niedziela, 23 marca 2014

Rozdział 23

Awantura

Jak tylko weszliśmy przez główne drzwi do holu, od razu wiedzieliśmy, że coś jest nie tak. Pomieszczenie było zdewastowane. Na schodach walały się odłamki glinianych wazonów i mis pochodzących z piętra wyżej. Jeden z obrazów wiszących po prawej stronie tuż przy wejściu do kuchni leżał na ziemi połamany. Ściana po przeciwnej stronie była popękana z wielkim wgnieceniem. Zauważyłam też zniszczone kafelki, niektóre pęknięte, których kawałki walały się luzem prawie wszędzie. Przy jednej z ocalałych poręczy schodów niezgrabnie oparty stał Elyan, czyszczący swoje paznokcie.
- Co tu się stało? - zapytał zszokowany Towen.
- Była niewielka różnica poglądów. - odpowiedział Elyan nie przerywając zabiegu pielęgnacyjnego. - Powiedzmy, że padały konkretne argumenty.
- Nie było mnie dłużej niż dwie godziny, a wy już zdążyliście zniszczyć dom? - powiedział zdenerwowany, a rzadko taki był. 
Elyan zrobił zgorszoną minę i wskazał na siebie dłonią z udawanym urażeniem.
- Ja nie miałem z tym nic wspólnego. Nie interesuje mnie ochrona Księgi.
- A więc co...
- Oni odeszli! - dobiegł do nas głośny krzyk. Josh, który wyglądał jakby dopiero co opuścił piekło, zbiegł wściekły po schodach. Włosy miał rozczochrane, koszulkę rozciętą na ramieniu i brzuchu. Nie widziałam żeby był ranny co oznaczało, że jeśli doszło do sprzeczki nie dawno nie używali złota. Jednak zaschnięta krew pokrywająca jego ubrania i skórę świadczyła o zażartej walce. - Trevor i jego głupia świta. Uciekli jak tchórze.
- O czym ty mówisz? - spytał Towen najwyraźniej już zmęczony wybrykami Josha.
- Pobiłeś się z Trevorem? - spytała zaskoczona i jednocześnie zła Kelly.
W drodze do domu zdążyła odzyskać przytomność. Tak jak przewidzieliśmy wcześniej nie była w dobrym humorze. Sam miał racje, że w porę się ulotnił. Miała ochotę rozerwać go na strzępy. Potem gdy Towen zbywał jej pytania odnośnie rannego chłopca przeniosła swoją gorycz na niego. W ten sposób nie odzywała się aż do teraz.
- Nie miałem wyboru. - wzruszył ramionami Josh. - I gdyby nie ten głupi debil – wskazał oskarżycielsko na Elyana, który już zdążył się znudzić całą tą sytuacją i ruszył na górę do swojego pokoju. - Powstrzymałbym ich przed opuszczeniem posesji.
Kelly właśnie miała zacząć się z nim kłócić, więc się wtrąciłam.
- Co takiego powiedziałeś, że chcieli wcześniej wyjechać?
Odwrócił głowę w moją stronę jakby dopiero teraz mnie zauważył.
- Dlaczego sądzisz, że coś powiedziałem?
- Nicole ma racje. - Kelly stanęła po mojej stronie – Nie wyjechaliby beze mnie.
- Tak trudno przyjąć do wiadomości, że ktoś nie potrafi z tobą wytrzymać? - odszczekał się. 
W tym momencie straciła całą swoją samokontrole. Wszystkie negatywne emocje, które starała się uciszyć wypłynęły na wierzch. Oczy jej się rozszerzyły, a z ust wyleciał stek obelg. 
- Tak, bo to ty zawsze byłeś, jesteś i będziesz zapatrzonym w siebie arogantem, który nie potrafi sprawić by ktokolwiek chciał spędzić z nim więcej czasu niż godzinę. Nikt nie ma ochoty marnować swojego czasu na kogoś tak podłego i samolubnego jak ty. Ja nigdy nie miałam problemu z dogadywaniem się z Trevorem. To ciebie odesłał tutaj. To na ciebie nie miał już siły. Był dla nas wszystkich taki dobry. Zlitował się nad sierotami, które zbyt wcześnie straciły rodziców. 
- Nie potrzebuję litości. - warknął Josh – Współczucia, miłosierdzia, łaski. To nie czyni mnie silniejszym. To osłabia. Będąc tutaj z Towenem doświadczyłem czegoś więcej niż tylko smutnych spojrzeń i delikatnych słów wymawianych każdego dnia. Wszystko byle nie sprawić mi bólu? Widziałem śmierć obojga moich rodziców! - zaczął krzyczeć – Nic nie mogło sprawić bym się rozsypał bo ja już byłem w kawałkach. Nie chciałem łagodności, żadne z nas nie chciało. To tylko pogarszało sprawę. Jak mieliśmy o tym zapomnieć skoro wszyscy nam to przypominali?
- Jesteś niewdzięcznym głupcem. - stwierdziła ostro i pobiegła na piętro.
Spojrzałam na niego oszołomiona. Wcześniej nie widziałam go tak zdenerwowanego. Nawet wtedy gdy walczył z Travisem, gdy widział śmierć Raya, gdy spojrzał pierwszy raz po latach na Elvera. Nawet w tamtych momentach nie był tak wzburzony jak teraz. Oddychał szybko, a jego ręce były zaciśnięte w pięści tak mocno, że spomiędzy palców zaczęła cieknąć krew. 
- Dlaczego to powiedziałeś? - spytałam starając się mówić jak najciszej, by nie dało się wyczuć jak bardzo byłam na niego zła.
- Co? Prawdę? - zaśmiał się – Każdy z nas powinien w końcu przejrzeć na oczy. Lepiej wcześniej niż później. Ciebie też to dotyczy. 
- O czym ty mówisz? - podniosłam ton o oktawę.
- Joseph. - powiedział twardym tonem Towen. Nigdy nie używał tego imienia.
- Przestań! - krzyknął w odpowiedzi – Wam wszystkim przydałby się zimny prysznic realności. - wyrzygiwał – Lepiej żeby usłyszała prawdę niż trzymała się zgubnej nadziei. Niedopuszczanie do siebie tego co nieuniknione nie wniesie niczego dobrego. Zaatakuje z podwójną siłą wtedy gdy wszystko się zrujnuje.
Miałam wrażenie, że słowa Josha wypływają z moich ust. Chciałam wiedzieć wszystko co przede mną ukrywają. Jednak teraz gdy patrzyłam na smutnego Towena i rozgoryczonego Josha nie byłam pewna czy chcę cokolwiek usłyszeć. Jednak zanim zdążyłam pomyśleć o ucieczce do pokoju...
- Musimy zabić Matta. - powiedział pewnym i twardym głosem
Cofnęłam się o krok. Wiedziałam, że on go nienawidzi, ale mógł chociaż nie okazywać tego przy mnie tak bardzo. Przez głowę przeszła mi myśl, że już to zrobił. Miał się nim opiekować. Nie, nie i jeszcze raz nie. On nie mógł go zabić. Szybko odepchnęłam od siebie taki przebieg wydarzeń. 
- On się zmieni i zabije nas wszystkich. - dokończył.
- Przecież... - zaczęłam ciężko dyszeć. - Mówiliście, że jego organizm jest za słaby by to przeżyć.
- Gdyby taki był już dawno zrobiłby nam przysługę i zdechł. 
Moja ręka sama wystrzeliła w stronę jego policzka. Na moment się zachwiał, a potem szybko na mnie spojrzał tępym wzrokiem. Dłoń mnie piekła od uderzenia. Widząc, że oboje się na mnie gapią zaskoczeni, odwróciłam się szybko i wybiegłam na dwór. Musiałam odetchnąć, uciec, zrobić cokolwiek byle tylko nie być blisko nich. Zaczęłam biec. Wpadłam na bramę. Silnym pchnięciem ją otworzyłam i wybiegłam na ulicę. Słyszałam za sobą głośny huk, ale nie miał on dla mnie znaczenia. Na dworze zaczęło się ściemniać. Latarnie przy drodze były pozapalane. Kontury zaczęły mi się zamazywać. Przetarłam oczy wściekła, że pozwoliłam by łzy napłynęły mi do oczu. Biegiem ruszyłam w stronę miasta po raz drugi dzisiaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz