Obłęd
Ciemność
wydawała się nie mieć końca. Nie czułam nic poza silnym bólem
karku, pleców i przerażającym zimnem. Chciałam się poruszyć.
Wykonać jakikolwiek ruch, ale wydawało się, że moje ciało już
dłużej do mnie nie należy. Nie reagowało na żadne polecenia.
Nagle
z nicości zaczęły dochodzić głosy. Na początku odległe i
nierozpoznawalne przeobraziły się w wyraźne groźby i warknięcia.
-
To wszystko przez ciebie – zdaje się, że to był Elyan – Poco
żeś cokolwiek mówił? Wiesz jak ona przejmuje się tym jak mu
tam...
-
Mattem – powiedział Towen. To na pewno był on. Jego spokojnego
tonu nie dało się nie odróżnić.
-
Właśnie.
-
Powiedziałem prawdę. - warknął Josh, ale jego złość zdawała
się być jakaś bez emocjonalna. Jakby nie wkładał nic w swoje
słowa.
-
I w tym problem.
-
Przestańcie oboje. - skarcił ich Towen – Ona potrzebuje
odpoczynku. Miała sporo szczęścia. Dobrze, że ja znalazłeś.
A
więc, któryś z nich mnie uratował. Ja żyłam. Tylko dlaczego nie
mogłam się poruszyć. Dlaczego tylko umysł był sprawny? Czyżbym
była sparaliżowana? Nie. Nie mogłam być. Musiałam być zdrowa.
Musiałam!
-
Widzieliście to! - powiedział Josh – Poruszyła się.
-
Będzie z nią dobrze. Jest słaba. Straciła sporo krwi. Zdołałem
zasklepić złamane żebra, ale przed nią ciężka noc.
Potem
już nic nie słyszałam. Nie wiedziałam czy opuścili
pomieszczenie. Nawet nie wiedziałam czy jestem w pomieszczeniu.
Chciałam się obudzić. Przekonać ich, że dobrze się czuję.
Chociaż właściwie tego też nie byłam pewna.
Otaczająca
mnie ciemność zaczęła gęstnieć i ciemnieć. Wydawało się to
niemożliwe. Jak czerń może stać się ciemniejsza niż jest. Nie
mogłam nabrać powietrza. Zupełnie jakbym się czymś dławiła.
Czarny płyn zaczął wypełniać moje płuca. Próbowałam
odkaszlnąć, wyrwać się z tego, ale nic nie pomagało. Byłam
unieruchomiona i tonęłam.
***
-
Nicole. - cichy głos wyrwał mnie z pustki.
Otworzyłam
oczy i go zobaczyłam. Matta. Mojego Matta. Siedział obok mnie. Był
cały i zdrowy. Wykąpany w świeżych ciuchach. Nie miał już
sińców pod oczami i chyba nawet trochę przytył.
-
Matt. - natychmiast uniosłam się na łokciach i przytuliłam
przyjaciela. - Tak się o ciebie bałam.
-
Cicho. - uspokajał mnie, mocno mnie obejmując i krążąc dłońmi
po moich plecach.
-
Jak długo byłam nieprzytomna? - powiedziałam przez łzy. Po raz
pierwszy od tygodni były to łzy radości.
Nie
odpowiedział. Jego dłonie bezwładnie opadły na kołdrę tuż za
mną. Odepchnęłam go na moment. Miał zamknięte oczy, a jego skóra
nagle zbladła. Zaczęłam nim potrząsać by się obudził, ale nie
doczekałam się żadnej reakcji.
Wyskoczyłam
z łóżka by lecieć po pomoc. Kiedy byłam przy drzwiach usłyszałam
głośny krzyk za moimi plecami. Matt leżał na podłodze i
wrzeszczał. Jego twarz skrzywiona w grymasie bólu była odwrócona
w moją stronę. Ręce wygięły się w nienaturalny sposób.
Towarzyszący temu głośny trzask kości sprawił, że przeszedł
mnie dreszcz. Miotał się po panelach jak opętany. Ciało wpadło w
jakiś dziwny atak drgawek. Potem nagle wszystko ustało. Jednak nie
na długo. Matthew wstał. Bardzo powoli. Kiedy już myślałam, że
wszystko z nim w porządku ten znowu zaczął szaleć. Jego klatka
piersiowa uniosła się do góry, zniekształcając żebra. Złapał
się za brzuch i upadł na łóżko. Przeturlał się po materacu i z
powrotem opadł na posadzkę zabierając za sobą całą kołdrę.
Podeszłam bliżej by zobaczyć co się stało. Nie poruszał się.
Nie widziałam czy nawet jeszcze tam jest. Chciałam odsunąć
pościel, ale coś z niej wyskoczyło. Nie zdążyłam się temu
przyjrzeć bo od razu mnie zaatakowało. Złapało mnie za ramię i
przerzuciło na drugi koniec pokoju. Na moment obraz się zakołysał.
Odzyskałam ostrość widzenia akurat gdy bestia rzuciła mi się do
gardła. Nie poczułam jednak bólu. Wszystko zaczęło znikać tak
szybko jak się wydarzyło. Znów pochłonęła mnie ciemność.
*
* *
Koszmary
zdawały się nie mieć końca. Nadchodziły jeden za drugim. Za
każdym razem kiedy byłam pewna, że już nie śpię działo się
coś strasznego. Zawsze wszystko zaczynało się tak samo. Otwierałam
oczy, a przy moim łóżku znajdował się Matt. Mówił do mnie,
pocieszał, próbował przytulić, a kiedy mu na to pozwalałam
umierał w moich ramionach lub zamieniał się w bezkształtną
bestię, która rzucała mi się do gardła. Czasami widywałam też
Josha. Stał nade mną i się uśmiechał. Kiedy pojawiała się
iskra nadziei, że jest tutaj naprawdę on zaczynał mnie dusić
obrażając przy tym. Narzekając na to jaka jestem słaba i
bezużyteczna. Raz zarzucił mi śmierć Raya. Oskarżył, że to
przeze mnie zginął jego przyjaciel. Pod koniec każdego z koszmarów
pojawiał się głos. Męski, głośny śmiech. Pełen pogardy i
nienawiści. Towarzyszył mi cały czas, aż do momentu ponownego
przebudzenia, które nigdy tak naprawdę nim nie było.
Zaczęłam
się bać, że to się nie skończy, że już nigdy nie znajdę się
w realnym świecie. Wariowałam. Chciałam by otaczała mnie ciemność
bo ona nie przynosiła nic złego. Była spokojem między kolejnymi
horrorami.
*
* *
Otworzyłam
oczy cała zdyszana. Było mi gorąco i zimno jednocześnie.
Znajdowałam się w jakimś pomieszczeniu, nieprzypominającym
poprzednie, w których się budziłam. To nie był mój pokój
chociaż bardzo go przypominał. To samo ustawienie mebli, tylko inny
odcień. Bardziej ciemny. W ogóle było ciemno. Zasłony były
zasłonięte, więc nie wiedziałam, która jest godzina. Byłam
sama. Przynajmniej tak mi się zdawało dopóki coś w rogu się nie
poruszyło i wyszło z cienia. To był Josh. Natychmiast podniosłam
się do pozycji siedzącej i odsunęłam od niego na łóżku
najdalej jak mogłam. To był tylko sen. Nie mogłam sobie pozwolić
na chwilę radości bo on coś mi zrobi. Zaatakuje mnie, wmawiałam
sobie.
Zauważył
moją reakcję i przystanął.
-
Nicole to ja. Josh. Nic ci nie zrobię. - głos należał do niego,
ale to nie dawało mi pewności, że to jest rzeczywistość.
-
Odejdź. - poprosiłam. Mój głos był cichy i piskliwy.
-
Nie bój się to już koniec.
Patrzyłam
się na niego. Wydawał się taki spokojny podczas gdy moje serce
biło mocno i szybko jakby chciało się ze mnie wydostać. Tak
bardzo chciałam wierzyć, że już się obudziłam, ale nie mogłam.
Nie mogłam po raz kolejny się nabrać.
Kiedy
chciał mnie objąć, wyskoczyłam z łóżka i krzyknęłam.
-
Nie dotykaj mnie.
W
mojej głowie znów pojawił się śmiech. Wypełnił pokój jakby
wydobywał się z ukrytych głośników. Był wszędzie, z każdej
strony. Zatkałam uszy by go nie słyszeć, ale to nie pomagało.
-
Nie, nie, nie. Błagam niech to się skończy. - wrzasnęłam.
Chciał
do mnie podejść. Widziałam ukryty ból wypisany na jego twarzy,
ale on nie był prawdziwy.
-
To tylko sen. - powtarzałam te słowa jak mantrę. Nie wiedziałam
czy tylko w mojej głowie czy na głos.
-
To nie sen. - powiedział spokojnym tonem. - Już się obudziłaś.
-
Kłamiesz! - wrzasnęłam – Dlaczego mi to robisz? Proszę! Daj mi
spokój.
Bolało
mnie gardło od krzyku, głowa pulsowała jak szalona i jeszcze ostry
ból w klatce piersiowej. Wcześniej go nie czułam. Wszystko się
skumulowało. Poczułam się jeszcze gorzej. Zakręciło mi się w
głowie. Tego było za wiele.
Drzwi
nagle się otworzyły. Cofnęłam się pod ścianę w obawie, że coś
mi się stanie. To był Elyan. Przynajmniej tak mi się zdawało bo
zobaczyłam białą łunę włosów. Wszystko było rozmazane.
Dopiero po chwili zrozumiałam, że to od łez.
-
Co jej zrobiłeś? - spytał groźnym tonem. Teraz już wiedziałam,
że to on.
-
Obudziła się i zaczęła szaleć.
-
To przez ugryzienie. - powiedział ktoś inny, chyba Towen.
Schowałam
twarz w dłoniach. Niech oni już znikną. Niech nie męczą mnie
wszyscy naraz.
-
Nicole. - ktoś powiedział cicho. - Nicole, spójrz na mnie.
Podniosłam
wzrok mimo woli.
-
To ja Elyan. Jestem tutaj, prawdziwy. - Stał przede mną z
wyciągniętymi dłońmi.
-
Nie – zaprzeczyłam – To nie ty. Proszę zostaw mnie. Nie chcę.
- płakałam.
-
Nicole. - tym razem odezwał się Josh.
-
Zostaw mnie. - krzyknęłam – Nie pozwolę ci mnie skrzywdzić. Nie
nabierzesz mnie.
Widziałam
osłupienie na jego twarzy. Cofnął się kilka kroków.
-
Wyjdź stąd. - nakazał Elyan nadal patrząc prosto na mnie.
-
Nie będziesz mi rozkazywał.
-
Twoja obecność tylko pogarsza sytuację.
Nie
wiem co wydarzyło się przez następne kilka minut. Ponownie
schowałam twarz w dłoniach modląc się, że kiedy znowu je otworze
ich tam nie będzie. Kiedy nastała cisza zdobyłam się na odwagę
by zerknąć jeszcze raz. W pokoju został tylko Elyan. Stał w tym
samym miejscu co przedtem.
-
Nic ci nie zrobię. Już nie śnisz, Nicole. - przekonywał.
Wyprostowałam
się. Byłam zdezorientowana. Bałam się tego co mogło się
wydarzyć gdybym mu uwierzyła. Z drugiej strony co jeśli miał
rację? Nikt nigdy nie znikał wcześniej. Wszyscy próbowali się do
mnie zbliżyć za wszelka cenę. Teraz Josh zniknął. Został tylko
Elyan, którego nie widziałam w snach.
Wyciągnęłam
dłoń w jego kierunku, ale natychmiast ją cofnęłam kiedy ponownie
pojawił się natarczywy śmiech. Przytknęłam dłonie do uszu.
-
Niech to zniknie. - powiedziałam – Pomóż mi. - wydyszałam
Już
nie zwracał uwagi na to czy ucieknę. W sekundę pokonał dzielącą
nas odległość i mocno objął. Czułam go. Czułam jego szczupłe
ramiona zaciskające się po moich obu stronach, słyszałam jego
oddech, słyszałam słowa, które wymawiał. Był prawdziwy. Błagam.
Podniosłam wzrok by na niego spojrzeć. Był normalny. Nie zbladł
nagle, nie zmienił się w bestię. Był sobą. Objęłam go, tak
jakby zależało od tego moje życie. Nie chciałam go puścić i
znowu pojawić się koszmarze. Jego ręka powędrowała do mojej
głowy. Lekko przejechała po włosach. Łzy spływały po moich
policzkach niczym górskie strumyki. Nie mogłam ich zatrzymać i nie
chciałam.
-
Proszę... Nie pozwól mi zasnąć. - błagałam
-
Będzie dobrze. - szepnął tak, że ledwo go usłyszałam – Już
nic ci nie grozi.
Poczułam
się bezpiecznie. Liczył się tylko on. Cały świat zniknął, a
razem z nim przerażający śmiech. W końcu nadszedł spokój. Już
nie bałam się zamknąć oczu lub utrzymywać ich otwartych.
Zacisnęłam dłonie na jego koszulce tak by nikomu nie udało się
wyrwać mnie z jego objęć. On był prawdziwy i tylko to miało
znaczenie. Jeśli miałam zniknąć w otchłani koszmaru, zabiorę
go ze sobą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz