Teoria
Siedziałam
w zbrojowni. Udawałam, że robię coś pożytecznego. Chciałam
wyczyścić broń, w szczególności tą najmniejszą. Skończyło
się jednak na kręceniu nimi po blacie stołu. Próbowałam
odepchnąć od siebie myśli, ale kiedy jest się samemu w cichym
pomieszczeniu, tylko one są twoim towarzystwem. Czułam się dziwnie
oszukana i zła na siebie, że podświadomie robiłam sobie nadzieję.
Wiedziałam, że Josh nie należy do przyjacielskich osób, ale
miałam wrażenie jakby mnie jeszcze bardziej odpychał. Być może
tylko mi się zdawało. Albo sama myślałam, że będzie inaczej.
Cała ta sytuacja wyglądała tak jakby nasz pobyt w Gretilis był
snem. Tak jakby to się w ogóle nie zdarzyło. Tam zachowywał się
inaczej. Był bardziej do zniesienia niż zwykle. Być może cały
swój trudny charakter i nieprzyjemne zachowanie skierował na
Elyana. Nie przepadali za sobą i wcale tego nie ukrywali.
-
Problemy sercowe? - ciszę przerwał wesoły, kobiecy głos.
Wyrwana
z zamyślenia zrobiłam gwałtowny ruch ręką zrzucając leżące
na stole noże na podłogę.
-
Kelly. - westchnęłam.
Hinduska
podeszła bliżej i podniosła broń z ziemi. Miała na sobie luźne
dresy ze ściągaczami przy kostkach, białą bokserkę i trampki w
tym samym kolorze. Mimo sportowego ubrania wyglądała nadzwyczajnie
kobieco. Może to przez piękny, delikatny wygląd, długie czarne
włosy albo niezwykłą płynność ruchów. Chciałoby się ją
nienawidzić za jej urodę. Jednak kiedy patrzyło się na jej
rozpromienioną twarz wydawało się to niemożliwe.
-
Spokojnie. Nie będę o nic pytać. Chłopcy potrafią być nie do
zniesienia. Przyszłam tu z innego powodu, a raczej z pewną
propozycją.
Spojrzałam
na nią pytająco oczekując dokończenia.
-
Nie chciałabyś wyjść ze mną na miasto? Mam ochotę zobaczyć
tutejszą plażę, a nie znam za dobrze tego miejsca. - kontynuowała
- Poza tym przydałoby mi się towarzystwo, a tobie jak widzę chwila
relaksu.
-
Wolałabym być na miejscu gdyby...- urwałam
-
Martwisz się o przyjaciela. - stwierdziła – Rozumiem, ale siedząc
tutaj samotnie i tracąc głowę najczarniejszymi scenariuszami wcale
mu nie pomagasz. On jest tutaj pod stałą obserwacją Towena. Możesz
być pewna, że kiedy będzie się coś działo on zareaguje
natychmiastowo.
-
Liczę na to, że się obudzi. Nie chcę by odszedł bez pożegnania.
- posmutniałam
-
Pożegnania są przereklamowane. - powiedziała odwracając wzrok –
Ty i bez nich jesteś nadąsana i przygnębiona jak widzę. Wyciągnę
cię stąd choćby i siłą, ale lepiej żebyś ruszyła tyłek
dobrowolnie. - zagroziła radosnym tonem.
Przez
chwilę patrzyłam na nią rozważając jej propozycję. Kilka
obietnic i zapewnień, że dobrze mi to zrobi później byłyśmy już
na zewnątrz. Towen obiecał, że zadzwoni jakby coś się zmieniło,
a ja ufałam, że tak właśnie zrobi.
Dzisiaj
dzień był słoneczny i gorący. Kelly zrezygnowała z zamówienia
taksówki i zdecydowała za nas obie, że lepiej jeśli się
przejdziemy. Od razu ją ostrzegłam, że by dojść do plaży
będziemy musiały przejść pół miasta, a Jacksonville nie
należało do małych miasteczek. Raczej do średnich metropolii. Nie
zareagowała na to w żaden sposób więc po prostu za nią ruszyłam.
Było
zadziwiająco spokojnie. Ulice zazwyczaj pełne samochodów teraz
były ich praktycznie pozbawione. Jednak w miarę jak oddalaliśmy
się od rezydencji Towena ruch narastał. Przed nami pojawiły się
wysokie, szklane wieżowce biurowe, które nocą zawsze przykuwały
moją uwagę. Oświetlone różnymi kolorami wyróżniały się na
ciemnym niebie. Zawsze uwielbiałam Florydę. Nie tylko za słoneczną
pogodę prawie przez cały rok, ale głównie za jej wewnętrzny
urok. Osiedla tutaj nie były przepełnione szarymi, zaniedbanymi
blokami tylko kolorowymi domkami i mieszkaniami, które być może
przypominały kamienne kamienice, ale były bardziej eleganckie. To
miejsce miało klasę obok, której nie dało się przejść
obojętnie.
Co
jakiś czas mijali nas przechodnie, którzy uważnie przyglądali się
Kelly. W większości mężczyźni, ale kobiety również nie
oszczędzały pełnych podziwu spojrzeń.
Ukradkiem
zaczęłam jej się przyglądać. Wyglądała młodziej niż Trevor.
Zaczęłam się zastanawiać czy są w tym samym wieku.
-
Jak właściwie poznałaś Trevora? - spytałam
-
Był przyjacielem moich rodziców. Po ich śmierci wziął mnie pod
swoje skrzydła tak jak resztę.
-
Resztę?
Na
moment odwróciła głowę w moją stronę. Włosy podskakiwały
wokół jej twarzy z każdym krokiem.
-
Trevor zaopiekował się mnóstwem dzieci po tym jak Elver zabił ich
rodziców. Zwłaszcza tymi, których znał już wcześniej. Mnie,
Gabrielle, Josha.
-
A Reya?
-
Nie. Ray wychowywał się z bratem. Po przemianie trafił razem z
Joshem do Towena, a ja i Gabrielle zostałyśmy z Trevorem. Osobiście
jestem z tego zadowolona. Przeszłam kilka lat ciężkiego treningu,
ale nie powiem, żeby się nie opłaciło.
-
To żadne z was nie chodziło do szkoły dla Bakenaków?
-
Nie. Trevor jest tradycjonalistą. Sam wolał się nami zaopiekować.
Zresztą wtedy nikt już nie ufał szkołom. Cała ta sprawa z
Elverem mocno zachwiała reputacje placówki.
Minęłyśmy
kilka skrzyżowań w ciszy. Potem do głowy przyszło mi kolejne
pytanie.
-
Jeśli nie chcesz to nie odpowiadaj, ale ile miałaś lat kiedy...no
wiesz
-
Straciłam rodziców? Pięć lat. Jak każde z naszej czwórki.
Czyli
teraz była w wieku Josha. W pamięci zaczęłam obliczać. Dziennik
był napisany w 1997 roku. Przed tym jak go złapali nastąpiła
największa fala morderstw z jego strony. Czyli Kelly musi mieć
teraz dwadzieścia jeden lat. Josh i Gabrielle tak samo. No i Ray,
ale on już pozostanie przy tej liczbie.
-
A Tony? Jest starszy od was prawda?
-
Tak. Jest najlepszym przyjacielem Trevora. Chyba jedynym, do którego
nie dotarł Elver.
Przeszłyśmy
przez ulicę zmieniając kierunek wędrówki. Nie uciekło mojej
uwadze, że Kelly dokładnie wie gdzie zmierza. Podobno nie znała
tego miasta. Postanowiłam na razie tego nie komentować i zadałam
kolejne pytanie.
-
Właściwie to dlaczego Zmiennokształtni uczą się walki bronią.
Przecież w każdej chwili możecie się zmienić w … jakby to
ładnie ująć...swoje drugie ja.
Zaśmiała
się i skręciła w mniej zatłoczoną uliczkę.
-
Wiesz jak powstał mój gatunek?
Wróciłam
pamięcią do czytanych książek o historii każdego z gatunków.
Wiedziałam, że zostali stworzeni przez czarowników, ale nic innego
nie mogłam sobie przypomnieć.
-
Właściwie to nie bardzo. Wiem, że jesteście odmianą czarowników
czy coś takiego.
-
Pochodzimy od nich. - sprostowała – Zostaliśmy stworzeni podczas
jednej z wojen między ludźmi, a wilkołakami. Czarownicy, którzy
stali po stronie ludzi zgodzili się pomóc. Ponieważ pertraktacje
nie zapewniły pokoju zdecydowali się na magiczny rytuał, który
związał każdego z wojowników ze zwierzęciem drapieżnym dając im
w ten sposób równe szansę. Walka skończyła się ucieczką
wilkołaków, a każdy wojownik od tamtej pory mógł zmieniać swój
kształt, choć podobno wielu z nich zginęło podczas kolejnych
prób. W naszych żyłach płynie krew wojowników i zwierząt. Tylko
poprzez walkę jesteśmy w stanie zapanować nad swoją drugą
naturą. Wyładowujemy w ten sposób nasze emocje nie dopuszczając
by zapanowały nad nami instynkty, które nie czynią nas ludźmi.
-
To trochę straszne. - stwierdziłam – A co jeśli ktoś nie chce
walczyć?
-
Każdy chce. Tak jak mówiłam. To jest w nas zakodowane. Nie
potrafimy inaczej. Myślę, że jeśli jednak kiedyś będzie ktoś
taki, to po prostu będą chcieli go zlikwidować jeśli nie podoła.
Kiedy się na to patrzy z boku może się to wydawać okrutne, ale
uwierz mi. Żaden z nas nie chciałby zostać bestią. Wolelibyśmy
zginąć niż być potworem, który zabija wszystko na co się
napotka. Jest to nam wpajane od małego, ale i tak nikomu nie jest
łatwo pogodzić się z tym, że ma się dwie postacie.
Przypomniał
mi się moment w Gretilis kiedy mieliśmy powędrować do czarnego
zamku. Chciałam wtedy zapytać o jedną rzecz. Ponieważ dotąd nie
było okazji postanowiłam skorzystać z niej teraz.
-
Muszę przyznać, że to wszystko jest skomplikowane. - westchnęłam
– To tak jakbyście żyli na dwa fronty. Wasz wygląd zewnętrzny
ludzki nie wpływa na zwierzęcy, prawda?
-
Z wyjątkiem oczu. Nasza postura jest inna, ale dusze mamy tą samą.
Dlatego zawsze kiedy chcesz skierować swoje słowa do
niedoświadczonego lub zdziczałego Bakenaka musisz patrzeć mu w
oczy. Jest wtedy szansa, że dotrzesz do jego ludzkiej natury.
Obrażenia też mamy jedne. Chyba, że nie są zadane złotem. Tylko
ten metal może nas zabić bo przedziera się przez obydwie postacie.
-
Rozumiem.
Byłam
tak pochłonięta wsłuchiwaniem się w słowa Kelly, że zupełnie
nie patrzyłam dokąd zmierzamy. Dopiero gdy zobaczyłam, że
jesteśmy w ciemnym zaułku i stoimy przed podrapanymi drzwiami. Za
nami było słychać jadące samochody i klaksony zdenerwowanych
kierowców.
-
Witaj w „Pazurze”! Barze dla istot nadnaturalnych. Pomyślałam,
że powinnyśmy coś przegryźć zanim pójdziemy na plażę.
Uśmiechnęła
się szeroko i zniknęła w ciemnej przestrzeni za drzwiami. Miejsce
nie wyglądało zachęcająco, ale jaki miałam wybór. Wskoczyłam
na betonowy stopień i otworzyłam drzwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz