czwartek, 6 lutego 2014

Rozdział 11

Prawdziwi i fałszywi sojusznicy

- Czego się dowiedziałeś? - spytałam od razu jak tylko Ray pojawił się u mnie w pokoju.
Było późne popołudnie. Ponieważ wczoraj przesiedziałam prawie całą noc to dziś obudziłam się kilka minut przed dwunastą. Wstawanie tak późną porą zawsze było dla mnie męczące. Tym razem byłam tak ciekawa tego co ma mi przekazać Ray, że nie odczuwałam nic poza rozpierającą mnie energią.
Kiedy się nie odzywał zaczęłam mu opowiadać to co odkryliśmy. Między innymi o tym, że Elver znajduje się w innym wymiarze. Pominęłam tylko to, że Josh walczył z jego bratem. Wspomniałam, że Travis nas odwiedził, ale nic więcej nie wyjawiłam.
- Tak podejrzewałem. Musi mieć po swojej stronie czarodzieja. Wilkołaki najwyraźniej szykują się do ataku. Z tego co słyszałem Elver zaczął werbować członków ich gatunku. Tworzy armię. Obiecał im wyginięcie Zmiennokształtnych. Jak zapewne się domyślasz są z tego faktu bardzo zadowoleni. Nie rozumiem tylko po co mu Matthew? Wcześniej nie interesował się swoim synem. Szczerze to nie miałem pojęcia, że Elver jest jego ojcem.
- Zapewne Matthew też o tym nie wiedział. Powiedziałby mi.
Nie byłam tego taka pewna. W końcu ukrywał przede mną wiele kwestii.
- Dzisiaj chcecie przenieść się do Gretilis? - zapytał
- Tak mówili. Jeśli Trevor zdobędzie mapę.
- Nie będę mógł pójść z wami. Duchy nie przemieszczają się między wymiarami. - posmutniał
Chciałam położyć dłoń na jego ramieniu by go pocieszyć. Powstrzymałam się w ostatnim momencie. I tak by tego nie poczuł. Tak samo jak ja.
- Dziękuję za to co zrobiłeś.
- Musisz powiedzieć Towenowi, że Elver ma po swojej stronie wilkołaki.
Nie patrzył na mnie. Usiadł na łóżku i wpatrywał się w podłogę. Włosy zasłoniły mu twarz, ale i tak wiedziałam, że nie cieszy się z tego powodu. Chciał być przy swoim przyjacielu, ochraniać go na każdy możliwy sposób, a napotkał na swojej drodze przeszkodę nie do pokonania. 
Przeszedł mi przez myśl pewien pomysł. By sprawdzić czy jego wykonanie jest możliwe musiałabym porozmawiać z Towenem.
- Będziesz tutaj kiedy będziemy...wyjeżdżać? - Nie bardzo wiedziałam jak to nazwać
- Pytasz się czy będę patrzył na was być może ostatni raz? Czy się pożegnam? Chciałbym. Chciałbym podejść do Josha mocno go uściskać i życzyć mu powodzenia, powiedzieć coś co dodałoby mu otuchy.
Dopiero teraz zauważyłam jak bardzo czuje się bezradny. Dlatego tak chciał nam pomóc, na coś się przydać.
- Zrobiłeś ile mogłeś. Jestem pewna, że Josh by to docenił. Może powinnam...
- Nie. - zaprzeczył od razu. - Nie mów mu. Musi o mnie zapomnieć.
- Wiesz, że to niemożliwe.
Westchnął głośno. Nie wiedziałam, że duchy w ogóle coś takiego potrafią. Przetarł twarz dłonią, a potem wstał. 
- Zobaczymy się później. Wpadnę zanim...znikniecie.
Uśmiechnęłam się lekko. Nie zauważył tego. Odwrócił się i przeniknął przez ścianę.
Postanowiłam zejść na dół by odszukać Towena. W korytarzu panowało małe zamieszanie. Trevor stał na środku i coś tłumaczył trzem nieznanym mi osobom. Podeszłam bliżej by się przywitać. Wypadało poznać sojuszników.
Trevor od razu mnie zauważył. Wyciągnął w moją stronę ręce.
- Przyjaciele. Poznajcie Nicole Blake. Córkę Isabel Blake, naszej wyroczni.
Pierwszy raz od dawna usłyszałam imię własnej matki. Poczułam ból, który zniknął kiedy pierwsza z dwóch kobiet podeszła do mnie i uścisnęła mi rękę.
- Kelly Seganti
Była wysoka. Przewyższała mnie o głowę. Z pochodzenia musiała być hinduską. Miała długie, czarne, lekko falowane włosy, hebanową karnację i brązowe oczy. Mimo zwyczajnego, sportowego ubrania jakie miała na sobie, wyglądała pięknie. 
Następna podeszła niska szatynka. Jej włosy były proste i krótko obcięte. Zupełnie różniła się od poprzedniczki. Miała na sobie obcisłe skórzane spodnie i krótki top. Była mojego wzrostu, ale tylko dlatego, że nosiła buty na wysokim obcasie.
- Gabrielle Anderson. - powiedziała. Ton jej głosu był specyficzny. Nie wredny, ale dziwnie obojętny. Tak jakby poznawanie ludzi było dla niej czymś rutynowym, przez co musiała przechodzić codziennie.
Ostatni był czarnoskóry mężczyzna. Wyglądem przypominał trochę gangstera z amerykańskich filmów. Był łysy, z krótką bródką. Miał na sobie biały podkoszulek i workowate spodnie. Szyje zdobił srebrny łańcuch, który odróżniał się od jego karnacji.
- Tony Duncan.
- Miło mi. - powiedziałam jak już wszyscy się przedstawili. Każdy z nich miał mniej więcej dwadzieścia siedem lat. Razem wyglądali jak grupka przyjaciół, która urządziła sobie spotkanie po latach.
Odciągnęłam Trevora na chwilę na bok.
- Z chęcią bym z nimi jeszcze posiedziała, ale muszę znaleźć Towena. Wiesz gdzie on jest?
- Ostatnio był w bibliotece. Przygotowuje bramę. Jeśli wszystko się uda jeszcze dziś wieczorem będziemy w Gretilis.
- Świetnie. - odpowiedziałam nie bardzo zadowolona i ruszyłam do biblioteki.
Przez chwilę się zastanawiałam gdzie jest Josh. Nie widziałam go w korytarzu. Być może siedzi obrażony w swoim pokoju, ale to byłoby do niego niepodobne.
Trevor się nie mylił. Towen siedział przy swoim dębowym biurku. Rozpoznałam zwój papieru po jego lewej stronie. Mapa wymiarów. Przed sobą miał otwartą inną. Domyśliłam się, że to jest ta, którą miał zdobyć Trevor.
- Jak ci idzie? - spytałam
- Radzę sobie. Choć nie ukrywam, że jestem nieco zestresowany. To potężne zaklęcie. Będzie mnie kosztowało sporo energii.
Usiadłam na kanapie stojącej obok. Musiałam mu powiedzieć o wilkołakach. Żeby nie uznał mnie za wariatkę...
- Widuję Raya. - powiedziałam pewnie.
Oderwał się od mapy i na chwilę na mnie spojrzał, zmęczonym wzrokiem.
- Ja też czasami.
Wiedziałam, że nie załapie od razu.
- Nie o to mi chodzi. Ray jest duchem, a ja mogę go zobaczyć. - Upuścił ołówek, który trzymał w ręce. - Od tygodnia szpieguje wilkołaki z Jacksonville. Wczoraj był na jednym z ich większych spotkań. Powiedział, że Elver buduje armie wilkołaków... - mówiłam szybko.
- Zaraz, zaraz. - Powstrzymał mnie gestem ręki – Jak to widzisz Raya? 
- To nie jest istotne. - wypaliłam – Nie damy rady w siedem osób pokonać całej hordy.
- Słyszałem kiedyś o takiej zdolności. - Zachwycił się zupełnie nie zwracając uwagi na moje poprzednie słowa. Podbiegł do mnie i złapał mnie za dłonie. - Widziałaś jeszcze jakiegoś innego ducha? - spytał zafascynowany
- Towen! - krzyknęłam
- Tak, tak. Wilkołaki. Słyszałem, ale co z duchami? Czy Ray jest teraz gdzieś tutaj blisko? 
Uderzyłam dłonią o własne czoło, zrezygnowana.
- Nie ma go. - powiedziałam z zamkniętymi oczami. - Nie widuje innych poza nim.
- To genialne. Jak on się czuje? Jak wygląda?
- Mówimy o duchu. - Widząc, że nie odpuści odpowiedziałam mimo woli. - Wygląda tak jak wyglądał w momencie śmierci. Chce nam pomóc. Proszę tylko nie mów o tym nikomu. Zwłaszcza Joshowi. Ray tego nie chce.  
- Oczywiście. - pokiwał szybko głową.
- Mówię ci o tym bo mam pytanie. Dałoby się go przenieść razem z nami? Mówił, że duchy nie mogą wędrować między wymiarami, ale ty jesteś czarodziejem. Nie ma żadnego sposobu?
Przez chwilę się zastanawiał.
- Duch byłby ogromną przewagą. - stwierdził cicho.
- Zwłaszcza, że wyruszamy naprzeciw być może setkom wilkołaków. - stwierdziłam gniewnie bo Towen najwyraźniej się tym nie przejmował.
- Gdybym związał go z jakąś osobą lub przedmiotem istniałaby szansa, że przeniósłby się razem z wami.
Z wami?  Wstałam i podeszłam do biurka.
- Chwila! Ty nie idziesz z nami?
- Będę bezużyteczny. - odpowiedział przeglądając regał z książkami.
Wszystkie były już na swoim miejscu po poprzednim dniu. Biblioteka wyglądała tak jakby nic w niej nie zaszło. Uporządkowanie wszystkiego z powrotem musiało zająć Towenowi całą noc. Nawet jeśli używał do tego magii.
- Nie będę w stanie wykonać żadnego większego zaklęcia przez kolejny tydzień. To cena jaką się ponosi za stworzenie bramy. Coś w rodzaju siedmiodniowej grypy albo kaca. Tylko bym was spowalniał.
- Więc zostaje nas sześcioro. - stwierdziłam ponuro.
- Siedmioro. - powiedział ktoś z drugiego końca pomieszczenia. - Ośmioro jeśli uda wam się z duchem.
Oboje spojrzeliśmy w stronę drzwi. Przy wejściu stał z założonymi rękami wysoki, chudy mężczyzna oparty o framugę. Przykuwał uwagę swoją obojętną postawą, która dodawała mu groźnego wyglądu. Było w nim coś dziwnego, ale nie mogłam dostrzec co. Poza jasnymi, prawie białymi, dziwnie ułożonymi włosami, opadającymi na oczy. Z wierzchu i na czubku głowy były krótkie, zakrywały wychodzące spod nich dłuższe, proste kosmki. Większość z nich była związana z tyłu w luźną kitkę. Te które pozostawały „na wolności” układały się nierównomiernie dokoła jego szyi i ramion. Wydawało się jakby dopiero wstał z łóżka. Ubranie też miał wymięte. Biały T-shirt i zarzucona na ramiona rozpięta, brązowa koszula, z krótkim rękawem. Do tego jeansowe spodnie z ciemnym, szerokim paskiem sięgające za kolano z podartymi nogawkami i czarne buty za kostkę. Moją uwagę przykuł nie tylko jego wygląd, ale też wąska, szklana klepsydra z czarnym proszkiem zawieszona na szyi. 
Ruszył żwawym krokiem w naszym kierunku. Zatrzymał się przede mną i szeroko się uśmiechnął ukazując białe, lekko zakrzywione z przodu zęby. Oczy miał niewielkie, trochę skośne ale przeszywające na wskroś o szaro-srebrnej barwie.
Poczułam lęk kiedy jego ręka powędrowała w moim kierunku. W ostatniej chwili mnie minęła, sięgając coś za moimi plecami. Jak się okazało pergaminową mapę. Rozłożył ją przed twarzą i opadł na kanapę.
- Elyan? - stwierdził zaskoczony Towen. - Trevor po ciebie posłał?
- Nie jestem psem. - zaśmiał się. - Nie przybywam na wezwanie.
- Ale jednak tu jesteś. - powiedziałam trochę suchym tonem. Odchrząknęłam by mój głos powrócił do swojej normalnej barwy.
- Słyszałem, że szykuje się niezła jatka. Nie mógłbym jej ominąć. - powiedział odkładając mapę na siedzisko obok.
- Skoro przybyłeś z własnej woli nie jestem pewien czy jesteśmy zadowoleni z twojej obecności. - powiedział Josh, który pojawił się w bibliotece.
Wyszedł zza drzwi prowadzących do sali treningowej. No tak. Co innego jak nie trenować miałby robić. Zaśmiałam się w myślach.
Elyan zagwizdał na jego widok z udawanym uznaniem.
- Josh Wayne. Widzę, że nikt jeszcze nie zdołał przypiłować ci języka... I dobrze – stwierdził po chwili – Słyszałem, że wasze szeregi są niewielkie. Przyda wam się ktoś tak dobry jak ja.
Cudownie. Kolejny nie zapatrzony w siebie Zmiennokształtny.
Josh spiorunował go wzrokiem.
- O której wyruszamy? - zapytał Towena.
- Nie wiem. Muszę jeszcze nad czymś popracować. - mrugnął do mnie, a następnie ruszył w stronę wyjścia.
Jak opuścił bibliotekę Josh przez chwilę patrzył na mnie i Elyana. Mruknął coś pod nosem i poszedł w ślady czarodzieja.
Zostaliśmy sami. Trochę mnie to martwiło. Postać siedząca na kanapie, pielęgnująca teraz swoje paznokcie przyprawiała mnie o ciarki.
- Jak zawsze miłe powitanie. - stwierdził
- Dlaczego nie siedzisz z pozostałymi? - zapytałam podejrzliwie.
- Nie lubię tych buraków Trevora. Mają się za lepszych, a gówno wiedzą o prawdziwej walce. 
Przestał się bawić dłońmi i rozsiadł się na sofie, zajmując ją całą. Zanim położył nogi na siedzisku, szybkim ruchem ściągnęłam z niej mapę i ostrożnie położyłam ją z powrotem na biurku. Usłyszałam ciche prychnięcie za plecami. Zignorowałam je i ruszyłam w stronę wyjścia.
- Nie mówi mi tylko, że też do nich idziesz?
- Wydaje mi się, że te buraki mogą okazać się niezbędni do ocalenia mojego przyjaciela, więc wolałabym ich od siebie nie odstraszać.
- Więc Matthew da Vistern to twój przyjaciel. Ciekawe.
Stanęłam w połowie kroku. Skąd on u licha to wiedział.
- Widzę, że dużo wiesz. Najwyraźniej nie potrzebujesz już więcej informacji.
- Za dużo. - zaśmiał się. - Każdy z kim wymienię kilka zdań od razu tak mówi. To całkiem zabawne. - Odwróciłam się by na niego spojrzeć. Głowę miał odchyloną do tyłu i wpatrywał się w sufit. - Kto zdemolował to miejsce? - spytał znikąd.
To już było dla mnie dziwne. Powędrowałam spojrzeniem w górę. Strop wydawał się wyglądać tak jak wcześniej. Skąd więc wiedział, że coś się tutaj wydarzyło.
- Jak to?
- Pozwól mi zgadnąć. - przesunął długimi palcami po głowie, na moment odsłaniając czoło. Po prawej stronie od włosów, aż do brwi sięgała cienka blizna. - Obstawiam, że Josh. Tylko z kim? - zastanawiał się na głos.
Trochę mnie to rozbawiło. Wróciłam do biurka i usiadłam na kanapie naprzeciwko niego.
- Z Travisem. – wymsknęło mi się.
Szybko obrócił głowę w moją stronę i podniósł się do postawy siedzącej.
- Serio? Nigdy za sobą nie przepadali. Szkoda, że mnie to ominęło. Musiała być niezła jazda.
- Wcale nie. - zdenerwowałam się. - To był koszmar.
- Będziesz świadkiem gorszych rzeczy, Nicole Blake. Uwierz mi.
- Dobra. Przerażasz mnie. Skąd znasz moje imię? Skąd w ogóle to wszystko wiesz? Byłeś tutaj przez cały czas, czy co?
Rozbawiła go moja dezorientacja.
- Wszystkowiedzący Rosac Nurvaris. Uuu. Bójcie się bo nadchodzę. - wygłupiał się.
- Rosac Nurvaris? To brzmi jak jakieś zaklęcie. - Nie chciałam tego powiedzieć na głos. Nie wydawał się jednak urażony moimi słowami. 
- Tak się nazywam. - wzruszył ramionami – Lepiej tak niż Harold Żółtoszczęki.
- Wątpię czy istnieje ktoś o takim nazwisku. - roześmiałam się.
- Jestem przekonany, że jest, ale nie wychodzi na zewnątrz. Na jego miejscu też bym się nie przyznawał. Jak już skończymy z wilkołakami to chyba zajmę się poszukiwaniami. Przekonam gościa, że życie jest warte świeczki.
- Skoro wiesz tak wiele... - zamilkłam. Skierował ku mnie głowę. - Myślisz, że nam się uda? Że znajdziemy Matta, pozbędziemy się jego ojca z morderczymi skłonnościami, że przetrwamy.
Z jednej strony cieszyłam się, że wiemy gdzie zmierzamy, że jest szansa na uratowanie mojego przyjaciela. Wszyscy zgromadzili się tutaj by go uratować. Zaryzykują własne życie. Niektórzy z nich mogą już nie wrócić.
- To ty widzisz przyszłość. - wskazał na mnie palcem – Ja mam wiedzę na temat tego co było lub jest, ale nie o tym co będzie. To twój dar.
- Raczej przekleństwo. - stwierdziłam smutno – Nie widzę go w snach. Oni twierdzą, że żyje bo nie widziałam jego śmierci. Boje się, że on już jest martwy. Nie widzę jego przyszłości, być może dlatego, że nie ma jej przed nim.
- Może nie jest ci dane widzenie złych rzeczy. - rozłożył ręce
Przypomniałam sobie wizje ze szklarni. Pole zasłane trupami. No i jeszcze śmierć Josha.
- Wydaje mi się, że widzę tylko takie. Ja po prostu...- schowałam twarz w dłoniach. Przetarłam oczy palcami, tak by nie zauważył moich łez. - Chcę go uratować. On jest najbliższą mi osobą. Znam go odkąd pamiętam.
Otrząsnęłam się. Nie mogłam się rozkleić przed zupełnie obcą mi osobą. Zerknęłam na niego z obawą, że będzie się ze mnie naśmiewać, ale on siedział naprzeciwko i wpatrywał się w okno po drugiej stronie.
- Jako jedyna nie idziesz tam by kogoś zabić. Masz konkretny cel. To dobrze. Oni wszyscy, nawet Towen pragną tylko jednego. Śmierci Elvera, a ty chcesz ratować jego syna. A co jeśli on już jest taki jak jego ojciec. Co wtedy? Zabiją go, czy oszczędzą? Jak myślisz? - Moje serce zabiło mocniej bo w środku zdałam sobie sprawę, że może mieć racje. Mogą zaklinać ile chcą, ale zrobią wszystko by uchronić się przed przeszłością. Nie pozwolą na powtórkę tego co było. Jeśli Matthew już przeszedł rytuał będą chcieli go powstrzymać. Nawet jeśli go nie zabiją to skażą na więzienie albo na inną karę. Ja tylko głupio się łudzę, że są tutaj by mu pomóc. Matt nie może być przykuty do ściany, pozbawiony światła i ciepła, tracąc zmysły. - Musisz mieć po swojej stronie kogoś kto pójdzie z tobą szukać przyjaciela. 
- Ale kogo? - spytałam zdruzgotana. Pomyślałam o Joshu. Tylko, że on chciał śmierci Elvera bardziej niż ktokolwiek inny. Ray byłby dobry, ale jest duchem i jeszcze nawet nie wiadomo czy z nami pójdzie. Trevor będzie dowodził całą akcją, nie będzie tracił czasu na uratowanie Matta. Nie miałam nikogo. Podniosłam głowę i spojrzałam na Elyana. Uśmiechał się do mnie złowieszczo. - Ty? Przecież mówiłeś, że nie opuścisz bitwy.
- Inaczej to określiłem. - powiedział do siebie – Myślisz, że kto będzie chroniony bardziej? Wynaturzony gepard seryjny morderca czy jego młode kociątko. - Skrzywiłam się na dźwięk jego słów. To określenie było niesmaczne. - Oferuję ci towarzystwo rozrywkowego wojownika. Nie masz się nad czym zastanawiać. Zwłaszcza, że nie masz dużego wyboru.
- To jest dla mnie po prostu podejrzane. Zupełnie cię nie znam, a ty nie znasz mnie. - Chyba, dodałam w myślach – Dlaczego chcesz mi pomóc? 
- Lubię osoby, które robią wszystko inaczej. Sam też tak postępuję. Grunt to oryginalność. - Pstryknął palcami
- Buntownik w złotym płaszczu.
- Nie noszę płaszczy. Chyba każdy ze Zmiennokształtnych ma skórzany, długi, czarny płaszcz. To staje się powoli ich wizerunkiem. 
- To była metafora.
Wzruszył ramionami.
Spojrzałam na zegarek. Dochodziła trzecia po południu. Powinnam iść pomóc Towenowi. Może już coś znalazł.
- Sprawdzę co u Towena. Może potrzebować pomocy.
- Na pewno. - westchnął znudzony. - Ja sobie tutaj poleżę i pokontempluję nad sensem życia.
Wykryłam jego sarkastyczny ton.
Boże jaki on był dziwny. Być może dlatego tak mnie zainteresował. Chciałam dowiedzieć się o nim więcej. Wszystko w jego zachowaniu, a nawet wyglądzie było inne. Leżał na kanapie zupełnie zrelaksowany podczas gdy reszta zagrzewała się do akcji lub martwiła tym co będzie. Elyan nie. Jakby miał swój świat, w którym sobie żył w harmonii ze samym sobą. Przynajmniej taki wydawał mi się na pierwszy rzut oka. Takie zrobił na mnie wrażenie. Zastanawiałam się czy źle go oceniłam i czy dopiero gdy bardziej go poznam odkryję jaki jest naprawdę. Może to zwyczajny świr, a może niewzruszony geniusz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz