Awantura
Jak
tylko weszliśmy przez główne drzwi do holu, od razu wiedzieliśmy,
że coś jest nie tak. Pomieszczenie było zdewastowane. Na schodach
walały się odłamki glinianych wazonów i mis pochodzących z
piętra wyżej. Jeden z obrazów wiszących po prawej stronie tuż
przy wejściu do kuchni leżał na ziemi połamany. Ściana po
przeciwnej stronie była popękana z wielkim wgnieceniem. Zauważyłam
też zniszczone kafelki, niektóre pęknięte, których kawałki
walały się luzem prawie wszędzie. Przy jednej z ocalałych poręczy
schodów niezgrabnie oparty stał Elyan, czyszczący swoje paznokcie.
-
Co tu się stało? - zapytał zszokowany Towen.
-
Była niewielka różnica poglądów. - odpowiedział Elyan nie
przerywając zabiegu pielęgnacyjnego. - Powiedzmy, że padały
konkretne argumenty.
-
Nie było mnie dłużej niż dwie godziny, a wy już zdążyliście
zniszczyć dom? - powiedział zdenerwowany, a rzadko taki był.
Elyan
zrobił zgorszoną minę i wskazał na siebie dłonią z udawanym
urażeniem.
-
Ja nie miałem z tym nic wspólnego. Nie interesuje mnie ochrona
Księgi.
-
A więc co...
-
Oni odeszli! - dobiegł do nas głośny krzyk. Josh, który wyglądał
jakby dopiero co opuścił piekło, zbiegł wściekły po schodach.
Włosy miał rozczochrane, koszulkę rozciętą na ramieniu i
brzuchu. Nie widziałam żeby był ranny co oznaczało, że jeśli
doszło do sprzeczki nie dawno nie używali złota. Jednak zaschnięta
krew pokrywająca jego ubrania i skórę świadczyła o zażartej
walce. - Trevor i jego głupia świta. Uciekli jak tchórze.
-
O czym ty mówisz? - spytał Towen najwyraźniej już zmęczony
wybrykami Josha.
-
Pobiłeś się z Trevorem? - spytała zaskoczona i jednocześnie zła
Kelly.
W
drodze do domu zdążyła odzyskać przytomność. Tak jak
przewidzieliśmy wcześniej nie była w dobrym humorze. Sam miał
racje, że w porę się ulotnił. Miała ochotę rozerwać go na
strzępy. Potem gdy Towen zbywał jej pytania odnośnie rannego
chłopca przeniosła swoją gorycz na niego. W ten sposób nie
odzywała się aż do teraz.
-
Nie miałem wyboru. - wzruszył ramionami Josh. - I gdyby nie ten
głupi debil – wskazał oskarżycielsko na Elyana, który już
zdążył się znudzić całą tą sytuacją i ruszył na górę do
swojego pokoju. - Powstrzymałbym ich przed opuszczeniem posesji.
Kelly
właśnie miała zacząć się z nim kłócić, więc się wtrąciłam.
-
Co takiego powiedziałeś, że chcieli wcześniej wyjechać?
Odwrócił
głowę w moją stronę jakby dopiero teraz mnie zauważył.
-
Dlaczego sądzisz, że coś powiedziałem?
-
Nicole ma racje. - Kelly stanęła po mojej stronie – Nie
wyjechaliby beze mnie.
-
Tak trudno przyjąć do wiadomości, że ktoś nie potrafi z tobą
wytrzymać? - odszczekał się.
W
tym momencie straciła całą swoją samokontrole. Wszystkie
negatywne emocje, które starała się uciszyć wypłynęły na
wierzch. Oczy jej się rozszerzyły, a z ust wyleciał stek obelg.
-
Tak, bo to ty zawsze byłeś, jesteś i będziesz zapatrzonym w siebie
arogantem, który nie potrafi sprawić by ktokolwiek chciał spędzić
z nim więcej czasu niż godzinę. Nikt nie ma ochoty marnować
swojego czasu na kogoś tak podłego i samolubnego jak ty. Ja nigdy
nie miałam problemu z dogadywaniem się z Trevorem. To ciebie
odesłał tutaj. To na ciebie nie miał już siły. Był dla nas
wszystkich taki dobry. Zlitował się nad sierotami, które zbyt
wcześnie straciły rodziców.
-
Nie potrzebuję litości. - warknął Josh – Współczucia,
miłosierdzia, łaski. To nie czyni mnie silniejszym. To osłabia.
Będąc tutaj z Towenem doświadczyłem czegoś więcej niż tylko
smutnych spojrzeń i delikatnych słów wymawianych każdego dnia.
Wszystko byle nie sprawić mi bólu? Widziałem śmierć obojga moich
rodziców! - zaczął krzyczeć – Nic nie mogło sprawić bym się
rozsypał bo ja już byłem w kawałkach. Nie chciałem łagodności,
żadne z nas nie chciało. To tylko pogarszało sprawę. Jak mieliśmy
o tym zapomnieć skoro wszyscy nam to przypominali?
-
Jesteś niewdzięcznym głupcem. - stwierdziła ostro i pobiegła na
piętro.
Spojrzałam
na niego oszołomiona. Wcześniej nie widziałam go tak
zdenerwowanego. Nawet wtedy gdy walczył z Travisem, gdy widział
śmierć Raya, gdy spojrzał pierwszy raz po latach na Elvera. Nawet
w tamtych momentach nie był tak wzburzony jak teraz. Oddychał
szybko, a jego ręce były zaciśnięte w pięści tak mocno, że
spomiędzy palców zaczęła cieknąć krew.
-
Dlaczego to powiedziałeś? - spytałam starając się mówić jak
najciszej, by nie dało się wyczuć jak bardzo byłam na niego zła.
-
Co? Prawdę? - zaśmiał się – Każdy z nas powinien w końcu
przejrzeć na oczy. Lepiej wcześniej niż później. Ciebie też to
dotyczy.
-
O czym ty mówisz? - podniosłam ton o oktawę.
-
Joseph. - powiedział twardym tonem Towen. Nigdy nie używał tego
imienia.
-
Przestań! - krzyknął w odpowiedzi – Wam wszystkim przydałby się
zimny prysznic realności. - wyrzygiwał – Lepiej żeby usłyszała
prawdę niż trzymała się zgubnej nadziei. Niedopuszczanie do
siebie tego co nieuniknione nie wniesie niczego dobrego. Zaatakuje z
podwójną siłą wtedy gdy wszystko się zrujnuje.
Miałam
wrażenie, że słowa Josha wypływają z moich ust. Chciałam
wiedzieć wszystko co przede mną ukrywają. Jednak teraz gdy
patrzyłam na smutnego Towena i rozgoryczonego Josha nie byłam pewna
czy chcę cokolwiek usłyszeć. Jednak zanim zdążyłam pomyśleć o
ucieczce do pokoju...
-
Musimy zabić Matta. - powiedział pewnym i twardym głosem
Cofnęłam
się o krok. Wiedziałam, że on go nienawidzi, ale mógł chociaż
nie okazywać tego przy mnie tak bardzo. Przez głowę przeszła mi
myśl, że już to zrobił. Miał się nim opiekować. Nie, nie i
jeszcze raz nie. On nie mógł go zabić. Szybko odepchnęłam od
siebie taki przebieg wydarzeń.
-
On się zmieni i zabije nas wszystkich. - dokończył.
-
Przecież... - zaczęłam ciężko dyszeć. - Mówiliście, że jego
organizm jest za słaby by to przeżyć.
-
Gdyby taki był już dawno zrobiłby nam przysługę i zdechł.
Moja
ręka sama wystrzeliła w stronę jego policzka. Na moment się
zachwiał, a potem szybko na mnie spojrzał tępym wzrokiem. Dłoń
mnie piekła od uderzenia. Widząc, że oboje się na mnie gapią
zaskoczeni, odwróciłam się szybko i wybiegłam na dwór. Musiałam
odetchnąć, uciec, zrobić cokolwiek byle tylko nie być blisko
nich. Zaczęłam biec. Wpadłam na bramę. Silnym pchnięciem ją
otworzyłam i wybiegłam na ulicę. Słyszałam za sobą głośny
huk, ale nie miał on dla mnie znaczenia. Na dworze zaczęło się
ściemniać. Latarnie przy drodze były pozapalane. Kontury zaczęły
mi się zamazywać. Przetarłam oczy wściekła, że pozwoliłam by
łzy napłynęły mi do oczu. Biegiem ruszyłam w stronę miasta po
raz drugi dzisiaj.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz