wtorek, 1 kwietnia 2014

Rozdział 25

Obłęd

 Ciemność wydawała się nie mieć końca. Nie czułam nic poza silnym bólem karku, pleców i przerażającym zimnem. Chciałam się poruszyć. Wykonać jakikolwiek ruch, ale wydawało się, że moje ciało już dłużej do mnie nie należy. Nie reagowało na żadne polecenia. 
Nagle z nicości zaczęły dochodzić głosy. Na początku odległe i nierozpoznawalne przeobraziły się w wyraźne groźby i warknięcia.
- To wszystko przez ciebie – zdaje się, że to był Elyan – Poco żeś cokolwiek mówił? Wiesz jak ona przejmuje się tym jak mu tam...
- Mattem – powiedział Towen. To na pewno był on. Jego spokojnego tonu nie dało się nie odróżnić.
- Właśnie.
- Powiedziałem prawdę. - warknął Josh, ale jego złość zdawała się być jakaś bez emocjonalna. Jakby nie wkładał nic w swoje słowa.
- I w tym problem.
- Przestańcie oboje. - skarcił ich Towen – Ona potrzebuje odpoczynku. Miała sporo szczęścia. Dobrze, że ja znalazłeś.
A więc, któryś z nich mnie uratował. Ja żyłam. Tylko dlaczego nie mogłam się poruszyć. Dlaczego tylko umysł był sprawny? Czyżbym była sparaliżowana? Nie. Nie mogłam być. Musiałam być zdrowa. Musiałam!
- Widzieliście to! - powiedział Josh – Poruszyła się.
- Będzie z nią dobrze. Jest słaba. Straciła sporo krwi. Zdołałem zasklepić złamane żebra, ale przed nią ciężka noc.
Potem już nic nie słyszałam. Nie wiedziałam czy opuścili pomieszczenie. Nawet nie wiedziałam czy jestem w pomieszczeniu. Chciałam się obudzić. Przekonać ich, że dobrze się czuję. Chociaż właściwie tego też nie byłam pewna.
 Otaczająca mnie ciemność zaczęła gęstnieć i ciemnieć. Wydawało się to niemożliwe. Jak czerń może stać się ciemniejsza niż jest. Nie mogłam nabrać powietrza. Zupełnie jakbym się czymś dławiła. Czarny płyn zaczął wypełniać moje płuca. Próbowałam odkaszlnąć, wyrwać się z tego, ale nic nie pomagało. Byłam unieruchomiona i tonęłam.

***

- Nicole. - cichy głos wyrwał mnie z pustki.
Otworzyłam oczy i go zobaczyłam. Matta. Mojego Matta. Siedział obok mnie. Był cały i zdrowy. Wykąpany w świeżych ciuchach. Nie miał już sińców pod oczami i chyba nawet trochę przytył.
- Matt. - natychmiast uniosłam się na łokciach i przytuliłam przyjaciela. - Tak się o ciebie bałam.
- Cicho. - uspokajał mnie, mocno mnie obejmując i krążąc dłońmi po moich plecach. 
- Jak długo byłam nieprzytomna? - powiedziałam przez łzy. Po raz pierwszy od tygodni były to łzy radości.
Nie odpowiedział. Jego dłonie bezwładnie opadły na kołdrę tuż za mną. Odepchnęłam go na moment. Miał zamknięte oczy, a jego skóra nagle zbladła. Zaczęłam nim potrząsać by się obudził, ale nie doczekałam się żadnej reakcji. 
Wyskoczyłam z łóżka by lecieć po pomoc. Kiedy byłam przy drzwiach usłyszałam głośny krzyk za moimi plecami. Matt leżał na podłodze i wrzeszczał. Jego twarz skrzywiona w grymasie bólu była odwrócona w moją stronę. Ręce wygięły się w nienaturalny sposób. Towarzyszący temu głośny trzask kości sprawił, że przeszedł mnie dreszcz. Miotał się po panelach jak opętany. Ciało wpadło w jakiś dziwny atak drgawek. Potem nagle wszystko ustało. Jednak nie na długo. Matthew wstał. Bardzo powoli. Kiedy już myślałam, że wszystko z nim w porządku ten znowu zaczął szaleć. Jego klatka piersiowa uniosła się do góry, zniekształcając żebra. Złapał się za brzuch i upadł na łóżko. Przeturlał się po materacu i z powrotem opadł na posadzkę zabierając za sobą całą kołdrę. Podeszłam bliżej by zobaczyć co się stało. Nie poruszał się. Nie widziałam czy nawet jeszcze tam jest. Chciałam odsunąć pościel, ale coś z niej wyskoczyło. Nie zdążyłam się temu przyjrzeć bo od razu mnie zaatakowało. Złapało mnie za ramię i przerzuciło na drugi koniec pokoju. Na moment obraz się zakołysał. Odzyskałam ostrość widzenia akurat gdy bestia rzuciła mi się do gardła. Nie poczułam jednak bólu. Wszystko zaczęło znikać tak szybko jak się wydarzyło. Znów pochłonęła mnie ciemność.

* * *

Koszmary zdawały się nie mieć końca. Nadchodziły jeden za drugim. Za każdym razem kiedy byłam pewna, że już nie śpię działo się coś strasznego. Zawsze wszystko zaczynało się tak samo. Otwierałam oczy, a przy moim łóżku znajdował się Matt. Mówił do mnie, pocieszał, próbował przytulić, a kiedy mu na to pozwalałam umierał w moich ramionach lub zamieniał się w bezkształtną bestię, która rzucała mi się do gardła. Czasami widywałam też Josha. Stał nade mną i się uśmiechał. Kiedy pojawiała się iskra nadziei, że jest tutaj naprawdę on zaczynał mnie dusić obrażając przy tym. Narzekając na to jaka jestem słaba i bezużyteczna. Raz zarzucił mi śmierć Raya. Oskarżył, że to przeze mnie zginął jego przyjaciel. Pod koniec każdego z koszmarów pojawiał się głos. Męski, głośny śmiech. Pełen pogardy i nienawiści. Towarzyszył mi cały czas, aż do momentu ponownego przebudzenia, które nigdy tak naprawdę nim nie było. 
Zaczęłam się bać, że to się nie skończy, że już nigdy nie znajdę się w realnym świecie. Wariowałam. Chciałam by otaczała mnie ciemność bo ona nie przynosiła nic złego. Była spokojem między kolejnymi horrorami.

* * *

 Otworzyłam oczy cała zdyszana. Było mi gorąco i zimno jednocześnie. Znajdowałam się w jakimś pomieszczeniu, nieprzypominającym poprzednie, w których się budziłam. To nie był mój pokój chociaż bardzo go przypominał. To samo ustawienie mebli, tylko inny odcień. Bardziej ciemny. W ogóle było ciemno. Zasłony były zasłonięte, więc nie wiedziałam, która jest godzina. Byłam sama. Przynajmniej tak mi się zdawało dopóki coś w rogu się nie poruszyło i wyszło z cienia. To był Josh. Natychmiast podniosłam się do pozycji siedzącej i odsunęłam od niego na łóżku najdalej jak mogłam. To był tylko sen. Nie mogłam sobie pozwolić na chwilę radości bo on coś mi zrobi. Zaatakuje mnie, wmawiałam sobie.
Zauważył moją reakcję i przystanął.
- Nicole to ja. Josh. Nic ci nie zrobię. - głos należał do niego, ale to nie dawało mi pewności, że to jest rzeczywistość.
- Odejdź. - poprosiłam. Mój głos był cichy i piskliwy.
- Nie bój się to już koniec.
Patrzyłam się na niego. Wydawał się taki spokojny podczas gdy moje serce biło mocno i szybko jakby chciało się ze mnie wydostać. Tak bardzo chciałam wierzyć, że już się obudziłam, ale nie mogłam. Nie mogłam po raz kolejny się nabrać.
Kiedy chciał mnie objąć, wyskoczyłam z łóżka i krzyknęłam.
- Nie dotykaj mnie.
W mojej głowie znów pojawił się śmiech. Wypełnił pokój jakby wydobywał się z ukrytych głośników. Był wszędzie, z każdej strony. Zatkałam uszy by go nie słyszeć, ale to nie pomagało.
- Nie, nie, nie. Błagam niech to się skończy. - wrzasnęłam.
Chciał do mnie podejść. Widziałam ukryty ból wypisany na jego twarzy, ale on nie był prawdziwy.
- To tylko sen. - powtarzałam te słowa jak mantrę. Nie wiedziałam czy tylko w mojej głowie czy na głos.
- To nie sen. - powiedział spokojnym tonem. - Już się obudziłaś.
- Kłamiesz! - wrzasnęłam – Dlaczego mi to robisz? Proszę! Daj mi spokój.
Bolało mnie gardło od krzyku, głowa pulsowała jak szalona i jeszcze ostry ból w klatce piersiowej. Wcześniej go nie czułam. Wszystko się skumulowało. Poczułam się jeszcze gorzej. Zakręciło mi się w głowie. Tego było za wiele.
Drzwi nagle się otworzyły. Cofnęłam się pod ścianę w obawie, że coś mi się stanie. To był Elyan. Przynajmniej tak mi się zdawało bo zobaczyłam białą łunę włosów. Wszystko było rozmazane. Dopiero po chwili zrozumiałam, że to od łez.
- Co jej zrobiłeś? - spytał groźnym tonem. Teraz już wiedziałam, że to on.
- Obudziła się i zaczęła szaleć.
- To przez ugryzienie. - powiedział ktoś inny, chyba Towen.
Schowałam twarz w dłoniach. Niech oni już znikną. Niech nie męczą mnie wszyscy naraz.
- Nicole. - ktoś powiedział cicho. - Nicole, spójrz na mnie.
Podniosłam wzrok mimo woli.
- To ja Elyan. Jestem tutaj, prawdziwy. - Stał przede mną z wyciągniętymi dłońmi. 
- Nie – zaprzeczyłam – To nie ty. Proszę zostaw mnie. Nie chcę. - płakałam.
- Nicole. - tym razem odezwał się Josh.
- Zostaw mnie. - krzyknęłam – Nie pozwolę ci mnie skrzywdzić. Nie nabierzesz mnie.
Widziałam osłupienie na jego twarzy. Cofnął się kilka kroków.
- Wyjdź stąd. - nakazał Elyan nadal patrząc prosto na mnie.
- Nie będziesz mi rozkazywał.
- Twoja obecność tylko pogarsza sytuację.
Nie wiem co wydarzyło się przez następne kilka minut. Ponownie schowałam twarz w dłoniach modląc się, że kiedy znowu je otworze ich tam nie będzie. Kiedy nastała cisza zdobyłam się na odwagę by zerknąć jeszcze raz. W pokoju został tylko Elyan. Stał w tym samym miejscu co przedtem.
- Nic ci nie zrobię. Już nie śnisz, Nicole. - przekonywał. 
Wyprostowałam się. Byłam zdezorientowana. Bałam się tego co mogło się wydarzyć gdybym mu uwierzyła. Z drugiej strony co jeśli miał rację? Nikt nigdy nie znikał wcześniej. Wszyscy próbowali się do mnie zbliżyć za wszelka cenę. Teraz Josh zniknął. Został tylko Elyan, którego nie widziałam w snach. 
Wyciągnęłam dłoń w jego kierunku, ale natychmiast ją cofnęłam kiedy ponownie pojawił się natarczywy śmiech. Przytknęłam dłonie do uszu.
- Niech to zniknie. - powiedziałam – Pomóż mi. - wydyszałam
Już nie zwracał uwagi na to czy ucieknę. W sekundę pokonał dzielącą nas odległość i mocno objął. Czułam go. Czułam jego szczupłe ramiona zaciskające się po moich obu stronach, słyszałam jego oddech, słyszałam słowa, które wymawiał. Był prawdziwy. Błagam. Podniosłam wzrok by na niego spojrzeć. Był normalny. Nie zbladł nagle, nie zmienił się w bestię. Był sobą. Objęłam go, tak jakby zależało od tego moje życie. Nie chciałam go puścić i znowu pojawić się koszmarze. Jego ręka powędrowała do mojej głowy. Lekko przejechała po włosach. Łzy spływały po moich policzkach niczym górskie strumyki. Nie mogłam ich zatrzymać i nie chciałam.
- Proszę... Nie pozwól mi zasnąć. - błagałam
- Będzie dobrze. - szepnął tak, że ledwo go usłyszałam – Już nic ci nie grozi.
Poczułam się bezpiecznie. Liczył się tylko on. Cały świat zniknął, a razem z nim przerażający śmiech. W końcu nadszedł spokój. Już nie bałam się zamknąć oczu lub utrzymywać ich otwartych. Zacisnęłam dłonie na jego koszulce tak by nikomu nie udało się wyrwać mnie z jego objęć. On był prawdziwy i tylko to miało znaczenie. Jeśli miałam zniknąć w otchłani koszmaru, zabiorę go ze sobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz