Pytanie
za pytaniem
Zamierzałam
wrócić do pokoju Matta jak tylko skończyłam rozmowę z Elyanem.
Na korytarzu zakręciło mi się w głowie. Stwierdziłam, że mój
organizm długo nie wytrzyma bez jedzenia. Postanowiłam, więc zejść
do kuchni by coś zjeść. Na głównym holu poczułam przyjemny
zapach jajecznicy. Towen właśnie ją smażył. Trochę mnie to
zaskoczyło, że czarodziej, który może sobie wyczarować wszystko
czego tylko zapragnie stoi przy kuchence i smaży jajka. Musiał
zauważyć mój uśmiech bo nie powstrzymał się od komentarza.
-
Nie patrz tak. Muszę oszczędzać swoją energię, a akurat nabrałem
ochoty na coś prostego. Poza tym nie jestem za dobrym kucharzem, a
tego nie da się zepsuć. - Wzruszył ramionami
-
Nie musisz się tłumaczyć. - zaśmiałam się.
-
Dla ciebie też zrobiłem. - Wskazał na talerz obok. - Właśnie
chciałem ci zanieść.
-
Dziękuję.
Chwyciłam
biały talerz z żółtą jajecznicą i usiadłam do stołu. Jak
zauważyłam to nie były tylko jajka wylane na patelnie. Towen dodał
też papryki, pomidorów, szczypiorku i mnóstwa innych przypraw.
Zabrakło tylko odrobiny mięsa.
Jakby
czytał w moich myślach odpowiedział na moje niewypowiedziane
pytanie.
-
Jestem wegetarianinem. Nie jadam mięsa. To może wydawać się
dziwne zwłaszcza, że mieszkam pod jednym dachem z dzikimi kotami.
-
Nie jest. - odpowiedziałam z pełną buzią. Śniadanie smakowało
wybornie. - Gdzie właściwie są wszyscy? - spytałam. Byłam
odcięta od całego domu przez ponad dobę. Ciekawiło mnie co się
działo przez ten czas.
-
Trevor i jego znajomi zdecydowali się zostać jeszcze kilka dni w
Jacksonville. - Wysypał usmażoną i lekko przypaloną jajecznice z
patelni na kolejny talerz i usiadł naprzeciwko mnie. - Myślę, że
jednak niedługo wyjadą. Nie są zbyt cierpliwi.
-
A na co czekają? - zainteresowałam się
Towen
zrobił lekko zaskoczoną minę.
-
Josh nic ci nie mówił? - Zaprzeczyłam, kręcąc głową. - Dziwne
bo gada to przez cały czas i każdemu. Osobiście mam go już dosyć.
-
Nie widziałam go od naszego powrotu. Chyba na tyle nie przepada za
Mattem, że nie planował go odwiedzić lub choćby zajrzeć do jego
pokoju by ze mną porozmawiać.
-
Josh ma pewne wątpliwości dotyczące waszej wyprawy. - Przełknął
pierwszy kęs. - Podejrzewa, że Elver zamierza zaatakować mój dom
by wykraść księgę. Uważam, że skoro jeszcze tego nie zrobił to
raczej tego nie planuje. Z każdym dniem zaklęcia chroniące budynek
stają się potężniejsze. Nie ma zbyt dużych szans by się tu
dostać. Oczywiście mu to powtarzam cały czas kiedy zaczyna ten
temat, ale on nie chce mnie słuchać. Może ty mu przemówisz do
rozsądku? Zapewnisz go, że jesteśmy bezpieczni.
-
Wątpię by mnie posłuchał. - stwierdziłam – To on nie pozwala
Trevorovi wyjechać?
-
Raczej zabrania. Zagroził, że jeśli opuszczą posesje spali Księgę
Życia.
-
Naprawdę tak powiedział? Nie byłby do tego zdolny. - dokończyłam
po krótkiej chwili wątpliwości.
-
Nie znasz go tak dobrze jak ja. Uwierz Josh zazwyczaj nie żartuje.
Jestem pewien, że by spróbował.
Zaskrobałam
w talerz. Był już pusty, a ja dopiero w połowie zaspokoiłam swój
głód. Zobaczyłam, że patelnia również jest pusta. Nie zostało już
więcej jajecznicy. No trudno. Nie chciałam więcej jeść, przynajmniej nie przy Towenie. Zrobił mi śniadanie z własnej woli.
Skąd mógł wiedzieć, że zaoferowana przez niego porcja będzie
dla mnie za mała? Zamiast szukać czegoś innego czym mogłabym
zapełnić brzuch sięgnęłam po szklankę i nalałam sobie wody z
kranu. Napoje czasami pomagają.
-
Mam jeszcze jedno pytanie. - zagarnęłam – Ca właściwie stało
się z Travisem? Nie pytałam o niego wcześniej bo nie było czasu.
-
Został zesłany do Londynu. Tam znajduje się budynek Rady. Ma przed
sobą mnóstwo przesłuchań. Wątpię by szybko stamtąd wyszedł.
Miał kontakt z Elverem, można powiedzieć, że z nim współpracował.
Być może to smutne, ale jest po części winien śmierci własnego
brata, a na to nie przymkną oka.
Przypomniały
mi się słowa Travisa. „ Płynie we mnie krew Niezwyciężonych”.
Niemal pojawił mi się obraz leżącego przed nim Josha. Zareagował
tak gwałtownie na te słowa.
-
Kim są Niezwyciężeni?
Towen
zastygł z widelcem przy ustach. Na chwilę się zawahał, a potem
odłożył go na talerz. Wstał i wrzucił naczynia do zlewu.
Automatycznie pojawiła się na nich piana i wrząca woda. To tutaj
było najlepsze. Nie potrzebna była służba bo dom miał swój
własny system. Wszystko robiło się samo. Pranie, odkurzanie,
prasowanie, zmywanie naczyń. Działała tutaj szeroko obszarowa
magia. Czytałam, że wymaga ona zużycia dużej ilości energii.
Oczywiście magicznej. Rzeczywiście Townen musiał czuć się lepiej
skoro własnoręcznie nie zajął się czyszczeniem naczyń.
-
Istnieją o nich legendy. Byli wojownikami zniewolonymi przez czarną
magię. Podporządkowali się jej w zamian za pewne atuty. Siłę,
szybkość, precyzję, odporność na zwykłą broń i wiele innych.
Byli plagą dla każdej istoty nadnaturalnej. Zabijali każdego kogo
spotykali. Dało się ich zabić poprzez potężne zaklęcia, które
wymagały ofiary z przedstawiciela każdego gatunku głównych ras.
Wampira, wilkołaka, czarodzieja i elfa. Cztery zabójstwa dawały
moc by zabić jednego z Niezwyciężonych. Dlatego rzadko
wykorzystywano ten rodzaj broni. Niektórzy twierdzą, że pokonali
Niezwyciężonych za pomocą czarciego metalu, ale nie wiem czy to
prawda. - Przypomniały mi się kajdany znalezione w przedsionku
przed salą treningową. Zaczęłam się zastanawiać co Elyan z nimi
zrobił. Nie widziałam ich od momentu naszej teleportacji do
Gretilis. Czyżby je tam gdzieś zostawił albo co gorsza zgubił? -
W każdym razie. Mówi się, że każdy kto wypije krew
Niezwyciężonego staje się jednym z nich. W zależności jaką
dawkę przyjmiesz tak potężny się stajesz.
Ciekawe
jak wiele miał jej Travis. Nie wydawał się mieć aż tak dużych
morderczych skłonności chociaż na pewno nie należał do
cierpliwych. Sądzę, że siłę też miał większą niż przeciętny
Bakenak. Coś jednak musiało się za tym kryć. Zrozumiała była
niechęć do Niezwyciężonych, ale to co zauważyłam wtedy u Josha
było mocniejszym uczuciem. Furią, nienawiścią, może przebłyskiem
krótkiego przerażenia, zapalnikiem pobudzającym organizm do
natychmiastowej reakcji. Musiał mieć z tym jakiś związek. Nie
byłam jednak pewna czy chcę się tego dowiedzieć. Być może
wiązała się z tym kolejna smutna historia, ciężkie wspomnienie,
które nosił.
-
Zobaczę co u Matta. - powiedział czarownik wyrywając mnie z
zamyślenia. - Idź odpocznij. Zrób coś dla siebie.
Po
tych słowach opuścił kuchnię.
Nie
miałam ochoty odpoczywać. Cały czas siedziałam przy łóżku
przyjaciela lub zasypiałam w jego pokoju. Byłam zmęczona nic nie
robieniem. Musiałam się ruszyć, gdzieś pójść. Zrobić
cokolwiek byle nie myśleć za wiele o tym co było, ani o tym co może
się zdarzyć. Sięgnęłam do jednej z szafek kuchennych.
Przeszukałam większość z nich aż znalazłam paczkę migdałów.
Wzięłam ją ze sobą i ruszyłam w stronę sali do ćwiczeń. Może
bakalie nie zaspokoją mojego głodu w zupełności, ale
przynajmniej są smaczne.
Biblioteka
była pusta i cicha. Dokładnie taka jaką ją zostawiliśmy.
Wyjątkiem był postument, na którym leżała Księga Życia.
Otaczał ją krąg z różnych znaków, z których wyłaniała się
płomienna łuna światła, otaczając ją ze wszystkich stron.
Zaklęcie ochronne. Towen wspominał mi coś o tym kiedy przychodził
do pokoju Matta. Nie słuchałam go wtedy dokładnie, ale wiem, że
używanie magicznych znaków jest jednym z rodzai najpotężniejszej
magii. Odwróciłam się i wkroczyłam do sali. Ta była zajęta
przez dwie osoby, a właściwie jedną. Josh stał naprzeciw ściany i
rzucał do celu nożami. Obok niego na macie siedział Ray i
wpatrywał się w niego z zainteresowaniem. Czasami coś komentował
o pozycji i kącie lotu ostrzy. Josh oczywiście tego nie słyszał,
nawet nie wiedział, że jest obserwowany.
Kiedy
zamknęłam drzwi Ray się odwrócił. Zniknął na moment by pojawić
się tuż przede mną. Trochę mnie to wystraszyło.
-
Nie wiem czy byłby zadowolony gdyby się dowiedział jak go
krytykujesz. - wyszeptałam tak by Josh mnie nie usłyszał. Sala
była ogromna, a on był w drugim jej końcu, więc możliwe, że tak
właśnie było.
-
Na pewno. - uśmiechnął się Ray – Lubię patrzyć jak trenuje.
Sam nie mogę już tego robić, więc chociaż poobserwuję jak idzie
jemu.
-
I jaką postawisz diagnozę? - zaśmiałam się
-
Kilka rzeczy należy poprawić, ale nie jest źle. - jego ton
przeszedł w bardziej poważny – Praktycznie stąd nie wychodzi. -
stwierdził – Jest wyczerpany. Widzę po jego postawie i
zachowaniu. Wpada w złość, łatwo się irytuję. Powiedziałbym mu
żeby odpuścił, ale rozumiesz...
-
Pogadam z nim. - zapewniłam
-
Dzięki. W takim razie zostawię was samych. Co innego gdybyś mnie
nie widziała...- wzruszył ramionami.
-
Wynocha. - ponagliłam go.
Roześmiał
się i przeszedł przez drzwi nawet ich nie otwierając. Pod pewnymi
względami bycie duchem musi być ekstra.
Podeszłam
do Josha odwróconego do mnie plecami. Już w połowie mojej drogi
oznajmił.
-
Powiedz Ray-owi, żeby nie tracił na mnie czasu. Nie trzeba mnie
pilnować.
Rzucił
kolejnym nożem i zaklął pod nosem kiedy nie wbił się w środek
tarczy.
Ignorując
cichy głos w mojej głowie „skąd on to wie?” odpowiedziałam.
-
Martwi się o ciebie. Jak zawsze zresztą.
Josh
wyglądał inaczej niż zwykle. Dopiero po chwili zauważyłam, że
skrócił włosy. Już nie zakręcały się za uszami. Kończyły się
gdzieś w ich połowie i były prawie proste. Nie były też
zaczesane ładnie do tyłu tylko bardziej dziko układały się w
różnych kierunkach.
-
Niepotrzebnie. - mówił opanowanym głosem, ale po sile rzutów i
napiętych ramionach zobaczyłam, że jest zdenerwowany i
niespokojny. - Nic mi nie jest.
-
Kiedy ostatnio spałeś albo coś jadłeś?
-
A ty? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
Spojrzałam
na już prawie puste opakowanie migdałów.
Postanowiłam
zmienić temat. Nie było potrzeby licytować się spełnieniami
swoich podstawowych potrzeb. Oboje nie byliśmy w tym mistrzami w
ciągu ostatnich dni.
-
O co chodzi z czarem chroniącym Księgę Życia? - spytałam tak by
nie zorientował się, że Towen mówił mi o jego obawach.
-
Zaklęcie jak każde. - wzruszył ramionami.
Nie
miał już przy sobie noży. Wyciągnął te wbite w tarcze i poszedł
w kierunku zbrojowni. Ruszyłam za nim trzymając się lekko z tyłu.
-
Nie prawda. Na podłodze są wypalone jakieś znaki. Dlaczego tak
nagle zdecydował się chronić Księgę? - oczywiście znałam
odpowiedź ale musiałam się dowiedzieć dlaczego Josh sam
wcześniej mi o tym nie powiedział. O co się martwił, że się
obrażę, zdenerwuję, wyśmieję go?
-
Bo go o to poprosiłem. - uśmiechnął się złowieszczo.
Odłożył
broń do jednej z szuflad i wytarł twarz ręcznikiem wiszącym na
ścianie.
-
Dlaczego?
-
To oczywiste. Nie powinnaś o to pytać. Sama mówiłaś, że
widziałaś Elvera przy Księdze w swojej wizji. Ostrożności nigdy
za wiele.
-
A Trevor i reszta? Dlaczego jeszcze nie wyjechali.
-
Odpowiedź na to pytanie jest taka sama jak na poprzednie. -
zauważył. - O co ci więc chodzi? - spojrzał na mnie pytająco.
Nie
wytrzymałam.
-
Towen mi mówił, że masz jakąś obsesję odkąd wróciliśmy. -
wyrzuciłam z siebie
-
To nie obsesja tylko zdrowy rozsądek powiązany z moją niezawodną
intuicją. - burknął
-
W porządku. Dlaczego więc twoja niezawodna intuicja – zrobiłam w
powietrzu znak cudzysłowu – uważa, że Elver wróci po Księgę
teraz?
-
Jezu! - wyrzucił ręce w powietrze – Dlaczego wy wszyscy jesteście
tacy naiwni albo zwyczajnie głupi. Elver pragnie Księgi i będzie
próbował ją zdobyć. - Rzucił ręcznikiem na stół i mnie
wyminął. Miałam wrażenie, że powstrzymuje się by nie szturchnąć
mnie przy tym ramieniem.
-
Zaczekaj! - krzyknęłam za nim.
-
Jest ktoś kto potrzebuje twojej opieki bardziej niż ja. - rzucił
przez ramię i wyszedł z sali.
Dlaczego
wszyscy cały czas mnie do niego wysyłali? To źle, że opiekowałam
się Mattem? Jest dla mnie jak brat i nie mogłabym go zostawić,
zwłaszcza w takich chwilach. Co w tym dziwnego? Byłam pewna, że
oni zrobili by to samo na moim miejscu, więc dlaczego tak się
zachowywali? Jaki mieli z tym problem?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz