czwartek, 20 marca 2014

Rozdział 22

Odsunięta od wszystkiego

Droga po zatłoczonych ulicach Jacksonville zajęła nam mniej więcej pół godziny. Przez ten czas chłopiec zdążył trzy razy odzyskać przytomność by potem ponownie zemdleć. Udało nam się jedynie dowiedzieć, że ma na imię Derek. Jednak powiedział to w takim zamroczeniu, że nie jestem pewna czy nie nawoływał wtedy kogoś innego.
 Barman, który jak nam powiedział nazywa się Sam, całą podróż spędził na marudzeniu, że to nie jest dobry pomysł. Gdy w końcu Kelly kazała mu się zamknąć, na moment mieliśmy ciszę. Potem ponownie ją przerwał, ale zmienił strategię. Zaczął przekonywać Kelly by tam nie szła. Wtrąciłam się wtedy i zaczęłam go popierać choć tylko w połowie. Nadal trzymałam się opcji, że mogę tam pójść sama. Kelly starała się nie słuchać lub tylko udawała, że to robi. Co jakiś czas zbywała nasze argumenty słabymi tekstami typu „To zbyt niebezpieczne” lub „Nie mogę tak ryzykować”. Uparcie trzymała przy swoim. 
 Teraz jednak kiedy samochód stał na poboczu i każde z nas patrzyło się za okno, wyczuwałam u niej lekkie powątpiewanie. Przed nami stał niewielki dom, wyróżniający się swoim ciemnym, zabrudzonym odcieniem od pozostałych budynków. Popękany, brukowany chodnik prowadził do mosiężnych drzwi, z obu stron otoczonych szybami zaklejonymi gazetami i obklejonymi czymś co z daleka przypominało czarny smar. Nie byłam pewna czy to miejsce mieszkalne czy raczej opuszczony sklep. Spojrzałam na kierowce. Sam wpatrywał się w to samo miejsce co my z przerażeniem. Nie było opcji żeby się pomylił. 
Długi okres bezdźwięczności przerwało westchnięcie Kelly.
- Nie mamy co tracić czasu. Idziemy.
Chwyciła za klamkę by otworzyć drzwi. W tym momencie ręka Sama wystrzeliła do góry i mocnym uderzeniem rozbiła głowę Kelly o szybę, zostawiając na niej sieć żyłek przecinających szkło i trochę krwi. Hinduska bezwładnie opadła na siedzenie.
- Co to było? - warknęłam
- Nie ma opcji bym ją tam puścił. - pokręcił głową. - Nawet jeśli miałaby mnie za to zabić.
- Znacie się? - rozświetliło mi się w głowie
- Nie. - powiedział jak dla mnie za szybko
- To skąd ta nagła troska? - skrzywiłam się
- Ciebie nie będę powstrzymywał. Nie jesteś Zmiennokształtną. Jeśli chcesz pomóc młodemu wilkowi lepiej się pospiesz.
To nie było miłe z jego strony. Ignorując jego słowa wyskoczyłam z samochodu i niepewnym krokiem ruszyłam w stronę domu. Zanim zapukałam do drzwi spróbowałam dojrzeć coś przez okna. Były tak brudne, że nie zobaczyłam zupełnie nic. Stuknęłam kostkami w wejście tak, że samo się uchyliło. Obejrzałam się do Sama. Uważnie mnie obserwował. Widząc moje wahanie tylko wzruszył ramionami i ponaglił skinieniem głowy. Wzięłam głęboki wdech i przekroczyłam próg.
 W środku panował półmrok. Dzięki dziennemu światłu, które jednak przebijało się przez zapuszczone szyby, dostrzegłam dość duże pomieszczenie zagracone różnymi przedmiotami. Nie myliłam się co do stwierdzenia, że kiedyś był to sklep. Wskazywały na to półki na ścianach z dziwnymi słoikami, moździerzami, fiolkami, dzbankami i innymi naczyniami, z zawartością o której wolałabym nie wiedzieć. Wąski korytarz z czerwonym zakurzonym dywanem kończył się na ciemnej ladzie. Tuż za nią były kolejne drzwi. 
- Jest tutaj ktoś? - spytałam normalnym tonem. Za cichy mógłby wskazywać na złodzieja z kolei za głośny na nieproszonego gościa, którym nie chciałabym zostać.
Jedyną odpowiedzią była cisza. Dokładnie się w nią wsłuchiwałam by nie przeoczyć przypadkiem jakiejś odpowiedzi, szurania lub stukania, które mogłoby wskazywać o czyjejś obecności.
Poczekałam jeszcze przez kilka minut co chwilę nawołując jednak nikt się nie zjawił. Wróciłam do samochodu. Wszyscy byli w tych samych pozycjach, w których ich zostawiłam. Uchyliłam drzwi i wskoczyłam do środka. Widząc pytające spojrzenie barmana, odpowiedziałam.
- Nikogo nie ma. Jesteś pewien, że to tutaj?
- Chyba widać. - Wskazał na budynek, obrażony. - To co robimy? 
- My? - zdziwiłam się
- No tak. - powiedział przekonany - Ona zabije nas oboje jeśli się dowie, że nic nie zdziałaliśmy. - Machnął od niechcenia na Kelly. 
Tu miał racje. Na niego na pewno byłaby bardziej zdenerwowana, ale i ja mogłabym ujść z tego z jednym wrogiem więcej. Kelly wydawała się miłą osobą, ale widziałam wyraz jej twarzy i pełne wściekłości oczy wtedy w barze. Cicha woda brzegi rwie - jak mówią.
- Zawieź nas do domu. Wiesz gdzie mieszka Towen Route?
- Pewnie. To jedyny czarodziej w Jacksonville. - Ponownie urażony ton cokolwiek by się nie powiedziało.
- Jestem pewna, że postara się pomóc Derekowi.
Nie odpowiedział tylko wcisnął pedał gazu. Samochód ujechał kilka metrów do przodu. Następnie coś chrząknęło w silniku i pojazd raptownie się zatrzymał. Sam przeklął pod nosem i uderzył pięścią w kierownice.
- Pieprzony samochód!
- Co jest? - spytałam
Wyskoczył z samochodu i z trzaskiem zatrzasnął za sobą drzwiczki. Podszedł do przodu i otworzył maskę. Pokazały się smugi szarego dymu. Wysiadłam za nim by zorientować się o co chodzi.
- Nie pojedzie dalej. - westchnął zrezygnowany. - Już dawno miałem go oddać do naprawy. Najwyraźniej w końcu zbuntował się na dobre.
- Świetnie - skomentowałam
- To nie moja wina! - bronił się – Ciesz się, że w ogóle was tu przywiozłem.
- Zdaje się nie miałeś wyboru o ile dobrze pamiętam.
Sam zrobił się purpurowy na twarzy. Wyminął mnie okrężnym ruchem i ruszył przed siebie. Chyba zamierzał zostawić mnie samą sobie. Tak myślałam dopóki nagle się nie zatrzymał. Przez chwile stał nieruchomo po czym zrobił kilka kroków do tyłu. Wyjrzałam zza jego pleców by zobaczyć na co patrzy. Ludzie mijali nas co chwilę jednak jedna z par wyglądała charakterystycznie.
Czarnowłosy, zielonooki mężczyzna o hebanowej karnacji ubrany w elegancki strój. Towen. Co on do cholery tu robił? Miał opiekować się Mattem. Chciałam podbiec do niego i urządzić mu awanturę. Powstrzymywał mnie tylko widok wysokiej blondynki idącej ku jego boku. Wyglądała ... dziwnie. Z daleka było widać, że jej uroda nie należy do przeciętnych. Wysoka, szczupła o delikatnej, bladej skórze. No i jeszcze długie, falowane blond włosy, które momentami wyglądały jak srebro. Jednak jej strój był inny niż dzisiejsza moda. Miała czarną suknie do samej ziemi, ściśniętą w talii koronkowym gorsetem. Zresztą cała była w koronce. Materiał sukni był nią pokryty, ale również skóra na ramionach i jak się domyśliłam również plecy. 
Oboje szli w naszą stronę, ale jeszcze nas nie zauważyli. Sam odwrócił się na pięcie i do mnie podbiegł.
- To Salvari. - wyszeptał lekko machając głową w ich stronę.
To była ta Nocna Elfka? Wychyliłam się by jeszcze raz na nią spojrzeć, ale barman przywrócił mnie do pionu.
- Nie patrz! - skarcił mnie – Jeszcze nas zobaczą.
- I tak to zrobią. Zamierzam do nich pójść.
Jego twarz nagle zbladła jakby opuściło go życie.
- Spokojnie. - uspokajałam go – Tam jest Towen. Nie pozwoli nas skrzywdzić.
- Chyba nie sądzisz, że da radę...
Nie wiem co dalej mówił gdyż już zdążyłam wybiec zza jego pleców by wyjść na spotkanie czarodziejowi i elfce. Towen pierwszy mnie dostrzegł. Nie ukrywał zaskoczenia na mój widok. O dziwo Salvari wcale nie zareagowała inaczej. Nagle się zatrzymała, a jej oczy się rozszerzyły. Widziałam w nich coś znajomego. Były lekko skośne i niewielkie o błękitnoszarej barwie. Jak na kogoś tak potężnego jak opisywali Kelly z Samem wyglądała dość niewinnie. A w tym momencie zdecydowanie była zbita z tropu. Zastanawiałam się tylko dlaczego mój widok wywołał u niej taką reakcję? 
- Witaj Towen! - uśmiechnęłam się
- Co tutaj robisz Nicole? - spytał trochę zachrypniętym głosem.
- Szukałam twojej towarzyszki.
Powoli wymienili spojrzenia. Coś ukrywali.
- Z jakiego powodu? - przemówiła Slavari – Przecież my się nie znamy.
- Nie znamy. - potwierdziłam
Zmarszczyła brwi i lekko przekrzywiła głowę niczym pies, który próbuje zrozumieć czego właściwie się od niego oczekuje.
- Nie jestem osobą, do której przychodzi się z błahostkami. Większość istot nadnaturalnych omija mnie szerokim łukiem.
- Najwyraźniej nie należę do tej większości.
- Jak widać.
- Nicole przestań proszę. - przerwał Towen. - W jakim celu tu jesteś?
Widziałam, że oboje strasznie są tego ciekawi. Podejrzewałam, że nawet trochę się lękali. Zapewne oczekiwali na inną odpowiedź i nie myliłam się bo gdy przedstawiłam im sytuacje Dereka i zaprowadziłam ich do samochodu jednocześnie wypuścili powietrze.
- Pomożesz mu? - spytałam
Podeszła do rannego chłopca i przyłożyła ręce do jego czoła, po czym szybko je cofnęła. 
- Zobaczę co da się zrobić.
Pstryknęła palcami i Derek dosłownie zniknął na naszych oczach. Salvari nie zwracając na nas więcej uwagi obróciła się i weszła do środka swojego domu. Jak tylko zamknęła za sobą drzwi, spytałam.
- Co ty robisz? Miałeś opiekować się Mattem. Dałeś słowo.
- Josh z nim jest. - oznajmił w przeciwieństwie do mnie opanowanym tonem
- Josh!? - Nie mogłam uwierzyć, że to powiedział - To jest ostatnia osoba, której powierzyłabym życie mojego przyjaciela. Dobrze o tym wiesz. 
- To nie tak... - zaczął
- Czyli Josh nie nienawidzi każdej komórki ciała Matta i nie zabiłby go przy najbliższej okazji, gdyby nie fakt, że Matt leży chory w łóżku i zabicie kogoś w takim stanie jest co najmniej ujmą na jego honorze wojownika jeśli jeszcze takowy posiada?
- Nie skrzywdzi Matta i to nie ze względu na honor, który jeśli mamy być szczerzy nie jest najlepszym przyjacielem Josha. Dałem mu zadanie i wykona je najlepiej jak potrafi.
- Nawet jakby oznaczałoby to usługiwanie i przynoszenie wilgotnych ręczników? - Tym razem się zaśmiałam. Chciałabym coś takiego zobaczyć. 
- To mogłoby go przerosnąć. - przyznał i też się rozpromienił. Spojrzał ponad moimi plecami. - Czy to jest Kelly?
Odwróciłam się. Sam gdzieś zniknął. Pomyślałam, że zapewne uciekł lub po prostu poszedł do domu. Mógłby to zrobić skoro jego samochód i tak był zepsuty. 
- Tak. - powiedziałam skruszonym tonem. - Nic jej nie jest to tylko ogłuszenie, ale powiedzmy, że nie będzie w najlepszym nastroju kiedy się obudzi.
- Rozumiem. Wiem, że czasami trudno ją do czegoś przekonać, ale żeby od razu przemoc? - uniósł brwi
- To było dla jej bezpieczeństwa. Chciała sama tam wejść. - Wskazałam na dom – Właściwie to nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Dlaczego jesteś tu z Salvari?
- Wspólne sprawy.
- Myślałam, że trzymasz ze Zmiennokształtnymi. Przecież to twoi podopieczni.
- Ja i Salvari nie jesteśmy wrogami. - stwierdził
- Ale ona potrafi...no wiesz zawładnąć zwierzętami – ściszyłam głos. Bardzo prawdopodobne, że elfy mają dobry słuch. - Nie uważasz, że to trochę przerażające?
Roześmiał się.
- Nocne Elfy rzadko korzystają z tego daru. To plotka by mogły żyć w odosobnieniu. Gdyby nie budziły respektu każdy wilkołak, Zmiennokształtny oraz inne istoty posiadające w sobie chociaż małą cząstkę zwierzęcego genu nawiedzali by ich z byle głupotą. 
- Mogliby zbić fortunę. - przyznałam
- Nocne elfy nie przykładają wartości do rzeczy materialnych.
- Stąd te otwarte drzwi i syf w mieszkaniu. - mruknęłam
Staliśmy tak na dworze jeszcze przez kilka minut rozmawiając o mało istotnych sprawach kiedy Salvari wyszła na zewnątrz i zawołała Towena. Tylko jego. Na szczęście wrócił szybko. Nie chciałam stać sama na dworze przy samochodzie z popękaną i zakrwawioną szybą tłumacząc się każdej osobie, która mnie mijała. Co innego jak było się w czyimś towarzystwie. Wtedy ludzie po prostu to ignorowali lub woleli nie zagłębiać się bardziej w tę sprawę. Jednak samotna dziewczyna w rozciągniętej bokserce, krótkich poszarpanych spodenkach, przetartych trampkach i rozczochranych włosach do tego z podkrążonymi ze zmęczenia oczami przykuwała ich uwagę. Niektórzy tylko patrzyli na mnie współczująco inni pytali czy wszystko w porządku. Może nie byłam najlepiej ubrana, ale przecież nie wyglądałam całkowicie jak bezdomna. Przyjście Towena uratowało mnie spod miażdżących spojrzeń. Nie lubiłam być obserwowana przez obcych, zwłaszcza takich co uważali mnie za sierotę.
 Oznajmił krótko „wracamy do domu” i zadzwonił po taksówkę. Próbowałam od niego wyciągnąć coś o rannym chłopcu, ale powiedział tylko, że nie powinnam się nim martwić. Nie wiedziałam czy oznacza to, że wszystko z nim w porządku, czy też umarł i teraz spoczywa w spokoju. Te słowa były dwuznaczne. Przynajmniej dla mnie. Nagły pośpiech Towena również wywoływał podejrzenia. Miałam wrażenie, że wszyscy próbują mnie od czegoś odsunąć. Każdy w inny sposób. Elyan powiedział, że sam wszystko załatwi jeśli chodzi o przerwanie łączącej nas więzi, Josh kazał mi się zająć Mattem, a teraz Towen nic mi nie mówił. To stawało się coraz bardziej irytujące.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz