sobota, 8 marca 2014

Rozdział 19

Pytanie za pytaniem

 Zamierzałam wrócić do pokoju Matta jak tylko skończyłam rozmowę z Elyanem. Na korytarzu zakręciło mi się w głowie. Stwierdziłam, że mój organizm długo nie wytrzyma bez jedzenia. Postanowiłam, więc zejść do kuchni by coś zjeść. Na głównym holu poczułam przyjemny zapach jajecznicy. Towen właśnie ją smażył. Trochę mnie to zaskoczyło, że czarodziej, który może sobie wyczarować wszystko czego tylko zapragnie stoi przy kuchence i smaży jajka. Musiał zauważyć mój uśmiech bo nie powstrzymał się od komentarza.
- Nie patrz tak. Muszę oszczędzać swoją energię, a akurat nabrałem ochoty na coś prostego. Poza tym nie jestem za dobrym kucharzem, a tego nie da się zepsuć. - Wzruszył ramionami
- Nie musisz się tłumaczyć. - zaśmiałam się.
- Dla ciebie też zrobiłem. - Wskazał na talerz obok. - Właśnie chciałem ci zanieść.
- Dziękuję.
Chwyciłam biały talerz z żółtą jajecznicą i usiadłam do stołu. Jak zauważyłam to nie były tylko jajka wylane na patelnie. Towen dodał też papryki, pomidorów, szczypiorku i mnóstwa innych przypraw. Zabrakło tylko odrobiny mięsa.
Jakby czytał w moich myślach odpowiedział na moje niewypowiedziane pytanie.
- Jestem wegetarianinem. Nie jadam mięsa. To może wydawać się dziwne zwłaszcza, że mieszkam pod jednym dachem z dzikimi kotami.
- Nie jest. - odpowiedziałam z pełną buzią. Śniadanie smakowało wybornie. - Gdzie właściwie są wszyscy? - spytałam. Byłam odcięta od całego domu przez ponad dobę. Ciekawiło mnie co się działo przez ten czas.
- Trevor i jego znajomi zdecydowali się zostać jeszcze kilka dni w Jacksonville. - Wysypał usmażoną i lekko przypaloną jajecznice z patelni na kolejny talerz i usiadł naprzeciwko mnie. - Myślę, że jednak niedługo wyjadą. Nie są zbyt cierpliwi.
- A na co czekają? - zainteresowałam się
Towen zrobił lekko zaskoczoną minę.
- Josh nic ci nie mówił? - Zaprzeczyłam, kręcąc głową. - Dziwne bo gada to przez cały czas i każdemu. Osobiście mam go już dosyć. 
- Nie widziałam go od naszego powrotu. Chyba na tyle nie przepada za Mattem, że nie planował go odwiedzić lub choćby zajrzeć do jego pokoju by ze mną porozmawiać.
- Josh ma pewne wątpliwości dotyczące waszej wyprawy. - Przełknął pierwszy kęs. - Podejrzewa, że Elver zamierza zaatakować mój dom by wykraść księgę. Uważam, że skoro jeszcze tego nie zrobił to raczej tego nie planuje. Z każdym dniem zaklęcia chroniące budynek stają się potężniejsze. Nie ma zbyt dużych szans by się tu dostać. Oczywiście mu to powtarzam cały czas kiedy zaczyna ten temat, ale on nie chce mnie słuchać. Może ty mu przemówisz do rozsądku? Zapewnisz go, że jesteśmy bezpieczni. 
- Wątpię by mnie posłuchał. - stwierdziłam – To on nie pozwala Trevorovi wyjechać?
- Raczej zabrania. Zagroził, że jeśli opuszczą posesje spali Księgę Życia.
- Naprawdę tak powiedział? Nie byłby do tego zdolny. - dokończyłam po krótkiej chwili wątpliwości.
- Nie znasz go tak dobrze jak ja. Uwierz Josh zazwyczaj nie żartuje. Jestem pewien, że by spróbował.
Zaskrobałam w talerz. Był już pusty, a ja dopiero w połowie zaspokoiłam swój głód. Zobaczyłam, że patelnia również jest pusta. Nie zostało już więcej jajecznicy. No trudno. Nie chciałam więcej jeść, przynajmniej nie przy Towenie. Zrobił mi śniadanie z własnej woli. Skąd mógł wiedzieć, że zaoferowana przez niego porcja będzie dla mnie za mała? Zamiast szukać czegoś innego czym mogłabym zapełnić brzuch sięgnęłam po szklankę i nalałam sobie wody z kranu. Napoje czasami pomagają. 
- Mam jeszcze jedno pytanie. - zagarnęłam – Ca właściwie stało się z Travisem? Nie pytałam o niego wcześniej bo nie było czasu.
- Został zesłany do Londynu. Tam znajduje się budynek Rady. Ma przed sobą mnóstwo przesłuchań. Wątpię by szybko stamtąd wyszedł. Miał kontakt z Elverem, można powiedzieć, że z nim współpracował. Być może to smutne, ale jest po części winien śmierci własnego brata, a na to nie przymkną oka. 
Przypomniały mi się słowa Travisa. „ Płynie we mnie krew Niezwyciężonych”. Niemal pojawił mi się obraz leżącego przed nim Josha. Zareagował tak gwałtownie na te słowa.
- Kim są Niezwyciężeni?
Towen zastygł z widelcem przy ustach. Na chwilę się zawahał, a potem odłożył go na talerz. Wstał i wrzucił naczynia do zlewu. Automatycznie pojawiła się na nich piana i wrząca woda. To tutaj było najlepsze. Nie potrzebna była służba bo dom miał swój własny system. Wszystko robiło się samo. Pranie, odkurzanie, prasowanie, zmywanie naczyń. Działała tutaj szeroko obszarowa magia. Czytałam, że wymaga ona zużycia dużej ilości energii. Oczywiście magicznej. Rzeczywiście Townen musiał czuć się lepiej skoro własnoręcznie nie zajął się czyszczeniem naczyń.
- Istnieją o nich legendy. Byli wojownikami zniewolonymi przez czarną magię. Podporządkowali się jej w zamian za pewne atuty. Siłę, szybkość, precyzję, odporność na zwykłą broń i wiele innych. Byli plagą dla każdej istoty nadnaturalnej. Zabijali każdego kogo spotykali. Dało się ich zabić poprzez potężne zaklęcia, które wymagały ofiary z przedstawiciela każdego gatunku głównych ras. Wampira, wilkołaka, czarodzieja i elfa. Cztery zabójstwa dawały moc by zabić jednego z Niezwyciężonych. Dlatego rzadko wykorzystywano ten rodzaj broni. Niektórzy twierdzą, że pokonali Niezwyciężonych za pomocą czarciego metalu, ale nie wiem czy to prawda. - Przypomniały mi się kajdany znalezione w przedsionku przed salą treningową. Zaczęłam się zastanawiać co Elyan z nimi zrobił. Nie widziałam ich od momentu naszej teleportacji do Gretilis. Czyżby je tam gdzieś zostawił albo co gorsza zgubił? - W każdym razie. Mówi się, że każdy kto wypije krew Niezwyciężonego staje się jednym z nich. W zależności jaką dawkę przyjmiesz tak potężny się stajesz.
Ciekawe jak wiele miał jej Travis. Nie wydawał się mieć aż tak dużych morderczych skłonności chociaż na pewno nie należał do cierpliwych. Sądzę, że siłę też miał większą niż przeciętny Bakenak. Coś jednak musiało się za tym kryć. Zrozumiała była niechęć do Niezwyciężonych, ale to co zauważyłam wtedy u Josha było mocniejszym uczuciem. Furią, nienawiścią, może przebłyskiem krótkiego przerażenia, zapalnikiem pobudzającym organizm do natychmiastowej reakcji. Musiał mieć z tym jakiś związek. Nie byłam jednak pewna czy chcę się tego dowiedzieć. Być może wiązała się z tym kolejna smutna historia, ciężkie wspomnienie, które nosił.
- Zobaczę co u Matta. - powiedział czarownik wyrywając mnie z zamyślenia. - Idź odpocznij. Zrób coś dla siebie.
Po tych słowach opuścił kuchnię.
Nie miałam ochoty odpoczywać. Cały czas siedziałam przy łóżku przyjaciela lub zasypiałam w jego pokoju. Byłam zmęczona nic nie robieniem. Musiałam się ruszyć, gdzieś pójść. Zrobić cokolwiek byle nie myśleć za wiele o tym co było, ani o tym co może się zdarzyć. Sięgnęłam do jednej z szafek kuchennych. Przeszukałam większość z nich aż znalazłam paczkę migdałów. Wzięłam ją ze sobą i ruszyłam w stronę sali do ćwiczeń. Może bakalie nie zaspokoją mojego głodu w zupełności, ale przynajmniej są smaczne. 
 Biblioteka była pusta i cicha. Dokładnie taka jaką ją zostawiliśmy. Wyjątkiem był postument, na którym leżała Księga Życia. Otaczał ją krąg z różnych znaków, z których wyłaniała się płomienna łuna światła, otaczając ją ze wszystkich stron. Zaklęcie ochronne. Towen wspominał mi coś o tym kiedy przychodził do pokoju Matta. Nie słuchałam go wtedy dokładnie, ale wiem, że używanie magicznych znaków jest jednym z rodzai najpotężniejszej magii. Odwróciłam się i wkroczyłam do sali. Ta była zajęta przez dwie osoby, a właściwie jedną. Josh stał naprzeciw ściany i rzucał do celu nożami. Obok niego na macie siedział Ray i wpatrywał się w niego z zainteresowaniem. Czasami coś komentował o pozycji i kącie lotu ostrzy. Josh oczywiście tego nie słyszał, nawet nie wiedział, że jest obserwowany. 
Kiedy zamknęłam drzwi Ray się odwrócił. Zniknął na moment by pojawić się tuż przede mną. Trochę mnie to wystraszyło.
- Nie wiem czy byłby zadowolony gdyby się dowiedział jak go krytykujesz. - wyszeptałam tak by Josh mnie nie usłyszał. Sala była ogromna, a on był w drugim jej końcu, więc możliwe, że tak właśnie było. 
- Na pewno. - uśmiechnął się Ray – Lubię patrzyć jak trenuje. Sam nie mogę już tego robić, więc chociaż poobserwuję jak idzie jemu.
- I jaką postawisz diagnozę? - zaśmiałam się
- Kilka rzeczy należy poprawić, ale nie jest źle. - jego ton przeszedł w bardziej poważny – Praktycznie stąd nie wychodzi. - stwierdził – Jest wyczerpany. Widzę po jego postawie i zachowaniu. Wpada w złość, łatwo się irytuję. Powiedziałbym mu żeby odpuścił, ale rozumiesz...
- Pogadam z nim. - zapewniłam
- Dzięki. W takim razie zostawię was samych. Co innego gdybyś mnie nie widziała...- wzruszył ramionami.
- Wynocha. - ponagliłam go.
Roześmiał się i przeszedł przez drzwi nawet ich nie otwierając. Pod pewnymi względami bycie duchem musi być ekstra.
Podeszłam do Josha odwróconego do mnie plecami. Już w połowie mojej drogi oznajmił.
- Powiedz Ray-owi, żeby nie tracił na mnie czasu. Nie trzeba mnie pilnować.
Rzucił kolejnym nożem i zaklął pod nosem kiedy nie wbił się w środek tarczy.
Ignorując cichy głos w mojej głowie „skąd on to wie?” odpowiedziałam.
- Martwi się o ciebie. Jak zawsze zresztą.
Josh wyglądał inaczej niż zwykle. Dopiero po chwili zauważyłam, że skrócił włosy. Już nie zakręcały się za uszami. Kończyły się gdzieś w ich połowie i były prawie proste. Nie były też zaczesane ładnie do tyłu tylko bardziej dziko układały się w różnych kierunkach.
- Niepotrzebnie. - mówił opanowanym głosem, ale po sile rzutów i napiętych ramionach zobaczyłam, że jest zdenerwowany i niespokojny. - Nic mi nie jest.
- Kiedy ostatnio spałeś albo coś jadłeś?
- A ty? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
Spojrzałam na już prawie puste opakowanie migdałów.
Postanowiłam zmienić temat. Nie było potrzeby licytować się spełnieniami swoich podstawowych potrzeb. Oboje nie byliśmy w tym mistrzami w ciągu ostatnich dni.
- O co chodzi z czarem chroniącym Księgę Życia? - spytałam tak by nie zorientował się, że Towen mówił mi o jego obawach.
- Zaklęcie jak każde. - wzruszył ramionami.
Nie miał już przy sobie noży. Wyciągnął te wbite w tarcze i poszedł w kierunku zbrojowni. Ruszyłam za nim trzymając się lekko z tyłu.
- Nie prawda. Na podłodze są wypalone jakieś znaki. Dlaczego tak nagle zdecydował się chronić Księgę? - oczywiście znałam odpowiedź ale musiałam się dowiedzieć dlaczego Josh sam wcześniej mi o tym nie powiedział. O co się martwił, że się obrażę, zdenerwuję, wyśmieję go?
- Bo go o to poprosiłem. - uśmiechnął się złowieszczo.
Odłożył broń do jednej z szuflad i wytarł twarz ręcznikiem wiszącym na ścianie.
- Dlaczego?
- To oczywiste. Nie powinnaś o to pytać. Sama mówiłaś, że widziałaś Elvera przy Księdze w swojej wizji. Ostrożności nigdy za wiele.
- A Trevor i reszta? Dlaczego jeszcze nie wyjechali.
- Odpowiedź na to pytanie jest taka sama jak na poprzednie. - zauważył. - O co ci więc chodzi? - spojrzał na mnie pytająco.
Nie wytrzymałam.
- Towen mi mówił, że masz jakąś obsesję odkąd wróciliśmy. - wyrzuciłam z siebie
- To nie obsesja tylko zdrowy rozsądek powiązany z moją niezawodną intuicją. - burknął
- W porządku. Dlaczego więc twoja niezawodna intuicja – zrobiłam w powietrzu znak cudzysłowu – uważa, że Elver wróci po Księgę teraz?
- Jezu! - wyrzucił ręce w powietrze – Dlaczego wy wszyscy jesteście tacy naiwni albo zwyczajnie głupi. Elver pragnie Księgi i będzie próbował ją zdobyć. - Rzucił ręcznikiem na stół i mnie wyminął. Miałam wrażenie, że powstrzymuje się by nie szturchnąć mnie przy tym ramieniem. 
- Zaczekaj! - krzyknęłam za nim.
- Jest ktoś kto potrzebuje twojej opieki bardziej niż ja. - rzucił przez ramię i wyszedł z sali.
Dlaczego wszyscy cały czas mnie do niego wysyłali? To źle, że opiekowałam się Mattem? Jest dla mnie jak brat i nie mogłabym go zostawić, zwłaszcza w takich chwilach. Co w tym dziwnego? Byłam pewna, że oni zrobili by to samo na moim miejscu, więc dlaczego tak się zachowywali? Jaki mieli z tym problem?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz