niedziela, 16 marca 2014

Rozdział 21

Ranny chłopiec

W barze panował półmrok i co dziwniejsze świeciło pustką. Nie było nikogo. Drewniane boksy obszyte czerwonymi, skórzanymi poduchami, taborety przy barze i krzesła przy stołach. Wszystkie były puste. Nawet za ladom nie było żadnego barmana. Białe światło z okrągłych żarówek na suficie raziło w oczy. Ściany były w kolorze bordo-brązowym. Podłoga z nierównie ułożonych kafelek była czarna i chropowata.
- Może to tylko spekulacje, ale chyba to miejsce nie posiada zbyt dużego prestiżu. - skomentowałam
Kelly odpowiedziała nie odwracając się do mnie.
- Dziwne. Tutaj zawsze było tłoczno jak na dworcach kolejowych.
Ruszyła do baru. Stanęła przy jednym ze stołków i zaczęła się rozglądać z wysoko uniesioną głową jakby węszyła.
- To co ...
Uciszyła mnie gestem ręki. Obejrzała się w stronę malutkich drzwi w rogu sali. Po chwili zza nich wyszedł niski, chudy, rudowłosy mężczyzna w okularach ubrany w czarną koszulę z postawionym kołnierzem i beżowe spodnie. Na nasz widok raptownie się zatrzymał.
- Co tutaj robicie? - spytał oburzony
- To tak się wita klientów? - odchrząknęłam
- Co się stało? Czemu nikogo tutaj nie ma? - zapytała równo ze mną Kelly.
Mężczyzna wzruszył ramionami i wszedł za bar przecierając blat białą ścierką.
- Wszyscy odeszli. - westchnął ze znudzeniem – Tak jest codziennie od ponad tygodnia.
- Jak to odeszli? - zdziwiłam się
- Wilkołaki. - powiedziała pod nosem Kelly – O nie ci chodzi, prawda? Ale żeby wszyscy?
- Stado trzyma się razem. - wzburzył się – Kiedy alfa odchodzi reszta musi zrobić to samo.
- A ty? - spytała Kelly
- Ja należę do baru. Lepiej już idźcie. Nie obsługuję nietutejszych Zmiennokształtnych oraz ich... – wychylił się zza baru i spojrzał na mnie – ...przyjaciół.
- Przyjemniaczek. - burknęłam
Łypnął na mnie spode łba groźnym wzrokiem i warknął coś pod nosem. Kelly złapała mnie za ramie i pociągnęła w stronę wyjścia.
- Chodźmy. Nic tu po nas. Znajdziemy inną knajpę.
Przyspieszyła kroku. Już miała nacisnąć klamkę kiedy drzwi się otworzyły i wpadł przez nie jakiś cień zwalając nas obie z nóg. Chłopiec jak się okazało, całkowicie przygniótł Kelly. Nie mógł mieć więcej niż piętnaście lat. Podparła się i przewróciła bezwładnego napastnika na bok. Cicho krzyknęłam kiedy zobaczyłam jego twarz. Z szeroko otwartych oczu, nosa i ust sączyła się strumieniami ciemna krew. Kiedy spojrzałam obok zobaczyłam, że to samo dzieje się z uszami.
- Co się stało? - spytała od razu Kelly pochylając się nad rannym. Kiedy z jego gardła wydobył się głuchy bulgot, uklękła za nim opierając mu głowę na swoich kolanach. - Przynieś wodę! - krzyknęła do osłupiałego barmana.
Ranny złapał ją za nadgarstek zakrwawioną dłonią.
- Potrzebuję się dostać do... - jego słowa z trudem wydobywały się z ust. Oczy mu się rozchodziły i błądziły po pomieszczeniu.
- Kogo? - ponaglała go Kelly.
Zanim cokolwiek odpowiedział barman przybiegł z szklanką wody. Z przerażeniem spojrzał na leżącego.
- Salvari – wychrypiał chłopiec i zamknął oczy.
- Salvari? Co to jest? - spytałam
- Nie co, a kto. - poprawił mnie barman. Obie równocześnie na niego spojrzeliśmy. - Nie słyszeliście o niej? - zdziwił się – Ma swoje mroczne lokum kilka przecznic stąd. 
- Musimy go tam zanieść. - postanowiła Kelly
- Zwariowałyście? - wytrzeszczył oczy – Nie ma co się tam pokazywać. Zwłaszcza ty. - wskazał na Kelly - On i tak ledwo żyje.
- Powiedział, że ona mu pomoże. - powiedziała twardo.
- Jak chcecie, ale mnie w to nie mieszajcie. - postawił szklankę przy kolanach Kelly. W tym momencie błyskawicznie się uniosła i szarpnęła go za koszulę powalając na ziemię. Usiadła mu na brzuchu unieruchamiając ramiona kolanami. Krzyknął gardłowo kiedy mocniej go przygniotła.
- On przyszedł do twojego baru. - mówiła strasznie spokojnym, a zarazem ostrym tonem. W tym momencie cała ta urocza, uśmiechnięta i rozradowana Kelly zniknęła, a na jej miejsce pojawiła się nowa, twarda, nieugięta i niebezpieczna dziewczyna. - Szukał pomocy u ciebie i czy ci się to podoba czy nie, okażesz mu trochę szacunku i spełnisz jego być może ostatnie życzenie. 
- Nie będę narażał się na śmierć z powodu jakiegoś obłąkanego wilkołaka! - zaprotestował
- Więc zginiesz szybciej niż myślisz. - warknęła
W mgnieniu oka sięgnęła po nóż schowany w nogawce i przycisnęła mu do gardła.
- Kelly .. - zaczęłam starając się być opanowana
- Cicho. - krzyknęła wpatrując się w twarz barmana – Trzeba przemówić do tego samolubnego, tchórzliwego wygnańca. - Nie powiedziałam nic więcej. Poznałam po tonie jej głosu, że nie ma zamiaru negocjować. Prędzej czy później dostanie to czego chce. - A więc. Na czym stanęło? Czy to... - Zacisnęła dłoń na rękojeści noża tak mocno, że widziałam jej zbielałe kostki. - wystarczający argument byś zawiózł nas do Salvari?
- To samobójstwo. - wyszeptał. Nóż o kolejne cale wbił się w jego skórę – Salvari jest Nocnym Elfem – wrzasnął spanikowany.
Kelly poluźniła uścisk, ale nie cofnęła ręki.
- Kłamiesz. - stwierdziła po momencie dezorientacji
- Sama się przekonasz jak tylko przekroczysz próg jej domu. Słuchaj – próbował się unieść wykorzystując chwilę słabości napastniczki, ale ta szybko z powrotem położyła go płasko na ziemię – Nie wiem dlaczego ten tam – Kiwnął głową na chłopca – liczy, że ona mu pomoże. Różnica jest taka, że on nie ma już nic do straceniam, a ja chcę jeszcze przez jakiś czas mieć trochę radości z życia. 
- Kim są Nocne Elfy i dlaczego są takie niebezpieczne? - przerwałam im bo już dłużej nie mogłam znieść faktu, że ponownie jestem tą która wie najmniej. Nigdzie nie przeczytałam nic o tej rasie. Słyszałam o elfach. Nie miałam pojęcia, że jest jeszcze wśród nich jakiś podział.
- Zawieziesz nas do niej. Nie musisz wchodzić. Po prostu wskażesz nam miejsce. Masz samochód? - mówiła szybko.
Spojrzał na nią rozczarowany. Tak jakby liczył, że jego słowa przekonają Kelly. Było widać, że nie ma co liczyć na inną opcję.
Pokiwał głową zdruzgotany, a kiedy go puściła powoli wstał. 
- Za kilka minut chcę słyszeć klakson samochodu. I nawet nie myśl o ucieczce. - Pogroziła machając mu nożem przed nosem. – Znajdę cię choćbym miała zmarnować sobie przez to życie. Rozumiesz?
Przełknął ślinę i zniknął w drzwiach, z których przyszedł.
Kelly odwróciła się do mnie i dopiero po chwili odpowiedziała na moje wcześniejsze pytanie.
- Mianem Nocnych Elfów określa się elfy, które wybrały życie po złej stronie mocy, że tak powiem. Zagłębiali się w magie bardziej niż zwyczajne elfy, ingerowali w porządek natury przez co zostali przeklęci. Nie wiem na czym dokładnie to polega. W każdym razie Nocne Elfy mają atut, który nie posiada żadna inna istota. - westchnęła ciężko – Potrafią zapanować nad zwierzętami. Mogą całkowicie je sobie podporządkować. Dlatego wilkołaki i Zmiennokształtni trzymają się od nich z daleka.
- Wiesz dlaczego on chce się do niej dostać? - spytałam starając się zrozumieć i szybko zapamiętać nowe informację.
- Kontrola Nocnych Elfów może wpłynąć nie tylko na zachowanie czy sposób myślenia. Nocne Elfy potrafią zmienić kierunek przepływu naszej krwi, zniekształcić kości, ukraść powietrze z płuc pstryknięciem palców. Mogą też spowodować chorobę lub wyleczyć jeśli tylko dobrze będą ją znali.
Spojrzałam na nieprzytomnego chłopaka. Był strasznie blady. Cienie pod oczami były widoczne nawet mimo krwi, która pokrywała jego twarz. To nie była zwyczajna choroba. Był taki młody. Cokolwiek zrobił nie zasłużył na taki los. Wyglądał tak niewinnie i bezradnie. Jego wypłowiałe kasztanowe włosy przyklejone były do czoła. Ubranie miał pogniecione i podarte w niektórych miejscach.
- Ja pójdę. - powiedziałam. Nie usłyszałam odpowiedzi. Obejrzałam się za siebie, ale Kelly nie było. Już chciałam iść jej szukać kiedy wyszła zza baru z wilgotną ścierką. Uklękła przy chłopcu i zaczęła zmywać zaschnięta krew z jego ciała.
- Co mówiłaś? - spytała
- Ja pójdę do Salvari.
Zamarła w połowie ruchu i na mnie spojrzała.
- Nade mną nie będzie miała władzy. Być może ona go zna i będzie chciała mu pomóc dobrowolnie.
Przez chwilę błądziła po mojej twarzy wzrokiem pełnym jakby nadziei.
- Elfy są niebezpieczne. Nie możesz pójść sama. - zabroniła – Pójdziemy obie.
- Nic mi nie zrobi jeśli nie wyczuje we mnie zagrożenia. - stwierdziłam – Przynajmniej tak mi się wydaję. - jęknęłam
- Nic nie wiesz o tej rasie. Z nimi trzeba obchodzić się ostrożnie i z szacunkiem na jaki zasługują, ale też nie płaszczyć się przed nimi. To skomplikowane i trudne. Elfy żyją kilkaset lat. Trzymają się dawnych epok jak punktu zaczepienia. - przerwała i pokręciła głową. - Zresztą nie ma co się wygłupiać. Idziemy razem i kropka. Nie puszczę cię samej. Gdyby coś ci się stało Towen by mnie zabił. Nie mówię już o Joshu.
- Nic go nie obchodzę. - wyrwało mi się
- Tak myślisz? - zdziwiła się
- Wiem to. - odparłam – On sam nie wie czego chce. Jest zmienny jak kobieta w ciąży. Nie mam siły go rozgryzać. Rozumiem, że dużo przeszedł, ale to nie usprawiedliwia wszystkich jego zachowań. 
Kelly otworzyła usta by coś powiedzieć, najprawdopodobniej by go bronić, ale umilkła gdy zza ściany doszedł do nas dźwięk klaksonu. 
Wspólnymi siłami uniosłyśmy chłopca opierając go o nasze ramiona i wyszliśmy z baru. Czekał na nas ciemnozielony van i znajomy kierowca z niezbyt zadowoloną miną. Ostrożnie ułożyliśmy rannego na tylnym siedzeniu. Kelly zdecydowała, że usiądzie z przodu by pilnować barmana. Zgodziłam się bez dyskusji i wskoczyłam na miejsce za nią. Wóz ruszył do przodu włączając się do ruchu drogowego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz