Wzajemna
pomoc
Kiedy
ponownie otworzyłam oczy zdałam sobie sprawę, że leżę. W
dodatku nie sama. Moje ręce zaciśnięte były wokół czyjejś
klatki piersiowej, nogi splątane z jego. Próbowałam sobie
cokolwiek przypomnieć. Szczegóły powracały w niejasnych
kawałkach. Panika, ból, śmiech. To wszystko było naprawdę, czy
tylko mi się śniło? Pamiętałam Elyana. Nie wypuszczałam go z
objęć, ale jak potem przeniosłam się do łóżka?
-
Poranne przemyślenia? - spytał.
Odsunęłam
się od niego. Teraz czułam się niezręcznie. Uwolniłam jego
koszulkę. Była podarta w miejscu gdzie trzymałam palce.
-
Przepraszam. - powiedziałam cicho.
Oczy
miał zamknięte, ale po moich słowach je otworzył i dziwnie na
mnie spojrzał.
-
Za co?
-
Za wszystko. To co się stało. Ja niewiele pamiętam, ale wiem, że
to było straszne. Ja.... Przy tobie czułam się inaczej.
Bezpiecznie.
-
Wiem. Czułem wszystko to co ty.
Odgarnęłam
stargane włosy do tyłu.
-
O czym ty mówisz? - On to powiedział czy tylko mi się
przesłyszało?
Uniósł
się na łokciach, a jego twarz się skrzywiła. Jedną ręką sięgnął
do karku i starał się go rozmasować.
-
Wisisz mi karnet do spa. - powiedział – A tak poza tym to nie
miałem co narzekać. Miło, że ktoś czuł się przy mnie
bezpiecznie. Za często mi się to nie zdarza.
-
Nie rozumiesz....
Wtedy
przypomniałam sobie Josha. Krzyczałam na niego. Zraniłam go, wiem.
Widziałam wyraz jego twarzy. Wewnętrzny ból, rozczarowanie, złość.
To wszystko było na niej wypisane.
-
Jak ja mu spojrzę w oczy?
-
Komu?
Ups!
Powiedziałam to na głos?
-
Joshowi. Strasznie wczoraj się na niego wydzierałam. W ogóle to
było wczoraj?
-
Byłaś nieprzytomna przez dwa dni. Wczoraj wieczorem się obudziłaś.
Jeśli obchodzi cię moje zdanie to raczej on jest osobą, która
powinna mieć ten problem.
-
Nie chciałam go zranić. - powiedziałam – Te wszystkie koszmary,
one namieszały mi w głowie.
Podniosłam
się do pozycji siedzącej i poczułam ściskający ból brzucha.
Musiałam się skulić by go wytrzymać.
-
Przyniosę ci coś do jedzenia. - powiedział – W końcu nic nie
jadłaś od tamtego dnia.
-
Poczekaj. - Złapałam go za rękę gdy wstawał z łóżka i szybko
puściłam kiedy się zatrzymał. - Musisz mi powiedzieć co się
stało. Nic nie pamiętam.
-
Powinnaś coś zjeść. - upierał się.
-
Wytrzymam. Chcę wiedzieć. To dla mnie ważne.
Westchnął
i z powrotem usiadł na łóżko.
-
Wybiegłaś z domu. Przez pierwszą godzinę nikt się nie
przejmował. Chcieli dać ci trochę prywatności. Miałem sprawę na
mieście, więc powiedziałem, że dam im znać kiedy cię zobaczę.
Wiem, że Josh potem też cie szukał. Widziałem cię w barze. Nie
wyglądałaś za dobrze.
Zaczęłam
wszystko sobie przypominać. Rzeczywiście. Byłam w zatłoczonym
klubie. A potem... Przyszedł ten koleś. Zobaczyłam jego zabójczy
uśmiech.
-
Wampir. - powiedziałam
-
Nie wiedziałem, że jest z tobą. - stwierdził – Nie wydawałaś
się jakoś specjalnie nim zainteresowana. Myślałem, że przyszedł
sam.
-
Odwróciłam się od niego żeby sobie poszedł. Zaraz... To ty byłeś
tym gościem w rogu. Zaatakowałeś jakiegoś faceta. Co tam robiłeś?
-
To nie jest teraz istotne. - Przetarł oczy dłonią. Niby zwyczajny
gest, ale coś było z nim nie w porządku, coś poszło inaczej niż
planował. Nie wiem dlaczego tak pomyślałam. Dziwne przeczucie, czy
za bujna wyobraźnia?
-
Hej. - zaczęłam. Ponownie złapałam go za dłoń, ale tym razem
nie było to instynktowne. Chciałam to zrobić. - Możesz mi
powiedzieć. - zapewniłam.
Zaśmiał
się do siebie niezbyt zadowolony.
-
Mówisz zupełnie tak jak twoja matka.
-
Czy to był komplement? - zaśmiałam się
-
Była straszna. - powiedział – Nie dało się niczego przed nią
ukryć.
-
Jeśli chcesz przez to powiedzieć, że była uparta i dociekliwa to
mogę cię zapewnić, że odziedziczyłam to po niej.
-
Potrzebowałem od niego trochę informacji. - wyjaśnił – I
niezbyt mi się spodobało to co mi przekazał. Tyle musi ci na razie
wystarczyć. Czy mogłabyś uśpić swój upór i mi zaufać?
-
Mniej więcej tak samo powiedział Matt w dzień przed swoją
wędrówką do lasu i nie skończyło się to dla niego za dobrze.
-
Ale ja nie jestem niedoświadczonym idiotą wchodzącym do gniazda
wilkołaków bez żadnego zabezpieczenia. - oburzył się.
-
Nie byłabym tego taka pewna. - podniosłam brew.
-
Chcesz wiedzieć co było dalej? - zmienił temat. Pokiwałam głową,
więc kontynuował opowieść. - A więc, niedługo po tym jak
wyszedłem poczułem straszny ucisk w klatce piersiowej. Twój
strach.
-
Jak to mój strach? - zdziwiłam się
-
Tak jest skonstruowana więź między nami. Ty zabierasz mój ból
fizyczny, a ja twój psychiczny.
-
Trochę to wszystko dziwne i zawiłe.
-
Nie tylko dla ciebie. Tak skomplikowanego zaklęcia nie widziałem
jeszcze nigdy. W każdym razie, strach, który czułem nie był
zwyczajny. Był jakby...mocniejszy. Domyśliłem się, że coś jest
nie tak. Jak już ci kiedyś mówiłem więź jest słabsza kiedy
jesteśmy bliżej. Dlatego zdziwiłem się, że odczuwam twoje
emocje. Wróciłem by cię poszukać. W międzyczasie zadzwoniłem do
Towena. Znalazłem was na rogu jednej z ulic.
-
Zaatakował mnie. - powiedziałam kiedy wszystko zaczęło się
układać niczym puzzle z wspomnień. Wiedziałam już wszystko. -
To ty mnie uratowałeś.
Pokiwał
głową mimo, że wcale nie pytałam.
-
Ale nie mogłem cię uleczyć. Nie mogłem skorzystać z magii. Byłaś
już wystarczająco osłabiona. Nie chciałem ci dokładać
dodatkowego bólu. Byłem bezsilny do momentu aż przybył Towen.
Uzdrowił cię, ale ugryzienie wampira to nie tylko ból fizyczny.
Zazwyczaj potem przez jakiś czas jest się prześladowanym przez
swojego napastnika. Stąd te koszmary. Wiem, że nie było łatwo.
Czułem to co ty. Nie spałem bo odczuwałem twój strach. Dopiero
dzisiaj udało mi się zasnąć. Wnioskuje więc, że koszmary
ustały.
Może
to samolubne z mojej strony, ale cieszyłam się, że nie byłam
sama. Ktoś jeszcze wiedział jaki horror przeżywałam. Powinnam
raczej mu współczuć i może gdzieś głęboko faktycznie tak było.
Ale prawda była taka, że mi ulżyło. Ulżyło, że obłęd nie
pojawił się bez powodu. Wszystko było realne. No w pewnym sensie.
-
Dlatego nie sądzę, że to ty powinnaś przepraszać Josha.
Przeżyłaś koszmar bo on nie potrafi trzymać języka za zębami.
To
nie prawda. Cierpiałam bo z własnej głupoty szwendałam się po
mieście chcąc uciec. Nigdy tak nie robiłam. Nie ignorowałam
problemów udając, że ich nie ma. Zawsze stawiałam im czoła.
-
Ale czy ma rację? - spytałam – Nie ma nadziei dla Matta?
-
Nie skreślałbym go od razu. On jest silny. Już dawno powinien nie
żyć. Nie przemienił się jeszcze. Dawno przekroczył termin.
Powinien umrzeć z wyczerpania, ale on żyje. Śpi, ale żyje.
Zupełnie jakby na coś czekał. Jestem pewien, że się obudzi i
przemiana nastąpi. Wątpię jednak by ją przeżył. Nawet jeśli
przezwycięży ból fizyczny, może mu się nie udać kontrolować
samego siebie. Nie uczył się tego. Jeśli się zmieni nie będzie
już Mattem tylko dzikim zwierzęciem o nadzwyczajnej sile i wtedy...
Będą musieli go zabić i żadne prośby nie pomogą. Takie jest
prawo.
Wiedziałam.
Ktoś już mi o tym mówił. I znałam też powód dlaczego tak
robiono. Mimo wszystko nie mogłabym patrzeć na śmierć
przyjaciela, nawet jeśli byłby dziką bestią. To byłaby tylko
zewnętrzna powłoka, za którą kryje się prawdziwy człowiek.
-
Zawsze jest nadzieja. - powiedziałam, ale moje słowa nie były
pewne. To tylko zapewnienia, że będzie dobrze. Dopóki on żyje nie
będę myśleć, że cokolwiek może pójść nie tak. Wiedziałam, że to
wyparcie prawdy. Oszukiwanie samej siebie, ale tak było łatwiej.
Łatwiejsze niż zmierzenie się z rzeczywistością.
-
Zawsze jest nadzieja. - zawtórował Elyan. - Ale nie ma śniadania,
które już dawno powinnaś zjeść.
Spojrzałam
na siebie. Byłam ubrana w jakąś piżamę. Nie znałam jej. Nie
była moja. Stwierdziłam jednak, że zakrywa wystarczająco dużo
by...
-
Idę z tobą. Nie mam zamiaru spędzić, ani sekundy więcej w tym
łóżku.
Uśmiechnął
się i podał mi rękę. Kiedy już pomógł mi wstać od niechcenia
go odepchnęłam.
-
Nie jestem, aż taka słaba. Już nie. - zapewniłam.
-
Wiem. Gdybyś dobrze wycelowała kołek mogłabyś zabić tamtego
wampira.
Ciekawe
czy naprawdę tak uważał, czy tylko starał się być miły. Chyba
był szczery. Zawsze taki był. Nie starał się jakoś specjalnie
wlepiać w łaski ludzi. Nie dbał o to co o nim myślą. Dowodem na
to była jego historia, której jeszcze do końca nie poznałam.
Obiecałam sobie, że kiedyś wypytam go o wszystko. Nawet jeśli nie
będzie chciał odpowiedzieć. Nie będę naciskać. Chciałam być
dla niego przyjaciółką taką, jakim on dla mnie przyjacielem.
Jeśli kiedyś cokolwiek łączyło go z moją matką to było to
ulotne. Ze mną będzie inaczej. Będzie mógł na mnie liczyć,
nawet jeśli jest osobą, która nie przyznaje się do tego, że
potrzebuje pomocy . Zaczęłam się zastanawiać, czy uważam tak
przez zaklęcie jakim nas złączono, czy tak naprawdę tego chcę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz