środa, 12 marca 2014

Rozdział 20

Teoria

Siedziałam w zbrojowni. Udawałam, że robię coś pożytecznego. Chciałam wyczyścić broń, w szczególności tą najmniejszą. Skończyło się jednak na kręceniu nimi po blacie stołu. Próbowałam odepchnąć od siebie myśli, ale kiedy jest się samemu w cichym pomieszczeniu, tylko one są twoim towarzystwem. Czułam się dziwnie oszukana i zła na siebie, że podświadomie robiłam sobie nadzieję. Wiedziałam, że Josh nie należy do przyjacielskich osób, ale miałam wrażenie jakby mnie jeszcze bardziej odpychał. Być może tylko mi się zdawało. Albo sama myślałam, że będzie inaczej. Cała ta sytuacja wyglądała tak jakby nasz pobyt w Gretilis był snem. Tak jakby to się w ogóle nie zdarzyło. Tam zachowywał się inaczej. Był bardziej do zniesienia niż zwykle. Być może cały swój trudny charakter i nieprzyjemne zachowanie skierował na Elyana. Nie przepadali za sobą i wcale tego nie ukrywali.
- Problemy sercowe? - ciszę przerwał wesoły, kobiecy głos. 
Wyrwana z zamyślenia zrobiłam gwałtowny ruch ręką zrzucając leżące na stole noże na podłogę. 
- Kelly. - westchnęłam.
Hinduska podeszła bliżej i podniosła broń z ziemi. Miała na sobie luźne dresy ze ściągaczami przy kostkach, białą bokserkę i trampki w tym samym kolorze. Mimo sportowego ubrania wyglądała nadzwyczajnie kobieco. Może to przez piękny, delikatny wygląd, długie czarne włosy albo niezwykłą płynność ruchów. Chciałoby się ją nienawidzić za jej urodę. Jednak kiedy patrzyło się na jej rozpromienioną twarz wydawało się to niemożliwe.
- Spokojnie. Nie będę o nic pytać. Chłopcy potrafią być nie do zniesienia. Przyszłam tu z innego powodu, a raczej z pewną propozycją. 
Spojrzałam na nią pytająco oczekując dokończenia.
- Nie chciałabyś wyjść ze mną na miasto? Mam ochotę zobaczyć tutejszą plażę, a nie znam za dobrze tego miejsca. - kontynuowała - Poza tym przydałoby mi się towarzystwo, a tobie jak widzę chwila relaksu. 
- Wolałabym być na miejscu gdyby...- urwałam
- Martwisz się o przyjaciela. - stwierdziła – Rozumiem, ale siedząc tutaj samotnie i tracąc głowę najczarniejszymi scenariuszami wcale mu nie pomagasz. On jest tutaj pod stałą obserwacją Towena. Możesz być pewna, że kiedy będzie się coś działo on zareaguje natychmiastowo.
- Liczę na to, że się obudzi. Nie chcę by odszedł bez pożegnania. - posmutniałam
- Pożegnania są przereklamowane. - powiedziała odwracając wzrok – Ty i bez nich jesteś nadąsana i przygnębiona jak widzę. Wyciągnę cię stąd choćby i siłą, ale lepiej żebyś ruszyła tyłek dobrowolnie. - zagroziła radosnym tonem.
Przez chwilę patrzyłam na nią rozważając jej propozycję. Kilka obietnic i zapewnień, że dobrze mi to zrobi później byłyśmy już na zewnątrz. Towen obiecał, że zadzwoni jakby coś się zmieniło, a ja ufałam, że tak właśnie zrobi. 
Dzisiaj dzień był słoneczny i gorący. Kelly zrezygnowała z zamówienia taksówki i zdecydowała za nas obie, że lepiej jeśli się przejdziemy. Od razu ją ostrzegłam, że by dojść do plaży będziemy musiały przejść pół miasta, a Jacksonville nie należało do małych miasteczek. Raczej do średnich metropolii. Nie zareagowała na to w żaden sposób więc po prostu za nią ruszyłam.
Było zadziwiająco spokojnie. Ulice zazwyczaj pełne samochodów teraz były ich praktycznie pozbawione. Jednak w miarę jak oddalaliśmy się od rezydencji Towena ruch narastał. Przed nami pojawiły się wysokie, szklane wieżowce biurowe, które nocą zawsze przykuwały moją uwagę. Oświetlone różnymi kolorami wyróżniały się na ciemnym niebie. Zawsze uwielbiałam Florydę. Nie tylko za słoneczną pogodę prawie przez cały rok, ale głównie za jej wewnętrzny urok. Osiedla tutaj nie były przepełnione szarymi, zaniedbanymi blokami tylko kolorowymi domkami i mieszkaniami, które być może przypominały kamienne kamienice, ale były bardziej eleganckie. To miejsce miało klasę obok, której nie dało się przejść obojętnie.  
Co jakiś czas mijali nas przechodnie, którzy uważnie przyglądali się Kelly. W większości mężczyźni, ale kobiety również nie oszczędzały pełnych podziwu spojrzeń.
Ukradkiem zaczęłam jej się przyglądać. Wyglądała młodziej niż Trevor. Zaczęłam się zastanawiać czy są w tym samym wieku.
- Jak właściwie poznałaś Trevora? - spytałam
- Był przyjacielem moich rodziców. Po ich śmierci wziął mnie pod swoje skrzydła tak jak resztę.
- Resztę?
Na moment odwróciła głowę w moją stronę. Włosy podskakiwały wokół jej twarzy z każdym krokiem.
- Trevor zaopiekował się mnóstwem dzieci po tym jak Elver zabił ich rodziców. Zwłaszcza tymi, których znał już wcześniej. Mnie, Gabrielle, Josha.
- A Reya?
- Nie. Ray wychowywał się z bratem. Po przemianie trafił razem z Joshem do Towena, a ja i Gabrielle zostałyśmy z Trevorem. Osobiście jestem z tego zadowolona. Przeszłam kilka lat ciężkiego treningu, ale nie powiem, żeby się nie opłaciło. 
- To żadne z was nie chodziło do szkoły dla Bakenaków?
- Nie. Trevor jest tradycjonalistą. Sam wolał się nami zaopiekować. Zresztą wtedy nikt już nie ufał szkołom. Cała ta sprawa z Elverem mocno zachwiała reputacje placówki.
Minęłyśmy kilka skrzyżowań w ciszy. Potem do głowy przyszło mi kolejne pytanie.
- Jeśli nie chcesz to nie odpowiadaj, ale ile miałaś lat kiedy...no wiesz
- Straciłam rodziców? Pięć lat. Jak każde z naszej czwórki.
Czyli teraz była w wieku Josha. W pamięci zaczęłam obliczać. Dziennik był napisany w 1997 roku. Przed tym jak go złapali nastąpiła największa fala morderstw z jego strony. Czyli Kelly musi mieć teraz dwadzieścia jeden lat. Josh i Gabrielle tak samo. No i Ray, ale on już pozostanie przy tej liczbie.
- A Tony? Jest starszy od was prawda?
- Tak. Jest najlepszym przyjacielem Trevora. Chyba jedynym, do którego nie dotarł Elver.
Przeszłyśmy przez ulicę zmieniając kierunek wędrówki. Nie uciekło mojej uwadze, że Kelly dokładnie wie gdzie zmierza. Podobno nie znała tego miasta. Postanowiłam na razie tego nie komentować i zadałam kolejne pytanie.
- Właściwie to dlaczego Zmiennokształtni uczą się walki bronią. Przecież w każdej chwili możecie się zmienić w … jakby to ładnie ująć...swoje drugie ja.
Zaśmiała się i skręciła w mniej zatłoczoną uliczkę.
- Wiesz jak powstał mój gatunek?
Wróciłam pamięcią do czytanych książek o historii każdego z gatunków. Wiedziałam, że zostali stworzeni przez czarowników, ale nic innego nie mogłam sobie przypomnieć.
- Właściwie to nie bardzo. Wiem, że jesteście odmianą czarowników czy coś takiego.
- Pochodzimy od nich. - sprostowała – Zostaliśmy stworzeni podczas jednej z wojen między ludźmi, a wilkołakami. Czarownicy, którzy stali po stronie ludzi zgodzili się pomóc. Ponieważ pertraktacje nie zapewniły pokoju zdecydowali się na magiczny rytuał, który związał każdego z wojowników ze zwierzęciem drapieżnym dając im w ten sposób równe szansę. Walka skończyła się ucieczką wilkołaków, a każdy wojownik od tamtej pory mógł zmieniać swój kształt, choć podobno wielu z nich zginęło podczas kolejnych prób. W naszych żyłach płynie krew wojowników i zwierząt. Tylko poprzez walkę jesteśmy w stanie zapanować nad swoją drugą naturą. Wyładowujemy w ten sposób nasze emocje nie dopuszczając by zapanowały nad nami instynkty, które nie czynią nas ludźmi. 
- To trochę straszne. - stwierdziłam – A co jeśli ktoś nie chce walczyć?
- Każdy chce. Tak jak mówiłam. To jest w nas zakodowane. Nie potrafimy inaczej. Myślę, że jeśli jednak kiedyś będzie ktoś taki, to po prostu będą chcieli go zlikwidować jeśli nie podoła. Kiedy się na to patrzy z boku może się to wydawać okrutne, ale uwierz mi. Żaden z nas nie chciałby zostać bestią. Wolelibyśmy zginąć niż być potworem, który zabija wszystko na co się napotka. Jest to nam wpajane od małego, ale i tak nikomu nie jest łatwo pogodzić się z tym, że ma się dwie postacie.
Przypomniał mi się moment w Gretilis kiedy mieliśmy powędrować do czarnego zamku. Chciałam wtedy zapytać o jedną rzecz. Ponieważ dotąd nie było okazji postanowiłam skorzystać z niej teraz.
- Muszę przyznać, że to wszystko jest skomplikowane. - westchnęłam – To tak jakbyście żyli na dwa fronty. Wasz wygląd zewnętrzny ludzki nie wpływa na zwierzęcy, prawda?
- Z wyjątkiem oczu. Nasza postura jest inna, ale dusze mamy tą samą. Dlatego zawsze kiedy chcesz skierować swoje słowa do niedoświadczonego lub zdziczałego Bakenaka musisz patrzeć mu w oczy. Jest wtedy szansa, że dotrzesz do jego ludzkiej natury. Obrażenia też mamy jedne. Chyba, że nie są zadane złotem. Tylko ten metal może nas zabić bo przedziera się przez obydwie postacie. 
- Rozumiem.
Byłam tak pochłonięta wsłuchiwaniem się w słowa Kelly, że zupełnie nie patrzyłam dokąd zmierzamy. Dopiero gdy zobaczyłam, że jesteśmy w ciemnym zaułku i stoimy przed podrapanymi drzwiami. Za nami było słychać jadące samochody i klaksony zdenerwowanych kierowców.
- Witaj w „Pazurze”! Barze dla istot nadnaturalnych. Pomyślałam, że powinnyśmy coś przegryźć zanim pójdziemy na plażę.
Uśmiechnęła się szeroko i zniknęła w ciemnej przestrzeni za drzwiami. Miejsce nie wyglądało zachęcająco, ale jaki miałam wybór. Wskoczyłam na betonowy stopień i otworzyłam drzwi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz