Czy
to już koniec?
Głośna
muzyka drażniła moje uszy. To zdecydowanie nie były moje klimaty.
Silne basy wdzierały się w moje już nadwyrężone bębenki. Jednak
po godzinie przestałam zwracać na to uwagę. Po tym jak cały
wieczór bez celu pałętałam się po mieście gdy zrobiło się
chłodniej, a moje nogi odmawiały mi posłuszeństwa wstąpiłam do
pierwszego lepszego baru, który był otwarty. Na nieszczęście była
to bardziej dyskoteka. Tłumy ludzi wiły się niczym węże na
parkiecie. Skąpo ubrane panie i napastujący je faceci. Ja natomiast
zajęłam miejsce przy barze i piłam. Było to zachowanie tak do
mnie nie podobne, że gdyby nie zmęczenie fizyczne i psychiczne na
pewno miałabym teraz wyrzuty sumienia lub wrzeszczała sama na
siebie. Wcześniej rzadko chodziłam na imprezy. Matt wolał trzymać
mnie od takich miejsc z daleka. Gdy tak teraz o tym myślę to był
dla mnie bardziej niczym nadgorliwy ojciec, którego nigdy nie miałam,
a nie przyjaciel z tej samej szkoły, z którym spędziło się
połowę dzieciństwa.
-
Jeszcze jeden? - spytał barman spoglądając na pustą szklankę
stojącą tuż przede mną.
Kiwnęłam
głową by ponownie ją zapełnił. Dopiero po chwili zorientowałam
się, że mogę nie mieć jak za to zapłacić. Zaczęłam szukać
jakiś świstków po kieszeniach tak by tego nie zauważył. Dwa
pięćdziesiąt. Raczej nie wystarczy. Skrzywiłam się lekko i z
powrotem przywołałam uśmiech by nie nabrał podejrzeń. Przy
odrobinie szczęścia uda mi się wymknąć kiedy będzie obsługiwał
kogoś innego.
-
Pozwól, że ja zapłacę. - powiedział ktoś obok mnie. Odwróciłam
głowę. Wysoki mężczyzna o jasnej karnacji, ciemnych,
nastroszonych włosach i zielonych oczach wyszczerzył zęby w
uśmiechu. - Nie widziałem cię tu wcześniej. - stwierdził
ignorując moje spojrzenie mówiące „Spadaj”.
-
Może przychodziłam kiedy ciebie nie było. - syknęłam.
-
Mało prawdopodobne.- Usiadł na stołek obok. - Spędzam tu naprawdę
dużo czasu.
-
Najwyraźniej za dużo. - mruknęłam pod nosem licząc, że moje
słowa zostaną zagłuszone przez muzykę.
-
To dobre miejsce by się zabawić po ciężkim dniu. - wyjaśnił.
Kto
jak kto, ale on nie wyglądał na zapracowanego. Zero odznak
jakiegokolwiek zmęczenia. Zgrabnie zaczesane włosy, lekko zwilżone,
nieskazitelna cera, niemal przezroczysta no i prosta postawa.
Zupełnie jakby dopiero co opuścił spa.
-
A więc co tu robisz? - spytał – Leczysz smutki?
-
Odseparowuje się od natrętnych i zadufanych mężczyzn. -
przywołałam fałszywy uśmiech, modląc się w duchu by już sobie
poszedł. Nie miałam ochoty na jakiekolwiek konwersacje.
-
W klubie, w którym jest ich pełno? To trochę nierealne. - Obojętnie
wzruszyłam ramionami. -
Zwłaszcza, że chodzi o kogoś tak pięknego jak ty.
Omal
nie parsknęłam śmiechem. To było kiepskie posunięcie. Nie
potrzebowałam przyglądania się w lustrze by wiedzieć, że
wyglądam jak wrak człowieka. Nie przespane noce i męczące dni
odcisnęły na mnie swoje piętno. Zdecydowanie nie wyglądałam
przyzwoicie, a co dopiero pięknie.
Okręciłam
się na stołku dając cichy znak, że nie mam ochoty na jego
towarzystwo. Skupiłam wzrok na kimś siedzącym przy stoliku w rogu.
Robiłam wszystko byle tylko go nie słuchać. Wiedziałam, że coś
do mnie mówił, ale bariera głośnej muzyki zagłuszała jego słowa.
Mężczyzna w rogu nagle się wyprostował. Po chwili naprzeciw niego
usiadła inna postać w grubej bluzie z kapturem nasuniętym na
głowę. Zaczęli rozmawiać, ale nie trwało to długo. Nowo przybyły
nagle się zdenerwował i chwycił tego drugiego za koszule
przygwożdżając do ściany. Tamten zaczął się wyrywać i
panicznie machać rękami. Najwyraźniej podziałało bo napastnik
rzucił go z powrotem na siedzenie przewracając krzesła. Kiedy
odwrócił się w stronę wyjścia zobaczyłam łunę białych włosów
i coś błyszczącego na jego szyi. W pośpiechu wyszedł z baru, a ja
straciłam obiekt swoich zainteresowań. Uznałam, że to dobry
moment by opuścić to miejsce. Z powrotem odwróciłam się do
mężczyzny siedzącego obok mnie.
-
Bardzo miło, że zaszczyciłeś mnie swoją osobą. - odrzekłam –
Skoro nalegasz zapłacić za mojego drinka nic nie stoi na
przeszkodzie. Ja wychodzę.
Widząc
jego osłupienie, aż uśmiechnęłam się w środku. Pomachałam
jeszcze na odchodne i zostawiłam go samego. Kręciło mi się w
głowie kiedy przepychałam się między ludźmi. Tutaj było
zdecydowanie za gorąco. Musiałam wyjść na powietrze. Nie
wiedziałam ile dokładnie wypiłam, ale mój organizm nie był
przyzwyczajony do alkoholu więc, nawet najmniejsza ilość mogła
zwalić mnie z nóg lub przyprawić o ból głowy.
Na
szczęście chłodne powietrze na zewnątrz trochę mnie ocuciło.
Nadal miałam wahania co do tego czy mój obraz przypadkiem się nie
przekrzywił, ale przynajmniej mogłam w spokoju myśleć. Rozejrzałam
się dookoła. Niezupełnie pamiętałam drogę powrotną. Tak to
jest kiedy chodzi się na oślep. Mieszkałam tutaj od dziecka, mimo
to nie znałam wszystkich zakamarków Jacksonville. A już na pewno
ulic z nocnymi klubami. Ruszyłam więc w prawo licząc, że to
odpowiedni kierunek. Było już późno. Ciemne niebo pokryte
gwiazdami wisiało nad moją głową. Temperatura też znacznie się
obniżyła, a ja nie miałam na sobie nic więcej poza cienką
koszulką i krótkimi spodenkami. Wypite wcześniej drinki
najwyraźniej nie pomogły przezwyciężyć temperatury. Objęłam
się ramionami i szybkim krokiem ruszyłam przed siebie. Musiałam
dotrzeć do jakiejś głównej ulicy. Stamtąd nie powinnam mieć
większych problemów by ustalić swoje położenie i wrócić do
domu.
Spacer
powinien mnie ocucić, ale z każdym krokiem było coraz gorzej.
Obraz mi się zamazywał, a nogi były jak z waty. Czułam, że wypity
alkohol dopiero teraz wypływa na wierzch. Skupiłam się na
betonowych płytkach chodnika. One jedne pozostawały w ostrości.
Były moim stałym punktem.
Nagle
mocno w coś uderzyłam całym ciałem. Podniosłam głowę. To był
on. Mężczyzna z baru, ale jego wyraz twarzy był inny. Zniknął
miły uśmiech, a pojawiła się kamienna, zimna maska.
-
To niegrzeczne zostawiać kogoś w środku rozmowy. - skarcił mnie.
-
Jakiej rozmowy. - przetarłam skronie – Chciałeś chyba powiedzieć
niekończącego się monologu.
-
Bardzo zabawne. - stwierdził.
-
Posłuchaj mam dosyć na dzisiaj.
Chciałam
go wyminąć, ale zastąpił mi drogę.
-
Tutaj masz racje. To już koniec na dzisiaj. Przynajmniej dla ciebie.
- wyszczerzył zęby i wtedy je zobaczyłam. Długie, lśniące kły
wystające z dziąseł. Wampir.
Zaczęłam
się cofać, nerwowo rozglądając. Ulica była pusta. Nie miałam co
liczyć na pomoc. Zresztą zwykły człowiek nic by nie poradził. Co
najwyżej mógłby skończyć jeszcze gorzej niż ja. Nie dobrze.
Było naprawdę źle. Mogłam odwrócić się i uciec, ale nie
pokonałabym odległości większej niż kilka metrów. Wampiry były
szybkie. Nie spotkałam jeszcze żadnego, ale oglądałam
wystarczającą ilość filmów by to wiedzieć. Zresztą w
podręcznikach Towena o istotach nadnaturalnych też była o tym
wzmianka.
-
Opuściła cię odwaga? - zaśmiał się.
Nie
do końca. Nie było szansy by udało mi się go pokonać, ale być
może chociaż trochę spowolnić. Gdybym tylko znalazła cokolwiek z
drewna. Nie byłam doskonałym wojownikiem, ale kilka dni treningu z
Joshem zwiększyło moje umiejętności. Zwłaszcza jeśli chodzi o
rzucanie do celu. Potrzebowałam jedynie broni. Jak na złość na
tej ulicy nie było żadnych drzew, jedyną szansą był śmietnik.
Nie byłam pewna, ale zdaje się że mijałam ciemny zakątek kilka
metrów wcześniej. Istniała szansa, że będzie moim ocaleniem.
Zamierzałam podjąć to ryzyko. Jeśli miałam dzisiaj umrzeć, to
nie poddam się bez walki. Serce mi przyspieszyło na wieść o
szansie na ratunek i byłam pewna, że on to usłyszał. Nie tracąc
czasu ruszyłam biegiem. Usłyszałam za sobą głośny śmiech.
Niech myśli, że nie zdołam przed nim uciec to być może zyskam w
ten sposób więcej czasu. Po lewej stronie pojawiła się ciemna
dziura. Natychmiast w nią skręciłam i...nic. Ślepy zaułek
otoczony przez budynki z każdej strony. To był koniec. Odwróciłam
się kiedy usłyszałam za sobą świst powietrza. Stał blisko. Za
blisko. Znowu zaczęłam się cofać aż natknęłam się na betonową
barierę nie do pokonania.
-
To już chyba koniec pościgu. - powiedział z udawanym smutkiem. -
Jestem zawiedziony.
Rozejrzałam
się ostatni raz i je ujrzałam. Połamane drzwi. One na pewno były
drewniane i co najlepsze roztrzaskane. Ledwo się trzymały na
zawiasach, a ich drobniejsze kawałki leżały na ziemi. Ostrożnym
krokiem ruszyłam w ich stronę patrząc wprost na wampira. Kiedy
zbliżył się dostatecznie blisko i szybko, udałam, że się
przewracam. Jednocześnie plecami uderzyłam o zimną nawierzchnie i
prawą ręką sięgnęłam po w miarę ostro zakończony odłamek.
Kucnął przy mnie, przekrzywiając głowę i obserwując mnie
głodnym wzrokiem od stóp do głowy.
-
Miło było cię poznać. - powiedział – Mówię szczerze. Mimo,
że nie powiedziałaś zbyt wiele to po twoim zachowaniu domyśliłem
się naprawdę wiele o twojej osobie.
Pochylił
głowę zbliżając kły do mojej szyi. Kiedy już prawie jej dotknął
użyłam całej swojej siły by wbić mu moją prowizoryczna broń w
plecy. Gwałtownie się wygiął w drugą stronę z krzykiem dając
mi wolne pole do ucieczki. Natychmiast wykorzystałam szansę.
Ruszyłam biegiem używając każdej cząstki siły jaka mi
pozostała. Usłyszałam stek przekleństw gdzieś daleko za mną.
Modliłam się żeby zrezygnował z pościgu. Coś mi jednak mówiło,
że to nie będzie takie łatwe. Biegłam mijając kolejne zakręty.
Serce mocno tłukło się o moje żebra. Płuca domagały się
większej ilości powietrza. Byłam szybka, sama się dziwiłam jak
bardzo, ale to nie wystarczyło. Nie w ucieczce przed wampirem. Kiedy
mijałam kolejny róg znalazłam się na jednej z głównych ulic.
Tak chciałam by okazała się zatłoczona, by była moim ocaleniem.
Okazała się pusta, zupełnie osamotniona jak ja. Nagle ziemia
przede mną się skończyła. Nie, to ja leciałam. Wyleciałam
wysoko, uderzając plecami o jeden z budynków. Z ogromną szybkością
zaczęłam spadać. Widziałam zbliżającą się ziemię, ale ból
nie nastąpił, nie w takiej postaci. Ktoś mocno mnie złapał za
gardło i przygwoździł do ściany, uniemożliwiając oddychanie.
-
Ty suko! - wysyczał wampir.
Puścił
moją szyję tylko po to by zatopić zęby w moim gardle. Usłyszałam
głośny krzyk kogoś gdzieś daleko, albo to ja krzyczałam. Nie
miałam pojęcia. Czułam ogromny ból i nagłe osłabienie. Jakby
opuszczało mnie życie. Nie chciałam umierać. Nie w taki sposób.
Przed oczami pojawiły mi się czarne plamy. Podjęłam ostatnią
próbę ratunku. Zaczęłam mocno go uderzać w plecy, ale jak się
domyślałam to było bezcelowe. Tutaj był mój koniec. Pomyślałam
o Mattcie. O tym, że on tam leży i być może czeka na mnie. Być
może byłam jego jedyną tarczą. Gdybym nie uciekła mogłabym
zapobiec temu co oni chcą mu zrobić. Zawiodłam go. Schrzaniłam
wszystko. Nastała ciemność. Usłyszałam nagły świst, krzyk, a
potem głuchy odgłos i ponownie świst, ale nie czułam nic. Żadnego
ciepła, ani zimna. Zupełna pustka. Czyżby tak wyglądała śmierć.
Nie wiedziałam czy to omamy, ale wydawało mi się, że ktoś mnie
woła. Ktoś krzyknął moje imię. Potem już tylko cichy szept, ale
słowa po raz ostatni stały się wyraźne i należały do mężczyzny.
„Przepraszam”. Potem nie było już nic.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz