wtorek, 15 kwietnia 2014

Rozdział 27

Złe nowiny

- Towen nas zabije. - powiedziałam patrząc na zdemolowaną kuchnię.
Razem z Elyanem postanowiliśmy upiec ciastka, ale bądźmy szczerzy – żadne z nas nie miało pojęcia o gotowaniu, ani pieczeniu. Dodawaliśmy przypadkowe składniki w ogóle ich nie odmierzając. Kiedy przypadkiem wysypał na mnie mąkę nie pozostawałam dłużna. Bitwa na jedzenie jest świetną zabawą do czasu aż się skończy i trzeba posprzątać. Cała kuchnia była przykryta cienką warstwą białego proszku. Co jakiś czas doprawiona kleksem z czekolady lub dżemu. Zresztą my wcale nie wyglądaliśmy lepiej. Elyan miał całą twarz umazaną śliwkowymi powidłami i polewą waniliową. Ja natomiast miałam włosy białe od mąki oraz koszulkę pobrudzoną przez jajko.  
- Od czego jest system samo-sprzątający. - stwierdził Elyan.
Roześmiałam się i jeszcze prysnęłam w niego polewą. Tym razem na koszulkę.
- Zdaje się, że zawarliśmy rozejm. - przypomniał mi wesoło.
- Przecież system samo-sprzątający wypierze ci koszulkę. - przekomarzałam się próbując naśladować jego ton.
- Ale czy uda mu się umyć ci włosy? - zapytał
Były tylko w mące to żaden problem je spłukać. Jednak to nie o to mu chodziło. Nie zauważyłam kiedy zamachnął się rękoma i rozgniótł jedno z jajek tuż nad moją głową. Poczułam gęsty płyn spływający obok mojego policzka powoli zakrywający włosy. Przez moment zrobiłam obrażoną i zdziwioną minę, a potem wybuchłam śmiechem. 
- Dobra chyba naprawdę muszę się umyć. - stwierdziłam kiedy opanowałam atak śmiechu.
- Jak dla mnie teraz wyglądasz dużo lepiej. - roześmiał się. 
Wzięłam ścierki leżące na kuchennym blacie. Jedną podałam rozpromienionemu Elyanowi, a drugą zaczęłam oczyszczać siebie. 
- Nicole! - dobiegł do mnie piskliwy dźwięk gdzieś z korytarza.
Kiedy się odwracałam zostałam zmiażdżona przez pędzącą Kelly. Zacisnęła ramiona wokół moich mocno ściskając mnie całą. 
- Tak się cieszę, że już wyzdrowiałaś.
- Nie do końca. - wydyszałam czując nagły ból w klatce piersiowej.
- Przepraszam – powiedziała raptownie się odsuwając. 
- Teraz i ty jesteś brudna. - stwierdziłam wskazując na przód jej bluzy. Na środku miała rozsmarowane lepiące się białko i trochę żółtka.
- Co tutaj się stało? - spytał Towen wchodząc do kuchni.
Zrobiłam skruszoną minę i spojrzałam błagalnie na Elyana by to ten coś wymyślił.
- Mała rewolucja. - wyjaśnił bez poczucia winy, jak zawsze.
- Widzę. - powiedział Towen, wodząc wzrokiem po brudnym pomieszczeniu. - Sprzątanie tego byłoby zabawnym widokiem, ale niestety nie mamy na to czasu.
Podniósł dłonie do góry i kilka razy nimi zamachnął. Pomieszczenie wypełnił czerwony blask. Musiałam zmrużyć oczy przed oślepiającym światłem. Kiedy zniknął kuchnia była już czysta. Jedynym śladem na to, że cokolwiek było tutaj robione były kolorowe ciastka w piekarniku.
- Dlaczego nie mamy czasu? - powiedziała Kelly zupełnie nie przejęta magiczną sztuczką.
- Za chwilę ma przybyć Salvari. Ma nam do przekazania bardzo ważne wieści.
- Czy to odnośnie tego rannego chłopca? - spytałam wycierając obślizgłe jajko z moich włosów.
- Nie wiem. Powiedziała tylko, że to pilne.
- Świetnie! - Elyan zaklaskał w dłonie – Możecie ją poczęstować naszymi ciastkami.
- Nie chcemy jej zabić. - skomentował Josh, który właśnie wszedł do kuchni. Szybko odwróciłam wzrok bojąc się jego taksującego wyrazu twarzy.
- Poznałeś kiedyś Nocnego Elfa, który miał napis na nagrobku. „Zabita przez czekoladowe ciasteczka. Niech Bóg świeci nad jej duszą”? - zaśmiał się mijając go w przejściu. 
- Zaczekaj! - krzyknął za nim Towen. - Jestem pewien, że chciałbyś z nią porozmawiać.
- Ja? - oparł się niedbale o framugę. - Mógłbym się z nią przespać. - powiedział uśmiechając się szyderczo.
Nastała krótka chwila ciszy. Wszyscy troje nagle na niego spojrzeliśmy. Kelly z obrzydzeniem, ja z rozdziawionymi ustami, a Towen z czymś w rodzaju przerażenia i nagłym atakiem słabości. Tylko Josh był niezainteresowany. Jego uwagę przykuło coś po drugiej stronie kuchni. 
- Żartuję. - zaśmiał się. - Chociaż to mogłaby być niezapomniana noc. Ona może mieć ponad tysiąc lat. Musi mieć niezłe doświadczenie. - myślał na głos.
- Nie chcę przerywać tych rozmarzonych rozmyśleń, ale nie jestem pewien czy piekarnik powinien tak dymić.- odparł Josh 
- Nasze ciastka! - krzyknęłam, zrywając się by odratować to co z nich zostało.
Kiedy otworzyłam piekarnik, wyleciał z niego czarny dym. Zaczęłam kaszleć kiedy wypełnił moje płuca. Wypieki okazały się spalone z wierzchu, ale środek dało się uratować, jeśli się trochę poskrobało. Z rezygnacją odstawiłam tackę na blat. 
- To chyba tyle jeśli chodzi o rewolucję. - skomentowałam.
Nie słysząc sarkastycznych uwag, ani wybuchów śmiechu odwróciłam się w stronę framugi. Wszyscy zdążyli opuścić kuchnię. Został tylko Josh opierający się o barek i uważnie mnie obserwujący. 
- Jeśli się nie boisz możesz spróbować. Nie są taki złe. - powiedziałam oddzielając przypaloną skórkę od jednej bezkształtnej masy, która miała być okrągłym ciastkiem.
- Nie boje się ciastek. - prychnął
- Domyślam się. - odpowiedziałam nie patrząc w jego stronę.
Nastała cisza. Myślałam, że może też sobie poszedł, ale kiedy ponownie się odwróciłam on nadal stał na swoim miejscu. Przegryzając wytwór naszej wspólnej pracy spytałam.
- Coś nie tak?
- Zależy o co pytasz.
- O ciebie. Wyglądasz jak zdjęty z krzyża.
Nie wiem czy to porównanie było odpowiednie, ale naprawdę nie wyglądał za dobrze. Zgarbiona i skulona sylwetka, sińce pod przymkniętymi oczami i oklapnięte, rozczochrane włosy.
- To nie ja przechodziłem przez piekło w ciągu ostatnich dwóch nocy.
- Jesteś pewien? - zaśmiałam się – Jestem pewna, że wyglądam lepiej.
Jego wzrok powędrował wyżej. Domyśliłam się na co patrzył. Najwyraźniej nie udało mi się całkowicie zetrzeć jajka z włosów. Dziwne było jednak to, że tego nie skomentował. Żadnej kąśliwej uwagi?
- Chciałbym z tobą porozmawiać. - powiedział odwracając twarz w innym kierunku.
- To rozmawiaj.
Wzięłam jeszcze kilka ciastek i zaczęłam przy nich majstrować. Palce miałam pokryte czarną sadzą, ale głód był silniejszy przez co byłam silnie zmotywowana by dostać się do nieprzypalonego wnętrza.
- Mogłabyś przestać? - powiedział ostro
Zamarłam w połowie ruchu.
- W porządku. - odstawiłam wypieki na tackę. - Ale w takim razie musisz się streszczać bo jestem strasznie głodna.
- Może po prostu przyjdę później. - wysyczał pod nosem i ruszył w stronę wyjścia.
- Dobra panie obrażalski. - westchnęłam – Pozwól tylko jakoś mi się oporządzić, dobra? Jeśli nie masz nic przeciwko, to byłabym wdzięczna za jakąś kanapkę bo naprawdę mój brzuch długo tak nie wytrzyma. Wracam za chwilę.
Minęłam go i pobiegłam do swojego pokoju. Oby tylko zrobił mi coś do jedzenia. Nie wiem czy byłabym w stanie się skoncentrować na jego słowach, przy tak silnym głodzie.

* * *

Czysta, ciepła woda, szampon i czyste ubrania były niczym błogosławieństwo. Brudną i przepoconą piżamę wrzuciłam do kosza stojącego w rogu. Tak jak przewidziałam od razu zniknęła, by za kilka minut znaleźć się z powrotem w szafie. Wyszorowana i odświeżona wyskoczyłam z łazienki. Nie spodziewałam się w pokoju nikogo. Myślałam, że Josh zaczeka w kuchni. Postanowił jednak przyjść na górę. Najwyraźniej kąpiel zajęła mi więcej czasu niż wynosiła jego cierpliwość. Siedział na łóżku trzymając na kolanach talerz ze stosem kanapek. Jedną z nich właśnie kończył.
- Jeszcze trochę i nic by dla ciebie nie zostało. - powiedział podając mi tacę.
Bez zastanowienia wzięłam pierwszą lepszą kanapkę. Byłam taka głodna, że mogłaby być nawet z wątróbką, a ja i tak bym ją zjadła. Mimo wszystko ucieszyłam się, że tak nie było. Z tego co zdążyłam rozpoznać była ze zwyczajną szynką, serem i odrobiną majonezu pomieszanego z ketchupem. 
- A więc co takiego chciałeś mi powiedzieć? - spytałam z pełną buzią.
- Chciałem przeprosić. - wydukał
Połknęłam ostatni kawałek i powstrzymałam odruch by sięgnąć po kolejną porcję.
- Nie twierdze tutaj, że to co powiedziałem było nie prawdą. Po prostu przepraszam. Nie spodziewałem się, że prawda może okazać się taka szokująca.
- Nie była. Zdenerwowało mnie to, że musiałeś ją wyznać. Z jednej strony to doceniam bo każdy z was próbuje mnie od czegoś odseparować, ale mimo wszystko kiedy ktoś mówi ci, że trzeba zabić twojego najlepszego przyjaciela, cóż....Powiedzmy, że nie jest to łatwe.
- Ale trzeba to zrobić.
- Przestań już. - jęknęłam.
Nie chciałam po raz kolejny tego wszystkiego wysłuchiwać.
- Nie rozumiesz. - pokręcił przecząco głową – Żadne z was nie rozumie.
- Matthew nie jest przeklęty, zaczarowany ani otumaniony przez Elvera. On jest sobą. Może nie do końca w dobrej formie, ale sobą.
- Nie będzie kiedy się przemieni.
- Teraz nagle wszyscy wierzycie, że do tego dojdzie. - westchnęłam i złapałam kolejną kanapkę. Głód zwyciężył.
- Ja to wiem. Nie potrzebuję wierzyć w to co nieuniknione.
- Niby skąd ta pewność?
- Taki był plan
- Jaki plan?
- Elvera. - Kiedy nic nie odpowiedziałam, dokończył. – Już wcześniej wam mówiłem, że coś jest nie tak. Cała ta wyprawa przyszła nam zbyt łatwo. Pomyśl. Zero strażników, sam Elver. Do tego tak po prostu pozwolił nam odejść. Kiedy z nim walczyłem, prawie w ogóle nie atakował. Odparowywał ciosy, nawet wtedy gdy za bardzo się odsłaniałem. Na początku myślałem, że jest już za stary na porządną walkę, ale to był Elver. Niepokonany Bakenak. Mógł się zmienić i dosłownie mnie zmiażdżyć. Nie zrobił tego. A dlaczego? Bo wiedział, że jeśli zabierzemy Matta ze sobą skończy się to dla nas gorzej niż gdyby to on nas zabił. Po co miał się przemęczać, skoro jego syn zrobi wszystko za niego? 
- To bez sensu. - przerwałam mu. W głowie jednak zapaliła się czerwona, awaryjna lampka. To by wyjaśniało, że bez walki oddał Elyanowi kamień. Powiedział, że i tak go odbierze, ale czy to oznaczało, że wszyscy zginiemy i to z ręki Matta? Na pewno nie. - Nie wierzę w to.
- Znowu mieszasz w to wiarę?
- Nie pozwolę zabić Matta. - powiedziałam stanowczo - Nie, dopóki jest szansa na jego uratowanie. Rozumiesz?
- Tu chodzi o nasze życie. Nie tylko twoje, moje, ale wszystkich istot nadnaturalnych. 
- Sytuacja sprzed lat się nie powtórzy. - zapewniłam – Teraz wiemy co może się stać i zareagujemy zanim będzie za późno.
Podniósł ręce do góry jakby szukał odpowiedzi gdzieś na suficie. Z rezygnacją westchnął i machnął niechętnie dłonią.
- Chodźmy już lepiej na dół. - zaproponowałam – Skoro ma przyjść Salvari, to lepiej nie każmy jej czekać.
- Wcześniej nie spotkałem żadnego elfa. - powiedział kiedy wyszliśmy na korytarz – Nawet nie wiedziałem, że jeszcze żyją. - zaśmiał się.
- Boisz się Nocnych Elfów? - zapytałam choć właściwie to znałam odpowiedź.
- Nie wierzę w te bajki wmawiane niegrzecznym dzieciom. - prychnął – Elf to elf. Nie ważne czy nocny, czy poranny.
- Poranny? - skrzywiłam się
- No właśnie.
Skręciliśmy w stronę biblioteki. Byliśmy pierwsi. Elyan chyba nie zamierzał przyjść, więc zostaje jeszcze Kelly. Zapewne będzie wypytywać o chłopca. Sama byłam ciekawa co się z nim stało. Przez całe te koszmary zupełnie o nim zapomniałam.
- Jeśli Nocne Elfy potrafią kontrolować zwierzęta, leczyć je i w ogóle, myślisz, że pomoże nam z Mattem? 
- Jak już mówiłem, nie wierzę w takie umiejętności.
- Ale jeśli tak jest? - spekulowałam
Usiadł na jednej z sof i spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem. Mieszaniną współczucia i jakby pogardy lub zażenowania. Czasami nie mogłam rozgryźć mimiki jego twarzy.
- Wiem, że łapiesz się każdej szansy, ale nie łudź się daremnie. Jeśli nie będziesz miała nadziei, oszczędzisz sobie rozczarowań.
Genialne podejście, skomentowałam w myślach. Może on tak potrafił, ale ja nie. Skoczyłabym w ogień gdyby to pomogło Mattowi. Nawet jeśli byłby tylko jeden procent pewności, że to cokolwiek da. Nie zamierzałam czekać bezczynnie. Zaczęłam podejrzewać, że tak naprawdę Josh nie chcę żebym uratowała Matta. Dlatego tak bardzo zniechęca mnie do wszystkiego. 
Drzwi biblioteki otworzyły się i do środka powoli wszedł Towen u boku z Salvari. Skierowałam swoją uwagę na jej strój. Ubrana w czarną, gotycką suknie prezentowała się niczym upiorna wersja Kopciuszka na balu. Jasne włosy, upięte w luźnego koka opadały falami na ledwo osłonięte materiałem plecy i ramiona. Ponownie kiedy zatrzymałam wzrok na jej twarzy, wydała mi się znajoma. Ostre rysy twarzy i niewielkie oczy.
Towen podprowadził gościa do jednej z długich kanap, zachęcając by usiadła. Rozłożysta suknia zajęła co najmniej jedną trzecia miejsca.
- Pilnie chciałaś się z nami zobaczyć. Słuchamy więc. - zaczął
- Niestety nie przynoszę dobrych wieści. - spojrzała na mnie. Zamilkła na moment. Czułam na sobie ciężar jej spojrzenia mimo, że sama patrzyłam niewinnie w podłogę. - Obawiam się, że....
Rozległ się głośny huk. Drzwi biblioteki momentalnie się otworzyły, a do środka wbiegła zdyszana Kelly. 
- Przepraszam za spóźnienie. - powiedziała między jednym oddechem, a drugim. 
- Co za taktowne przerwanie tejże wielce interesująco się zapowiadającej wypowiedzi. - skomentował Josh. Mimo swych słów wydawał się jakiś nieobecny. Bawił się czymś niewielkim w swoich dłoniach. Siedział za daleko bym mogła zobaczyć co to jest.
- Co z chłopcem? - zignorowała go Kelly. - Czy wszystko z nim w porządku?
- Możesz proszę usiąść? - zaproponował Towen
Nie otrzymawszy odpowiedzi potulnie usiadła obok mnie.
- Ominęłam coś? - spytała szeptem
- Salvari dopiero przyszła. - oznajmiłam
- To dobrze. - ucieszyła się
- Chłopiec, którego przyprowadziliście został zwerbowany razem ze swoim stadem przez Elvera.
Wszyscy nagle podnieśliśmy głowy, czekając na dalsze nowiny
- Zanim umarł, zdążył mi przekazać kilka ważnych informacji.
- Jak to umarł? - spytała przerażona Kelly. - Miała mu pani pomóc.
- To nie była zwyczajna choroba tylko coś w rodzaju klątwy. - wyjaśniła – W tak krótkim czasie jaki mu pozostał nie dało się nic zrobić. Być może gdyby trafił do mnie kilka dni wcześniej wtedy istniałaby szansa na jego ocalenie. Jednak nie o tym chciałam wam powiedzieć. Chciał się ze mną skontaktować tylko i wyłącznie by mnie ostrzec. Nas. Nie oczekiwał pomocy.
- Elver mu to zrobił? - spytała gniewnym tonem Kelly
Salvari mimowolnie pokiwała głową.
- To była kara za sprzeciwienie się.
- Skoro dotarł do Jacksonville to Elver musi być gdzieś blisko. - stwierdził Towen
- Jest w Jennings State Forest
Przeszedł mnie dreszcz, na sam dźwięk tej nazwy. Liczyłam, że już nigdy się z nią nie spotkam. Z ukosa spojrzałam na Josha. Wydawał się nie przejęty. Jego uwagę przykuwał tajemniczy przedmiot w dłoniach. Myślałam, że będzie się wyrywał by powiedzieć coś w stylu „A nie mówiłem”.
- Ale co tam robi? Planuje ukraść Księgę Życia? - spytała Kelly
- Podobno zbiera siły. Wilkołaki przybywają z każdego zakątka kraju i być może nawet spoza jego granic. Niektórzy ze strachu przed tym co może im się stać jeśli zignorują wezwanie lub tacy, którzy szykują się do walki. Elver obiecał im śmierć całej rasy Bakenaków. Zafascynował ich swoją wizją wojny. Obawiam się, że jeśli wilkołaki mu się nie postawią, a są zbyt przerażeni o życie własnych rodzin by to zrobić, to czeka nas konfrontacja.
- Dlaczego nie ma żadnego odzewu z jego strony? Elver lubi przedstawienia. Każdy Bakenak powinien już wiedzieć o tym co się wydarzy. Coś tutaj jest nie w porządku. - powiedział Towen
- Też mnie to zdziwiło. - zgodziła się – Być może tym razem chce działać po cichu. Nie wiem. W każdym razie czułam się zobowiązana by przekazać wam tą wiadomość. To nie moja wojna, ale możecie być pewni, że nie pozostaniecie sami. Elver i dla Nocnych Elfów jest utrapieniem. 
- Przecież lubicie wynaturzenia. - skomentował Josh
Krzywo się do niego uśmiechnęła.
- Bakenaki same w sobie są wynaturzeniem. Gdyby świat pozostał taki jaki był żadne z was by nie istniało. Przeżyłam nie jednego szaleńca o zbliżonych poglądach. Działania takich jak Elver są niczym plaga i bywają nie do powstrzymania. Jako osoby, które doświadczyły jego żądzy mordu pierwsi powinniście stanąć do walki by go unicestwić.
- Bo pani tak twierdzi? Mamy zebrać armię na podstawie oświadczeń jakiegoś chorego dziecka? Chyba nie tylko dla mnie wydaje się to bezrozumne. - skomentował Josh 
- Nie należy ignorować ostrzeżeń. - stwierdził Towen
Josh wzruszył ramionami. Wstał i swobodnym krokiem podszedł do okna.
- Co planujesz? - spytała gotowa do boju Kelly
- Powinniśmy wysłać chociaż zwiad by to sprawdzić. - zaproponował Towen – Jeśli to prawda i Elver ukrywa się z wilkołakami w lesie trzeba będzie ruszyć do ataku. Oczywiście sam nie mogę podjąć takiej decyzji. Muszę najpierw skontaktować się z Radą i przedstawić im całą sytuację.
- Olać Radę. - rzuciła Kelly – Musimy działać! Zanim ktokolwiek z tych pedantycznych urzędasów coś postanowi my już dawno zdążymy zrobić swoje.
- W pięć osób? - zaśmiał się – Kelly, mówimy tutaj być może o setkach przeciwników. Poza tym skoro niektórzy z nich wcale nie chcą walczyć nie możemy tak po prostu wydać na nich wyrok.
- Towen ma rację. - zgodziłam się – Powinniśmy działać po cichu. Dotrzeć do grupki wilkołaków, które wcale nie popierają Elvera.
- A do tego potrzeba wyszkolonych ludzi. - Towen zmierzył Kelly, która dzisiaj odgrywała rolę w gorącej wodzie kąpanej wojowniczki, która nie zastanawia się nad czynami, tylko po prostu działa.
- Jestem bardzo dobrze wyszkolona.
- Wiem, ale to nie wymaga precyzji, ani siły, a raczej sprytnej strategi, dobrej taktyki, której nie będą się spodziewać. Myślę, że te pedantyczne urzędasy, jak ich określiłaś są w tych sprawach wyśmienici. 
- Trevor jest wybitnym strategiem. - mruknęła.
- Jakbyś nie zdążyła zauważyć Trevor zabrał swoje szlachetne cztery litery z Florydy. - syknął Josh, nadal zajęty przedmiotem w dłoniach. Zaczęło mnie to irytować. Byłam tak ciekawa co siedzi w jego głowie, że z trudem powstrzymałam się by o wszystko go nie wypytać. Byłam przekonana, że on ma swój własny plan. Nie angażował się w tą konwersacje chyba, że mógł rzucić jakąś kąśliwą uwagę. 
- Jestem pewna, że nie opuścił miasta. Jak już ci mówiłam, nie zostawiłby mnie.
Josh przewrócił oczami i wydukał pod nosem coś na temat uporu kobiet.
- W porządku spróbuję się z nim skontaktować. - ustąpił Towen – Poznamy jego opinię, a potem zawiadomimy Radę. 
- Decyzja należy do was. - powiedziała Salvari – Gdybyście potrzebowali pomocy...
- Pomogłaś mówiąc nam o tym. Jesteśmy wdzięczni. - podkreślił Towen
Po tych słowach uśmiechnęła się smutno i wstała z kanapy.
- Właściwie to ja mam jeszcze jedno pytanie. - wtrąciłam zanim zdążyła się odwrócić. - Mogłybyśmy porozmawiać?
Wymieniła szybkie spojrzenie z Towenem. Ten tylko wzruszył ramionami. Komunikacja między nimi była dość nietypowa. Zupełnie jakby byli od siebie zależni. Albo tylko mi się wydawało.
- W porządku. Zostawmy je same. - powiedział Towen wskazując Kelly i Joshowi wyjście.
Kiedy wszyscy opuścili pomieszczenie Nocna Elfka z powrotem opadła na swoje miejsce.
- W czym problem?
- Chciałam cię o coś zapytać. Chodzi o mojego przyjaciela Matta.
- Syna Elvera? - Zrobiłam zaskoczoną minę. - Towen mi mówił.
- Tak o niego. Jest nieprzytomny od kilku dni. Pomyślałam, że mogłabyś mu pomóc. 
- Znam jego sytuacje. Towen już kierował się do mnie z tą sprawą. Nie zrozum mnie źle, ale Nocne Elfy nie ingerują w etapy przemiany Bakenaków. To coś z czym oni sami muszą się uporać.
- Ale my nawet nie wiemy czy on się przemieni. Nikt nie daje mu choćby cienia szansy na przeżycie. Wszyscy chcą go zabić. Różnica polega tylko na tym kiedy. Przed, czy po tym jak się przemieni. Mam wrażenie, że on jeszcze żyje tylko ze względu na mnie. 
- Nie wiem czy tak faktycznie jest, ale możesz być pewna, że nie zabiją go dopóki nie będą mieli pewności, że jest niebezpieczny. Nikt nie wie co Elver mu zrobił. Wyrządził mu krzywdę stąd to dziwne zachowanie i śpiączka. Musisz czekać. 
- Nie mam ochoty już więcej czekać! - podniosłam ton – Stanie na niepewnym gruncie jest męczące. Zwłaszcza przez tak długi okres.
Przez cały czas wpatrywałam się w drewnianą podłogę. Oczy mi się zamykały mimo dwudniowego snu. Czułam zmęczenie, ale nie fizyczne. Było tak jakby ktoś zabrał moją wewnętrzną baterie. Kiedy uniosłam głowę by na nią spojrzeć, jej oczy uważnie się we mnie wpatrywały. 
- Przykro mi, ale nie mogę ci pomóc. - powiedziała.
Następnie opuściła pomieszczenie, rozglądając się przy każdym kroku jakby kogoś szukała. Byłam rozczarowana. Naprawdę wierzyłam, że Salvari okaże się szansą dla Matta. W końcu była Elfem. Potrafiła robić różne, dziwne rzeczy. Choćby zwykła diagnoza nie powinna stanowić dla niej problemu. Być może zwyczajnie nie chciała mi pomóc. Tak jak każdy. Teoretycznie robili wszystko co w ich mocy, ale praktyka jak zawsze była inna. Może Josh miał racje. Nie należy się łudzić. Musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. Zrobić coś sama. Spojrzałam na wysokie regały tuż przede mną. Od czegoś trzeba zacząć. Westchnęłam i powolnym krokiem ruszyłam na spotkanie z setkami lektur o Zmiennokształtnych. W którejś z nich musiała ukrywać się odpowiedź.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz