czwartek, 27 marca 2014

Rozdział 24

Czy to już koniec?

 Głośna muzyka drażniła moje uszy. To zdecydowanie nie były moje klimaty. Silne basy wdzierały się w moje już nadwyrężone bębenki. Jednak po godzinie przestałam zwracać na to uwagę. Po tym jak cały wieczór bez celu pałętałam się po mieście gdy zrobiło się chłodniej, a moje nogi odmawiały mi posłuszeństwa wstąpiłam do pierwszego lepszego baru, który był otwarty. Na nieszczęście była to bardziej dyskoteka. Tłumy ludzi wiły się niczym węże na parkiecie. Skąpo ubrane panie i napastujący je faceci. Ja natomiast zajęłam miejsce przy barze i piłam. Było to zachowanie tak do mnie nie podobne, że gdyby nie zmęczenie fizyczne i psychiczne na pewno miałabym teraz wyrzuty sumienia lub wrzeszczała sama na siebie. Wcześniej rzadko chodziłam na imprezy. Matt wolał trzymać mnie od takich miejsc z daleka. Gdy tak teraz o tym myślę to był dla mnie bardziej niczym nadgorliwy ojciec, którego nigdy nie miałam, a nie przyjaciel z tej samej szkoły, z którym spędziło się połowę dzieciństwa. 
- Jeszcze jeden? - spytał barman spoglądając na pustą szklankę stojącą tuż przede mną.
Kiwnęłam głową by ponownie ją zapełnił. Dopiero po chwili zorientowałam się, że mogę nie mieć jak za to zapłacić. Zaczęłam szukać jakiś świstków po kieszeniach tak by tego nie zauważył. Dwa pięćdziesiąt. Raczej nie wystarczy. Skrzywiłam się lekko i z powrotem przywołałam uśmiech by nie nabrał podejrzeń. Przy odrobinie szczęścia uda mi się wymknąć kiedy będzie obsługiwał kogoś innego.
- Pozwól, że ja zapłacę. - powiedział ktoś obok mnie. Odwróciłam głowę. Wysoki mężczyzna o jasnej karnacji, ciemnych, nastroszonych włosach i zielonych oczach wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Nie widziałem cię tu wcześniej. - stwierdził ignorując moje spojrzenie mówiące „Spadaj”.
- Może przychodziłam kiedy ciebie nie było. - syknęłam.
- Mało prawdopodobne.- Usiadł na stołek obok. - Spędzam tu naprawdę dużo czasu. 
- Najwyraźniej za dużo. - mruknęłam pod nosem licząc, że moje słowa zostaną zagłuszone przez muzykę.
- To dobre miejsce by się zabawić po ciężkim dniu. - wyjaśnił.
Kto jak kto, ale on nie wyglądał na zapracowanego. Zero odznak jakiegokolwiek zmęczenia. Zgrabnie zaczesane włosy, lekko zwilżone, nieskazitelna cera, niemal przezroczysta no i prosta postawa. Zupełnie jakby dopiero co opuścił spa.
- A więc co tu robisz? - spytał – Leczysz smutki?
- Odseparowuje się od natrętnych i zadufanych mężczyzn. - przywołałam fałszywy uśmiech, modląc się w duchu by już sobie poszedł. Nie miałam ochoty na jakiekolwiek konwersacje. 
- W klubie, w którym jest ich pełno? To trochę nierealne. - Obojętnie wzruszyłam ramionami. - Zwłaszcza, że chodzi o kogoś tak pięknego jak ty. 
Omal nie parsknęłam śmiechem. To było kiepskie posunięcie. Nie potrzebowałam przyglądania się w lustrze by wiedzieć, że wyglądam jak wrak człowieka. Nie przespane noce i męczące dni odcisnęły na mnie swoje piętno. Zdecydowanie nie wyglądałam przyzwoicie, a co dopiero pięknie. 
Okręciłam się na stołku dając cichy znak, że nie mam ochoty na jego towarzystwo. Skupiłam wzrok na kimś siedzącym przy stoliku w rogu. Robiłam wszystko byle tylko go nie słuchać. Wiedziałam, że coś do mnie mówił, ale bariera głośnej muzyki zagłuszała jego słowa. Mężczyzna w rogu nagle się wyprostował. Po chwili naprzeciw niego usiadła inna postać w grubej bluzie z kapturem nasuniętym na głowę. Zaczęli rozmawiać, ale nie trwało to długo. Nowo przybyły nagle się zdenerwował i chwycił tego drugiego za koszule przygwożdżając do ściany. Tamten zaczął się wyrywać i panicznie machać rękami. Najwyraźniej podziałało bo napastnik rzucił go z powrotem na siedzenie przewracając krzesła. Kiedy odwrócił się w stronę wyjścia zobaczyłam łunę białych włosów i coś błyszczącego na jego szyi. W pośpiechu wyszedł z baru, a ja straciłam obiekt swoich zainteresowań. Uznałam, że to dobry moment by opuścić to miejsce. Z powrotem odwróciłam się do mężczyzny siedzącego obok mnie. 
- Bardzo miło, że zaszczyciłeś mnie swoją osobą. - odrzekłam – Skoro nalegasz zapłacić za mojego drinka nic nie stoi na przeszkodzie. Ja wychodzę.
Widząc jego osłupienie, aż uśmiechnęłam się w środku. Pomachałam jeszcze na odchodne i zostawiłam go samego. Kręciło mi się w głowie kiedy przepychałam się między ludźmi. Tutaj było zdecydowanie za gorąco. Musiałam wyjść na powietrze. Nie wiedziałam ile dokładnie wypiłam, ale mój organizm nie był przyzwyczajony do alkoholu więc, nawet najmniejsza ilość mogła zwalić mnie z nóg lub przyprawić o ból głowy. 
Na szczęście chłodne powietrze na zewnątrz trochę mnie ocuciło. Nadal miałam wahania co do tego czy mój obraz przypadkiem się nie przekrzywił, ale przynajmniej mogłam w spokoju myśleć. Rozejrzałam się dookoła. Niezupełnie pamiętałam drogę powrotną. Tak to jest kiedy chodzi się na oślep. Mieszkałam tutaj od dziecka, mimo to nie znałam wszystkich zakamarków Jacksonville. A już na pewno ulic z nocnymi klubami. Ruszyłam więc w prawo licząc, że to odpowiedni kierunek. Było już późno. Ciemne niebo pokryte gwiazdami wisiało nad moją głową. Temperatura też znacznie się obniżyła, a ja nie miałam na sobie nic więcej poza cienką koszulką i krótkimi spodenkami. Wypite wcześniej drinki najwyraźniej nie pomogły przezwyciężyć temperatury. Objęłam się ramionami i szybkim krokiem ruszyłam przed siebie. Musiałam dotrzeć do jakiejś głównej ulicy. Stamtąd nie powinnam mieć większych problemów by ustalić swoje położenie i wrócić do domu. 
Spacer powinien mnie ocucić, ale z każdym krokiem było coraz gorzej. Obraz mi się zamazywał, a nogi były jak z waty. Czułam, że wypity alkohol dopiero teraz wypływa na wierzch. Skupiłam się na betonowych płytkach chodnika. One jedne pozostawały w ostrości. Były moim stałym punktem. 
Nagle mocno w coś uderzyłam całym ciałem. Podniosłam głowę. To był on. Mężczyzna z baru, ale jego wyraz twarzy był inny. Zniknął miły uśmiech, a pojawiła się kamienna, zimna maska. 
- To niegrzeczne zostawiać kogoś w środku rozmowy. - skarcił mnie.
- Jakiej rozmowy. - przetarłam skronie – Chciałeś chyba powiedzieć niekończącego się monologu.
- Bardzo zabawne. - stwierdził.
- Posłuchaj mam dosyć na dzisiaj.
Chciałam go wyminąć, ale zastąpił mi drogę. 
- Tutaj masz racje. To już koniec na dzisiaj. Przynajmniej dla ciebie. - wyszczerzył zęby i wtedy je zobaczyłam. Długie, lśniące kły wystające z dziąseł. Wampir.
Zaczęłam się cofać, nerwowo rozglądając. Ulica była pusta. Nie miałam co liczyć na pomoc. Zresztą zwykły człowiek nic by nie poradził. Co najwyżej mógłby skończyć jeszcze gorzej niż ja. Nie dobrze. Było naprawdę źle. Mogłam odwrócić się i uciec, ale nie pokonałabym odległości większej niż kilka metrów. Wampiry były szybkie. Nie spotkałam jeszcze żadnego, ale oglądałam wystarczającą ilość filmów by to wiedzieć. Zresztą w podręcznikach Towena o istotach nadnaturalnych też była o tym wzmianka.
- Opuściła cię odwaga? - zaśmiał się. 
Nie do końca. Nie było szansy by udało mi się go pokonać, ale być może chociaż trochę spowolnić. Gdybym tylko znalazła cokolwiek z drewna. Nie byłam doskonałym wojownikiem, ale kilka dni treningu z Joshem zwiększyło moje umiejętności. Zwłaszcza jeśli chodzi o rzucanie do celu. Potrzebowałam jedynie broni. Jak na złość na tej ulicy nie było żadnych drzew, jedyną szansą był śmietnik. Nie byłam pewna, ale zdaje się że mijałam ciemny zakątek kilka metrów wcześniej. Istniała szansa, że będzie moim ocaleniem. Zamierzałam podjąć to ryzyko. Jeśli miałam dzisiaj umrzeć, to nie poddam się bez walki. Serce mi przyspieszyło na wieść o szansie na ratunek i byłam pewna, że on to usłyszał. Nie tracąc czasu ruszyłam biegiem. Usłyszałam za sobą głośny śmiech. Niech myśli, że nie zdołam przed nim uciec to być może zyskam w ten sposób więcej czasu. Po lewej stronie pojawiła się ciemna dziura. Natychmiast w nią skręciłam i...nic. Ślepy zaułek otoczony przez budynki z każdej strony. To był koniec. Odwróciłam się kiedy usłyszałam za sobą świst powietrza. Stał blisko. Za blisko. Znowu zaczęłam się cofać aż natknęłam się na betonową barierę nie do pokonania. 
- To już chyba koniec pościgu. - powiedział z udawanym smutkiem. - Jestem zawiedziony.
Rozejrzałam się ostatni raz i je ujrzałam. Połamane drzwi. One na pewno były drewniane i co najlepsze roztrzaskane. Ledwo się trzymały na zawiasach, a ich drobniejsze kawałki leżały na ziemi. Ostrożnym krokiem ruszyłam w ich stronę patrząc wprost na wampira. Kiedy zbliżył się dostatecznie blisko i szybko, udałam, że się przewracam. Jednocześnie plecami uderzyłam o zimną nawierzchnie i prawą ręką sięgnęłam po w miarę ostro zakończony odłamek. Kucnął przy mnie, przekrzywiając głowę i obserwując mnie głodnym wzrokiem od stóp do głowy. 
- Miło było cię poznać. - powiedział – Mówię szczerze. Mimo, że nie powiedziałaś zbyt wiele to po twoim zachowaniu domyśliłem się naprawdę wiele o twojej osobie.
Pochylił głowę zbliżając kły do mojej szyi. Kiedy już prawie jej dotknął użyłam całej swojej siły by wbić mu moją prowizoryczna broń w plecy. Gwałtownie się wygiął w drugą stronę z krzykiem dając mi wolne pole do ucieczki. Natychmiast wykorzystałam szansę. Ruszyłam biegiem używając każdej cząstki siły jaka mi pozostała. Usłyszałam stek przekleństw gdzieś daleko za mną. Modliłam się żeby zrezygnował z pościgu. Coś mi jednak mówiło, że to nie będzie takie łatwe. Biegłam mijając kolejne zakręty. Serce mocno tłukło się o moje żebra. Płuca domagały się większej ilości powietrza. Byłam szybka, sama się dziwiłam jak bardzo, ale to nie wystarczyło. Nie w ucieczce przed wampirem. Kiedy mijałam kolejny róg znalazłam się na jednej z głównych ulic. Tak chciałam by okazała się zatłoczona, by była moim ocaleniem. Okazała się pusta, zupełnie osamotniona jak ja. Nagle ziemia przede mną się skończyła. Nie, to ja leciałam. Wyleciałam wysoko, uderzając plecami o jeden z budynków. Z ogromną szybkością zaczęłam spadać. Widziałam zbliżającą się ziemię, ale ból nie nastąpił, nie w takiej postaci. Ktoś mocno mnie złapał za gardło i przygwoździł do ściany, uniemożliwiając oddychanie. 
- Ty suko! - wysyczał wampir.
Puścił moją szyję tylko po to by zatopić zęby w moim gardle. Usłyszałam głośny krzyk kogoś gdzieś daleko, albo to ja krzyczałam. Nie miałam pojęcia. Czułam ogromny ból i nagłe osłabienie. Jakby opuszczało mnie życie. Nie chciałam umierać. Nie w taki sposób. Przed oczami pojawiły mi się czarne plamy. Podjęłam ostatnią próbę ratunku. Zaczęłam mocno go uderzać w plecy, ale jak się domyślałam to było bezcelowe. Tutaj był mój koniec. Pomyślałam o Mattcie. O tym, że on tam leży i być może czeka na mnie. Być może byłam jego jedyną tarczą. Gdybym nie uciekła mogłabym zapobiec temu co oni chcą mu zrobić. Zawiodłam go. Schrzaniłam wszystko. Nastała ciemność. Usłyszałam nagły świst, krzyk, a potem głuchy odgłos i ponownie świst, ale nie czułam nic. Żadnego ciepła, ani zimna. Zupełna pustka. Czyżby tak wyglądała śmierć. Nie wiedziałam czy to omamy, ale wydawało mi się, że ktoś mnie woła. Ktoś krzyknął moje imię. Potem już tylko cichy szept, ale słowa po raz ostatni stały się wyraźne i należały do mężczyzny. „Przepraszam”. Potem nie było już nic.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz