczy.
Z wierzchu i na czubku głowy były krótkie, zakrywały wychodzące
spod nich dłuższe, proste kosmki. Większość z nich była
związana z tyłu w luźną kitkę. Te które pozostawały „na
wolności” układały się nierównomiernie dokoła jego szyi i
ramion. Wydawało się jakby dopiero wstał z łóżka. Ubranie też
miał wymięte. Biały T-shirt i zarzucona na ramiona rozpięta,
brązowa koszula, z krótkim rękawem. Do tego jeansowe spodnie z
ciemnym, szerokim paskiem sięgające za kolano z podartymi nogawkami
i czarne buty za kostkę. Moją uwagę przykuł nie tylko jego
wygląd, ale też wąska, szklana klepsydra z czarnym proszkiem
zawieszona na szyi.
Ruszył
żwawym krokiem w naszym kierunku. Zatrzymał się przede mną i
szeroko się uśmiechnął ukazując białe, lekko zakrzywione z
przodu zęby. Oczy miał niewielkie, trochę skośne ale
przeszywające na wskroś o szaro-srebrnej barwie.
Poczułam
lęk kiedy jego ręka powędrowała w moim kierunku. W ostatniej
chwili mnie minęła, sięgając coś za moimi plecami. Jak się
okazało pergaminową mapę. Rozłożył ją przed twarzą i opadł
na kanapę.
-
Elyan? - stwierdził zaskoczony Towen. - Trevor po ciebie posłał?
-
Nie jestem psem. - zaśmiał się. - Nie przybywam na wezwanie.
-
Ale jednak tu jesteś. - powiedziałam trochę suchym tonem.
Odchrząknęłam by mój głos powrócił do swojej normalnej barwy.
-
Słyszałem, że szykuje się niezła jatka. Nie mógłbym jej
ominąć. - powiedział odkładając mapę na siedzisko obok.
-
Skoro przybyłeś z własnej woli nie jestem pewien czy jesteśmy
zadowoleni z twojej obecności. - powiedział Josh, który pojawił
się w bibliotece.
Wyszedł
zza drzwi prowadzących do sali treningowej. No tak. Co innego jak nie
trenować miałby robić. Zaśmiałam się w myślach.
Elyan
zagwizdał na jego widok z udawanym uznaniem.
-
Josh Wayne. Widzę, że nikt jeszcze nie zdołał przypiłować ci
języka... I dobrze – stwierdził po chwili – Słyszałem, że
wasze szeregi są niewielkie. Przyda wam się ktoś tak dobry jak ja.
Cudownie.
Kolejny nie zapatrzony w siebie Zmiennokształtny.
Josh
spiorunował go wzrokiem.
-
O której wyruszamy? - zapytał Towena.
-
Nie wiem. Muszę jeszcze nad czymś popracować. - mrugnął do mnie,
a następnie ruszył w stronę wyjścia.
Jak
opuścił bibliotekę Josh przez chwilę patrzył na mnie i Elyana.
Mruknął coś pod nosem i poszedł w ślady czarodzieja.
Zostaliśmy
sami. Trochę mnie to martwiło. Postać siedząca na kanapie,
pielęgnująca teraz swoje paznokcie przyprawiała mnie o ciarki.
-
Jak zawsze miłe powitanie. - stwierdził
-
Dlaczego nie siedzisz z pozostałymi? - zapytałam podejrzliwie.
-
Nie lubię tych buraków Trevora. Mają się za lepszych, a gówno
wiedzą o prawdziwej walce.
Przestał
się bawić dłońmi i rozsiadł się na sofie, zajmując ją całą.
Zanim położył nogi na siedzisku, szybkim ruchem ściągnęłam z
niej mapę i ostrożnie położyłam ją z powrotem na biurku.
Usłyszałam ciche prychnięcie za plecami. Zignorowałam je i
ruszyłam w stronę wyjścia.
-
Nie mówi mi tylko, że też do nich idziesz?
-
Wydaje mi się, że te buraki mogą okazać się niezbędni do
ocalenia mojego przyjaciela, więc wolałabym ich od siebie nie
odstraszać.
-
Więc Matthew da Vistern to twój przyjaciel. Ciekawe.
Stanęłam
w połowie kroku. Skąd on u licha to wiedział.
-
Widzę, że dużo wiesz. Najwyraźniej nie potrzebujesz już więcej
informacji.
-
Za dużo. - zaśmiał się. - Każdy z kim wymienię kilka zdań od
razu tak mówi. To całkiem zabawne. - Odwróciłam się by na niego
spojrzeć. Głowę miał odchyloną do tyłu i wpatrywał się w
sufit. - Kto zdemolował to miejsce? - spytał znikąd.
To
już było dla mnie dziwne. Powędrowałam spojrzeniem w górę.
Strop wydawał się wyglądać tak jak wcześniej. Skąd więc
wiedział, że coś się tutaj wydarzyło.
-
Jak to?
-
Pozwól mi zgadnąć. - przesunął długimi palcami po głowie, na
moment odsłaniając czoło. Po prawej stronie od włosów, aż do
brwi sięgała cienka blizna. - Obstawiam, że Josh. Tylko z kim? -
zastanawiał się na głos.
Trochę
mnie to rozbawiło. Wróciłam do biurka i usiadłam na kanapie
naprzeciwko niego.
-
Z Travisem. – wymsknęło mi się.
Szybko
obrócił głowę w moją stronę i podniósł się do postawy
siedzącej.
-
Serio? Nigdy za sobą nie przepadali. Szkoda, że mnie to ominęło.
Musiała być niezła jazda.
-
Wcale nie. - zdenerwowałam się. - To był koszmar.
-
Będziesz świadkiem gorszych rzeczy, Nicole Blake. Uwierz mi.
-
Dobra. Przerażasz mnie. Skąd znasz moje imię? Skąd w ogóle to
wszystko wiesz? Byłeś tutaj przez cały czas, czy co?
Rozbawiła
go moja dezorientacja.
-
Wszystkowiedzący Rosac Nurvaris. Uuu. Bójcie się bo nadchodzę. -
wygłupiał się.
-
Rosac Nurvaris? To brzmi jak jakieś zaklęcie. - Nie chciałam tego
powiedzieć na głos. Nie wydawał się jednak urażony moimi
słowami.
-
Tak się nazywam. - wzruszył ramionami – Lepiej tak niż Harold
Żółtoszczęki.
-
Wątpię czy istnieje ktoś o takim nazwisku. - roześmiałam się.
-
Jestem przekonany, że jest, ale nie wychodzi na zewnątrz. Na jego
miejscu też bym się nie przyznawał. Jak już skończymy z
wilkołakami to chyba zajmę się poszukiwaniami. Przekonam gościa,
że życie jest warte świeczki.
-
Skoro wiesz tak wiele... - zamilkłam. Skierował ku mnie głowę. -
Myślisz, że nam się uda? Że znajdziemy Matta, pozbędziemy się
jego ojca z morderczymi skłonnościami, że przetrwamy.
Z
jednej strony cieszyłam się, że wiemy gdzie zmierzamy, że jest
szansa na uratowanie mojego przyjaciela. Wszyscy zgromadzili się
tutaj by go uratować. Zaryzykują własne życie. Niektórzy z nich
mogą już nie wrócić.
-
To ty widzisz przyszłość. - wskazał na mnie palcem – Ja mam
wiedzę na temat tego co było lub jest, ale nie o tym co będzie. To
twój dar.
-
Raczej przekleństwo. - stwierdziłam smutno – Nie widzę go w
snach. Oni twierdzą, że żyje bo nie widziałam jego śmierci. Boje
się, że on już jest martwy. Nie widzę jego przyszłości, być
może dlatego, że nie ma jej przed nim.
-
Może nie jest ci dane widzenie złych rzeczy. - rozłożył ręce
Przypomniałam
sobie wizje ze szklarni. Pole zasłane trupami. No i jeszcze śmierć
Josha.
-
Wydaje mi się, że widzę tylko takie. Ja po prostu...- schowałam
twarz w dłoniach. Przetarłam oczy palcami, tak by nie zauważył
moich łez. - Chcę go uratować. On jest najbliższą mi osobą.
Znam go odkąd pamiętam.
Otrząsnęłam
się. Nie mogłam się rozkleić przed zupełnie obcą mi osobą.
Zerknęłam na niego z obawą, że będzie się ze mnie naśmiewać,
ale on siedział naprzeciwko i wpatrywał się w okno po drugiej
stronie.
-
Jako jedyna nie idziesz tam by kogoś zabić. Masz konkretny cel. To
dobrze. Oni wszyscy, nawet Towen pragną tylko jednego. Śmierci
Elvera, a ty chcesz ratować jego syna. A co jeśli on już jest taki
jak jego ojciec. Co wtedy? Zabiją go, czy oszczędzą? Jak myślisz?
- Moje serce zabiło mocniej bo w środku zdałam sobie sprawę, że
może mieć racje. Mogą zaklinać ile chcą, ale zrobią wszystko by
uchronić się przed przeszłością. Nie pozwolą na powtórkę tego
co było. Jeśli Matthew już przeszedł rytuał będą chcieli go
powstrzymać. Nawet jeśli go nie zabiją to skażą na więzienie
albo na inną karę. Ja tylko głupio się łudzę, że są tutaj by
mu pomóc. Matt nie może być przykuty do ściany, pozbawiony
światła i ciepła, tracąc zmysły. - Musisz mieć po swojej
stronie kogoś kto pójdzie z tobą szukać przyjaciela.
-
Ale kogo? - spytałam zdruzgotana. Pomyślałam o Joshu. Tylko, że
on chciał śmierci Elvera bardziej niż ktokolwiek inny. Ray byłby
dobry, ale jest duchem i jeszcze nawet nie wiadomo czy z nami
pójdzie. Trevor będzie dowodził całą akcją, nie będzie tracił
czasu na uratowanie Matta. Nie miałam nikogo. Podniosłam głowę i
spojrzałam na Elyana. Uśmiechał się do mnie złowieszczo. - Ty?
Przecież mówiłeś, że nie opuścisz bitwy.
-
Inaczej to określiłem. - powiedział do siebie – Myślisz, że
kto będzie chroniony bardziej? Wynaturzony gepard seryjny morderca
czy jego młode kociątko. - Skrzywiłam się na dźwięk jego słów.
To określenie było niesmaczne. - Oferuję ci towarzystwo
rozrywkowego wojownika. Nie masz się nad czym zastanawiać.
Zwłaszcza, że nie masz dużego wyboru.
-
To jest dla mnie po prostu podejrzane. Zupełnie cię nie znam, a ty
nie znasz mnie. - Chyba, dodałam w myślach – Dlaczego chcesz mi
pomóc?
-
Lubię osoby, które robią wszystko inaczej. Sam też tak postępuję.
Grunt to oryginalność. - Pstryknął palcami
-
Buntownik w złotym płaszczu.
-
Nie noszę płaszczy. Chyba każdy ze Zmiennokształtnych ma skórzany,
długi, czarny płaszcz. To staje się powoli ich wizerunkiem.
-
To była metafora.
Wzruszył
ramionami.
Spojrzałam
na zegarek. Dochodziła trzecia po południu. Powinnam iść pomóc
Towenowi. Może już coś znalazł.
-
Sprawdzę co u Towena. Może potrzebować pomocy.
-
Na pewno. - westchnął znudzony. - Ja sobie tutaj poleżę i
pokontempluję nad sensem życia.
Wykryłam
jego sarkastyczny ton.
Boże
jaki on był dziwny. Być może dlatego tak mnie zainteresował.
Chciałam dowiedzieć się o nim więcej. Wszystko w jego zachowaniu,
a nawet wyglądzie było inne. Leżał na kanapie zupełnie
zrelaksowany podczas gdy reszta zagrzewała się do akcji lub
martwiła tym co będzie. Elyan nie. Jakby miał swój świat, w
którym sobie żył w harmonii ze samym sobą. Przynajmniej taki
wydawał mi się na pierwszy rzut oka. Takie zrobił na mnie
wrażenie. Zastanawiałam się czy źle go oceniłam i czy dopiero
gdy bardziej go poznam odkryję jaki jest naprawdę. Może to
zwyczajny świr, a może niewzruszony geniusz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz