Odsunięta
od wszystkiego
Droga
po zatłoczonych ulicach Jacksonville zajęła nam mniej więcej pół
godziny. Przez ten czas chłopiec zdążył trzy razy odzyskać
przytomność by potem ponownie zemdleć. Udało nam się jedynie
dowiedzieć, że ma na imię Derek. Jednak powiedział to w takim
zamroczeniu, że nie jestem pewna czy nie nawoływał wtedy kogoś
innego.
Barman,
który jak nam powiedział nazywa się Sam, całą podróż spędził
na marudzeniu, że to nie jest dobry pomysł. Gdy w końcu Kelly
kazała mu się zamknąć, na moment mieliśmy ciszę. Potem ponownie
ją przerwał, ale zmienił strategię. Zaczął przekonywać Kelly
by tam nie szła. Wtrąciłam się wtedy i zaczęłam go popierać
choć tylko w połowie. Nadal trzymałam się opcji, że mogę tam
pójść sama. Kelly starała się nie słuchać lub tylko udawała,
że to robi. Co jakiś czas zbywała nasze argumenty słabymi
tekstami typu „To zbyt niebezpieczne” lub „Nie mogę tak
ryzykować”. Uparcie trzymała przy swoim.
Teraz
jednak kiedy samochód stał na poboczu i każde z nas patrzyło się
za okno, wyczuwałam u niej lekkie powątpiewanie. Przed nami stał
niewielki dom, wyróżniający się swoim ciemnym, zabrudzonym
odcieniem od pozostałych budynków. Popękany, brukowany chodnik
prowadził do mosiężnych drzwi, z obu stron otoczonych szybami
zaklejonymi gazetami i obklejonymi czymś co z daleka przypominało
czarny smar. Nie byłam pewna czy to miejsce mieszkalne czy raczej
opuszczony sklep. Spojrzałam na kierowce. Sam wpatrywał się w to
samo miejsce co my z przerażeniem. Nie było opcji żeby się
pomylił.
Długi
okres bezdźwięczności przerwało westchnięcie Kelly.
-
Nie mamy co tracić czasu. Idziemy.
Chwyciła
za klamkę by otworzyć drzwi. W tym momencie ręka Sama wystrzeliła
do góry i mocnym uderzeniem rozbiła głowę Kelly o szybę,
zostawiając na niej sieć żyłek przecinających szkło i trochę
krwi. Hinduska bezwładnie opadła na siedzenie.
-
Co to było? - warknęłam
-
Nie ma opcji bym ją tam puścił. - pokręcił głową. - Nawet
jeśli miałaby mnie za to zabić.
-
Znacie się? - rozświetliło mi się w głowie
-
Nie. - powiedział jak dla mnie za szybko
-
To skąd ta nagła troska? - skrzywiłam się
-
Ciebie nie będę powstrzymywał. Nie jesteś Zmiennokształtną.
Jeśli chcesz pomóc młodemu wilkowi lepiej się pospiesz.
To
nie było miłe z jego strony. Ignorując jego słowa wyskoczyłam z
samochodu i niepewnym krokiem ruszyłam w stronę domu. Zanim
zapukałam do drzwi spróbowałam dojrzeć coś przez okna. Były tak
brudne, że nie zobaczyłam zupełnie nic. Stuknęłam kostkami w
wejście tak, że samo się uchyliło. Obejrzałam się do Sama.
Uważnie mnie obserwował. Widząc moje wahanie tylko wzruszył
ramionami i ponaglił skinieniem głowy. Wzięłam głęboki wdech i
przekroczyłam próg.
W
środku panował półmrok. Dzięki dziennemu światłu, które
jednak przebijało się przez zapuszczone szyby, dostrzegłam dość
duże pomieszczenie zagracone różnymi przedmiotami. Nie myliłam
się co do stwierdzenia, że kiedyś był to sklep. Wskazywały na to
półki na ścianach z dziwnymi słoikami, moździerzami, fiolkami,
dzbankami i innymi naczyniami, z zawartością o której wolałabym
nie wiedzieć. Wąski korytarz z czerwonym zakurzonym dywanem kończył
się na ciemnej ladzie. Tuż za nią były kolejne drzwi.
-
Jest tutaj ktoś? - spytałam normalnym tonem. Za cichy mógłby
wskazywać na złodzieja z kolei za głośny na nieproszonego gościa,
którym nie chciałabym zostać.
Jedyną
odpowiedzią była cisza. Dokładnie się w nią wsłuchiwałam by
nie przeoczyć przypadkiem jakiejś odpowiedzi, szurania lub
stukania, które mogłoby wskazywać o czyjejś obecności.
Poczekałam
jeszcze przez kilka minut co chwilę nawołując jednak nikt się nie
zjawił. Wróciłam do samochodu. Wszyscy byli w tych samych
pozycjach, w których ich zostawiłam. Uchyliłam drzwi i wskoczyłam
do środka. Widząc pytające spojrzenie barmana, odpowiedziałam.
-
Nikogo nie ma. Jesteś pewien, że to tutaj?
-
Chyba widać. - Wskazał na budynek, obrażony. - To co robimy?
-
My? - zdziwiłam się
-
No tak. - powiedział przekonany - Ona zabije nas oboje jeśli się
dowie, że nic nie zdziałaliśmy. - Machnął od niechcenia na
Kelly.
Tu
miał racje. Na niego na pewno byłaby bardziej zdenerwowana, ale i
ja mogłabym ujść z tego z jednym wrogiem więcej. Kelly wydawała
się miłą osobą, ale widziałam wyraz jej twarzy i pełne
wściekłości oczy wtedy w barze. Cicha woda brzegi rwie - jak
mówią.
-
Zawieź nas do domu. Wiesz gdzie mieszka Towen Route?
-
Pewnie. To jedyny czarodziej w Jacksonville. - Ponownie urażony ton
cokolwiek by się nie powiedziało.
-
Jestem pewna, że postara się pomóc Derekowi.
Nie
odpowiedział tylko wcisnął pedał gazu. Samochód ujechał kilka
metrów do przodu. Następnie coś chrząknęło w silniku i pojazd
raptownie się zatrzymał. Sam przeklął pod nosem i uderzył
pięścią w kierownice.
-
Pieprzony samochód!
-
Co jest? - spytałam
Wyskoczył
z samochodu i z trzaskiem zatrzasnął za sobą drzwiczki. Podszedł
do przodu i otworzył maskę. Pokazały się smugi szarego dymu.
Wysiadłam za nim by zorientować się o co chodzi.
-
Nie pojedzie dalej. - westchnął zrezygnowany. - Już dawno miałem
go oddać do naprawy. Najwyraźniej w końcu zbuntował się na
dobre.
-
Świetnie - skomentowałam
-
To nie moja wina! - bronił się – Ciesz się, że w ogóle was tu
przywiozłem.
-
Zdaje się nie miałeś wyboru o ile dobrze pamiętam.
Sam
zrobił się purpurowy na twarzy. Wyminął mnie okrężnym ruchem i
ruszył przed siebie. Chyba zamierzał zostawić mnie samą sobie.
Tak myślałam dopóki nagle się nie zatrzymał. Przez chwile stał
nieruchomo po czym zrobił kilka kroków do tyłu. Wyjrzałam zza
jego pleców by zobaczyć na co patrzy. Ludzie mijali nas co chwilę
jednak jedna z par wyglądała charakterystycznie.
Czarnowłosy,
zielonooki mężczyzna o hebanowej karnacji ubrany w elegancki strój.
Towen. Co on do cholery tu robił? Miał opiekować się Mattem.
Chciałam podbiec do niego i urządzić mu awanturę. Powstrzymywał
mnie tylko widok wysokiej blondynki idącej ku jego boku. Wyglądała
... dziwnie. Z daleka było widać, że jej uroda nie należy do
przeciętnych. Wysoka, szczupła o delikatnej, bladej skórze. No i
jeszcze długie, falowane blond włosy, które momentami wyglądały
jak srebro. Jednak jej strój był inny niż dzisiejsza moda. Miała
czarną suknie do samej ziemi, ściśniętą w talii koronkowym
gorsetem. Zresztą cała była w koronce. Materiał sukni był nią
pokryty, ale również skóra na ramionach i jak się domyśliłam
również plecy.
Oboje
szli w naszą stronę, ale jeszcze nas nie zauważyli. Sam odwrócił
się na pięcie i do mnie podbiegł.
-
To Salvari. - wyszeptał lekko machając głową w ich stronę.
To
była ta Nocna Elfka? Wychyliłam się by jeszcze raz na nią
spojrzeć, ale barman przywrócił mnie do pionu.
-
Nie patrz! - skarcił mnie – Jeszcze nas zobaczą.
-
I tak to zrobią. Zamierzam do nich pójść.
Jego
twarz nagle zbladła jakby opuściło go życie.
-
Spokojnie. - uspokajałam go – Tam jest Towen. Nie pozwoli nas
skrzywdzić.
-
Chyba nie sądzisz, że da radę...
Nie
wiem co dalej mówił gdyż już zdążyłam wybiec zza jego pleców
by wyjść na spotkanie czarodziejowi i elfce. Towen pierwszy mnie
dostrzegł. Nie ukrywał zaskoczenia na mój widok. O dziwo Salvari
wcale nie zareagowała inaczej. Nagle się zatrzymała, a jej oczy się
rozszerzyły. Widziałam w nich coś znajomego. Były lekko skośne i
niewielkie o błękitnoszarej barwie. Jak na kogoś tak potężnego
jak opisywali Kelly z Samem wyglądała dość niewinnie. A w tym
momencie zdecydowanie była zbita z tropu. Zastanawiałam się tylko
dlaczego mój widok wywołał u niej taką reakcję?
-
Witaj Towen! - uśmiechnęłam się
-
Co tutaj robisz Nicole? - spytał trochę zachrypniętym głosem.
-
Szukałam twojej towarzyszki.
Powoli
wymienili spojrzenia. Coś ukrywali.
-
Z jakiego powodu? - przemówiła Slavari – Przecież my się nie
znamy.
-
Nie znamy. - potwierdziłam
Zmarszczyła
brwi i lekko przekrzywiła głowę niczym pies, który próbuje
zrozumieć czego właściwie się od niego oczekuje.
-
Nie jestem osobą, do której przychodzi się z błahostkami.
Większość istot nadnaturalnych omija mnie szerokim łukiem.
-
Najwyraźniej nie należę do tej większości.
-
Jak widać.
-
Nicole przestań proszę. - przerwał Towen. - W jakim celu tu
jesteś?
Widziałam,
że oboje strasznie są tego ciekawi. Podejrzewałam, że nawet
trochę się lękali. Zapewne oczekiwali na inną odpowiedź i nie
myliłam się bo gdy przedstawiłam im sytuacje Dereka i
zaprowadziłam ich do samochodu jednocześnie wypuścili powietrze.
-
Pomożesz mu? - spytałam
Podeszła
do rannego chłopca i przyłożyła ręce do jego czoła, po czym
szybko je cofnęła.
-
Zobaczę co da się zrobić.
Pstryknęła
palcami i Derek dosłownie zniknął na naszych oczach. Salvari nie
zwracając na nas więcej uwagi obróciła się i weszła do środka
swojego domu. Jak tylko zamknęła za sobą drzwi, spytałam.
-
Co ty robisz? Miałeś opiekować się Mattem. Dałeś słowo.
-
Josh z nim jest. - oznajmił w przeciwieństwie do mnie opanowanym
tonem
-
Josh!? - Nie mogłam uwierzyć, że to powiedział - To jest
ostatnia osoba, której powierzyłabym życie mojego przyjaciela.
Dobrze o tym wiesz.
-
To nie tak... - zaczął
-
Czyli Josh nie nienawidzi każdej komórki ciała Matta i nie zabiłby
go przy najbliższej okazji, gdyby nie fakt, że Matt leży chory w
łóżku i zabicie kogoś w takim stanie jest co najmniej ujmą na
jego honorze wojownika jeśli jeszcze takowy posiada?
-
Nie skrzywdzi Matta i to nie ze względu na honor, który jeśli mamy
być szczerzy nie jest najlepszym przyjacielem Josha. Dałem mu
zadanie i wykona je najlepiej jak potrafi.
-
Nawet jakby oznaczałoby to usługiwanie i przynoszenie wilgotnych
ręczników? - Tym razem się zaśmiałam. Chciałabym coś takiego
zobaczyć.
-
To mogłoby go przerosnąć. - przyznał i też się rozpromienił.
Spojrzał ponad moimi plecami. - Czy to jest Kelly?
Odwróciłam
się. Sam gdzieś zniknął. Pomyślałam, że zapewne uciekł lub po
prostu poszedł do domu. Mógłby to zrobić skoro jego samochód i
tak był zepsuty.
-
Tak. - powiedziałam skruszonym tonem. - Nic jej nie jest to tylko
ogłuszenie, ale powiedzmy, że nie będzie w najlepszym nastroju
kiedy się obudzi.
-
Rozumiem. Wiem, że czasami trudno ją do czegoś przekonać, ale żeby
od razu przemoc? - uniósł brwi
-
To było dla jej bezpieczeństwa. Chciała sama tam wejść. -
Wskazałam na dom – Właściwie to nie odpowiedziałeś na moje
pytanie. Dlaczego jesteś tu z Salvari?
-
Wspólne sprawy.
-
Myślałam, że trzymasz ze Zmiennokształtnymi. Przecież to twoi
podopieczni.
-
Ja i Salvari nie jesteśmy wrogami. - stwierdził
-
Ale ona potrafi...no wiesz zawładnąć zwierzętami – ściszyłam
głos. Bardzo prawdopodobne, że elfy mają dobry słuch. - Nie
uważasz, że to trochę przerażające?
Roześmiał
się.
-
Nocne Elfy rzadko korzystają z tego daru. To plotka by mogły żyć
w odosobnieniu. Gdyby nie budziły respektu każdy wilkołak,
Zmiennokształtny oraz inne istoty posiadające w sobie chociaż małą
cząstkę zwierzęcego genu nawiedzali by ich z byle głupotą.
-
Mogliby zbić fortunę. - przyznałam
-
Nocne elfy nie przykładają wartości do rzeczy materialnych.
-
Stąd te otwarte drzwi i syf w mieszkaniu. - mruknęłam
Staliśmy
tak na dworze jeszcze przez kilka minut rozmawiając o mało
istotnych sprawach kiedy Salvari wyszła na zewnątrz i zawołała
Towena. Tylko jego. Na szczęście wrócił szybko. Nie chciałam
stać sama na dworze przy samochodzie z popękaną i zakrwawioną
szybą tłumacząc się każdej osobie, która mnie mijała. Co
innego jak było się w czyimś towarzystwie. Wtedy ludzie po prostu
to ignorowali lub woleli nie zagłębiać się bardziej w tę sprawę.
Jednak samotna dziewczyna w rozciągniętej bokserce, krótkich
poszarpanych spodenkach, przetartych trampkach i rozczochranych
włosach do tego z podkrążonymi ze zmęczenia oczami przykuwała
ich uwagę. Niektórzy tylko patrzyli na mnie współczująco inni
pytali czy wszystko w porządku. Może nie byłam najlepiej ubrana,
ale przecież nie wyglądałam całkowicie jak bezdomna. Przyjście
Towena uratowało mnie spod miażdżących spojrzeń. Nie lubiłam
być obserwowana przez obcych, zwłaszcza takich co uważali mnie za
sierotę.
Oznajmił
krótko „wracamy do domu” i zadzwonił po taksówkę. Próbowałam
od niego wyciągnąć coś o rannym chłopcu, ale powiedział tylko,
że nie powinnam się nim martwić. Nie wiedziałam czy oznacza to,
że wszystko z nim w porządku, czy też umarł i teraz spoczywa w
spokoju. Te słowa były dwuznaczne. Przynajmniej dla mnie. Nagły
pośpiech Towena również wywoływał podejrzenia. Miałam wrażenie,
że wszyscy próbują mnie od czegoś odsunąć. Każdy w inny
sposób. Elyan powiedział, że sam wszystko załatwi jeśli chodzi
o przerwanie łączącej nas więzi, Josh kazał mi się zająć
Mattem, a teraz Towen nic mi nie mówił. To stawało się coraz
bardziej irytujące.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz