Ranny
chłopiec
W
barze panował półmrok i co dziwniejsze świeciło pustką. Nie
było nikogo. Drewniane boksy obszyte czerwonymi, skórzanymi
poduchami, taborety przy barze i krzesła przy stołach. Wszystkie
były puste. Nawet za ladom nie było żadnego barmana. Białe
światło z okrągłych żarówek na suficie raziło w oczy. Ściany
były w kolorze bordo-brązowym. Podłoga z nierównie ułożonych
kafelek była czarna i chropowata.
-
Może to tylko spekulacje, ale chyba to miejsce nie posiada zbyt
dużego prestiżu. - skomentowałam
Kelly
odpowiedziała nie odwracając się do mnie.
-
Dziwne. Tutaj zawsze było tłoczno jak na dworcach kolejowych.
Ruszyła
do baru. Stanęła przy jednym ze stołków i zaczęła się
rozglądać z wysoko uniesioną głową jakby węszyła.
-
To co ...
Uciszyła
mnie gestem ręki. Obejrzała się w stronę malutkich drzwi w rogu
sali. Po chwili zza nich wyszedł niski, chudy, rudowłosy mężczyzna
w okularach ubrany w czarną koszulę z postawionym kołnierzem i
beżowe spodnie. Na nasz widok raptownie się zatrzymał.
-
Co tutaj robicie? - spytał oburzony
-
To tak się wita klientów? - odchrząknęłam
-
Co się stało? Czemu nikogo tutaj nie ma? - zapytała równo ze mną
Kelly.
Mężczyzna
wzruszył ramionami i wszedł za bar przecierając blat białą
ścierką.
-
Wszyscy odeszli. - westchnął ze znudzeniem – Tak jest codziennie
od ponad tygodnia.
-
Jak to odeszli? - zdziwiłam się
-
Wilkołaki. - powiedziała pod nosem Kelly – O nie ci chodzi,
prawda? Ale żeby wszyscy?
-
Stado trzyma się razem. - wzburzył się – Kiedy alfa odchodzi
reszta musi zrobić to samo.
-
A ty? - spytała Kelly
-
Ja należę do baru. Lepiej już idźcie. Nie obsługuję
nietutejszych Zmiennokształtnych oraz ich... – wychylił się zza
baru i spojrzał na mnie – ...przyjaciół.
-
Przyjemniaczek. - burknęłam
Łypnął
na mnie spode łba groźnym wzrokiem i warknął coś pod nosem.
Kelly złapała mnie za ramie i pociągnęła w stronę wyjścia.
-
Chodźmy. Nic tu po nas. Znajdziemy inną knajpę.
Przyspieszyła
kroku. Już miała nacisnąć klamkę kiedy drzwi się otworzyły i
wpadł przez nie jakiś cień zwalając nas obie z nóg. Chłopiec
jak się okazało, całkowicie przygniótł Kelly. Nie mógł mieć
więcej niż piętnaście lat. Podparła się i przewróciła
bezwładnego napastnika na bok. Cicho krzyknęłam kiedy zobaczyłam
jego twarz. Z szeroko otwartych oczu, nosa i ust sączyła się
strumieniami ciemna krew. Kiedy spojrzałam obok zobaczyłam, że to
samo dzieje się z uszami.
-
Co się stało? - spytała od razu Kelly pochylając się nad rannym.
Kiedy z jego gardła wydobył się głuchy bulgot, uklękła za nim
opierając mu głowę na swoich kolanach. - Przynieś wodę! -
krzyknęła do osłupiałego barmana.
Ranny
złapał ją za nadgarstek zakrwawioną dłonią.
-
Potrzebuję się dostać do... - jego słowa z trudem wydobywały się
z ust. Oczy mu się rozchodziły i błądziły po pomieszczeniu.
-
Kogo? - ponaglała go Kelly.
Zanim
cokolwiek odpowiedział barman przybiegł z szklanką wody. Z
przerażeniem spojrzał na leżącego.
-
Salvari – wychrypiał chłopiec i zamknął oczy.
-
Salvari? Co to jest? - spytałam
-
Nie co, a kto. - poprawił mnie barman. Obie równocześnie na niego
spojrzeliśmy. - Nie słyszeliście o niej? - zdziwił się – Ma
swoje mroczne lokum kilka przecznic stąd.
-
Musimy go tam zanieść. - postanowiła Kelly
-
Zwariowałyście? - wytrzeszczył oczy – Nie ma co się tam
pokazywać. Zwłaszcza ty. - wskazał na Kelly - On i tak ledwo żyje.
-
Powiedział, że ona mu pomoże. - powiedziała twardo.
-
Jak chcecie, ale mnie w to nie mieszajcie. - postawił szklankę przy
kolanach Kelly. W tym momencie błyskawicznie się uniosła i
szarpnęła go za koszulę powalając na ziemię. Usiadła mu na
brzuchu unieruchamiając ramiona kolanami. Krzyknął gardłowo kiedy
mocniej go przygniotła.
-
On przyszedł do twojego baru. - mówiła strasznie spokojnym, a
zarazem ostrym tonem. W tym momencie cała ta urocza, uśmiechnięta
i rozradowana Kelly zniknęła, a na jej miejsce pojawiła się nowa,
twarda, nieugięta i niebezpieczna dziewczyna. - Szukał pomocy u
ciebie i czy ci się to podoba czy nie, okażesz mu trochę szacunku i
spełnisz jego być może ostatnie życzenie.
-
Nie będę narażał się na śmierć z powodu jakiegoś obłąkanego
wilkołaka! - zaprotestował
-
Więc zginiesz szybciej niż myślisz. - warknęła
W
mgnieniu oka sięgnęła po nóż schowany w nogawce i przycisnęła
mu do gardła.
-
Kelly .. - zaczęłam starając się być opanowana
-
Cicho. - krzyknęła wpatrując się w twarz barmana – Trzeba
przemówić do tego samolubnego, tchórzliwego wygnańca. - Nie
powiedziałam nic więcej. Poznałam po tonie jej głosu, że nie ma
zamiaru negocjować. Prędzej czy później dostanie to czego chce. -
A więc. Na czym stanęło? Czy to... - Zacisnęła dłoń na
rękojeści noża tak mocno, że widziałam jej zbielałe kostki. -
wystarczający argument byś zawiózł nas do Salvari?
-
To samobójstwo. - wyszeptał. Nóż o kolejne cale wbił się w jego
skórę – Salvari jest Nocnym Elfem – wrzasnął spanikowany.
Kelly
poluźniła uścisk, ale nie cofnęła ręki.
-
Kłamiesz. - stwierdziła po momencie dezorientacji
-
Sama się przekonasz jak tylko przekroczysz próg jej domu. Słuchaj
– próbował się unieść wykorzystując chwilę słabości
napastniczki, ale ta szybko z powrotem położyła go płasko na
ziemię – Nie wiem dlaczego ten tam – Kiwnął głową na chłopca
– liczy, że ona mu pomoże. Różnica jest taka, że on nie ma już
nic do straceniam, a ja chcę jeszcze przez jakiś czas mieć trochę
radości z życia.
-
Kim są Nocne Elfy i dlaczego są takie niebezpieczne? - przerwałam
im bo już dłużej nie mogłam znieść faktu, że ponownie jestem
tą która wie najmniej. Nigdzie nie przeczytałam nic o tej rasie.
Słyszałam o elfach. Nie miałam pojęcia, że jest jeszcze wśród
nich jakiś podział.
-
Zawieziesz nas do niej. Nie musisz wchodzić. Po prostu wskażesz nam
miejsce. Masz samochód? - mówiła szybko.
Spojrzał
na nią rozczarowany. Tak jakby liczył, że jego słowa przekonają
Kelly. Było widać, że nie ma co liczyć na inną opcję.
Pokiwał
głową zdruzgotany, a kiedy go puściła powoli wstał.
-
Za kilka minut chcę słyszeć klakson samochodu. I nawet nie myśl o
ucieczce. - Pogroziła machając mu nożem przed nosem. – Znajdę
cię choćbym miała zmarnować sobie przez to życie. Rozumiesz?
Przełknął
ślinę i zniknął w drzwiach, z których przyszedł.
Kelly
odwróciła się do mnie i dopiero po chwili odpowiedziała na moje
wcześniejsze pytanie.
-
Mianem Nocnych Elfów określa się elfy, które wybrały życie po
złej stronie mocy, że tak powiem. Zagłębiali się w magie
bardziej niż zwyczajne elfy, ingerowali w porządek natury przez co
zostali przeklęci. Nie wiem na czym dokładnie to polega. W każdym
razie Nocne Elfy mają atut, który nie posiada żadna inna istota. -
westchnęła ciężko – Potrafią zapanować nad zwierzętami. Mogą
całkowicie je sobie podporządkować. Dlatego wilkołaki i
Zmiennokształtni trzymają się od nich z daleka.
-
Wiesz dlaczego on chce się do niej dostać? - spytałam starając
się zrozumieć i szybko zapamiętać nowe informację.
-
Kontrola Nocnych Elfów może wpłynąć nie tylko na zachowanie czy
sposób myślenia. Nocne Elfy potrafią zmienić kierunek przepływu
naszej krwi, zniekształcić kości, ukraść powietrze z płuc
pstryknięciem palców. Mogą też spowodować chorobę lub wyleczyć
jeśli tylko dobrze będą ją znali.
Spojrzałam
na nieprzytomnego chłopaka. Był strasznie blady. Cienie pod oczami
były widoczne nawet mimo krwi, która pokrywała jego twarz. To nie
była zwyczajna choroba. Był taki młody. Cokolwiek zrobił nie
zasłużył na taki los. Wyglądał tak niewinnie i bezradnie. Jego
wypłowiałe kasztanowe włosy przyklejone były do czoła. Ubranie
miał pogniecione i podarte w niektórych miejscach.
-
Ja pójdę. - powiedziałam. Nie usłyszałam odpowiedzi. Obejrzałam
się za siebie, ale Kelly nie było. Już chciałam iść jej szukać
kiedy wyszła zza baru z wilgotną ścierką. Uklękła przy chłopcu
i zaczęła zmywać zaschnięta krew z jego ciała.
-
Co mówiłaś? - spytała
-
Ja pójdę do Salvari.
Zamarła
w połowie ruchu i na mnie spojrzała.
-
Nade mną nie będzie miała władzy. Być może ona go zna i będzie
chciała mu pomóc dobrowolnie.
Przez
chwilę błądziła po mojej twarzy wzrokiem pełnym jakby nadziei.
-
Elfy są niebezpieczne. Nie możesz pójść sama. - zabroniła –
Pójdziemy obie.
-
Nic mi nie zrobi jeśli nie wyczuje we mnie zagrożenia. -
stwierdziłam – Przynajmniej tak mi się wydaję. - jęknęłam
-
Nic nie wiesz o tej rasie. Z nimi trzeba obchodzić się ostrożnie i
z szacunkiem na jaki zasługują, ale też nie płaszczyć się przed
nimi. To skomplikowane i trudne. Elfy żyją kilkaset lat. Trzymają
się dawnych epok jak punktu zaczepienia. - przerwała i pokręciła
głową. - Zresztą nie ma co się wygłupiać. Idziemy razem i
kropka. Nie puszczę cię samej. Gdyby coś ci się stało Towen by
mnie zabił. Nie mówię już o Joshu.
-
Nic go nie obchodzę. - wyrwało mi się
-
Tak myślisz? - zdziwiła się
-
Wiem to. - odparłam – On sam nie wie czego chce. Jest zmienny jak
kobieta w ciąży. Nie mam siły go rozgryzać. Rozumiem, że dużo
przeszedł, ale to nie usprawiedliwia wszystkich jego zachowań.
Kelly
otworzyła usta by coś powiedzieć, najprawdopodobniej by go bronić,
ale umilkła gdy zza ściany doszedł do nas dźwięk klaksonu.
Wspólnymi
siłami uniosłyśmy chłopca opierając go o nasze ramiona i
wyszliśmy z baru. Czekał na nas ciemnozielony van i znajomy
kierowca z niezbyt zadowoloną miną. Ostrożnie ułożyliśmy
rannego na tylnym siedzeniu. Kelly zdecydowała, że usiądzie z
przodu by pilnować barmana. Zgodziłam się bez dyskusji i
wskoczyłam na miejsce za nią. Wóz ruszył do przodu włączając
się do ruchu drogowego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz